wtorek, 8 października 2013

Kalkwerk - Thomas Bernhard

Thomas Bernhard był jednym z moich ulubionych autorów już na studiach. Nie potrafię sprecyzować, co tak bardzo podoba(ło) mi się w jego twórczości. Może fakt, że był aż tak nieszablonowy, że skutecznie wymykał się wszelkim konwencjom, że miał odwagę krytykować swoją ojczyznę i wytykać jej wszelkie przywary? Może ze względu na specyficzną tematykę jego dzieł? Bez wątpienia urzekło mnie to, iż był inny niż wszyscy dotychczas znani mi literaci. Podobnie rzecz się ma z jego utworami - naznaczonymi samotnością, nieuleczalną chorobą, samozniszczeniem i izolacją – oryginalne i kontrowersyjne zarazem, a przede wszystkim bardzo realne, na wskroś bolesne. Nie inaczej jest w przypadku „Kalkwerk”, powieści Bernharda z 1970 roku, będącej dla jednych fascynacją, w innych zaś budzącą odrazę i sprzeciw. Do której grupy Wy się zaliczacie? Sprawdźcie koniecznie!

Pięć i pół roku temu pewien niespełniony naukowiec, będący głównym bohaterem powieści Konrad, kupił tytułowy Kalkwerk. Była to stara wapniarnia niedaleko Sicking (gdzie ‘wszystko jest groteską’), o której marzył od zawsze. Zamieszkał tam razem ze swoją sparaliżowaną żoną, notorycznie siedzącą w fotelu, tradycyjnie w półśnie (Oboje tkwimy bez ruchu w naszych fotelach. Aż do rana, bez słowa, do cna wyczerpani, do cna zmęczeni i totalnie wyczerpani siedzimy w naszych fotelach, w półśnie, i w milczeniu raz za razem wczepiamy się wzajemnie w nasze ciała, żeby w jednej chwili nie stracić rozumu). Kalkwerk miał być wewnątrz surowy, bez mebli i zbędnych sprzętów, jedynie puste, wysokie pokoje bez jakichkolwiek dekoracji. Na zewnątrz panował równie mroczny krajobraz - bez krzewów ozdobnych, za to z murem i wysokopnącymi krzakami mającymi zapewnić intymność jego właścicielom (Konrad był wrogiem przyrody i wszelkiego stworzenia). Wszystko solidnie zamknięte, obwarowane, okratowane, bo jak mawiał Konrad:Współczynnik bezpieczeństwa to najważniejszy współczynnik. Już sam widok Kalkwerk sprawia[ł], że ludzie robi[li] w tył zwrot, trac[ili] odwagę, by zapukać, wejść. Jego właścicielowi nie chodziło jednakże o towarzystwo czy urodę, ale o bezduszną funkcjonalność… I choć żona Konrada w budowlach takich jak Kalkwerk czuła grozę (nic dziwnego - w ciągu 100 lat popełniono tam 11 morderstw, nie licząc włamań, kradzieży!) i popadała w depresję, on zaopatrzony w liczny zapas broni, mógł w nich naprawdę oddychać (twierdził, iż [w] takim zupełnym osamotnieniu i odosobnieniu ma się oczywiście spokój). Konradowie uciekli do Kalkwerk przed społeczeństwem konsumpcyjnym, rozgorączkowanym i znerwicowanym, licząc, iż zaznają w nim spokoju, a Konrad żywił nadzieję, że w Kalkwerk , tym zupełnie odciętym Kalkwerk (…) będzie w stanie od razu zapisać studium. Dopiero po latach przyznał, że Kalkwerk odebrał m[u] do reszty możność pisania studium. Bo Konrad od 20 lat nosił w głowie swoje monumentalne dzieło „O słuchu” (sam był posiadaczem słuchu doskonałego, wręcz nasłuchowcem) i potrzebował do pracy absolutnej ciszy, by wreszcie przelać swoje myśli na papier. Dlatego też mężczyzna zabraniał Höllerowi rąbać drewna i nie zgadzał się na założenie telefonu - mogłoby to zniszczyć jego dorobek. Wszystko przeszkadzało mu w tworzeniu. Mimo iż codziennie eksperymentował (bezwzględnie ukochaną metodą Urbantschitscha), coraz bardziej zradykalizowane, skomplikowane ćwiczenia testując na niej, na swojej żonie, nie miał się czym pochwalić. Robił wszystko , by „O słuchu” udoskonalić, nawet za cenę dobra osoby mu najbliższej - dla Konradowej było to studium męczeństwa. Konrad nienawidził ludzi, małżonkowie nie mieli żadnych przyjaciół, jedynie wrogów, nawet on sam dla siebie był wrogiem. Ciągły brak towarzystwa jednak tak samo otępia, jak ciągła obecność towarzystwa i tak dalej. Odcięci od innych ludzi mieli tylko siebie, żyli osamotnieni i otępieli w murach starej wapniarni. Od dawna nie było między nimi wymiany myśli, porozumiewali się tylko zdaniami prostymi, ostatnio wymieniali już tylko pojedyncze słowa. Ale to nie było najgorsze: Całe dziesięciolecia były przecież tylko kłamstwa i nic poza kłamstwami, gdyż we wzajemnych stosunkach między Konradem a jego żoną kłamstwo było jedynym środkiem przed ostatecznym pogrążaniem się w zwątpieniu, by jeszcze jakiś czas podążać naprzód, nie zrywać kontaktu i wytrzymać ze sobą, bez kłamstw oboje utraciliby możność współżycia i wpadliby w głębokie zwątpienie (…). Zajęci roztrząsaniem błahych tematów (takich jak choćby wzrost kosztów pogrzebów), w ten sposób odwracali uwagę, on od swojego studium, ona od swojej choroby, od kalectwa. Ludzie mówili, że ta kaleka jest przez męża, właściciela Kalkwerk, Konrada, z jednej strony pielęgnowana, z drugiej zaś tyranizowana. Konrad jest okrutny, równocześnie uczynny, sadystyczny, równocześnie opiekuńczy. Ale i Konradowa też czasem potrafiła mu dopiec - używała nazywanych przez Konrada ‘bezpodstawnych inwektyw’ tytułując go błaznem, albo wariatem albo ‘inteligentnym umysłowo chorym’. Mówiła też negatywnie o zawartości głowy męża: [W]olałabym nie wiedzieć tego, co jest w twojej głowie, gdyby twoja (czyli Konrada) głowę wywrócić, wówczas wysypie się coś okropnego, śmieci, zgnilizna, coś nieokreślonego, coś przerażającego, zupełnie bezwartościowego.
Ludzie szydzili z Konrada, uważali go za obłąkanego i mieli podstawy, by tak surowo go oceniać. Był niespokojnym duchem, a zbytnie eksperymentowanie i fizyczne osłabienie sprawiły, że był zdolny do czynów najgorszych. Odczuwany wciąż bezsens pracy, egzystencji i narastające poczucie nieszczęścia było prawdopodobnie przyczynkiem do tragedii. Bo Konrad swoją żonę zabił, czego dowiadujemy się już na początku książki. Co ciekawe, nawet na jej końcu nie poznamy motywu zbrodni, nikt nie wyjaśni nam, dlaczego i za co zginęła Konradowa. W trakcie lektury poznajemy szczegóły ich skomplikowanego związku, ale nie z relacji samych zainteresowanych, a osób postronnych. Świat Kalkwerk obserwujemy z relacji kilku (niewiarygodnych dla nas, niestety) świadków, tworzących nieprzerwany monolog (brak wyodrębnionych dialogów, tekst jest jednolity) kilku postaci...

Bernhard badał wytrzymałość swoich czytelników, stawiając im wysokie wymagania, prowokując i dezorientując zarazem. "Kalkwerk" pełen powtórzeń, gier słownych, wieloznaczności, niekonsekwencji i braku chronologii, wymaga olbrzymiej koncentracji i uwagi. Być może dlatego polskiej publiczności ten wybitny austriacki prozaik jest obcy. W naszym kraju to Krystian Lupa wprowadził Bernharda do rodzimych teatrów i to właśnie on jest dziś postrzegany jako znawca jego zawiłej twórczości. Zachęcam zatem do sięgnięcia po nią i wyrobienia sobie własnej opinii. To bez wątpienia jeden z najwybitniejszych przedstawicieli literatury niemieckojęzycznej.



Cytaty za: Kalkwerk, Thomas Bernhard, Officyna, Łódź, 2010.

Ocena 6/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję łódzkiemu Wydawnictwu Officyna :-)

10 komentarzy :

  1. Wystarczy Twoja recenzja, nie trzeba czytać by odwrócić się od tego dzieła z niechęcią i wstrętem) Bardzo mi przykro ale potrafisz też skutecznie zniechęcać a może ostrzegać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potrafię pisać obiektywnie :) Nie zniechęcam, dając najwyższą ocenę, a nie zachęcam na siłę, pisząc, że "Kalkwerk" to bajka. Ja Bernharda bardzo lubię, szczególnie w oryginale :)))

      Usuń
    2. Sama jestem zdziwiona że taki mało sympatyczny komentarz napisałam. Można go odczytać opacznie. Chyba dlatego że czytałam późno i bardzo mnie przygnębiła treść Twojej opowieści. Faktem że nie sądzę bym była oczarowana... ale może brak mi odwagi by zmierzyć się z czymś tak trudnym. Nie potrafię się zapomnieć w takiej prozie a czytam głównie po to by się zrelaksować, życie wystarczająco jest szare i trudne. Ale to wszystko wiesz;-) Dlatego też podziwiam Twój zachwyt! Podziwiam też konsekwencję w doborze lektur a także właśnie ten obiektywizm. Jesteś wyjątkowa:)))


      Usuń
    3. A ja nie lubię książek banalnych i lekkich, wolę te cięższe. Pewnie dlatego mój blog jest tak niepopularny... Albo są jeszcze inne przyczyny :/, co wskazywałoby, że nie masz racji, bo nie jestem wyjątkowa...

      Usuń
  2. Ja jednak jestem przyzwyczajona do tradycyjnej prozy. Czytałam rzecz jasna, było trudno się wdrożyć, ale kiedy w końcu się przemogłam, spodobała mi się treść! Zaintrygowała i oczarowała. Pewnie nie jestem w stanie należycie docenić twórczości autora, ale tę przygodę z jego prozą uważam za... ciekawą:)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, pamiętam Twoją recenzję. Nie byłaś zachłyśnięta stylem Bernharda :) Ale coś w niej jest prawda?

      Usuń
  3. Nigdy nie słyszałam o tym autorze, ale Twoja recenzja jego książki bardzo mi się spodobała i myślę, że sięgnę po jakąś jego powieść.

    PS. Świetny blog. Uwielbiam czytać Twoje recenzje :) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, póki co jesteś jedyną zachęconą przeze mnie osobą w gronie komentatorów :))) Dziękuję za komplement - bardzo mi miło. Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  4. Przeczytałam "Wycinke", bardzo mi się podobała, ale wiem, że do tej bardzo gęstej prozy trzeba mieć nastrój. Czekam aż nadejdzie i wtedy zabiorę się za "Kalkwerk"-dzięki za przypomnienie o tej książce!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda. Może dlatego Bernhard jest tak mało znany w Polsce. Większość lubi się przy książce zrelaksować, a nie wysilać. Pozdrawiam ciepło!

      Usuń