poniedziałek, 27 czerwca 2016

We mgle - Linn Ullmann

„We mgle” norweskiej dziennikarki i pisarki, Linn Ullmann, to powieść, która ciągle jest we mnie, choć minęło już kilka tygodni od zakończenia lektury. Książka ze skromną okładką, wydana bez nachalnej promocji, wkradła się do mojego serca i zostanie w nim na zawsze. To zasługa melancholijnego klimatu i minimalistycznego stylu charakterystycznego dla surowej Skandynawii. Połączenie to sprawia, że cała uwaga czytelnika kierowana jest na postaci, które muszą poradzić sobie z sytuacją graniczną. Jaką? Dlaczego? Z jakim skutkiem? Odpowiedzi na (niektóre) pytania znajdziecie poniżej.

Jon Dreyer i jego żona Siri mają dwoje dzieci – Almę (12 lat) i Liv (5 lat). Siri prowadzi restaurację, Jon nieustannie (i co ważne - bezskutecznie) pisze swoją trzecią powieść. Są zabiegani, brakuje im czasu dla siebie nawzajem oraz dla córek. Pewnego dnia dochodzą do wniosku, że potrzebują kogoś do opieki nad dziećmi, by mogli się realizować. Wybór pada na młodziutką i urodziwą 19-letnią Mille. Dziewczyna jest chętna do pracy i szybko zdobywa sympatię swoich podopiecznych oraz pana domu, który wyraźnie ją intryguje. Siri przeciwnie – nieustannie ma do Mille uwagi, krytykuje ją, jest niezadowolona z jej działalności w ich domu i najchętniej by się jej pozbyła. Niestety, jej pretensje najczęściej są bezpodstawne i ewidentnie powoduje je coś z przeszłości: Było coś w tej dziewczynie – może spojrzenie – co przypominało Siri o niej samej w tym wieku. Nie chciała do tego wracać. Uśmiechnęła się (zamiast oddychać), myśląc, w jaki sposób się z tego wyplątać. Jon miał rację. To był zły pomysł. Bardzo, bardzo zły. Pewnego dnia, po przyjęciu, które pani Dreyer organizuje dla swojej matki z racji jej 75-tych urodzin, Mille znika bez wieści. Mimo dużego zaangażowania gazet, TV, policji i znajomych sprawy nie udaje się szybko wyjaśnić. Dopiero po dwóch latach przypadkowo zostaje odnalezione zmasakrowane ciało dziewczyny. Kto dopuścił się tego haniebnego czynu? Czy sprawcą był ktoś z pracodawców młodej kobiety? Dlaczego matka Mille nieustannie nęka Jona smsami? A przede wszystkim - czy można było tej śmierci uniknąć? Czy ktoś mógł uratować atrakcyjną Mildred?

Ot, streszczenie fabuły „We mgle”. Autorka nie analizuje samej zbrodni (choć krótki opis gwałtu wywołał u mnie gęsią skórkę), nie przeprowadza drobiazgowego dochodzenia – skupia się na ludziach, którzy żyją i muszą poradzić sobie z zaistniałą sytuacją. Jest to coś, co rozkłada czytelnika lubującego się w psychologii na łopatki. Przy okazji tej makabrycznej zbrodni na jaw wychodzą mroczne sekrety, rodzinne niesnaski, dawne przewinienia. Śmieć tej młodej, obcej Dreyerom dziewczyny, zmusza ich do konfrontacji z własnym sumieniem i sobą nawzajem. Okazuje się, że w małżeństwie Jona i Siri nie dzieje się dobrze. Nie sypiają ze sobą, a Jon nie zawsze bywa wierny swej żonie. Siri też nie jest kryształowa – dawno temu nie uchroniła swego brata od tragicznej śmierci (czego wciąż nie może wybaczyć jej matka), a obecnie nie radzi sobie z własną samotnością, na którą prawdopodobnie zasłużyła własną biernością przez lata: Umiała tylko płakać, chociaż wiedziała, że to w niczym nie pomoże... Oboje mają do siebie mnóstwo pretensji i żalów. Jon przykładowo zarzuca Siri, że ta odgrywa teatr, kiedy są wśród ludzi - udaje pogodną, ustępliwą, czarującą, a w rzeczywistości jest przygnębiona i wściekła. Ich córka – Alma - nienawidzi ojca, nie rozmawia z matką i ma problemy w szkole (obcięła nauczycielce włosy!). Jest jeszcze babcia, matka Siri – Jenny Brodal, która mieszka z obcą kobietą, nie stroni od alkoholu i ewidentnie nie pasuje do obrazu idealnej matki i babci…

„We mgle” to powieść o relacjach rodzinnych – m.in. matki i córki. O dawnych urazach, o trudności w zapominaniu zaprzeszłych spraw, o braku miłości do członków rodziny, o wiecznym, wzajemnym żalu. To niezwykle sugestywna książka o granicach, które ciężko jest przekraczać każdego dnia. Bo kiedy nie potrafimy wyrażać własnych emocji, kiedy nie chcemy ze sobą szczerze rozmawiać, odgradzamy się murem od innych i skazujemy na samotność oraz cierpienie. To wyjątkowa publikacja o złu, samotności i czasie, który zmarnowany, nigdy nie wraca…

„We mgle” to książka pod każdym względem rewelacyjna, w której bez wątpienia czuć ducha Ingmara Bergmana, którego córką jest Linn Ullmann. Gorąco polecam - naprawdę choćby z tego względu warto.

Cytaty za: We mgle, Linn Ullmann, W.A.B., Warszawa 2016.

Ocena: 6/6


Tę książkę możecie zamówić tutaj: www.gandalf.com.pl/b/we-mgle, a wszystkie inne, w tym m.in. bardzo ciekawe wakacyjne nowości znajdziecie jak zwykle na: www.gandalf.com.pl Polecam gorąco!



wtorek, 31 maja 2016

Wieczorny wiatr - Jean d'Ormesson

"Wieczorny wiatr" to pierwszy tom trylogii o historii arystokratycznych rodów. To opowieść autorstwa francuskiego pisarza, dziennikarza i filozofa Jeana d'Ormesona o świecie, który już nie istnieje i który wspomina się z nostalgią. To wreszcie kalejdoskop wrażeń, wspomnień i barw, w którym historia XIX i XX wieku nieustannie przeplata się z życiem książkowych bohaterów, a którą poznajemy z relacji dociekliwego narratora. Ponieważ Jean d’Ormeson jest erudytą oraz członkiem Akademii Francuskiej (prestiżowej państwowej instytucji, której celem jest ochrona kultury i dbałość o wysoki poziom języka francuskiego) mamy do czynienia z prozą ze wszech miar wyjątkową, ale i nieszablonową zarazem.

Jak już nadmieniłam "Wieczorny wiatr" nie jest zwyczajną lekturą. To z jednej strony pastisz epoki, a z drugiej próba zachowania w pamięci wielu ważnych dla narratora osób: Świat istnieje i ludzie istnieją, a to, że są nieobecni i że już ich nie widzimy, to za mało, by przestali istnieć. Udaje się ich wskrzesić za sprawą wspomnień, a niekiedy również wyobraźni. Ponieważ d’Ormeson zdaje się unikać rozbudowanych opisów (rzeczywiście jest ich stosunkowo mało), szczególny nacisk kładzie na ludzkie losy. Narrator odtwarza je, próbuje odgadnąć myśli, uczucia i refleksje swoich bohaterów. To trudne zadanie, ale wykonuje je najlepiej jak potrafi: To, co robię, przypomina trochę układankę, śledztwo, policyjny raport. Na podstawie tego, co wiem, na podstawie tego, czego się domyślam, proponuję rekonstrukcję, która wydaje mi się najbardziej ze wszystkich wiarygodna. A nawet już teraz wiem, że tu i ówdzie mylę się i że wiele szczegółów wyglądało inaczej. Obawiam się zwłaszcza, że w mojej chronologii jest trochę bałaganu, zresztą wcale nie twierdzę, że wszystkie wydarzenia relacjonuję we właściwej kolejności (…) Próbuję nadać im trochę klarowności, ale nie zawsze im się to udaje. A wszystko po to, by wskrzesić miniony świat, który nadal żyje w opowiadającym i przywrócić światu jego bliskich na nowo: To, co ich spotykało, i to, co ja wam relacjonuję, określa jedno i to samo słowo: tym słowem jest historia. Wszyscy ci Romerowie i Finkelsteinowie, Rivera i Wrońscy, O’Shaughnessy’owie i Landsdownowie mieli jakiś swój minimalny udział w tworzeniu naszej zbiorowej historii. Niesieni nurtem czasu w pewnym znikomym stopniu przyczynili się do takiego, a nie innego jej oblicza. Odeszli już lub właśnie odchodzą – a ja, nim sam umrę, opowiadam wam ich historię. Tych historii jest całe mnóstwo, podobnie jak i przewijających się w nich postaci. Są to przede wszystkim przedstawiciele dwóch rodzin. Pierwsza – Romerów – składa się z czterech braci. Druga – O’Shaughnessych – z czterech sióstr. Lecz ilość osób w tej powieści jest ogromna (stąd nieodzowne drzewa genealogiczne i noty biograficzne o głównych bohaterach), podobnie jak i miejsc akcji i związanych z nimi wydarzeń historycznych (np. zniesienie niewolnictwa w Brazylii, panowanie dynastii mandżurskiej, tajpingowie, powstanie bokserów, pogromy Żydów polskich, rosnący w siłę socjalizm, itd.). Nie będę próbowała zarysować ani jednego wątku, bo jest ich naprawdę dużo. Obejmują one kilka pokoleń i kilka kontynentów. Uwierzcie mi jednak, że Jean d'Ormeson balansując na granicy fikcji i prawdy, stwarza mistrzowskie wręcz złudzenie, że wszystko, co opisuje, wydarzyło się naprawdę. …

Zgodnie z wolą autora, powieść ta ma być dla czytelnika przede wszystkim rozrywką. To dość kontrowersyjny pomysł. Choćby ze względu na poważną, na pierwszy rzut oka, tematykę tejże publikacji oraz na częste nawiązania do kultury europejskiej: malarstwa, muzyki, idei i obyczajów. Ponadto jest to połączenie sagi rodzinnej z powieścią historyczną, a w książce przewijają się postaci historyczne (m.in.: Cyd Waleczny, Giuseppe Verdi, Marcel Proust, Królowa Wiktoria, Adolf Hitler) czy literackie (Desdemona, Ulisses).

Najbardziej nieprawdopodobną ze wszystkich powieści przygodowych jest i zawsze będzie samo życie – deklaruje Jean d’Ormeson. Bez obaw – w „Wieczornym wietrze” nie ma za grosz sentymentalizmu. Jest za to nieustannie snuta refleksja o życiu i upływającym czasie, a momentami także wspomniany wyżej dowcip. Czas jest tu wyjątkowo tolerancyjny i uczy każdego z nas wymazywać z pamięci wszystko to, co nie jest warte zapamiętania. Powieść tego francuskiego twórcy napisana w niezwykle ciepły sposób, pięknym językiem i z poczuciem humoru, ma szanse znaleźć uznanie w oczach czytelnika. W czerwcu w księgarniach pojawi się drugi tom trylogii – „Mężczyźni za nią szaleją”. Polecam!

Cytaty za: Wieczorny wiatr, Jean d'Ormesson, Marginesy, Warszawa 2016.

Ocena: 3/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Wind of change

czwartek, 12 maja 2016

Nieśmiertelność. Prometejski sen medycyny - Andrzej Szczeklik

Nieśmiertelność. Prometejski sen medycyny to ostatnia książka (zawierająca dwanaście esejów) wybitnego lekarza-naukowca, humanisty, pisarza i filozofa medycyny, Andrzeja Szczeklika. Już sam jej tytuł jest symboliczny w obliczu przedwczesnej śmierci profesora. Dlatego też możemy tę publikację rozpatrywać w kategorii testamentu zmarłego, który współczesna medycyna powinna rozpoznać i wypełnić. Warto w tym miejscu podkreślić, iż Nieśmiertelność to przede wszystkim dowód erudycji autora, który podobnie jak inni wielcy medycy pragnął zapewnić ludzkości nieśmiertelność. Do jakich wniosków doszedł? Czy nadzieje rozbudzone przez odczytany genom, medycynę regeneracyjną i komórki macierzyste mają szansę urzeczywistnić ów odwieczny sen? Czy współczesna medycyna ma jeszcze szansę czerpać ze swych humanistycznych korzeni?

Długą mamy historię. Zanim wyjdziemy na świat, powtarzamy ją w łonie matki. I jest w nas wówczas ryba, co przemienia się w płaza, ten z kolei w gada, a z niego wyłania się ssak, relacjonował ewolucję Andrzej Szczeklik. Sam był naocznym świadkiem ogromnego postępu w medycynie, sam pisał jej historię, poznając nowe, trudne do zdiagnozowania i leczenia choroby. Profesor lubił sięgać do źródeł, zgłębiał interesujące go tematy. Np. dokładnie przeanalizował, w jaki sposób nasi przodkowie szukali sposobów leczenia ran, przepędzenia choroby czy przywracania zdrowia. Odkrył, że często sięgali po rośliny lub znajdywali w sobie samych magiczne siły uzdrowicielskie. W tym kontekście celnie nawiązywał do Empedoklesa (czarodzieja i przyrodnika zarazem, filozofa i poety, kapłana i uzdrowiciela), Paracelsusa (opromienionego czarodziejską sławą lekarza cudotwórcy) oraz dążących do zawładnięcia przemianami materii alchemików z XVI i XVII wieku.

Andrzej Szczeklik uważał, iż nie da się zrozumieć człowieka bez pierwiastka duchowego. Sam dobór naturalny nie wszystko tłumaczy: Jeśli jest prawdą, że mieszka w nas, żyje, mała dziewczynka Kore – nasze ‘ja’, dusza – która odbiera równocześnie wydarzenia toczące się na wszystkich scenach naszego wnętrza, to może nie tylko widzi ona, ale też słyszy? Słucha symfonii, której rytm nadaje serce, tempo – szum krwi, a grają ją organy wewnętrzne? W chwilach zachwytu, olśnienia, spotkania z Najwyższym, woła nas głosem muezina i posyła do tańca w ekstazie szamanów i chasydów. Wówczas odpowiadamy echem na to pierwsze, niebiańskie w nas wtargnięcie, my – 'Echo Przedwczesnej Twórczej Potęgi'. Do religii nawiązywał również, gdy poruszał temat śmierci – szczególnie, kiedy o byciu w zaświatach opowiadali mu zmarli, którzy wrócili do życia. Współczesna medycyna opóźnia odejście z tego świata, wspomaga nawet tych, których umysł umarł, a ciało znajduje się w ‘życiu-nieżyciu’. Te skomplikowane procedury, podobnie jak wszystko, co związane z rozwojem medycyny (np. nowe techniki diagnostyczne i wciąż udoskonalane leki) sprawiają, że wydatki na nią rosną w tempie ekspresowym. W tym chorym, nastawionym przede wszystkim na pieniądz systemie, choruje także lekarz. Wypala się. Objawia się to wyczerpaniem emocjonalnym, depersonalizacją, zagubieniem sensu pracy i utratą ideałów. Potocznie mówi się o medycynie zdehumanizowanej, technokratycznej, rządzącej się ekonomią. ‘Wypalenie się’ to ‘rozziew między tym, czym ludzie są, a tym, co robić muszą’, to ‘erozja ludzkiej duszy’…

Profesor był również doskonałym obserwatorem zmieniających się na przestrzeni wieków relacji lekarz - pacjent. Jako wzór stawiał własnym studentom ojca medycyny i twórcę etyki lekarskiej – Hipokratesa, który w swoich pismach wymieniał cechy, jakie winien wykształcić w sobie lekarz. Były to cechy osobowości, charakteru, zachowania i postępowania. Szczeklik dobrze diagnozował dzisiejsze relacje lekarz - pacjent, określał je mianem modelu konsumpcyjnego: Lekarz jest w nim sprzedawcą usług medycznych (…) Ma być naturalny, może radzić – i to lepiej dystansu – ale nie wpływać na decyzję chorego. Zresztą nawet radzić nie bardzo ma już kiedy. Spętany siecią obowiązków administracyjnych, wtłoczony w tryby machiny ‘służby zdrowia’ coraz rzadziej znajduje czas na rozmowę z chorym...

Nieśmiertelność to niezwykle cenne i ubogacające spotkanie z wyjątkowym człowiekiem, a właściwie z wieloma wybitnymi postaciami nauki, sztuki, religii. Wymienię zaledwie kilka z nich: Pascal, Kartezjusz, Henri Bergson, Zygmunt Freud, Albert Schweitzer, Cicely Saunders (twórczyni medycyny paliatywnej) oraz święci: Albert Chmielowski, Matka Teresa czy Jan Paweł II. Ogromną zasługą profesora jest fakt, że pisał tak pięknym językiem o skomplikowanych zagadnieniach z zakresu medycyny i humanistyki (np. o badaniach nad klonowaniem, genomem oraz o medycynie nuklearnej) w sposób porywający i zrozumiały dla wszystkich. Podobnie, kiedy przywoływał niektóre fakty z mitologii, medycyny starożytnych Egipcjan i Greków, szamańskich rytuałów czy magii. Wartość książki podnoszą osobiste wspomnienia profesora i liczne anegdoty, które ukazują go jako niezwykle ciepłego, życzliwego pacjentowi specjalistę, który świetnie odnajduje się nie tylko wśród zagadnień medycznych, ale potrafi również przybliżyć swoim czytelnikom kulturowe korzenie człowieka.

Cytaty za: Nieśmiertelność. Prometejski sen medycyny, Andrzej Szczeklik, Znak, Kraków 2012.

Ocena: 5/6

Tę książkę możecie zamówić tutaj: www.gandalf.com.pl/b/niesmiertelnosc-prometejski-sen, a wszystkie inne, w tym m.in. bardzo ciekawe majowe nowości znajdziecie jak zwykle na: www.gandalf.com.pl Polecam gorąco!


czwartek, 28 kwietnia 2016

Mały przyjaciel - Donna Tartt

Mały przyjaciel Donny Tartt na pierwszy rzut oka zachwyca: twarda oprawa z obwolutą, na niej fragment pięknego obrazu Melchiora de Hondecoetera, barokowego malarza holenderskiego, pt. Zając i piękny. Jeśli dołożymy do tego jeszcze dobre tłumaczenie i staranną korektę, to mamy zestaw prawie idealny. Prawie, bo najważniejsza jest przecież treść. A z tym nie jest już tak wesoło. Wbrew szumnym rekomendacjom umieszczonym na okładce, nowo wydana powieść tej amerykańskiej autorki nie ma nic wspólnego z kryminałem ani z mrożącą krew w żyłach historią. Czym zatem jest i czy warto po nią sięgać? To trudne pytanie, ale postaram się na nie odpowiedzieć.

Mały przyjaciel to książka o tragedii, jaka spotkała pewną amerykańską rodzinę. Syn Charlotty i Dixa, ich kochany mały Robs jak go nazywali, został zamordowany przed ich własnym domem w Dniu Matki. Po tej tragedii nic już nie było takie jak dawniej. Matka do końca życia będzie miała wyrzuty sumienia i nigdy nie przestanie się obwiniać o śmierć syna. W każdą rocznicę jego śmierci wybucha płaczem, ogarnia ją irracjonalna panika (np. nie jest w stanie wyjść z domu) i zachowuje się agresywnie w stosunku do córek. Staje się zimna, obojętna i nieczuła. W domu pan[uje] ciężka, przygnębiająca atmosfera. Pokoje wypełnia[…] duszący zapach wspomnień, starych ubrań i kurzu. Dixon, zapewnia rodzinie byt materialny, ale nie wspiera córek, nie interesuje się ani nimi ani żoną. O dzieciach ma zresztą niskie mniemanie. Dość szybko po tym tragicznym wydarzeniu zmienia pracę i wyjeżdża do innego miasta. Chce zakończyć żałobę i żyć wystawnie – inaczej niż jego bystra, dumna i dominująca córka, Harriet. Dziewczynka koniecznie chce się dowiedzieć, kto przed dwunastu laty zabił jej brata. W tym celu przesłuchuje najbliższych i ludzi z miasteczka oraz spędza dużo czasu w bibliotece przeszukując gazety z tamtego okresu. Każe również swej nieśmiałej siostrze, 16-letniej Allison (która [p]rawie wcale nie myślała o przeszłości, czym znacząco różniła się od rodziny, która nie myślała właściwie o niczym innym…) spisywać sny. Wierzyła bowiem, że skoro wciąż nie natrafiła na żaden ślad, to może w snach siostry pojawi się wyjaśnienie śmierci Robina. Kiedy nic takiego się nie zdarza, razem ze swym kolegą, Hely’m, próbują prześwietlić podejrzaną rodzinę Farishów, narażając się na ogromne niebezpieczeństwo. Czy im się uda? Czy zagadkowa śmierć małego chłopca zostanie wreszcie rozwikłana?

Mały przyjaciel to powieść psychologiczna, której tematem jest śmierć ukochanego dziecka i jej skutki - odbijające się na życiu całej rodziny, zmieniające rzeczywistość każdego z jej członków. To obraz pełen cierpienia, rozpadu więzi i braku nadziei – ciągłego egzystowania bez celu. W tym zestawieniu niekorzystnie wypadają dorośli, którzy zawodzą na całej linii. Pozostawiając dzieci samym sobie, przyśpieszają proces ich dojrzewania emocjonalnego i zmuszają ich niejako, by sami poradzili sobie z traumą śmierci ich brata/ kolegi. To mogło mieć (miało?!?) negatywny wpływ na delikatną psychikę tych dzieci. Próba wyjaśnienia zagadki sprzed lat przyczynia się do tego, że Harriet (ale również Holy) doświadcza przemocy, ma kontakt z kłamstwem i środkami odurzającymi przy braku całkowitej wiedzy, interwencji czy wreszcie bierności najbliższej rodziny.

Małemu przyjacielowi daleko do literatury grozy. To przede wszystkim powieść o poszukiwaniu prawdy, która ma moc zmieniania rzeczywistości. Donna Tartt serwuje czytelnikowi wielowątkową powieść, której zakończenia nie sposób przewidzieć. Początkowo zarówno postaci jak i sama akcja są barwne, intrygujące i wciągające. Niestety, dość szybko się to zmienia. A ponieważ książka jest gruba (zdecydowanie ZA gruba!) czytelnik ma problem. Przyznam szczerze, że długie, niekończące się opisy Donny Tartt i rozwleczona do granic możliwości akcja bardzo mnie zmęczyły. Ponadto irytowały mnie szybko zmieniające się czas i miejsce akcji, na dodatek bez wyraźnego zaznaczenia. Zabrakło mi również prawdziwych emocji, pewnego rodzaju napięcia, które napędzałoby całą tę historię. Z bólem przyznaję, że czuję się rozczarowana.
Oczekiwałam książki konkretnej (powieści gotyckiej!), z mocno zarysowaną akcją i z silnym przekazem, a trzymałam ponad 600 przegadanych stron oraz miałkie zakończenie :(

Cytaty za: Mały przyjaciel, Donna Tartt, Znak Literanova, Kraków 2016.

Ocena: 2/6

Tę możecie zamówić tutaj: www.gandalf.com.pl/b/maly-przyjaciel, a wszystkie inne, w tym m.in. bardzo ciekawe kwietniowe nowości znajdziecie jak zwykle na: www.gandalf.com.pl Polecam gorąco!


piątek, 15 kwietnia 2016

Ginekolodzy - Jürgen Thorwald

Do rąk czytelnika trafiła niedawno kolejna publikacja niemieckiego pisarza, znanego z książek z zakresu historii medycyny, Jürgena Thorvalda, pt. Ginekolodzy. To właśnie ginekolodzy [t]worzą (…)pokaźną armię uzbrojoną w kleszcze porodowe, łyżeczki chirurgiczne, skalpele, pesaria, hormony i fotele ginekologiczne. I jak każde wojsko dzielą się na szeregowców, oficerów i generałów... Zmarły w 2006 roku literat chronologicznie ukazując sylwetki najważniejszych specjalistów z tej dziedziny (także z ginekologii chirurgicznej), nie wybiela żadnego z nich, ale obiektywnie demonstruje ich dokonania; wskazuje, dlaczego niektórych ginekologów określano kiedyś mianem morderców. Już choćby ten fakt wzbudza ogrom emocji. W ich gąszczu bez wątpienia znajduje się poczucie ulgi – za to, że to właśnie dziś przyszło nam żyć…

Słowo ginekologia pochodzi od greckiego 'gyne'(gr), oznaczającego kobietę. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie była to gałąź medycyny przyjazna płci pięknej. Książka Thorvalda poraża bólem i cierpieniem, jakie musiały znosić kobiety na przestrzeni lat za sprawą ginekologów, niestety. To z jednej strony smutna opowieść o brutalności lekarzy, o chęci dowiedzenia przez nich swych (jakże często mylnych!) przekonań i racji, czy o ich całkowitym oddaniu naukom Kościoła. To także prowokacyjna historia współzawodnictwa, zabobonów, zacofania i aspektów moralnych, blokujących możliwość podejmowania decyzji przez kobiety. Z drugiej strony, to hołd złożony kilku śmiałkom, którym nie brakło wiedzy, fantazji, a przede wszystkim odwagi, by wprowadzać innowacje w leczeniu żeńskich dolegliwości.

Już na wstępie czytelnik dowiaduje się, że ginekolodzy przez okres dwustu lat unikali kwestii nagości jak ognia, stając się niewolnikami obyczajowości swoich czasów. Oto przykład: Prekursorzy ginekologii z roku 1750 i 1800, którzy wczołgiwali się do sal chorych z przewiązanymi oczyma, byli tak szczęśliwi, mogąc po jakimś czasie zdjąć przepaski, podczas gdy ich dłonie badały i operowały pod kobiecymi sukniami i kołdrami, że przez następne sto pięćdziesiąt lat nawet nie pomyśleli o zerknięciu pod przykrycia. Nie wiem, jak Was, ale mnie obowiązek rodzenia w ubraniu, będący najczęściej przyczyną urazu krocza i głębszych obrażeń, całkowicie osłabił… Podobnie zresztą jak nieodzowny palec wskazujący lekarzy nazywany wówczas okiem ginekologa. Uważano bowiem, że obnażenie kobiety nie przynosiło żadnych korzyści dla jej leczenia…

Przejdźmy do porodów. Bolesne skurcze porodowe próbowano początkowo niwelować podając duże dawki opium. Na skutek tego rodziły się martwe, odurzone opium dzieci. Później stosowano również morfinę, aplikowano eter, chloroform i skopolaminę, wywołującą stan półświadomości. Jeszcze dalej poszli Anglicy i wypróbowywali przedwczesny, sztucznie wywołany poród. Sądzili, że siedmiomiesięczne dziecko przejdzie przez wąską miednicę. Stosowali lewatywy z terpentyny, podrażniali piersi ciężarnych lub tak długo grzebali palcem w szyjce, aż następowały bóle porodowe (…) Doktor James Lucas z Londynu głodził ciężarne, które borykały się z problemem wąskiej miednicy. Uważał, że dzięki temu dziecięca główka zrobi się tak miękka, iż da się wyjąć przez wąski otwór miednicy… Szok, nieprawdaż!?!

Natomiast panie, które próbowały uniknąć ciąży, stosowały trujące napary ziołowe, modlitwy i zaklęcia. By pozbyć się spermy po stosunku, wywoływały gwałtowny kaszel lub podskakiwały energicznie. Niekiedy próbowały bardziej drastycznych metod, niestety z opłakanym skutkiem: Niektóre kobiety wsuwały w tylną część pochwy gałganki, wełnę, buraki czy ziemniaki, aby zagrodzić nasieniu drogę. Mimo to i tak zachodziły w ciążę, a w dodatku chorowały. Kiedy aborcje były zakazane dziewczęta okładały pięściami podbrzusze albo dźgały macicę drutami do robótek ręcznych!
Dołożę do tego jeszcze kilka innych przerażających faktów: brak miesiączki leczono pijawkami, a przeciw nadmiernemu miesiączkowaniu stosowano upuszczanie krwi. To jednak nie wszystko – podjęto próby wypalania raka z pochwy rozgrzanym żelazem! Z czasem, kiedy pojawiły się rad, a wraz z nim problemy z odpowiednim jego dozowaniem, dr Bell dywagował, czy włożyć fiolkę z solą radu w zrakowaciałą pochwę/ macicę, czy ‘wszyć’ ją w nowotwór i pozwolić jej promieniować… Więcej podobnych, porażających przykładów znajdziecie w książce.

Ginekolodzy napisani są w dość chłodnym, typowo męskim stylu. Książka zawiera dużo faktów, bardzo ciekawych i zaskakujących informacji, mnóstwo dat i wybitnych nazwisk, przełomowych momentów, tworzących historię ginekologii w zarysie. Jürgen Thorwald nie rozczula się nad kobietami, którym przyszło żyć w bezdusznych dla nich czasach. Oschle opisuje ich sytuację, kiedy to służyły głównie prokreacji i wychowaniu niezliczonej ilości dzieci. Więcej uwagi poświęca medykom–pionierom i eksperymentatorom. Zdaje się jednakże przekonywać, że niekiedy nie trzeba było być ani nowatorem ani rewolucjonistą, by osiągnąć sukces w tej dziedzinie. Czasem wystarczyła po prostu sumienna praca. Niestety, nawet ona nie gwarantowała zrozumienia wśród współczesnych ani powodzenia proponowanych pacjentkom kuracji.
Ginekolodzy to zdecydowanie warta uwagi, choć z pewnością bulwersująca i nieprzeznaczona dla wrażliwców, literatura faktu. Polecam!

Cytaty za: Ginekolodzy, Jürgen Thorwald, Marginesy, Warszawa 2016.

Ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Marginesy.