piątek, 23 stycznia 2015

Pieśni bełkotu - Erwin Mortier

O chorobie Alzheimera mówi się i pisze coraz częściej. To oczywiste, skoro na świecie notuje się coraz większą liczbę zachorowań, a w krajach rozwiniętych przypadłość ta należy do najbardziej kosztownych dla społeczeństwa. O tym, jaka jest naprawdę, wiedzą najlepiej najbliżsi osób nią dotkniętych. Ci z nich, którzy mają odrobinę talentu, odwagi i możliwość, próbują o chorobie Alzheimera informować społeczeństwo w jakiś niekonwencjonalny sposób, by przyciągnąć jego uwagę. Erwin Mortier, flamandzki powieściopisarz i poeta, zadedykował książkę własnej, cierpiącej na to schorzenie matce. Pełne liryzmu, cierpienia i współczucia „Pieśni bełkotu” dokumentują zmagania nie tylko samej chorej, ale przede wszystkim całej jej rodziny, która jest zmuszona nucić tytułowe pieśni razem z nią.

66-letnia matka Erwina Mortiera zawsze była aktywną, kochającą życie i przyjemności kobietą. Teraz schudła, skurczyła się, brakuje jej świadomości czasu, miejsca i osób. A zaczęło się niepozornie - od niemożności przypomnienia sobie słów, obwiniania bliskich za to, że nie potrafią podpowiedzieć jej brakującego wyrazu, częstych wybuchów płaczu, branych za objaw menopauzy. Obserwacja jej dziwnych poczynań, braku kontaktu z rzeczywistością i zachowań nieadekwatnych do sytuacji, sprawia ból jej bliskim. Gorsze jest jedynie jej notoryczne milczenie, bo jak wyznaje jej syn, to co [go] u niej najbardziej uderza, co przysparza m[u] najwięcej zmartwień, to podwójna cisza jej obecności. Język spakował walizki i wyskoczył za burtę wywracającego się statku, ale w jej głowie czy wokół niej panuje jeszcze inna cisza. Nie słysz[y] już muzyki jej duszy; egzystencjalnej aury wokół niej, wibrującego sukna narracji i symboli, przez które splata się ze światem, albo na odwrót, świat splatał się z nią… Każdy dzień przynosi coraz bardziej przejmującą ciszę. Niekiedy chora porusza wargami, które zamiast nieść pełne zdania, mimowolnie drżą. Wydobywa się z nich jedynie pojedyncze westchnienie albo zająknięcie. Rodzinie coraz częściej brakuje cierpliwości, obserwując jej potworne zmagania językowe: Niemal widzę, jak zdania potykają się na jej ustach. Wokół jej dłoni na obrusie słowne rumowisko, gramatyczne ruiny. Mortierowi z trudem przychodzi rozpoznanie w niej dawnej matki. Kobieta, która zajęła jej miejsce jest niespokojna, chwilami agresywna, niekiedy trzeba przed nią nawet zamykać drzwi na klucz, bo jest zagrożeniem dla innych i siebie samej: Żaden dotyk nie przynosi już spokoju, żadna piosenka nie jest w stanie jej ukoić. Tylko „Mamo, usiądźże, do cholery” jeszcze pomaga, czasami. (Nie)matka modyfikuje nawet swoje upodobania kulinarne (wcześniej nie lubiła jajek sadzonych, teraz jada tylko sadzone), programowe (od jakiegoś czasu ogląda programy telewizyjne przeznaczone dla przedszkolaków) i nie rozpoznaje siebie w lustrze: Jej „ja” znika. To „coś”, co powoduje, że jakaś osoba tak nieodparcie jest nią samą. Zmienia się cały repertuar przyzwyczajeń, sposób mówienia, spania, chodzenia, stania. Z cech i zachowań, które u niej rozpoznaję, i z takich, które są nieznane i zdumiewające, powstaje nowa mieszanina, jakby w jej ciele przepoczwarzała się jakaś pasożytnicza świadomość. Rozgoryczenie (sarkazm?) sięga apogeum, kiedy pewnego dnia Erwin Mortier słucha opowieści o naukowcach, którym udało się porozmawiać z delfinami i wielorybami. Stwierdza wtedy z rezygnacją: Nawet wieloryby są teraz bardziej komunikatywne niż moja matka… Natomiast fizycznie kobieta nadal jest w świetnej formie - ma bardzo dobre wyniki krwi i serce 18-latki, a jedynym jej problemem jest sztywność mięśni… I choć kontakt z nią jest już właściwie niemożliwy, bo przebywa ona w swoim własnym świecie, Erwin Mortier nie wyobraża sobie życia bez niej i na myśl, że mamy mogłoby nie być, pęka mu serce: Patrzę na nią, ona odpowiada spojrzeniem tak bezradnym, że aż przenikającym do szpiku kości. Mimo tego, że choroba odebrała jej świadomość i tożsamość, cała rodzina nadal kocha ją tak mocno, jak wcześniej.

Mortier nie jest sobie w stanie przypomnieć zdrowej, rozmownej, działającej logicznie matki. Są momenty, gdy boi się, że sam zachoruje. Kiedy od razu nie przychodzi mu do głowy jakieś słowo, obawia się, że to pierwsze symptomy choroby: Kiedy po kilkuminutowych poszukiwaniach znajduję solniczkę w lodówce, serce podchodzi mi do gardła. Dzisiaj po południu sikałem na stojąco i zauważyłem, że swoje pióro włożyłem do kubka ze szczoteczkami do zębów, na półeczkę nad umywalką... By nie zatracić siebie, ćwiczy logiczne ciągi słów, pisze. Układa tytułowe pieśni bełkotu, w których dowodzi, że jemu nie brakuje logiki, bogatego słownictwa, kreatywności: Zauważam, że piszę po to tylko, aby usłyszeć zdania, które bez potknięć przepływają przez moją głowę. By słyszeć śpiew rytmu, przyspieszenia, spowolnienia, pauzy. Wypuszczam te słowa po to, aby na chwilę zawisnąć na myślnikach – trapezach składni – w stanie nieważkości u szczytu zdania. Cóż za błogość, móc jak tresowana małpa w wilgotnych lasach tropikalnych języka przeskakiwać z liany na lianę. To właśnie sprawia, że pisarz ma poczucie normalności, to daje mu nadzieję, że nie jest chory, że przebywając z matką, nie „zaraził się”, albo że to jeszcze nie jego czas…

Oniryczna, liryczna, poetycka książka z chorobą Alzheimera w tle. Czy da się tak o niej pisać? Flamandzki autor dowodzi, że jest to możliwe. Być może sekretem jest tu związek emocjonalny, jaki łączy go z matką, a może wyjątkowy talent. Pisząc oszczędnie o ciężkich emocjach i bolesnych odczuciach, dobierając eleganckie, wyszukane słowa, nie ukrył niczego z trudów sprawowania opieki nad chorą osobą. To osobiste świadectwo walki z tak nierównym przeciwnikiem od pierwszych słów budzi niezwykłe wrażenia estetyczne oraz prawdziwe emocje i nie pozwala im opaść do ostatniego z nich. Poza tym książka ma przepiękną okładkę, idealnie dopasowaną do treści. Warto przeczytać i przekonać się, czy da się gorycz choroby osłodzić eteryczną prozą.

Cytaty za: Pieśni bełkotu, Erwin Mortier, W.A.B., Warszawa 2014.

Ocena: 5/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Synowska pieśń o (nie)matce

wtorek, 6 stycznia 2015

Oriana Fallaci. Portret kobiety - Cristina De Stefano

Kiedyś na pytanie, co z siebie dała dziennikarstwu, Oriana Fallaci odpowiedziała: Mam nadzieję, że dałam dziennikarstwu przede wszystkim odwagę, bo odwaga jest jedyną z moich niewielu cnót, i temu nikt nie może zaprzeczyć. Ja mam obsesję odwagi zarówno fizycznej, jak i moralnej. Dziś wszyscy doskonale wiedzą, że ofiarowała swej pasji (jaką była dla niej praca) o wiele więcej. Niezwykła osobowość, silny charakter, nieprzewidywalność i bezkompromisowość zjednały jej wielu czytelników, a jej rozmówców nie raz wprawiły w osłupienie. „Oriana Fallaci. Portret kobiety”, autorstwa Cristiny De Stefano, to barwna biografia międzynarodowej gwiazdy żurnalizmu napisana z wielkim zaangażowaniem, będąca prawdziwą gratką nie tylko dla jej fanów, ale również dla tych, którzy cenią sobie historie ponadprzeciętnych kobiet, bo znajdują w nich motywację do działania. To publikacja, której zdecydowanie warto poświęcić swój czas, by się przekonać, co znaczy być kobietą we współczesnym świecie, w którym trzeba patrzeć władzy na ręce i każdego dnia od nowa walczyć o sprawiedliwość…

Oriana Fallaci urodziła się 29 czerwca 1929 roku w ubogiej rodzinie miłośników literatury, o czym świadczy m.in. jej imię, pochodzące od Proustowskiej księżnej Guermantes. Rodzice byli zaangażowani w ruch oporu, w którym czynnie uczestniczyła również Oriana - pełniła funkcję łączniczki, przenosiła ulotki, gazetki, wiadomości, czasem nawet broń, była zręczna i pomysłowa. To przede wszystkim ojciec swymi surowymi metodami wychowawczymi, kreował córkę na żołnierza. Dorastałam w atmosferze wojny. Zdominowała moje dzieciństwo. Wszędzie się o niej mówiło, wszędzie się ją widziało, mówiła. Okrutne czasy oraz głód, zimno i strach naznaczyły skutecznie jej młodzieńcze lata i ukształtowały ją na przyszłość…

Oriana od najmłodszych lat była otoczona literaturą. I choć rodzice musieli kupować książki na raty - pozwalali sobie na ten jedyny luksus. Fallaci szybko przeczytała wszystko, co znalazła w domowej biblioteczce. Zaczęła od autorów greckich i rzymskich, potem sięgnęła po literaturę anglosaską. Z Francuzów interesował ją tylko Proust. Czytała bardzo dużo, a pisała jeszcze więcej, a matka - Tosca Cantini - gorąco jej kibicowała. Uważała bowiem, że najgorsze ze wszystkiego to nie mieć wykształcenia. Wtedy każdy może mieć nad tobą władzę, mawiała. Wiedziała co mówi, bo doświadczyła tego na własnej skórze... Córka widząc jak traktowana jest jej ukochana matka, wzięła sobie do serca jej słowa - świetnie się uczyła, ze swoje wypracowania dostawała liczne nagrody, była zdyscyplinowana i skupiona na osiąganiu jak najlepszych wyników. Ale była też krnąbrna, kłótliwa, zamknięta w sobie i świadoma, co chce w życiu robić. Jako kilkuletnia dziewczynka zdecydowała, że chce zostać pisarką: Wszyscy starali się mnie zniechęcić; przekonywali, że kto chce pisać, musi być bogaty i stary, a ja byłam młoda i biedna. Nie ugięła się. Początkowo jednak mimo swych deklaracji, Oriana poszła na medycynę. Tak polecił jej stryj - miała tam gruntownie poznać człowieka jako całość, by umieć pisać... Niestety, okazało się, że rodziców nie było stać na opłacenie studiów i zdolna studentka musiała porzucić nauki medyczne, by pójść do pracy. Bez żalu wybrała redakcję pewnej gazety: Byłam zmuszona wybrać między medycyną, która nie dawała mi chleba a dziennikarstwem, które pozwalało mi zarobić pieniądze. Wybrałam dziennikarstwo, wspominała po latach z satysfakcją. Szybko zorientowano się, że mimo młodego wieku, Fallaci posiada wyjątkowy talent, wnikliwy zmysł obserwacji, zdolność do interpretacji zaobserwowanych faktów oraz łatwość ubierania ich w słowa. Triumfowała, bo była naprawdę zdeterminowana oraz dzięki temu, iż [z]rozumiała, że w tym zawodzie zdominowanym przez mężczyzn osiągnie sukces tylko wtedy, jeżeli pokaże, że jest od nich lepsza. Każdy artykuł przepisywała po dziesięć razy, poprawiała teksty z obsesyjną troską o szczegóły. Przed rozpoczęciem pracy przy nowym temacie zbierała wszystkie dostępne informacje. Czytała dzieła wielkich pisarzy, by nauczyć się od nich dobrego stylu. To właśnie ona wylansowała we Włoszech modę na kobiety dziennikarki, ale ponieważ była zdolna, niepospolicie inteligentna i pracowita, nie miała w tym środowisku przyjaciół. Dziennikarstwu zawdzięczam wszystko. Byłam ubogą dziewczyną – dzięki dziennikarstwu nie stałam się ubogą kobietą. Byłam ciekawa świata, chciałam dużo podróżować – dziennikarstwo mi to umożliwiło. Wychowałam się w społeczeństwie, w którym kobiety odgrywały drugoplanową rolę i były źle traktowane – jako dziennikarka mogłam żyć jak mężczyzna, pisała.
W swoich słynnych wywiadach z możnymi tego świata dała się poznać jako przenikliwa, umiejąca odsłaniać osobowości swych rozmówców dziennikarka, prowadząc przy tym narrację na najwyższym poziomie. Nie podawała jedynie pytań i odpowiedzi, ale budowała opowieści, które miały początek i zakończenie. Między nimi rozciągała akcję trzymającą czytelnika w napięciu, a w jednej z ról umieszczała siebie. Świadomość, że po tygodniu jej teksty ‘umierały’, sprawiała jej przykrość. Kiedyś zaniosła buty do szewca i odebrała je owinięte gazetą z jej własnym artykułem… Mimo to pisała dalej, bo wierzyła, że głos dziennikarza może służyć nie tylko rozrywce, ale słusznym sprawom. Była przekonana, że dzięki jej tekstom oczy świata kierowane są na niesprawiedliwości i nadużycia władzy, a nagłaśniając akty przemocy i bezprawie niesie pomoc. Oriana stanęła na pierwszej linii frontu walki o wolność i sprawiedliwość, dwa ideały, w których wyrosła, puentuje Cristina De Stefano.

Fallaci mówiła o sobie: Jestem perfekcjonistką. Maniaczką precyzji. I zawsze się boję pomylić, rzadko jestem zadowolona z tego, co piszę. Dziś postrzega się ją jako jedną z największych włoskich dziennikarek i twórczyń literatury popularnej XX wieku. Opowieści rodziły się pod jej piórem naturalnie, bez patosu. Wśród swoich czytelników widziała prostych ludzi - krawcowe, gospodynie domowe, robotników i malarzy, a nie inteligencję. Nienawidzę trudnych słów, skomplikowanych, mętnych wywodów. Nauczyła mnie tego matka, kobieta bardzo inteligentna, ale niewykształcona, bo nie posłano jej do szkół. Matka mówiła mi zawsze: ‘Pisz łatwo, proszę cię. Tak, żebym i ja mogła zrozumieć.’ Oriana podporządkowała się, pisała prostym językiem i dobrze na tym zarabiała. Ale nie lubiła pieniędzy, nie potrafiła nimi dobrze zarządzać. Nie przeszkadzało jej również to, że się starzeje, za nic miała swój wygląd: Zmarszczki są moimi medalami, odznaczeniami, na które sobie zapracowałam (…) Pięknie jest się starzeć. Wraz z wiekiem zdobywa się wolność, której się nie miało w młodości. Wolność absolutną. Była anarchistką, ale nie feministką – wyzwoliła się własnymi siłami. Uważała się za chrześcijańską ateistkę, bo doceniała spuściznę tej właśnie religii. Najbardziej podziwiała Benedykta XVI. 27 sierpnia 2005 roku spotkała się z nim w Castel Gandolfo. Pisarka, która stała się symbolem wojny z islamem, oraz przywódca Kościoła miłości. Sławna ateistka i przewodnik duchowy, tak komentowano wtedy ich spotkanie. Była ogromnie związana ze swoją małą ojczyzną: Mówię po florencku, po florencku myślę i czuję. Moja kultura i wychowanie są florenckie. Kiedy za granicą pytają mnie, skąd pochodzę, mówię: z Florencji. Nie: z Włoch. Bo to nie jest to samo. Uwielbiała gotować, pięknie haftowała ściegiem gobelinowym, kochała Amerykę. Prawie dwadzieścia lat przed 11 września 2001 roku Oriana wyraziła obawę, że wcześniej czy później radykalny islam wyjdzie z terenów walk na Bliskim Wschodzie i wystąpi przeciw Zachodowi - nie pomyliła się. W miłości krucha i delikatna, całkowicie poddana ukochanemu. W pracy dumna i niezłomna, waleczna i odważna. Jej śmierć nastąpiła zdecydowanie przedwcześnie - 15 września 2006 roku. Ileż pracy miałaby dzisiaj obserwując współczesny świat...

Biografia Oriany Fallaci napisana przez Cristinę De Stefano jest taka sama jak życie tej sławnej Włoszki- wielowymiarowa, skrupulatna i pasjonująca. Silny charakter, bezkompromisowość, błyskotliwość i dążenie do wyznaczonego celu sprawiały, że ta niezwykła dziennikarka i pisarka zarazem, zawsze osiągała to, czego chciała. Jej historia naprawdę może stanowić silną motywację do działania dla wszystkich kobiet. Szczególnie powinny wyciągnąć z niej wnioski te przedstawicielki płci pięknej, które poza pasją i talentem nie mają niczego…

Cytaty za: Oriana Fallaci. Portret kobiety, Cristina De Stefano, Sonia Draga, Katowice 2014.

Ocena: 6/6 (!!!)

Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com.pl Polecam gorąco!


wtorek, 23 grudnia 2014

Religa. Biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirurga - Dariusz Kortko, Judyta Watoła

Obok Jana Pawła II i Lecha Wałęsy był najbardziej znanym Polakiem. Mąż, ojciec, rektor Śląskiej AM, polityk, jeden z najwybitniejszych Ślązaków i Zagłębiaków XX wieku (znalazł się w tym rankingu na 8. miejscu, choć nie pochodził ze Śląska!), ale przede wszystkim niezwykły lekarz – kardiochirurg. Życie profesora Zbigniewa Religi opisane przez Dariusza Kortko i Judytę Watołę w książce „Religa. Biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirurga” sprawia, że chcemy ponownie uwierzyć w polskich lekarzy, dla których praca to misja i służba, i którzy walczą o każde życie do końca. Bez względu na wszystko. Jak on…

Urodził się 16 grudnia 1938 roku w Miedniewicach koło Żyrardowa. Wychował się w rodzinie o sympatiach socjalistycznych, pełnym ciepła i tolerancji. Chciał zostać dziennikarzem albo filozofem, lecz to właśnie rodzice namówili go, by studiował medycynę. Zdał egzaminy już w pierwszym podejściu i jesienią 1956 roku rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Warszawie. Na początku był przekonany, że nigdy nie wybierze chirurgii jako swojej specjalizacji: Kojarzyła mi się ze strasznie nudnym rzemiosłem. Po prostu trzeba coś wyciąć, dociąć, ale nie ma w tym żadnego wyzwania, powiedziałbym intelektualnego, wspominał. Kończąc studia miał na swoim koncie 130 samodzielnych operacji, a później było już tylko lepiej. Duża w tym zasługa najbliższych, co potwierdzał sam Religa w jednym z wywiadów: Rodzice nauczyli mnie jednej niezwykle ważnej rzeczy. Cały czas zwracali mi uwagę, że nie jestem najważniejszy na świecie. Wciąż przypominali, że ludzie będący wokół nas są tak samo ważni jak ja. W ten sposób nauczyli mnie szacunku do innych. Pokazali, aby traktować bardzo poważnie sprawy naszych bliźnich, a na wszystko w życiu trzeba samemu zapracować. Tę zasadę wziął sobie do serca i uczynił ją widoczną w całym swoim życiu. Zawsze traktował pacjenta jak partnera (to wynik jego pobytu na szkoleniach w Stanach Zjednoczonych) i robił dla niego wszystko, co było możliwe. Nigdy nie pytał, kto jest kim, co robi, ani skąd pochodzi. Nie ocenia[ł] przydatności społecznej, inteligencji ani wyglądu. Serce da[wał] pacjentom, którzy umiera[li]. Miał w sobie magnetyczny urok, niezwykły dar zjednywania ludzi, charyzmę. Przy nim wszystkim rosły serca. Każdemu dawał kredyt zaufania, był bezpośredni, szczery, prostolinijny. Ale jeśli ktoś go zawiódł, nie mógł się już nigdy spodziewać z jego strony przyjaźni i sympatii. Nie wybaczał niepunktualności, zaniedbania, niedopatrzenia czegoś, niesprawdzenia - od tego zależało ludzkie życie. Nie było możliwe, żeby lekarz dyżurny nie wiedział wszystkiego o pacjentach, których zostawił pod jego opieką. Nie znosił kłamstwa, zwalania winy na kogoś innego, cwaniactwa, podkreślają znajomi profesora. W jego klinice istniała jedna, najważniejsza zasada: dbać o dobro chorego: Nie można było wyjść z pracy, bo to czy tamto. Nie. Najpierw trzeba było wykonać robotę, przytakują pracownicy. On sam nigdy nie brał dyżurów. Jak był potrzebny, zostawał na noc w szpitalu, wtedy spał na tapczanie w swoim gabinecie. Nie odżywiał się najlepiej – głównie kawą i papierosami. Nieustannie brakowało mu czasu, był szaleńczo zapracowany. Mimo to codziennie łamał zasady hierarchii, dzielnie zmagał się z problemami interpersonalnymi, zazdrością i zawiścią środowiska. Na początku swej drogi w Zabrzu miał trudności z pozyskaniem zachodniego sprzętu do kliniki, ale przede wszystkim trudno było mu przekonać wszystkich, że transplantacje serca są w naszym kraju możliwe, nawet w PRL-u. Rzucając wyzwanie naturze stwierdził: Nie czuję się lepszy od innych chirurgów ani odważniejszy. W ogóle nie chodzi o mnie, tylko o pacjenta. Był załamany, kiedy pacjenci wkrótce po przeszczepach umierali (Wchodził, wychodził, palił papierosy). Po trzecim zgonie Religa upił się na umór. Jego sekretarka, Ewa Maksymowicz, wspomina: Pił, nie zaprzeczę. Tylko że on zawsze miał powód. Inni lekarze powodu nie potrzebowali, taka była różnice. Profesor napił się w stresie, jak chory zmarł. Myślałam, że po tylu latach można się na takie zdarzenie uodpornić. Ale u niego tego nie było, on cały czas przeżywał to strasznie. Jak się napił, ludzi do niego nie wpuszczałam.

Niektórzy mieli Zbigniewowi Relidze za złe, że wykorzystywał swoje stanowisko, by pozyskać sponsorów na zbudowanie sztucznego serca oraz że flirtował z władzą. W 1988 roku gościł w swojej klinice generała Wojciecha Jaruzelskiego i przyjął jego zaproszenie do wzięcia udziału w pochodzie pierwszomajowym. Odpowiadał na to: Pójdę z każdym, byle załatwić tym setkom tysięcy biednych, chorych ludzi dostęp do najlepszego leczenia. Tak naprawdę polityka go nie interesowała. Walczył o pieniądze dla kliniki, rozwój swoich lekarzy, lepszą przyszłość chirurgii, a wszystko po to by leczyć i ratować ludzi. Po latach profesor kończąc te dywagacje stwierdził krótko: Największą pomoc miałem zawsze od czerwonych, a nie od swoich. Żeby zrealizować zamierzone cele, założył również Fundację Rozwoju Kardiochirurgii. Nigdy nie chodziło o niego (był biednym lekarzem, nigdy nie prowadził prywatnej praktyki, nie miał drogich samochodów, był też pierwszym VIP-em, który się leczył w kraju a nie zagranicą), ale zawsze o pacjenta. Szczerze przyznawał, że gdyby nie jego najbliżsi nigdy nie doszedłby tak daleko: Wszystko, co robiłem w swoim życiu zawodowym, było też dla mojej rodziny. Nigdy nie myślałem: mój sukces. Nie osiągnąłbym tak wiele, gdyby nie moja żona. Powiem więcej, gdyby była kobietą inaczej myślącą, inaczej patrzącą na świat, na mnie, to nasze małżeństwo dawno by się rozpadło. Wtedy nie miałbym siły płynącej z domu, byłoby mi o wiele trudniej…

Był wyjątkowy, w to nie wątpi nikt. Do swojej pracy podchodził z zapałem, wizją i sercem. Chorzy uważali go za świętego, bliscy współpracownicy uwielbiali z nim pracować, a rodziny pacjentów nie bały podejść się do niego na korytarzu i zapytać o zdrowie najbliższych. Był ambitny, nie miał kompleksów, a przede wszystkim nie bał się realizować własnych marzeń. I choć zdarzało mu się poświęcić dla nich swe poglądy i siebie samego, robił to mając zawsze na uwadze lepszą przyszłość polskich pacjentów. Armia świetnie wyszkolonych przez niego kardiochirurgów to największe dziedzictwo profesora – wrażliwego wizjonera. Biografia Zbigniewa Religi daje pełen obraz tego niezwykłego człowieka, który chciał reformować polską kardiochirurgię. Duża ilość zdjęć i informacji ze sfery medycznej (aby nakreślić problemy z jakimi profesor musiał się zmierzyć) dopełniają jego wizerunku i choć nie brak na nim rys, stawiają go na piedestale. Zwyczajny czy też niezwyczajny Zbigniew Religa nadal pozostaje niedościgłym wzorem dla kolejnych pokoleń młodych lekarzy…


Cytaty za: Religa. Biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirurga, Dariusz Kortko, Judyta Watoła, Agora, 2014.

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: (Nie)zwyczajny

niedziela, 14 grudnia 2014

Kryptonim Verity - Elizabeth Wein

„Kryptonim Verity” nie miał być z założenia podręcznikiem historii. Jego autorka, Elizabeth Wein, nie pozostawiła czytelnikowi złudzeń, informując go, iż ta publikacja to wytwór jej wyobraźni. Starała się jednakże zrobić wszystko, by realia stworzone przez nią były wiarygodne, toteż jak sama przyznała [z]a każdym szczegółem i epizodem tej książki kryje się jakaś prawdziwa historia. Świadoma, że wyczulony odbiorca może doszukać się ewentualnych pomyłek czy niezamierzonych niedokładności, w końcowych uwagach prosiła o wyrozumiałość. Nie tropiłam błędów i nieścisłości historycznych. Zasiadłam do „Kryptonimu…” zachęcona pozytywnymi opiniami i samą tematyką utworu. Nie zawiodłam się, choć nie ukrywam, że początkowo chciałam zaniechać lektury…

Julia Lindsay MacKenzie Wallace Beaufort-Stuart (w skrócie: Julie) i Margaret Brodatt (Maddie) to dwie młode Brytyjki, które zaprzyjaźniły się ze sobą podczas drugiej wojny światowej. Zatrwożone losem własnego kraju, pełne odwagi, ochoty do działania oraz pasji, bez wahania rzuciły się na pomoc ojczyźnie. Pozbawione kompleksów, nie bojące się walczyć ramię w ramię z mężczyznami, rewelacyjnie uzupełniały siebie nawzajem. WAAF (Ochotnicza Służba Lotnicza), ATA (Air Taxi), SOE (Kierownictwo Operacji Specjalnych), to organizacje, z którymi związały swe losy, udowadniając, że płeć piękna w niczym nie ustępuje brzydkiej. Początkowo Maddie majstrowała przy silnikach, impregnowała brezentowe skrzydła i zawierała nowe przyjaźnie. Samoloty jednakże szybko stały się jej największą pasją. Była świetna w nawigacji powietrznej, ukończyła kurs obsługi radaru i awansowała do stopnia oficerskiego. Przełożeni szybko dostrzegli ponadprzeciętne zdolności kobiety i jej ‘najbystrzejsze oczy na całym Oakway’, a w konsekwencji tego zaproponowali kolejne tajne szkolenia. Razem z Julie przerywała naloty bombowców i naprowadzała obce samoloty. Jej wymagające zadania, którym poświęcała się całkowicie, w cięższych chwilach budziły wątpliwości natury moralnej: Każdy bombowiec, który dostarczam, wykonuje zadania operacyjne i zabija ludzi. Cywilów, takich jak moi dziadkowie, dzieci. Chociaż nie robię tego własnymi rękami, ale jakąś odpowiedzialność ponoszę. Przywiozłam też ciebie…

Julie pracowała w wywiadzie, miała kilka tożsamości (była np. Evą Seiler, Scottie, Qunnie): Uwielbiałam grę aktorską, udawanie, a związaną z tym tajemniczością, pochlebiałam sama sobie, że jestem taka ważna. Od czasu do czasu wyciągałam od moich klientów Bardzo Istotną Informację. Jak lokalizacja lotnisk, typy samolotów i takie tam. Praca dawała jej satysfakcję, ale było w nią wkalkulowane duże ryzyko. 11 października 1943 roku brytyjski samolot szpiegowski pilotowany przez Maddie rozbił się w okupowanej przez Niemców Francji. Na jego pokładzie była również Julie, która przeżyła wyskakując z niego ze spadochronem, będąc przekonaną, iż jej droga przyjaciółka nie przeżyła tej katastrofy. Być może właśnie ze względu na tę tragedię, tak łatwo wpadła w ręce gestapo na jednej z francuskich ulic. By ocalić swe życie, miała napisać, wszystko, co pamięta[…], na temat tak zwanego brytyjskiego wysiłku wojennego. Dostała papier i dwa tygodnie czasu, by spisać swoje wspomnienia, w których celowo sięgała pamięcią daleko wstecz. Początkowo czytelnik nie wie, czy to, co pisze Julie w swym 'pamiętniku' jest prawdą czy nie. Szczególnie, kiedy natrafia fragmenty takie jak ten: Nie bierzcie na serio żadnego podanego przeze mnie kierunku, po którym podaje lokalizację kolejnych tajnych lotnisk. To wzmaga irytację i nasuwa pytania, czy Julie jest kolaborantką czy jednak nie i czy hitlerowcy pozwolą jej przeżyć... Wyjaśnienia tych zawiłości, szukać należy w drugiej części książki, zawierającej zapiski Maddie.

Autorka opisując przyjaźń między kobietami, ich zmagania podczas wojennej zawieruchy, subtelnie ukazuje ówczesną rzeczywistość. Dotyczy ona nie tylko straszliwych tortur, jakim była poddawana Julie, kiedy trafiła do niewoli (przez prawie miesiąc głodzili ją w ciemności i pozbawili ubrania, wymiotowała i wycierała nos we własne włosy, nadziewano ją na rożen i przypiekano, itd.), ale sygnalizując wcześniejsze przejawy antysemityzmu w Manchesterze jeszcze przed wybuchem wojny (kiedy na ulicy faszyści mówili Maddie, że jej dziadek sprzedaje motory Żydom, albo że motor jego wnuczki jest żydowski). Już wtedy widać stopniowy wzrost niepokojących nastrojów, które z czasem osiągną apogeum i poprowadzą świat ku zagładzie. Chwile nieustannej grozy to większość wspomnień Maddie i Julie. Cała ich młodość przypadła na nieludzki czas wojny, toteż zamiast się bawić i beztrosko używać życia, młode kobiety musiały stać na posterunku bez względu na wszystko: Nagła groza spadających bomb nie da się porównać z nieustannym, dojmującym strachem przed wykryciem i aresztowaniem. To uczucie nigdy mnie nie opuszcza. Nie ma żadnego momentu ulgi, nigdy nie odezwie się wyczekiwany sygnał odwołanego alarmu. Zawsze ma się lekkie mdłości, widząc, że w każdej chwili może się zdarzyć to najgorsze. Po wypadku, kiedy Maddie trafiła do przedstawicieli francuskiego ruchu oporu i ukrywała się w stodole miała świadomość tego, na co narażają się ludzie, którzy ofiarowali jej odzież, jedzenie i dach nad głową (to świetna lekcja dla młodzieży, obrazująca oblicze prawdziwego humanitaryzmu i ludzkiej solidarności ponad narodami) - Stanowię wielki ryzyko - zagrażam nie tylko sobie samej, ale też całemu mojemu otoczeniu. Bo przecież ludzie w momencie zagrożenia życia zachowywali się różnie, przy okazji nieświadomie ukazując swoje prawdziwe ja. Przeważnie chcieli chronić siebie, swoich najbliższych, więc przykładowo kiedy na ulicy wybuchała jakaś bójka, odwracali wzrok, żeby uniknąć kłopotów. Różnie radzili sobie również najbliżsi osób bezpośrednio zaangażowanych w walkę zbrojną czy wywiadowczą. Czasem ich zachowania mogły wydawać się irracjonalne, dopiero z upływem czasu pojmowano je i odnajdowano w nich sens. Teraz rozumiem, dlaczego […] matka [Julie] bawi się w panią Darling i pod nieobecność swoich dzieci zostawia w ich sypialniach otwarte okna. Dopóki możesz udawać, że wrócą, masz nadzieję, pisała Maddie o matce nieodżałowanej przyjaciółki. Każdy radził sobie z koszmarem wojny jak potrafił, co nie znaczy, że od razu załamywał ręce i zapominał o (choćby mikroskopijnych) przyjemnościach… Margaret Brodatt nawet podczas wojny czuła się kobietą i dostrzegała swoje niemodne ubranie, otrzymane od dobrotliwych opiekunów we Francji: Mitraillette ma inny wymiar talii i bioder, jej rzeczy na mnie nie pasują, więc muszę nosić sukienkę jej matki – niemodną, prostą, w jakiej żadna szanująca się dziewczyna z mojego pokolenia nie chciałaby umrzeć. Oczywiście, to nie rzeczy tak powierzchowne i błahe były najważniejsze. Ludzie czynni w obronie kraju, kiedy zostawali pozbawieni swych zadań, czuli się jak pasożyty, cierpieli z powodu braku zajęć, a w głowie pojawiał im się natłok myśli i strach przed konsekwencjami swych działań: [C]zuję się taka bezużyteczna! Całymi dniami się skrywam, wszyscy koło mnie skaczą, ryzykując życie, obsługują mnie, karmią, chociaż sami muszą liczyć każdy okruszek… Nie mogę nawet uprać własnych majtek… I co będzie, jak wrócę do kraju? Pewnie i tak wsadzą mnie do paki za oszukiwanie przełożonych, podprowadzenie samolotu RAF-u i rozbicie go we Francji… , martwiła się Maddie. I choć widząc jej zdolności i zaangażowanie mówiono jej, że urodziła się by być żołnierzem, ona odrzucała ten tok rozumowania, twierdząc: Nie urodziłam się na żołnierza, po prostu toczy się wojna, więc transportuję samoloty. Ale nie rozglądam się za przygodami, nie szukam ani dreszczyku sensacji, ani zwady. Po prostu lubię, żeby wszystko działało, jak należy. I kocham latać. Bo przecież czasów, w jakich przychodzi nam żyć nikt nie wybiera, a naszych pasji nie może (na szczęście!) pozbawić nas żaden okupant…

„Kryptonim Verity” to lektura trzymająca w napięciu do samego końca. To historia nieprzewidywalna, wyraźnie dopracowana i ciekawa. Nawet jeśli nie jest prawdziwa, to i tak staje się hołdem dla mężnych kobiet, które odegrały wielką rolę podczas drugiej wojny światowej, a o których (bohaterskich, a jakże!) czynach tak często zapominamy czy też tak łatwo je deprecjonujemy. Książka ta ma jeszcze jedną istotną zaletę – widać w niej pasję, pełne zaangażowanie, ogromną pracę oraz oryginalny pomysł jej twórczyni - Elizabeth Wein. To właśnie dla takich publikacji warto zarywać noce :-) Polecam gorąco!

Cytaty za: Kryptonim Verity - Elizabeth Wein, PWN, Warszawa 2014.

Ocena 5/6

Tę oraz inne, ciekawe książki znajdziecie na www.gandalf.com.pl Polecam gorąco!





wtorek, 2 grudnia 2014

Niżyński. Bóg tańca - Lucy Moore

Urodziliśmy się jako artyści tańca. Nasze tańczące ciała, dziedzictwo po rodzicach, przyjęliśmy bez zastrzeżeń. Teatr i taniec od urodzenia były dla nas naturalnym sposobem życia. Zupełnie jakby teatr stanowił nasz żywioł, w którym wszystko współgrało z naszą duszą. Tak o dzieciństwie swoim i swego brata pisała Bronisława Niżyńska, siostra człowieka, który zrewolucjonizował balet – genialnego Wacława. „Niżyński. Bóg tańca” Lucy Moore to rzetelnie spisana historia legendy, geniusza, skandalisty, biseksualisty i wreszcie schizofrenika. To biografia, która przenika czytelnika na wskroś, która pozwala obserwować rozkwit niezwykłego talentu, cieszyć się sukcesami wspaniałego tancerza, a następnie każe mu cierpieć razem z artystą pogrążającym się w odmętach szaleństwa…

Urodził się 12 marca 1889 w Kijowie. Jego rodzice, Tomasz i Eleonora byli zawodowymi tancerzami, choć żadne z nich nie pochodziło z artystycznej rodziny. Wacław nie miał lekko w życiu. Rodzice z racji wykonywanego zawodu mieli ciągłe kłopoty finansowe. Żeby móc się utrzymać, nie odrzucali żadnej oferty pracy (także tej w cyrku). Dzieci zabierali oczywiście ze sobą, dlatego też dzieciństwo upłynęło im głównie w teatrach (co nie jest bez znaczenia w przypadku dróg, jakie obrali). Rodzinę dość wcześnie i zupełnie niespodziewanie opuścił mąż i ojciec w jednej osobie, Tomasz Niżyński, by związać się z inną kobietą. Młody Wacław ogromnie przeżył jego występek, nigdy mu nie wybaczył, że zostawił rodzinę na pastwę losu. Od tej pory to matka musiała walczyć z całych sił, by jej ukochane dzieci miały wszystko, co najlepsze. To dla nich przeniosła się do Petersburga, gdzie mieściła się Carska Szkoła Teatralna mogąca zapewnić im przyszłość. Początki w elitarnej placówce nie były łatwe – szybko dostrzeżono obcy akcent i ubóstwo nowego ucznia. [Wacław] spotykał się z pogardą rówieśników, był pomijany we wszystkich szkolnych zabawach i przy każdej okazji dawano mu do zrozumienia, że jest gorszy. Pomiatano nim, lekceważono go i wykpiwano, nikt nie chciał z nim siedzieć w jednej ławce czy wspólnie zjeść obiadu. Wrażliwy młodzieniec czuł się outsiderem i dostrzegał w sobie chęć walki z obojętnym i nieczułym światem, co zostanie mu już do końca życia... Ale wykładowcy darzyli go specjalnymi względami, bo znakomicie sobie radził na lekcjach tańca, muzyki i rysunku (gorzej szło mu jedynie z przedmiotami ogólnymi). Błyskawicznie znalazł uznanie w oczach krytyków, którzy uznali go za najbardziej wyróżniającego się debiutanta, a jego taniec określali jako ‘zwizualizowaną muzykę’. Podkreślano, iż Wacław odznaczał się rzadką, wręcz nieziemską cechą. Nie tracąc naturalności, przemieniał się w tańcu, stawał się ‘podniosły, dynamiczny, wolny i jakże pełen uniesienia.’ Cudowny skok, podczas którego wydawał się wisieć w powietrzu, to było znacznie więcej niż techniczna doskonałość (…). Niektórzy nazywali go ‘młodym dzikusem’ (na ogół porozumiewał się bowiem za pomocą gestów, a nie słów i nie patrzył w oczy rozmówcy), ale to właśnie ów dziwak był najjaśniejszą gwiazdą teatrów carskich. On sam był zresztą przekonany, że jest największym tancerzem swojej epoki (a nawet że tańczy jak Bóg!). Jego celem była doskonałość - maksymalnie napinał mięśnie, ćwiczył z przesadną mocą każdy ruch, jaki miał wykonać na scenie, budując 'rezerwę siły’, żeby w trakcie występu wszystkie ruchy zdawały się łatwe i niewymagające wysiłku. Uważał, iż taniec powinien być tak prosty jak oddychanie i chociaż każdy krok jest odrębnym ruchem, musi się wydawać naturalną i harmonijną konsekwencją wszystkich wcześniejszych ruchów i realizował to na scenie. Był przy tym jednocześnie wielką 'dumą i radością impresaria'. Nie dziwi zatem jego odurzenie sukcesem: Czekało na niego wszystko, o czym mógł marzyć: zachwyceni widzowie, przychylne recenzje, twórcze spełnienie (…). Lucy Moore konsekwentnie ukazuje, jak się zmieniał, jak cieszył się sukcesami swojej pracy, jak dojrzewał, jak niestrudzenie dążył do perfekcji oraz jak bardzo emocjonalnie przeżywał każdą najmniejszą nawet porażkę: Jeśli czuł, że jego występ nie był doskonały, potrafił pozostać w ciemnym teatrze, który wszyscy już opuścili, i wciąż od nowa powtarzać kroki. Nawet kiedy był z siebie zadowolonym nie przestawał tańczyć jeszcze przez chwilę po ukłonach (…). Kiedy niespodziewanie został zwolniony za nieodpowiedni i nieprzyzwoity kostium prezentowany w obecności Jej Cesarskiej Mości Marii Fiodorowny, matki cara, natychmiast stał się artystą Baletów Rosyjskich pod wodzą ich impresario - Siergieja Pawłowicza Diagilewa. Cała trupa wyjechała do Paryża i rzuciła urok na paryską publiczność. Bywalcy tamtejszych salonów prześcigali się w pochwałach, a kariera Niżyńskiego kwitła w najlepsze. Już w wieku 24 lat zadebiutował jako choreograf. Jego pierwszym dziełem było "Popołudnie fauna", w którym wystąpił w tytułowej roli (co ciekawe, zawsze sam się charakteryzował, a kostium i makijaż uważał za istotną część tworzonej przez siebie postaci). Skonstruował balet, który odbierał piękno, wdzięk i był sprzeczny z obowiązującym kanonem, czym narażał się współczesnym. Szokował nowoczesnością, doborem muzyki, która nie ‘wiązała tańca’, raczej stanowiła jego siłę napędową, a wielu postrzegało pełen wyzwań styl rzeźbiarskiej wręcz choreografii Niżyńskiego jako obelgę dla tradycji. Kiedy pracował z tancerzami nie brał pod uwagę ludzkich ograniczeń, a próby ciągnęły się w nieskończoność: Taniec nie może być pracą, taką jak chodzenie do biura. Jest wszystkim, mówił. Pozbawiony temperamentu, oddany ideałom, które wyznawał, był ‘prawdziwym artystą, kroplą czystej sztuki’ i tylko ona miała znaczenie…

Niżyński jak każdy prawdziwy artysta od dziecka wykazywał się ogromną wrażliwością. Autorka kreśli ramy społeczno-historyczne, dzięki czemu czytelnik rozumie, w jakiej rzeczywistości żył ‘bóg tańca’. Obracał się w homoseksualnym towarzystwie rozwiązłych książąt i mecenasów sztuki, którzy porównywali poderwanych przez siebie chłopców, mieli wspólnych kochanków i wymieniali się nimi (wymiana lub przekazywanie sobie kochanków były czymś zwyczajnym w grupie ważnych homoseksualistów). Nieśmiały i nieobyty Niżyński najpierw został kochankiem księcia Pawła Lwowa, a następnie Diagilewa, swego impresario. W dramatycznym wpisie w dzienniku Wacława znajdziemy takie oto wyznanie dotyczące tego drugiego: Nienawidziłem go za zbyt stanowczy głos, ale poszedłem szukać szczęścia. Znalazłem tam szczęście, gdyż od razu go pokochałem. Drżałem jak liść osiki. Nienawidziłem go, ale udawałem, gdyż wiedziałem, że moja matka i ja umrzemy z głodu. Poznałem się na Diagilewie od pierwszej chwili i dlatego udawałem, że zgadzam się ze wszystkimi jego poglądami. Zrozumiałem, że żyć trzeba, i dlatego było mi wszystko jedno, na jakie poświecenie się godzę. Dzięki wpływowemu kochankowi Wacław tańczył wszystkie główne role. Z czasem okazało się, że przemęczony, oszołomiony baletmistrz potrzebuje odpoczynku i poczucia stabilizacji, żeby tworzyć nowe dzieła. Nieustanne przenosiny i ciągłe przebywanie pośród obcych posługujących się nieznanymi językami wyczerpywały go. Niestety, nie znalazł zrozumienia. Diagilew, by kontrolować każdy ruch Niżyńskiego, zbudował wokół niego mur, przez który nikt nie mógł się przebić. Wśród osób, z którymi mógł się kontaktować byli jedynie znajomi twórcy Baletów Rosyjskich, wśród których Niżyński nie czuł się dobrze - uważali, że jest dziecinny, zamknięty w sobie i nie zna dobrych manier. [D]ozwolony był tylko jeden wszechpotężny cel-nieśmiertelność. Dozwolony był też szampan, ale Wacław rzadko pił. Tancerz poczuł się osaczony i zmęczony. Ciężko i dużo pracował, miewał humory, był notorycznie podenerwowany i wszystko doprowadzało go do furii. Przyczyn takiego stanu rzeczy należy doszukiwać się w fakcie, iż nie miał domu, ani czasu na odpoczynek, brakowało mu ojczyzny i przyjaciół. Ale to samotność bolała najdotkliwiej. Prawdopodobnie nieobecność Diagilewa oraz wspomniane wyalienowanie wykorzystała węgierska tancerka, Romola de Paluszky, by zostać jego żoną. Zakochanej kobiecie Enrico Cecchetti radził: Uważaj, Niżyński jest jak słońce, które mocno świeci, ale nigdy nie grzeje, ale nie odstraszył jej od zamiaru zamążpójścia tym stwierdzeniem. Niestety, to właśnie od tego momentu zaczyna się najtragiczniejszy i najsmutniejszy okres w życiu Wacława. A świadomość, że zniszczyli sobie nawzajem życie, wszystko dodatkowo pogarszała…

Na krótkie wspomnienie zasługuje bez wątpienia jeszcze wątek związany z ojcostwem. Wacław był ogromnie szczęśliwy, kiedy w Wiedniu na świat przyszła jego córka Kira. Kiedy mamka nie chciała dłużej karmić Kiry, Wacław przejął opiekę nad dzieckiem, nauczył się sterylizować butelki, przygotowywać mleko i sam ją karmił. Pomalował wielki pokój dziecinny oraz meble na jasne kolory, tak że przypominał ‘zaczarowaną chatę z rosyjskiej bajki’. Spędzał z nią długie godziny, bawił się jak dziecko, a ona nazywała go ‘Tataką’ i kochała ponad wszystko. Niżyński przyznawał otwarcie, iż uwielbiał życie domowe, zabawy z Kirą, rąbanie drewna na opał, wylizywanie miski, w której przygotowywano ciasto. Kocham życie rodzinne. […] Lubię bawić się z dziećmi. Rozumiem dzieci. Jestem ojcem. Jestem człowiekiem żonatym. Niestety, nawet ukochane córki (miał jeszcze drugą - Tamarę) nie ustrzegły go przed chorobą psychiczną…

Wacław Niżyński postrzegany był najczęściej wśród ówczesnych elit towarzyskich jako niezdarna istota, która jedynie na scenie stawała się kimś innym. Uważano go za ‘genialnego idiotę’, a jedyny geniusz, jaki mu przyznawano, był podświadomy. On sam nie potrafił żyć w normalnym świecie (nie umiał np. zarezerwować sobie pokoju w hotelu) i właśnie dlatego potrzebował pomocy kogoś, kto zadbałby o jego interesy. Kogoś takiego jak Diagilew. Wyprzedzał nas o całe stulecia. Potrzebował kogoś, kto mówił jego własnym językiem. [Ale] tylko nieliczni [go] rozumieli, zgodnie twierdzili inni baletmistrze po jego śmierci. Łączył seksualność tancerza ze sztuką absolutną, a na scenie otaczała go niewidoma, acz wyczuwalna aureola. Zdawał się należeć do ‘odrębnej rasy, był z innego tworzywa niż inni, całkowicie identyfikował się ze swoją sztuką. Nie wyróżniał się niczym w życiu prywatnym, ale miał bardzo wyrazistą osobowość sceniczną (tak, wybierał niezwykłe role, niemal zwierzęcopodobne, mitologiczne czy nierealne), dzięki czemu stał się obsesją publiczności. To za pośrednictwem własnego ciała komunikował się z widzami, a oszczędne gesty wyrażały złożone emocje. W każdej roli inny, każdą całkowicie pochłonięty, nie tylko zewnętrznie, ale i duchowo.

Biografia Wacława Niżyńskiego pióra Lucy Moor to publikacja niezwykle ciekawa, okraszona obszerną bibliografią i zawierająca libretto do baletu (oparte na życiu genialnego baletmistrza, w trzech aktach). Autorka nie tylko przedstawiła fakty, wypowiedzi różnych osób czy fragmenty dziennika Wacława, ale z tego materiału sama próbowała wysnuć wnioski, często podważając lub demaskując niektóre epizody z życia tancerza i ludzi, którzy gromadzili się wokół niego. Jestem przekonana, że nie trzeba być fanem Wacława Niżyńskiego, by sięgnąć po „Boga tańca”. To rzetelnie napisana biografia człowieka, którego talent, pasja oraz tragiczny splot wydarzeń doprowadziły do choroby psychicznej i smutnego końca. Polecam gorąco.

Cytaty za: Niżyński. Bóg tańca, Lucy Moore, Marginesy, Warszawa 2014.

Ocena 5+/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Marginesy.