czwartek, 11 kwietnia 2013

W plątaninie uczuć - Gabriela Gargaś

Czytanie książek przeznaczonych dla kobiet obarczone jest pewnym niebezpieczeństwem. Po pierwsze jest ich obecnie na rynku zatrzęsienie (o jakości nie wspominam), po drugie – właściwie zajmują się dość banalną tematyką, więc wiele osób nie porywa, a po trzecie – jeśli ich autor(-ka) nie ma znanego nazwiska, nie wystąpił(-a) w żadnym telewizyjnym show, jego/jej książka może pójść w niepamięć dość szybko, albo prawie w ogóle nie zaistnieć w świadomości czytelnika. Zasiadając do książek pisanych dla kobiet i przez kobiety siadam z rezerwą. Tym razem było podobnie. Na dodatek ta odstraszająca mnie okładka i kompletnie obce mi nazwisko autorki. "W plątaninie uczuć" Gabrieli Gargaś, drugiej powieści po debiutanckim "Jutra może nie być" z 2011 roku, przerażało mnie też objętością - przeczytać prawie 400 stron modląc się o koniec, to dość kiepska perspektywa, przyznacie. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu, powieść tej polskiej autorki (z zawodu ekonomistki!) przeczytałam jednym tchem, z wielkim zainteresowaniem, z kilkoma paczkami chusteczek i kubkiem gorącej herbaty w dłoni. Znalazłam w niej wszystko to, co tygryski (=kobiety - mam nadzieję, że żadnej pani nie uraziłam...) lubią najbardziej: dużo skrajnych uczuć, wiarygodnych zawirowań życiowych i języka, który sprawia, że od książki naprawdę nie można się oderwać...

Dorota, Hanna i Kalina - trzy przyjaciółki, które nie mogą bez siebie żyć. Są po trzydziestce, mają swoje mniejsze lub większe problemy, bliskie każdej kobiecie. Dzieląc się nimi, przeprowadzają swoistą formę terapii. Poznajcie je:

Dorota ma 33 lata, jest żoną, matką i kurą domową. Jest samotna, sfrustrowana i zła, bo czas przecieka jej przez palce. Funkcjonuje niczym mrówka w mrowisku, stając się robotem i poświęcając się całkowicie swojej rodzinie, kocha męża i dzieci, ale w tej miłości zatraca siebie. Dorota 'przyrosła' do swojego męża i nie wyobraża sobie życia bez niego. Za bardzo się stara dla innych, aż pewnego dnia zdaje sobie sprawę, że zachorowała na współuzależnienie - tak nazywa się ta choroba duszy, kiedy kochasz za bardzo. Bliskość za wszelką cenę. Gdy bańka mydlana pęka, bo okazuje się, że jej mąż zdradza ją z sekretarką, zaczyna się prawdziwa walka. O co? O swoje małżeństwo, o siebie, o dzieci, a wreszcie o własne szczęście, które nie musi oznaczać pełnego poddaństwa drugiemu człowiekowi...

Hanna 'pnie się po szczeblach kariery w międzynarodowej korporacji'. To nowoczesna singielka, którą pochłania (...) bez reszty system. Bez uczuć, człowieczeństwa, z zaplanowanym grafikiem spotkań. Jest na tyle atrakcyjna, że może mieć każdego mężczyznę. Problem w tym, że nie ma, a właściwie ma, ale tylko na chwilę, na jedną noc, nie dłużej... Kiedy zaczyna jej doskwierać samotność, gdy jej myśli coraz częściej krążą wokół własnej rodziny, dochodzi do wniosku, że ludzie tak naprawdę tęsknią za spontanicznością, dotykiem, uczuciem. Pozamykali swoje uczucia w sejfach obojętności. Boją się odrzucenia. Lepiej im patrzeć w szklany monitor niż w twarz drugiego człowieka. A ona tak nie chce. Jeśli nie potrafisz cieszyć się tym, co masz, to nigdy nie będziesz szczęśliwa. Trzeba sprawiać, by życie nie było tylko marną egzystencją, żyć dobrze i pięknie, każdy dzień traktować jak cud. Nigdy nie wiadomo, kiedy Bóg zdmuchnie tę świeczkę..., stwierdzi Hanna poznając mężczyznę swojego życia. Czy wypowie te słowa w porę?

Kalina jest z Piotrem od dziesięciu lat. On nie chce się z nią ożenić, ona przestała już nalegać. Jej matka nie żyje, z ojcem spotyka się rzadko, a z siostrą od lat nie ma kontaktu. Niespodziewanie pojawia się jej wielka miłość sprzed lat. Co zrobi Kalina? Czy zdecyduje się odejść od swojego partnera, by rzucić się w ramiona przystojnego, pełnego werwy i pomysłów Krzysztofa? A może jej butik z ekskluzywną odzieżą, dzięki któremu sama sobie udowodniła, że jest coś warta, że może czegoś dokonać, że wyznaczyła sobie cel i uparcie do niego dążyła. Nie było łatwo, wiele razy upadała na duchu, ale dopięła swego (...), jej wystarczy? Na co postawi - na rodzinę czy karierę?

Historia tych trzech kobiet wciąga. Jest to z pewnością zasługa autorki, która stworzyła bohaterki z krwi i kości, do których nie jedna z nas jest podobna. Dorota, Kalina i Hanna mają inne temperamenty, inne doświadczenia, inne plany na przyszłość, ale potrzebują siebie, lubią spędzać ze sobą czas i rozmawiać o facetach. Są jak siostry, którym chcemy towarzyszyć podczas wszystkich zakrętów losu, na których się znajdą. Podobnie jak my wszystkie, one też chcą być adorowane, słuchane, komplementowane i pożądane. Niektóre z nich kochają zbyt mocno, inne nie potrafią się cieszyć życiem, bo nie uświadomiły sobie jeszcze, że każdy dzień to prezent od życia, że warto żyć chwilą i nie wolno rozpaczać, jak wieki temu twierdził Horacy. W wyniku pewnych zdarzeń zaczynają sobie zdawać sprawę, że miłość nie jest linią prostą, jest jak sinusoida. Góra, dół i tak na przemian. Chwile szczęścia – przepłakane noce. Radość - ból. Upadki - wzloty. Mimo to jest piękna i jest sensem życia. "W plątaninie uczuć" nie jest książką odkrywczą, innowacyjną, nie sięga po prądy literackie i nie czerpie z klasyków. To powieść, która bazuje na wiarygodnych sytuacjach, mająca w sobie dużo ciepła, która uświadamia nam, co jest w życiu najważniejsze, na co warto postawić i o co każdego dnia walczyć. W sam raz, by się zatrzymać, pomyśleć o sobie i nie bać się zmian. Być może niektóre z czytelniczek zainteresuje fakt, iż na końcu książki autorka zamieściła kilka przepisów na kulinarne co nieco. A zatem, moje Drogie, ostrzcie sobie ząbki nie tylko na 'ucztę' literacką, ale i mini kulinarną. Polecam gorąco nie tylko paniom, ale i panom, którzy chcą się przypatrzeć kobiecej naturze z bliska.

Cytaty za: W plątaninie uczuć, Gabriela Gargaś, Feeria, Łódź 2012.

Ocena 5/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem Muszkieterki trzy razem przez życie szły

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Dziennik Helgi - Helga Hoškova-Weissowá

Z wiekiem coraz częściej wracamy do przeszłości. Ze zdziwieniem uświadamiam sobie, że tak naprawdę nigdy jej nie opuściłam, wyznaje znana i ceniona czeska malarka, 84-letnia Helga Hoškova-Weissowá, która w dzieciństwie przeżyła piekło trzech obozów koncentracyjnych. Swoje refleksje sprzed kilkudziesięciu lat, będące jednocześnie portret[em] epoki, w której żyli, dorastali i ginęli [jej] rówieśnicy, zawarła w cudem ocalałym dzienniku pisanym (ołówkiem na kartkach szkolnego zeszytu!) od 1938 roku, będącym dla niej swoistym rodzajem terapii. Jej książka, „Dziennik Helgi”, to obok „Dziennika” Anny Frank najważniejsze i najobszerniejsze świadectwo dziecka z pobytu w obozie koncentracyjnym.

15 marca 1939 o godzinie 6.30 wojska niemieckie przekroczyły granicę Czechosłowacji. Od tego momentu zaczyna się dramat jej mieszkańców, w tym także 10-letniej Helgi. Dziewczynka nie rozumie, co oznacza słowo ‘mobilizacja’, która dla niej jest początkowo równoznaczne z brakiem lekcji. Z czasem, gdy powstaje wiele rozporządzeń uderzających w Żydów, także to mówiące o usunięcie ze szkoły dzieci i młodzieży żydowskiej, zaczyna pojmować, co się wokół niej dzieje… Mimo iż większość jej aryjskich koleżanek nie przestaje jej odwiedzać, to są i takie, które patrzą na nią z góry odkąd do władzy doszedł Hitler i to sprawia jej przykrość. W tej nowej, wojennej rzeczywistości tata zapisuje ją na tajne komplety, na których Helga poznaje dzieci będące w takiej samej sytuacji jak ona. Kiedy zaczynają się transporty, najmłodsi ogromnie je przeżywają. W pierwszej chwili nie wierzą, że coś tak okropnego może mieć miejsce, jednak gdy z kompletów odchodzą kolejne osoby i trzeba je pożegnać i zorganizować z własnych zapasów pomoc, kończy się nieświadomość i czas błogiego dzieciństwa: Po południu idziemy całym kompletem na plac zabaw. Ostatni raz wszyscy. Jutro będzie nas już o jedną osobę mniej. (…) [N]ie umiemy być weseli. Co chwila uśmiech zamiera nam na twarzach. Także dla rodziny Helgi nadchodzi wezwanie do Terezina. Zaczyna się pośpieszne pakowanie, czas pożegnań i okazywania solidarności, gdy aryjscy znajomi przynoszą dla rodziny coś na drogę. Dziewczynce towarzyszy [w]ciąż ta myśl – nigdy więcej! Wszystko, cokolwiek robi[…], jest (…) po raz ostatni, bo opuszczając swój dom i Pragę ma świadomość, że prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczy krewnych, przyjaciół i znajomych. W drodze do obozu Helga ma jeszcze nadzieję, że zdarzy się cud, ale pociąg nie wraca, nie zatrzymuje się, bezlitośnie pędzi przed siebie, bez zatrzymania… Mimo to Czeszka nie załamuje się. Kiedy trafia do Kindersheimu, gdzie ma lepsze warunki i mieszka jedynie w otoczeniu dzieci, nie rozpacza: Nie ma (…) powodu do płaczu. Bo czy mamy płakać dlatego, że jesteśmy zamknięte, że nie możemy pójść do kina, do teatru albo na spacer, jak inne dzieci? Wprost przeciwnie. Tym bardziej musimy być wesołe. Z powodu braku kina i teatru nikt jeszcze nie umarł. (…) Bez jedzenia to już gorzej, ale i trochę głodu można wytrzymać. Chcą nas wykończyć to jasne, ale my się nie damy. W Terezinie źródłem nadziei i siły staje się dość bogate życie kulturalne: odbywają się tam wieczory literackie, koncerty, sztuki teatralne i wykłady. Tyle, że te atrakcje nie przesłaniają dramatycznej codzienności: Bagaże, nosze, trupy. I tak przez okrągły tydzień. Trupy na dwukółkach, żywi na karawanach. Wspomnieć należy także o ciągłych chorobach (Helga miała zapalenie mózgu, inni tyfus, szkarlatynę, itd.) czy wręcz epidemiach, głodzie, brudzie (wszy!) i szaleńczy[m] strach[u] przed wciąż grożącymi [im] transportami. By przeżyć autorka „Dziennika” pracuje przy uprawie warzyw, gdzie czasem udaje jej się coś ukraść albo zjeść coś ukradkiem na miejscu, a przede wszystkim zaczerpnąć świeżego powietrza poza gettem. Widząc, co się dzieje z ludźmi, jak z dnia na dzień tracą siły Helga stwierdza: Tak, kiedyś to byli ludzie. Zdrowi, silni, obdarzeni wolą, intelektem, uczuciami i zainteresowaniami – i miłością. Miłością do życia, dobra i piękna, wiarą w lepsze jutro. Zostały z nich skóra i kości, szkielety bez duszy. Najgorsze, co spotyka ją w Terezinie to utrata ojca: Wciąż jeszcze go widzę, jak stoi na schodach, macha do mnie, uśmiecha się…. Ach, Boże, jaki to był uśmiech. Takim go jeszcze nigdy nie widziałam. To miał być uśmiech, ale wyszedł z tego tylko nieudany grymas. Tak dziwnie drżały mu kąciki ust. ‘Tatusiu!’ Dziewczynka z matką zostają wywiezione do Auschwitz, gdzie panują okropne warunki. Następnie przewożą je do Freibergu i ostatecznie do Matthausen, gdzie zastanie je pokój. Jednak długa droga pociągami towarowymi do miejsca wyzwolenia o mało nie kosztuje ich życia. Podczas tej morderczej trasy Helga uświadamia sobie, jak piękny jest świat: Promyki słońca zaglądają przez szpary. Widać kawałek nieba, czasem pień albo koronę drzewa. To chyba las. Ach, nic nie budzi we mnie takiej tęsknoty jak widok lasu. Tak bardzo go lubię. Tatuś też lubił las. A tam znów trawa kołysze się na wietrze. Boże, jaki ten świat piękny i jak bardzo nie chce umierać: Nie wiedziałam, że tak kocham ten świat. Ile na nim przeżyłam? Piętnaście lat, z tego trzy i pół roku w obozie. A teraz, kiedy mam tyle planów na przyszłość, teraz, gdy dopiero naprawdę zaczynam żyć…

„Dziennik Helgi” napisany przez nią samą w młodym wieku zachował się praktycznie bez poprawek, choć autorka przed oddaniem go do druku czuła, że powinna dokonać korekty. Poza nielicznymi dopowiedzeniami nie zmieniła prawie nic, by jej zapiski nie straciły autentyzmu i siły wyrazu. To, co stworzyła jest dokumentem, świadectwem czasów, uzupełnionym jej własnymi ilustracjami, w którym to uwidacznia się jej duża świadomość, nawrócenie do Boga, szybki proces dojrzewania i zmiany, jakie zachodzą w człowieku za sprawą wojny. Całość napisana jest prostym językiem, dość oschle, momentami przypominając relację dziennikarską. Jest to lektura wstrząsająca, ukazująca, do czego zdolny jest człowiek. Na końcu jednakże jawi się nam nadzieja - następuje przecież wyzwolenie i wszyscy mogą się radować upragnionym pokojem. Czytelnicy mają również okazję przeczytać wywiad z Helgą Hoškova-Weissowá zamieszczony na końcu książki, która opowiadając o swoich losach swoich i własnej rodziny, daje nam się poznać jako matka, babcia i prababcia. „Dziennik Helgi” jest bezpośrednim, nieupiększanym świadectwem dla przyszłych pokoleń, bo choć wojna się skończyła dawno temu, to jak pisała Christa Wolff „Przeszłość nie umarła, a nawet nie minęła”… Polecam gorąco!

Cytaty za: Dziennik Helgi, Helga Hoškova-Weissowá, Insignis, Kraków 2013.

Ocena 6/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi Oblicza Kultury


piątek, 5 kwietnia 2013

Zmiany - Mo Yan

Nagle staję się jedynie tym, co pamiętam. Moje wspomnienia to ja z tamtych lat – samotny chłopiec, którego wyrzucono z podstawówki. Tak pisze o sobie laureat Literackiej Nagrody Nobla, Mo Yan w autobiografii „Zmiany”. Jest to dość oryginalny dokument o jego życiu, który z jednej strony (niestety jedynie odrobinę) przybliża nam samego autora, a z drugiej ukazuje realia Chin na przestrzeni lat z jego perspektywy, często pomijając niewygodne wydarzenia z historii własnego kraju, bądź jedynie je nadmieniając. Nie jest to zatem autobiografia sensu stricto, a jedynie strzępy informacji rzucone rządnemu ciekawostek z życia noblisty czytelnikowi, do których resztę musi/może sam sobie dopowiedzieć. Tak czy siak, mnie się podobało.

Wyrzucony z podstawówki za nadanie przezwiska nauczycielowi, zdolny kaligraf, dobrze zarabiający robotnik dorywczy w zakładach bawełnianych, wreszcie [ż]ołnierz, sekretarz, nauczyciel, wykładowca zasad marksizmu, pisarz, mąż i ojciec. Oto oblicza Mo Yana, wyłaniające się ze „Zmian”. Chiński autor zamieszcza w nich liczne wspomnienia ze szkoły podstawowej, w której ukończył jedynie pięć klas. Po tym, jak został on skreślony z listy uczniów, a nowinę tę obwieszczono w obecności całego ciała pedagogicznego i wszystkich uczniów, młody Mo Yan popada w czarną rozpacz: Nikt nigdy nie dostrzegał we mnie żadnego dobra, natomiast zawsze obarczano mnie odpowiedzialnością za to, co złe, wyznaje szczerze. Brakuje w tych opisach samego autora, który siebie zostawia niejako z boku, a w zamian za to opisuje np. detale dotyczące ubioru wychowawcy czy śmieszne zdarzenia z lat młodzieńczych. Mo Yan mając status rolnika był obywatelem drugiej kategorii, dlatego wolał pracę w zakładach niż życie na wsi i pracę na roli: [M]oją jedyną szansą na wyrwanie się ze wsi i odmianę losu jest kariera wojskowa. Dostać się do armii również nie było łatwo, ale mimo wszystko łatwiej niż na uniwersytet. W lutym 1976 roku zostaje przyjęty do maleńkiej jednostki Armii Wyzwoleńczej, co jednakże oznacza brak szans na rozwój zawodowy. Noblista wspomina przy okazji służbową wizytę w Pekinie, gdzie miał możliwość zwiedzić: plac Niebiańskiego Spokoju, Świątynię Nieba, Zakazane Miasto, Pałac Letni i Mauzoleum Mao Zedonga (opowiada przy tym, o czym myślał, kiedy umarł przywódca). W tym kontekście ukazuje także zmiany, jakie nastąpiły po śmierci Mao, ale o budzącej wątpliwości natury moralnej działalności Przewodniczącego milczy: Uniwersytety wznowiły nabór studentów, na wsiach przestano szkalować ludzi jako obszarników czy kułaków, na stołach rolników przybyło jedzenia, woły w jednostkach produkcyjnych były lepiej odkarmione… Napomyka również o narodzinach własnej córki, Xiaoxiao, w 1981 roku, ofensywie w Wietnamie w 1979 (jego koledzy zostali wtedy zesłani na front, a on zazdrościł im tego z całego serca zostając na miejscu), wtrącając anegdotki o znajomych ze szkoły, krótką informację o dostaniu się na Wydział Literatury Wojskowej Akademii Sztuk w 1984 roku oraz wzmiankę o pisaniu kolejnych swoich utworów i kliku innych wydarzeniach…

[T]ych poplątanych wspomnień mam w głowie po prostu za dużo i rzecz nie w tym, że koniecznie chcę je spisać, ale że one same siłą rwą się na zewnątrz. To zdanie najlepiej oddaje specyfikę „Zmian”. Te historie, które najmocniej ‘rwały się na zewnątrz’, Mo Yan przefiltrował (pewnie niektóre nie mogły zostać opublikowane ze względu na cenzurę), spisał i w ten sposób powstała jego autobiografia. Książka nie jest zbyt obszerna (112 stron) i bez wątpienia nie nasyci czytelnika faktami z życia autora, ale być może zachęci do poznania jego twórczości i wyczekiwania na kolejne publikacje. Jeśli tylko macie ochotę na krótką wycieczkę do Chin z przewodnikiem w postaci dość powściągliwego noblisty, to polecam gorąco. Ja przeczytałam „Zmiany” z wielkim zainteresowaniem i choć często żałowałam, że Mo Yan nie rozwijał danego zagadnienia czy też pozostawił jakiś temat zupełnie na boku, to bez wątpienia zaliczam moje kolejne spotkanie z tym chińskim pisarzem do udanych i czekam na więcej.

Cytaty za: Zmiany, Mo Yan, W.A.B., Warszawa 2013.

Ocena 5/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Inne rozkosze - Jerzy Pilch

„Inne rozkosze” Jerzego Pilcha to powieść z roku 1995, zaś w 2012 wznowiona przez Wydawnictwo Wielka Litera. Podobnie jak w swych innych dziełach autor porusza zagadnienia stosunków damsko-męskich, które prezentuje swoim charakterystycznym, przez wielu tak cenionym, językiem. Jest tu groteska, ironia, ale i dramat – dramat człowieka opętan[ego] przez wiecznie nienasycone demony dotyku...

Jestem wszetecznikiem. Jestem najzwyklejszym w świecie erotomanem. Ale proszę mi powiedzieć, dlaczego nim jestem? Co mną powoduje? Jaki demon mnie prowadzi? Dlaczego mam nieznośnie sentymentalny zwyczaj opowiadania swym aktualnym kobietom o ziemi cieszyńskiej? Dlaczego każdej nowo poznanej kobiecie obiecuję wspólne życie? Oto dylematy Pawła Kohutka, lekarza weterynarii, męża i ojca, mieszkającego z rodzicami i dziadkami gdzieś na ziemi zamieszkałej przez augsburskich ewangelików. Jest rok 1990, czas transformacji, nie dziwi zatem, gdy [ż]ona Kohutka uczy[…] się języków obcych. Dziecko Kohutka ogląda[…] telewizję satelitarną. Dziadek [śpi] łapczywym snem krótkowidza, któremu jedynie we śnie jest dane ujrzeć dalekie perspektywy. Niespodziewanie sielankę przerywa przybycie kochanki głównego bohatera, poznanej zaledwie 17 tygodni temu, zwanej przez niego ‘aktualną kobietą’. Kohutek jest bez wątpienia ‘erotycznym prostaczkiem’ i uwodzicielem z bożej łaski, co nie przeszkadza mu jednakże z sukcesem podbijać serca kobiet. Być może sekret tkwi w tym, że każdą z nich mami wizjami wspólnego życia i ofiarow[uje] [im] iluzję stabilizacji. Jego zachowanie jest jednakże niejednoznaczne, bo nasz niewierny weterynarz [ś]więcie wierzy w to, co mówi. Naprawdę - w chwili opowieści pragnął spędzić resztę życia ze słuchającą go kobietą...

„Inne rozkosze” Pilcha są lekturą lekką i przyjemną, ale oprócz tej prześmiewczej warstwy czytelnik ma także okazję do refleksji i czas, by przekonać się, czym skutkuje nieustanna pogoń za przyjemnościami, jakie są jej konsekwencje i czy warto pchać się w kłopoty na własne życzenie. Polecam!

Cytaty za: Inne rozkosze, Jerzy Pilch, Wielka Litera, Warszawa 2013.

Ocena 5/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera


czwartek, 28 marca 2013

Whitney, którą znałem - Benjamin Winans

Była pełna życia i niesforna, ujmująca i ogromnie irytująca, szczera i zamknięta w sobie. I żyła na takim poziomie sławy, jakiego niewielu doświadcza na tej ziemi. O tej najistotniejszej rzeczy przede wszystkim należy pamiętać. Sześć nagród Grammy, dwadzieścia dwie nagrody American Music Awards, ponad sto milionów sprzedanych płyt, tytuł artystki wszech czasów. 11 lutego 2012 roku cały świat oniemiał, bo ludzie kochali tę przepiękną i utalentowaną ‘czarną księżniczkę’, która tak niespodziewanie zgasła. Była boskim darem, który uwielbiał się śmiać i który pozostawił po sobie wieczny ślad w postaci swego niebiańskiego głosu. Oto Whitney Houston w obiektywie swego przyjaciela, wokalisty, twórcy piosenek i producenta muzyki R&B i gospel, BeBe Winansa. W swojej książce, „Whitney, którą znałem”, nie chce nam opowiedzieć o światowej sławy diwie, lecz o ofierze rozpędzonej sławy, jego przyjaciółce i pokrewnej duszy.

Whitney to jeden z najwspanialszych głosów, których łaski dostąpiła nasza planeta; to właśnie dzięki niej wiadomo, na czym polega różnica między byciem zdolnym do śpiewania, a wiedzą, jak śpiewać, twierdzili ludzie z branży. Dar głosu i głęboko kochającej duszy tej czarnoskórej piękności współgrały z umiejętnością jednoczenia ludzi, obalania stereotypów i niwelowania różnic rasowych w USA (patrz film „Bodyguard”). Kochała osoby utalentowane, lubiła wyszukiwać nowe talenty, by z dala od kamer je wspierać (dodawała otuchy m.in. Alicii Keyes, Brandy, Beyonce, Kelly Rowland i Rihannie). Pewnie niewielu wiedziało, że założyła Fundację Whitney Houston dla Dzieci, wspierała United Negro Found, Fundację dla Dzieci Chorych na Cukrzycę, szpital Świętego Judy i inne instytucje. Była szczera, otwarta na ludzi, ale to śpiew był dla [niej] ucieczką i skutecznie krzepił jej duszę. Matka Whitney, która znała ją najlepiej, określiła swą córkę jako oryginalną ptaszynę, którą sława skazała na samotność i stały nadzór opinii publicznej. Houston chciała otaczać się bezinteresownymi ludźmi, którzy nie będą wykorzystywać jej majątku w niecny sposób. Spędzała czas przebywając z tymi, których kochała, bo potrzebowała człowieka, który jej wysłucha, milczącej duszy, która to uszanuje (…) Wiedziałem, że jeśli jej wysłucham, będzie to dla niej sygnałem, że ją kocham. Kochać znaczy wysłuchać, pisze BeBe. Była szalona dla swoich przyjaciół, zawsze będąc gotową do poświęceń, co zresztą robiła z radością, np. śpiewała z przyjemnością i zaangażowaniem w chórkach Winansa. Prawdziwie kochała Jezusa i nie wstydziła się tego, zawsze uznawała Boga i jego wpływ na swoje życie (…) Podążała za Bogiem i kochała swoje gospelowe korzenie. To właśnie gospel według autora książki pomagał jej się odnaleźć, kiedy musiała sobie radzić z życiem rodzinnym, życiem w drodze i życiem w świetle reflektorów. A w każdym z nich chciała odnieść sukces i czuć, że to, co robi, ma znaczenie. Pragnęła być perfekcyjna we wszystkim: trafnie zauważył [Kevin Costner], że stale potrzebowała potwierdzenia własnej wartości. Kiedy powtarzał pytania, które sam od niej usłyszałem: ‘Jestem wystarczająco dobra? Spodobam się?’, tylko kiwałem potakująco głową, wspomina BeBe.

Whitney schodząc ze sceny była sama: Spadała w dół na oczach świata. Później o tym czytano i rozmawiano w pracy. Tymczasem sama i zagubiona musiała się borykać ze wszystkimi problemami, a ludzie plotkowali i wydawali wyroki. Tak naprawdę do pewnego stopnia winni są wszyscy – winni wścibstwa i szybkiego osądu. Czyż to nie obłuda, że potępiamy słabości innych tylko dlatego, że nie są nasze? Trzeba przyznać, że Houston nie radziła sobie ze sławą. Tak wielu ludzi nadawało rytm jej życiu – od ochroniarzy przez członków zespołu, ludzi odpowiedzialnych za finanse aż po dziennikarzy i prawników. Ledwo się orientowała, kto jest kim. A kiedy nie znamy dobrze ludzi mających pracować na nasz sukces, niezbyt się orientujemy, kto rzeczywiście na niego pracuje, a kto nas okrada. Czuła się tak po ludzku oszukiwana, co ogromnie ją bolało, bo kochała ludzi i chciała im ufać. Dopiero po latach zorientowała się, kogo może obdarzyć zaufaniem, a kogo nie. Pragnęła normalności, a tymczasem media notorycznie prześwietlały jej życie. Opinia publiczna zapomina, że poza ekranem telewizora gwiazda to prawdziwy człowiek, który żyje, oddycha, jada śniadania. To osoba mająca przyjaciół, a nawet wrogów. Istota, która posiada uczucia, przypomina BeBe i dodaje, że prawdziwe życie Whitney to dramatyczna historia pełna kontrastów i piękna. Kiedy doświadczała tego, jak bardzo ludzie byli w stosunku do niej nieszczerzy, budził się w niej gniew. Gdy po siedmiu latach tłustych, przyszło siedem lat chudych, gdy nigdzie jej nie zapraszano, nie okazywano szacunku, gdy zaczęły się problemy w małżeństwie, bezlitośnie strącono ją z piedestału. Wtedy zaczęła w sobie tłumić wszystkie negatywne emocje i doszły do głosu uzależnienia. Nie oszczędzała się, dużo mówiła zamiast milczeć, nadwyrężała głos, była coraz bardziej zmęczona. Gazety w tym czasie przedstawiały ją w okropnym świetle, zapominając, iż u osoby śpiewającej zawodowo długa przerwa powoduje, że struny głosowe zanikają, jak każdy mięsień. (…) Whitney nie śpiewała regularnie i dlatego nie była gotowa do występów. Brakowało jej pewności siebie, bo głos nie był już taki jak dawniej, a koncerty wypadały blado. Bliscy chcieli jej pomóc, ale ona będąc dużą dziewczynką, odrzuciła ich wsparcie i pogrążała się coraz bardziej nie tylko w narkotykach i alkoholu. Dawałem jej przestrzeń, której potrzebowała. Wiedziała, że w każdej chwili może do mnie zadzwonić albo wpaść do mnie, żeby pogadać, ale to niestety nie uchroniło Whitney przed śmiercią…

„Whitney, którą znałem”
nie jest zwykłą biografią. To raczej zbiór wspomnień, pisanych bez chęci zarobku, dotyczących pięknej, prawdziwej i szczerej 28-letniej przyjaźni Whitney i BeBe, który ukazuje ludzką twarz swojej ‘siostry’ (jak miał w zwyczaju nazywać Houston), będącej światowej sławy diwą, ale bez skandali, pikantnych historyjek czy wyjawionych sekretów. To wyważona słodko-gorzka opowieść przyjaciela, który napisał tę książkę, by pomóc sobie w przeżywaniu żałoby. Co ważne, Winans oprócz pochwał uchwycił też krytykę niezrozumiałych decyzji przyjaciółki, ryzykownych kroków czy śmiesznych przywar (jak np. ta, że była fatalnym kierowcą, czy że notorycznie rozmawiała w kinie podczas seansu i trudno z nią było wtedy wytrzymać). Na końcu książki zawarł także cenne wskazówki dla tych, którzy marzą o wielkiej karierze w show-biznesie. Należy także wspomnieć, że publikacja ta została doskonale dopracowana graficznie i pięknie wydana na kredowym papierze i w twardej oprawie. Zawiera ona ponadto zdjęcia z prywatnych zbiorów autora, a okładkę zdobi wspaniały czarno-biały portret wokalistki autorstwa Michaelangelo de Battisty.

Świat mógł oglądać (…) radość, gdy śpiewała – czasami prawie się śmiała, śpiewając. Pewnie dlatego, że wtedy była szczęśliwa. Odczuwała boską przyjemność, której nie była w stanie ukryć. Whitney, byłaś wyjątkowa. W moim sercu pozostaniesz na zawsze.
Spoczywaj w pokoju.

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem Historia pełna kontrastów i piękna