piątek, 13 stycznia 2012

Konkurs zakończony - wyniki ogłoszone - nagrody rozdane (wkrótce)

Na początku chciałabym WSZYSTKIM biorącym udział w konkursie podziękować. To dla mnie zupełnie nowe, bardzo ciekawe doświadczenie, dzięki któremu poznałam innych Blogerów (i nie tylko), oraz ich postanowienia noworoczne. Wiele z nich sama podzielam, co zaś do realizacji, to zobaczymy wkrótce, czyli za rok :)

Żeby nie przedłużać - wybór był dla mnie niezwykle trudny. Postanowiłam więc nagrodzić jedną osobę posiadającą bloga i jedną anonimową.

Książkę "Ostatni taki Amerykanin" Elisabeth Gilbert otrzymuje właściciel(ka) maila:

pocztapoczta0@wp.pl ,

bo sama od niedawna posługuję się mailem noszącym znamiona moich danych

Zaś książkę o Al Pacino wygrywa:

Bibliofilka,

bo spokój i odrobinę wolniejsze tempo jest także moim marzeniem na ten Nowy Rok.

Zwycięzców poproszę o ich dane na adres: agulka@blaster.pl. Czekam tydzień, później typuję kolejnego szczęśliwca ;)

Nagrodzonym gratuluję, wszystkich serdecznie pozdrawiam i zapraszam na kolejne konkursy :)

Ines

PS Dziękuję Cassin za umieszczenie informacji o konkursie u siebie!

A teraz zapraszam do lektury przy blasku świec i z filiżanką pysznej herbaty w dłoni...


środa, 11 stycznia 2012

Cukiernia Pod Amorem. Hryciowie - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Połączenie historii i miłości w literaturze nie zawsze wypada najlepiej. Autorzy często ocierają się o śmieszność, naiwność, sentymentalizm. Wielu jednak sili się na taką tematykę, starając się wypaść co najmniej poprawnie. Są i tacy, którzy starać się nie muszą, bo piszą książki o miłości, mocno zakorzenione w realiach historycznych i wychodzi im to rewelacyjnie. Jeśli nie wiecie o kim piszę, to proszę czytajcie dalej, a spróbuję Wam wyjaśnić, dlaczego Małgorzata Gutowska-Adamczyk zasługuje na uznanie i wielką pochwałę.

"Cukiernia Pod Amorem. Hryciowie" to niestety ostatnia już część jej rodzinnej sagi, z którą wielu czytelników bardzo się zżyło. W dalszym ciągu mamy do czynienia z naszymi ulubionymi bohaterami i ich potomkami. Tym razem ma to miejsce na dwóch płaszczyznach historycznych: to czasy drugiej wojny światowej i współczesność.

W Gutowie dochodzi do siebie po poważnych problemach zdrowotnych seniorka rodu - Celina Hryć, której przeszłość zostaje dokładnie opisana. Pojawia się jej amant z lat młodzieńczych, Toroszyn, ze swoim synem i wnukiem, co nie będzie bez znaczenia dla jej ukochanej wnuczki, Igi. Splecione losy nieszczęśliwie zakochanych ukazują dramatyczne chwile całej nieszczęsnej Europy w tamtym okresie: zawłaszczanie majątków, powstawanie gett, zagłada Żydów, niemieckie metody walki prowadzące do zniszczenia jednostek, ruch oporu, śmierć i żałoba itd. Dowiadujemy się także, jak 'Cukiernia Pod Amorem' trafiła w ręce Hryciów, kto jest ojcem dziecka Heleny Nierychło oraz co jest w stanie zniszczyć braterską zazdrość. A to wszystko okraszone jest wielką miłością, trudnymi do opanowania namiętnościami, okrutnymi realiami życia nie tylko w trakcie wojennej zawieruchy, ale i po niej, w czasach PRL-u, cierpieniem, szczęściem, zdradą i intrygą, której doświadczają bohaterowie. Tu każdy element do siebie pasuje niczym w babcinym przepisie - odpowiednie składniki, stara, wypróbowana recepta i sukces gotowy. Bo “Cukiernia Pod Amorem” jest sukcesem - nie tylko samej autorki, ale i jej czytelników, którzy otrzymali świetnie skonstruowaną powieść rzekę....

Proza pani Małgorzaty pachnie autentyzmem, jest obrazowa i bardzo realna. Opisy panujących nastrojów w przededniu wybuchu drugiej wojny światowej i już podczas niej jest wyjątkowy. Doskonale oddaje (często poprzez monolog wewnętrzny) strach ludzi, ich przerażenie, lęk o najbliższych oraz całą gamę pozytywnych uczuć: miłość, radość, nadzieję. Wątek Giny Weylen, utalentowanej artystki, nakłanianej przez Niemców do współpracy, mającej możliwość obcowania wśród ówczesnej elity (jako przykład: ciekawa i barwna postać Karola II Hohenzolerna lub wspomniana w mniejszym stopniu Ordonka), należy do najciekawiej przedstawionych tu wątków. Podobnie jak wywrotowa działalność Adama Toroszyna w Warszawie w "Wawrze", dzięki któremu bez problemu przenosimy się do ogarniętej wojną stolicy. Jeśli zaś chodzi o treści współczesne to przyznaję, że zauroczyła mnie wyjątkowa nić porozumienia łącząca Celinę i jej wnuczkę. Gutowska-Adamczyk zobrazowała ją tak sugestywnie, iż ujrzałam w niej siebie i moją ukochaną babcię. Przedstawiła ich wzajemną relację z sercem, czułością, takim cudownym, rodzinnym ciepłem, co nie zawsze udaj się oddać... Drugą rzecz na którą zwróciłam uwagę jest osamotnienie Igi w Warszawie. Dziewczyna z prowincji, która nie czuję się dobrze w wielkim mieście, bo też nikt jej nie pomaga poczuć się tam lepiej, a zamiast tego dają jej odczuć, że jest inna, że nie pasuje do szalonej Warszafki. Nic więc dziwnego, że Iga czuje się dyskryminowana i chce się osiedlić po studiach w Gutowie.

Trzeci tom gutowskiej sagi Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk w niczym nie ustępuje dwóm poprzednim. Moim zdaniem jest najlepszy ze wszystkich. Być może to zasługa realiów historycznych, w których przyszło żyć bohaterom, a które są mi bliskie dzięki babcinym opowieściom, przeczytanym książkom czy obejrzanym filmom. Uważam, iż autorka nie opuściła sobie poprzeczki, poprzez co "Hryciowie" są lekturą niezmiernie zajmującą, wielowątkową i stworzoną od serca - piękną po prostu. Jej dzieło spełnia absolutnie wszystkie warunki świetnej sagi rodzinnej: jest w niej wielowątkowość, rozciągłość czasowa, losy wielopokoleniowej rodziny. Wszystko bez sentymentalnych i naiwnych wstawek, dłużyzn, przestojów akcji. Powieść napisana jest ciekawie, przeważają proste opisy a nie wydumane stylizacje, akcja toczy się wartko, a manipulacja postaciami i ich uczuciami odbija się na emocjach czytelników. Skutek tego taki, że od książki nie można się oderwać. Polecam wszystkim bez wyjątku! "Cukiernia Pod Amorem. Hryciowie" to dobra polska literatura współczesna i choć napisana przez kobietę, nie tylko dla kobiet.

Ocena 5+/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia oraz portalowi sztukater.pl


wtorek, 10 stycznia 2012

Co ogłupia nasze dzieci? Nowe media jako wyzwanie dla rodziców - Jürgen Holtkamp

Książka Jürgen Holtkampa "Co ogłupia nasze dzieci? Nowe media jako wyzwanie dla rodziców" to propozycja skierowana przede wszystkim do matek i ojców oraz troskliwych wychowawców, chcących nauczyć dzieci właściwego użytkowania nowoczesnych mediów i ustrzec je przed wszelkimi zagrożeniami. W dzisiejszym świecie dzieci najszybciej uczą się korzystać z ich dobrodziejstw, jednakże nie zawsze robią to właściwie. Zapominają nie tylko o zasadach etycznych, ale i o własnym bezpieczeństwie, które jest przecież najważniejsze. Telefon komórkowy, internet, telewizja cyfrowa, chaty, portale społecznościowe, gry online, fora internetowe, to zjawiska obecne w życiu (prawie) każdego młodego człowieka, opanowujące wszystkie obszary jego egzystencji i prowadzące (często) do uzależnienia. To właśnie podobne problemy autor stara się nam uświadomić na kartach swojej książki.

To, że media zmieniają naszą kulturę, społeczeństwo i rodzinę nie ulega wątpliwości. Rzadko jednak myślimy o tym, jaki to będzie miało wpływ na przyszłe pokolenia. Nawet rodzice różnie postrzegają ten problem. Jako przykład Holtkamp przytacza tu telefon komórkowy, który dla jednych rodziców jest koniecznością, bo stanowi pewność kontaktu z dzieckiem o każdej porze dnia i nocy, a dla drugich jest zbytkiem czy przejawem snobizmu rodziny. Niezależnie od nastawienia, warto pamiętać, że niewinna 'komórka' w dzisiejszych czasach, może się stać także okrutnym narzędziem używanym w sieci z premedytacją przeciwko swoim kolegom lub też obcym ludziom. Ile razy słyszeliśmy o filmikach kręconych telefonem komórkowym, których bohaterami były osoby znajdujące się w sytuacjach krepujących, a które później umieszczano w sieci? Często, a nawet zbyt często, niestety. 'Komórka' jest obecnie wykorzystywana nie tylko do komunikacji, ale służy także do znieważania, grożenia, szantażowania i stosowania mobbingu. Warto więc zastanowić się, co zrobić by "dzieci mediów" korzystały z dóbr nauki i techniki w sposób właściwy, tak by nie zostały ogłupione ich treściami oraz by nie wyrządziły krzywdy sobie i innym ludziom.

W tym kontekście nie sposób nie wspomnieć o internecie, który stał się placem zabaw dla młodych. Powstaje coraz więcej internetowych pamiętników (blogów), zawiązują się wirtualne znajomości, które nie zawsze są tym, czym miały być (pedofilia w sieci ma się świetnie), coraz chętniej też robimy w internecie zakupy i wykupujemy w nim ‘powierzchnię reklamową’. Oprócz tego istotnym problemem jest kradzież danych, szpiegostwo, cybermobbing, rasizm czy gloryfikacja przemocy. Ich ofiarą pada często młodzież, która jest bezkrytyczna i nie rzadko nie dostrzega takich zagrożeń.

Kolejnym zagadnieniem poruszanym przez autora jest pytanie, jak wykorzystać komputer do zabawy i pracy? Co powinni wiedzieć na ten temat rodzice i wychowawcy - czyli niezbędny know-how dla dorosłych, którzy nie mają na tym polu dużego doświadczenia. W tym rozdziale nasza uwaga zostanie skierowana w stronę gier komputerowych i problemów wynikających z ich nałogowego używania. Młodzi ludzie nagminnie zatracają się w wirtualnym świecie do tego stopnia, iż tracą kontakt z rzeczywistością, traktując konflikty w 'realu' jak te z ekranu komputera. Zaczynają się wtedy zachowywać jak ich wirtualni bohaterowie, którymi sami sterują. Jakie to może nieść ze sobą konsekwencje niech świadczy zjawisko brutalizacji społeczeństwa i liczby czynów karalnych popełnianych przez nieletnich, którzy naiwnie sądzili, że kolega, którego zabili ma przed sobą jeszcze kilka 'żyć'...

Jürgen Holtkamp nie jest pesymistą kulturowym, negującym nowe media. Wręcz przeciwnie - dla niego po prostu wszelkie zakazy czy oprogramowanie filtrujące nie stanowi narzędzi skutecznego wychowania medialnego dzieci i młodzieży. To w rozmowie, umiejętności odpowiadania na zadawane pytania i namowie do weryfikacji postawy własnego bezpieczeństwa, widzi szansę na odpowiednie poruszanie się w świecie mediów. Jego książka to głos zatrwożonego człowieka o naszą przyszłość, a w sposób szczególny dzieci. Myślę, że będzie to cenna publikacja dla osób dorosłych, które nie mają zbyt dużego doświadczenia w świecie nowych mediów, a które chcą je dobrze poznać, by chronić swoje dzieci. Dobór tematów jest bardzo ciekawy, bowiem autor porusza różnorodne kwestie, a na końcu zamieszcza suplement w postaci: słowniczka zawierającego wiele haseł mogących brzmieć obco dla starszego czytelnika, 10 rad w kwestii obchodzenia się z telewizją oraz kilka ankiet dotyczących oceny używanych przez nas mediów. Jedynym minusem tej książki jest niestety fatalne tłumaczenie. Oryginał powstał w języku niemieckim (a ja jak na złość jestem germanistką) i wyłapałam tu masę błędów - momentami tak dużych, że uniemożliwiały mi one lekturę (już w samym wstępie ich nagromadzenie jest ogromne). To wielka szkoda, bo książę "Co ogłupia nasze dzieci? Nowe media jako wyzwanie dla rodziców" uważam jako matka za cenną i ważną na naszym rynku wydawniczym.

Ocena 3/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Salwator oraz portalowi sztukater.pl

sobota, 7 stycznia 2012

Powrót do krainy dzieciństwa...

Dziś przedstawiam Wam dwie propozycje wspaniałych książek dla dzieci. To prawdziwe perełki, a utwory w nich zawarte z pewnością będą Wam dobrze znane z dzieciństwa. Zapraszam więc w sentymentalną podróż do czasów, kiedy można było żyć całkiem beztrosko i całe dnie spędzać na zabawie...

JAN BRZECHWA DZIECIOM - JAN BRZECHWA

Jan Brzechwa to postać w świecie utworów dla dzieci nieoceniona i absolutnie wyjątkowa. Jego pana Kleksa, Pchłę Szachrajkę, lisa Witalisa czy spryciarza i przecherę znają wszyscy, bo wychowało się na nich kilka pokoleń młodych Polaków. Utwory Brzechwy są ponadczasowe i nie tracą na wartości, mimo że od ich powstania minęło dużo czasu. Choć wielu próbowało dorównać mu poziomem, autor ten jest bezkonkurencyjny. Jego nieogarniona wyobraźnia, umiejętność ubrania w niebanalne słowa ludzkich wad i przywar (których nigdy nie potępiał i nie krytykował), doskonałe wyczucie słowa i ogromny talent to cechy charakterystyczne jego twórczości. Bo Brzechwa na świat patrzył z przymrużeniem oka, potrafił ze wszystkiego żartować, bawił się językiem niczym dziecko, a jego wyobraźnia nie miała końca. Absurd, groteska, częsty brak morału - to były jego narzędzia pracy. Był uśmiechniętym czarodziejem słowa, malującym dla dzieci najpiękniejsze obrazy, zaskarbiając sobie przy tym ich przyjaźń i wdzięczność na zawsze.

Nic więc dziwnego, że wydawnictwo Nasza KsięgaRnia z racji swego jubileuszu postanowiło zrobić rodzicom i ich pociechom wspaniały prezent, wydając wybór tekstów tegoż autora, pt. "Jan Brzechwa dzieciom". Najlepsze jego utwory wzbogacono przepięknymi, dość licznymi ilustracjami Joanny Rusinek, absolwentki grafiki krakowskiej ASP. Podzielono je na pięć kręgów tematycznych: 1. Oto bajka (zawiera dłuższe bajki rymowane i opowiastki), 2. Pan Kleks (jedynie wybrane fragmenty na zachętę dla młodego czytelnika), 3. Różni tacy (wiersze o samochwale, kłamczusze, leniu, skarżypycie i Pytalskim - słowem istna galeria 'negatywnych' przykładów), 4. Plotki, smutki, opowieści (zabawne przygody zwierząt wszelakich, min. Kaczki-dziwaczki, Sójki, Stonogi czy Żurawia i Czapli i wielu innych) 5. Entliczek-pentliczek (inne, trudne do sklasyfikowania jednym słowem wierszyki - Siedmiomilowe buty, Tydzień, Na straganie, itd.). Całość wydano na kredowym papierze i oprawiono w aksamitną w dotyku twardą oprawę. Istne cudo, mogące stać się wyjątkowym prezentem dla najmłodszych! Polecam gorąco!

Ocena: 6/6

WANDA CHOTOMSKA DZIECIOM - WANDA CHOTOMSKA



Wydawnictwo Nasza Księgarnia na swój jubileusz przygotowało nie lada ucztę dla swoich najmłodszych czytelników. Dwie wcześniej omawiane publikacje - rewelacyjna "Poczytaj mi mamo" oraz przezabawna "Jan Brzechwa dzieciom" zachęciły mnie i moje pociechy do sięgnięcia po kolejną książkę wydaną z racji okrągłej rocznicy istnienia tego Wydawnictwa. Mam na myśli pozycję “Wanda Chotomska dzieciom", na której podobnie jak i na tych dwóch wymienionych nie zawiodłam się. Teksty tej autorki są przecież dobrze znane nam, rodzicom i dziadkom, przywołują na myśl dobre wspomnienia, a ich przepiękne, barwne ilustracje cieszą oko nie tylko dzieci. To swoiste połączenie kultowych tekstów z przepiękną szatą graficzną zachwyci bez wątpienia wszystkich i będzie wspaniałym, mądrym i niezapomnianym prezentem dla naszych szkrabów.

Jeśli chodzi o samą autorkę, myślę, że nie trzeba jej nikomu przedstawiać. Wanda Chotomska podobnie jak Jan Brzechwa, to postaci w świecie literatury dziecięcej tak zasłużone, znane i podziwiane jak żadne inne. Chotomska, Dama Orderu Uśmiechu, to autorka ponad dwustu książek dla dzieci i młodzieży, ceniona nie tylko przez nasz rodzime gremia (otrzymała m.in. Nagrodę Prezydenta RP za twórczość dla dzieci i młodzieży), ale także przez międzynarodowe jury (jej opowiadanie "Drzewo z czerwonym żaglem" trafiło na Honorową Listę IBBY i jest zawarte także w tej książce!). Niektóre z jej utworów jak "Dzieci pana Astronoma" są od lat lekturą szkolną. To twórczyni także takich postaci jak chociażby Jacek i Agatka ze znanych telewizyjnych Dobranocek, oglądanych chętnie przez wcześniejsze pokolenia. Przez lata tworzyła również piosenki w telewizyjnym teatrze piosenki dziecięcej "Wiolinek" oraz zespole tańca i śpiewu "Gawęda". W jej utworach dużo jest skrzydeł, tańca, dobrej zabawy, sytuacji często zdumiewających, które normalnie nie mają prawa się zdarzyć (luty ma 30 dni, lew przegryza pręty własnej klatki, itd.). Z jej wierszy wiele można się także nauczyć (np. że skrzypce po włosku to violino, że w "lodowatej wodzie pluszczą się (...) pluszcze" itd.), bo przemycają treści edukacyjne z przymrużeniem oka, doskonale wyłapywane przez rodziców. Chotomska ma zdolność malowania słowem, poruszania wszystkich zmysłów za sprawą swego bogatego języka, tworzenia rzeczy niezapomnianych i budzących szacunek. Jej bohaterowie tańczą, śpiewają, zachęcają do obcowania i poznawania natury. Nic więc dziwnego, że pani Wanda jest uwielbiana przez liczne rzesze fanów (nie tylko tych najmłodszych), a ze spotkań z nimi czerpie natchnienie, radości i satysfakcję.

Omawianą książkę rozpoczyna piękne opowiadanie "Dzień dobry, córeczko" (pamiętam, jak czytała mi je moja mama), później pojawiają się: owo wspomniane wcześniej "Drzewo z czerwonym żaglem", "Kogutek", "Panna kle-kle", "Leonek i lew". W rozdziale zatytułowanym "Wypożyczalnia skrzydeł" zawarto jedynie trzy wiersze (ale za to jakie!): pierwszy nadający tytuł rozdziałowi, dalej "O poecie i biedronce" i "Motyl". W kolejnym "Gdzie to jest?" znajdziemy min. słynne "Bańkowice Mydlane" czy "Uliczkę TABLICZKI MNOŻENIA". Następnie na scenę wkracza "Rzeczowisko" z "Parasolem i kaloszami", "Poduszkowcami" czy "Łyżką" (wierszy jest oczywiście więcej). By się dowiedzieć, "Dlaczego cielę ogonem miele" albo "Po co krowie rogi na głowie", zajrzyjcie do rozdziału "Dlaczego?", a następnie poznajcie z bliska "Zwierzaki" - są wśród nich min. "Lis", "Bobry" i "Hipopotam". Nie zapomnijcie też o "Fruwakach" ("Słowiku", "Pliszce" i innych) oraz o tajemniczych "Czterech panach i Mikołaju". Zaraz za nimi w kolejce ustawiają się: "Muzykańce", "Tańce" i "Śpiewańce", domagające się uwagi. Swoją obecność zaznaczą także różnorodne "Limeryki". A kiedy będzie Wam się zdawało, że to już koniec, zawołacie ze zdziwieniem:: "O rety, rety, lecą kabarety", i właśnie wtedy odkryjecie pięć fantastycznych propozycji dla dzieci. Słowem - wartościowe teksty, dobrze wybrane, świetnie pogrupowane - REWELACJA!

Co zaś się tyczy strony graficznej, kolejnej mocnej strony tej książki, to warto wspomnieć, iż autorem ilustracji jest Artur Gulewicz, młody i bardzo zdolny absolwent łódzkiej ASP. W jego pracach widać nieograniczoną wyobraźnię (tak doskonale współgrającą z fantazją pani Chotomskiej), mieszankę stylów, znakomity dobór kolorów, ciekawe kształty, świetne pomysły, które bez wątpienia stanowią wspaniały dodatek do prezentowanych tekstów. Moim zdaniem, połączenie tych dwóch osób na potrzeby tej publikacji - Chotomskiej i Gulewicza dało znakomity efekt. To, co warto jeszcze podkreślić, to fakt, że książka wydana jest na najwyższym poziomie; świetnej jakości papier i twarda okładka gwarantują wielką przyjemność podczas lektury. Wiem - powtarzam się - dwie jej poprzedniczki także wychwalałam pod niebiosa, ale cała trójka jest tego warta. Zapewniam Was!

Na koniec cytat autorki o tym, czym jest pisanie dla dzieci: "Niektórzy mówią, że dla dzieci trzeba pisać tak, jak dla dorosłych, tylko lepiej. A ja myślę, że dla dzieci trzeba pisać tak, żeby dorośli nie nudzili się przy czytaniu!"* Czytając książkę "Wanda Chotomska dzieciom" mam wrażenie, że Wanda Chotomska zastosowała się do tego bez dwóch zdań, dając rozrywkę nie tylko najmłodszym, ale i tym troszkę starszym.

* "Guliwer" 3/1999

Ocena: 6/6

Za obie książki serdecznie dziękuję w imieniu własnym i moich dzieci Wydawnictwu Nasza Księgarnia oraz portalowi sztukater.pl


wtorek, 3 stycznia 2012

Rozbitek. Siedemdziesiąt sześć dni samotnie na morzu - Steven Callahan

Kiedy myślisz 'żeglarz', co przychodzi Ci do głowy? Przystojny mężczyzna pokroju Mateusza Kusznierewicza, doskonale umięśniony, pięknie opalony, o włosach rozjaśnionych przez słońce, zakochany w morzu bez pamięci... Być może Cię rozczaruję, ale wilk morski z książki "Rozbitek. Siedemdziesiąt sześć dni samotnie na morzu", Steven Callahan, kompletnie do tego opisu nie pasuje. Dlaczego? Wyjaśnienie znajdziesz poniżej.

Steven Callahan urodził się 6 lutego 1952 roku w Stanach Zjednoczonych. Jego największą pasją jest żeglarstwo, toteż żyje zgodnie ze zdaniem wypowiedzianym przez jednego z jego bohaterów literackich: 'Potrzebujesz Matki Ziemi, ale kochasz Morze'. Jako uzdolniony projektant łodzi i architekt statków sam zbudował sobie swój ukochany jacht, "Napoleon Solo", na którym wyruszył w samotny rejs z Wysp Kanaryjskich na Karaiby w 1982 roku. Kiedy jego łódź po sześciu dniach od rozpoczęcia rejsu tonie (zabierając mu prawie wszystko, co posiadał i co było potrzebne do przeżycia), Steven dryfuje przez 76 dni po Atlantyku na tratwie pneumatycznej (nazwanej Gumową Kaczuszką III) dokładnie relacjonując, jak sobie radził, co jadł, co pił, słowem - jak żył.

Książka Callahana to niezwykłe świadectwo woli życia. To pokładowe zapiski człowieka, dotyczące jego zdrowia fizycznego i psychicznego, kondycji tratwy, ilości jedzenia i wody. Steven przez ten cały długi okres miał do czynienia z wyjącym dookoła wiatrem, wilgocią, uderzającymi w plecy falami (dochodzącymi nawet do 10 metrów), przejmującym zimnem w nocy i trudnym do zniesienia upałem w dzień. Jego wiernymi towarzyszami niedoli były rekiny, morświny, koryfeny, rogatnice, latające ryby i małe skorupiaki, stanowiące część jego pożywienia lub też polujące na niego. Co ciekawe, na koniec swej odysei oceanicznej wszystkie te stworzenia traktował jak wiernych przyjaciół i żal mu było się z nimi rozstawać...

Nie ukrywam, iż początkowo książka ta mnie męczyła. Niewielka czcionka, fachowe słownictwo, perspektywa przeczytania ponad 200 stron o tym, jak jakiś facet samotnie dryfuje po morzu. Zastanawiałam się, o czym on będzie pisał? Bałam się, że pewnie wciąż będą się przewijały te same zwroty: strach, sztorm, burze, woda, wiatr, i że powieje nudą. Pomyliłam się. Callahan napisał piękną, prawdziwą i poruszającą powieść. Na dodatek tak sugestywną, że wydawało mi się, iż jestem na jego nieszczęsnej tratwie razem z nim. Dokładne opisy problemów z jakimi przyszło mu się zmierzyć i jak sobie poradził, nie mając do dyspozycji praktycznie żadnych narzędzi, oraz świetne ilustracje (dokumentujące przykładowo ewolucję kuszy czy podstawy nawigacji) zasługują na podziw i uznanie. Podobnie jak świadomość, ile wycierpiał, gdy do jego licznych pęcherzy, ran i otarć dostawała się słona woda... Ta niewiarygodna historia jest dowodem na to, że marzenia dają człowiekowi siłę, by przetrwać nawet w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa. Callahan nie liczył, że ktoś mu pomoże (nie ma się co dziwić - jego tratwę minęło 9 statków), ale sam się ratował. Wiedział, że mimo świetnego przygotowania i doskonałego wyposażenia, by przeżyć potrzebne mu szczęście, dlatego na każdym kroku mu pomagał. Kiedy w chwilach zwątpienia, rezygnacji i ogromnego smutku po policzku lały mu się łzy, szybko je ocierał, nie pozwalając, by do jego monotonnej egzystencji wkradło się zwątpienie, że może tę nierówną walkę z naturą i samym sobą kiedykolwiek przegrać.

Polecam tę książkę każdemu, kto zdaje sobie sprawę z tego, że wszyscy codziennie (w różnym stopniu oczywiście) walczymy o przetrwanie; że każdy z nas jest mniej lub bardziej doświadczany przez los i tylko od niego zależy, czy swoją walkę wygra. Autor dedykuje swoją opowieść wszystkim ludziom na świecie, którzy wiedzieli, wiedzą lub będą wiedzieć, co znaczy cierpienie, desperacja lub samotność, a na jej końcu pisze:

"Nie przestałem żeglować. Morze pozostaje najbardziej odludnym miejscem na świecie. Według mnie podróżowanie przez odludzie, nieważne czy pełne drzew, czy fal, jest kluczowe dla rozwoju i dojrzewania ludzkiej duszy. To na odludziu możesz odkryć, kim naprawdę jesteś, poprzez stawianie czoła wyzwaniom świata, w którym grubość portfela nie ma znaczenia, a miernikiem wartości stają się twoje umiejętności." (str. 220)

Życzę Ci więc, by Twoje umiejętności były adekwatne do bitwy, jaką przychodzi Ci stoczyć każdego dnia...

Ocena 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Bezdroża oraz portalowi sztukater.pl