piątek, 12 czerwca 2015

Mam odwagę mówić o cudzie - Janusz H. Skalski, Joanna Bątkiewicz-Brożek

Nie ma przesady w stwierdzeniu, że to człowiek na miarę Leonarda da Vinci XXI wieku. Utalentowany, niezwykle dociekliwy i głodny wiedzy. Wszechstronny. Jest zarazem kardiochirurgiem i historykiem, filozofem, wrażliwym człowiekiem (…), erudytą. To swoista laudacja na cześć profesora Janusza Skalskiego. Pod koniec zeszłego roku zrobiło się o nim głośno we wszystkich mediach w kraju i za granicą za sprawą 2-letniego Adasia, który nocą wyszedł z domu dziadków i został znaleziony nad rzeką całkowicie wyziębiony, bliski śmierci. „Mam odwagę mówić o cudzie” to zapis rozmowy, jaką z tym wybitnym kardiochirurgiem przeprowadziła Joanna Bątkiewicz-Brożek, publicystka i dziennikarka „Gościa Niedzielnego”. To bardzo ciekawa publikacja, w której jest mowa nie tylko o tym ‘cudownie ocalonym dziecku’, metodach przywracania go do życia, ale również o sytuacji polskiej służby zdrowia, o powinnościach lekarza, wreszcie o inspiracjach i pasjach samego Skalskiego.

Profesor pochodzi z inteligenckiego domu, w którym przebywali intelektualiści, artyści, prawnicy, arystokraci. Przyjaciele ojca i matki należeli do elity kraju. Katyń przewijał się w rozmowach, jak i szczere ‘obrzydzenie’ do komunistów. Nie dziwi zatem głęboka religijność profesora oraz fakt, że najukochańszym miejscem Skalskiego jest jego biblioteka i że zawsze nosi ze sobą jakąś książkę z zakresu filozofii, w której zaznacza najciekawsze fragmenty, by do nich powracać, przemyśleć... Od czterdziestu lat zbiera również starodruki (przełożył z łaciny 3 potężne prace naukowe!), ale i kamienne serca. Kardiochirurgiem został przez przypadek – zawsze chciał być dziecięcym chirurgiem ortopedą. Sądząc po wynikach osiąganych przez niego i jego zespół w prokocimskiej klinice, to wielkie szczęście, że nie zrealizował swoich zamierzeń. (Wskaźnik umieralności wszystkich operowanych noworodków jest tu niewiarygodnie niski i wynosi poniżej dwóch procent, to rekord na skalę światową - taki wynik osiągają tylko Amerykanie…)

Mówi się, że profesor Skalski to człowiek na miarę Religii i to prawda. Potwierdza to przede wszystkim fakt, że pochodzi z dobrej starej gwardii chirurgów z tak zwanej szkoły Kossakowskiego i Manteuffla (którzy notabene są dla profesora wzorcami). Z profesorem Religą Skalski napisał podręcznik „Kardiochirurgia dziecięca”, wyróżniony Nagrodą Ministra Zdrowia. Przy czym ten pierwszy jest autorem zaledwie dwóch rozdziałów, a drugi - trzydziestu dwóch.
Skalski to nie tylko wybitny specjalista, ale i pionier wielu operacji na sercu u dzieci w Polsce, na świecie. Ale nie tylko u dzieci – jest np. twórcą bardzo poważnego programu leczenia wad serca u świadków Jehowy (operacja przebiega bez przetaczania krwi). Na swoim koncie ma również kilkaset prac naukowych, wiele rozmaitych nagród, medali i odznaczeń, stanowiących potwierdzenie jego umiejętności, ukoronowanie jego dorobku, talentu i ciężkiej pracy. W roku 2000 dostał medal będący prestiżowym wyróżnieniem przyznawanym przez Polskie Stowarzyszenie na rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym za ‘wytrwałą i wierną pracę dla dobra osób z niepełnosprawnością intelektualną’. Mówiąc prościej: była to nagroda za największą liczbę zoperowanych dzieci z zespołem Downa. Dzieci, których często inni nie chcą ‘ulepszać’, bo nie warto. Jest lekarzem z powołania i człowiekiem z krwi i kości: Profesor Skalski jest uparty i konsekwentny, ale to też człowiek z fantazją, z pasją. Do życia i do pomagania innym. Kocha dzieci. I ma odwagę. Ma odwagę nie tylko przekraczać granice w medycynie, ale także zachować je, jeśli chodzi o etykę, moralność. Bo w dzisiejszych czasach, szczególnie w tym zawodzie, potrzeba nie lada odwagi, by mówić, że ostatnie słowo należy do Stwórcy...

Profesor mówi, że 1.12.2014 nad ranem dotarły do niego zwłoki człowieka: Nie było żadnych oznak życia, miał całkowicie zatrzymane krążenie, brak odruchów neurologicznych. W takiej sytuacji, w majestacie prawa, możemy odstąpić od leczenia. Wyziębiony Adaś, bo nim mowa, miał zespół umierającego serca, zatrzymane na 3 godziny, a temperatura jego ciała wynosiła 12 stopni Celsjusza. Mimo, że miał przed sobą nieżyjące dziecko, zdecydował się je zoperować, walczyć do końca: Nigdy nie wolno rezygnować, jeśli jest chociaż cień nadziei. W mojej klinice wszyscy tak myślą. Jak mój zespół odstępuje od działania, to znaczy, że doszliśmy do granicy. I dodaje po chwili: Kres życia każdego człowieka jest określony przez Stwórcę. Jest bariera, której nie przekraczajmy. Profesor przed kamerami kilkukrotnie użył słowa 'cud' w odniesieniu do Adasia, ale nikt z dziennikarzy nie zwrócił na to uwagi. Ci zaś, którzy zwrócili – wyśmiali go. Tymczasem określenia ‘cud’ użył człowiek o wysokiej inteligencji, szanowany w Polsce i w świecie lekarz, jeden z największych autorytetów kardiochirurgii dziecięcej, uczeń i przyjaciel profesora Religii: Ja mam pełną odwagę mówić o cudzie. Eksperci mogą się spierać, dla mnie to jest cud. Skalski za nic miał drwiny z własnej wypowiedzi - świadomie położył akcent na czynnik mistyczny. Wiedział, że doszedł do pewnej granicy, do nieprzekraczalnego limitu i więcej nie był w stanie zrobić. Mimo to Adaś żyje i jest w zaskakująco dobrej formie.

Przypadek 2-letniego Adasia trafił na pierwsze strony gazet nie tylko w Europie, ale i za oceanem. Przeszedł do annałów światowej medycyny, a informacja o nim została opublikowana w jednym z najbardziej prestiżowych na świecie periodyków medycznych. Skalski stał się twarzą Polski i długo nie schodził z ust całego świata. Profesor przy okazji wychwalał pod niebiosa system powiadamiania o przypadkach osób w hipotermii, bez którego jego mały pacjent bez wątpienia by nie przeżył. Choć jest prosty (aczkolwiek genialny w swej prostocie!) stanowi unikat w skali światowego ratownictwa medycznego i wielki powód do dumy dla nas, Polaków, którzy ciągle narzekamy na służbę zdrowia w naszym kraju...

J.J. Rousseau i H. Nothnagel stwierdzili, że tylko dobry człowiek może być dobrym lekarzem. Na przykładzie tego znakomitego kardiochirurga jakim jest Janusz Skalski nie sposób się nie zgodzić. Kluczem do sukcesu zdaje się być dobra decyzja, odwaga i pokora, której w profesorze mnóstwo. On sam skromnie dodaje jeszcze dwa zdania: W moim zawodzie dwie rzeczy trzeba pogodzić: z jednej strony, chcieć pomóc za wszelką cenę pacjentowi, a z drugiej, być wyciszonym i zachowywać się bardzo zbornie. Nie wolno popadać w panikę.
Zachęcam wszystkich gorąco do sięgnięcia po książkę „Mam odwagę mówić o cudzie”, żeby po pierwsze: podnieść się na duchu, że są w naszym kraju wybitni specjaliści i wielcy ludzie w jednej osobie. Po drugie: żeby się przekonać, że czasem i Polska może być pionierem w medycynie, a po trzecie: żeby sprawdzić, czy przypadek Adasia nie jest przypadkiem historią o wskrzeszeniu Łazarza z XXI wieku…


Cytaty za: Mam odwagę mówić o cudzie, Janusz H. Skalski, Joanna Bątkiewicz-Brożek, Znak, Kraków 2015.

Ocena: 6/6

Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com.pl Polecam gorąco!



niedziela, 7 czerwca 2015

Kanada - Richard Ford

Moi rodzice byli ludźmi uciekającymi przed przeszłością, którzy nie oglądali się za siebie, bo nie mieli na nią wpływu, a jednocześnie cały czas żyli nadzieją, że kiedyś rozpoczną prawdziwe życie. Tak można w skrócie scharakteryzować protagonistów „Kanady”, powieści amerykańskiego autora, Richarda Forda, laureata Nagrody Pulitzera i Faulkner Award for Fiction. To książka słusznych rozmiarów, na której stronach próżno szukać porywających zwrotów akcji, mrożących krew w żyłach przedsięwzięć czy siarczystego języka. To proza głęboko psychologiczna i w gruncie rzeczy strasznie smutna. To historia, w której za grzechy rodziców najwyższą cenę zapłaciły dzieci. I to właśnie z perspektywy dziecka, Della, dowiadujemy się, co wydarzyło się przed laty, jakie miało to reperkusje i dlaczego w ogóle do tego doszło. I choć szczegóły tych dramatycznych dni z każdą stroną stają się bardziej przerażające, to na końcu „Kanady” jawi się światełko w tunelu… Warto go poszukać.

RODZICE

Rodzice bliźniąt - Della i Berner - nigdy nie byli dobraną parą. Ojciec, Bev Parsons, to przystojny lotnik z Alabamy. Miał otwarty umysł południowca, eleganckie maniery i skłonność do kombinowania. Z optymistycznym spojrzeniem w przyszłość i urokiem osobistym robił co mógł, by zapewnić swej rodzinie godziwy byt. Rodzice jego żony byli żydowskimi emigrantami z Polski, mieszkali w Tacomie i nie akceptowali związku córki z Bevem. (Jak się okazało po latach, mieli dobre przeczucie...) Była bowiem gruntownie wykształconą kobietą, wyznającą tradycyjne wartości. Ponadto pani Parsons czuła, iż jest wyjątkową osobą i pragnęła bardziej interesującego życia niż to, które wiodła. Chociaż rodzice Della i Berner żyli w jednym świecie, dzieląc go ze sobą od lat, byli zupełnie różni i z czasem ciężko było im znaleźć cechy łączące. Oni nigdy nie powinni byli się pobrać! Dell podkreślał dzielące ich różnice na każdym kroku: Jego optymizm i jej wyobcowanie podszyte sceptycyzmem. Jego charakter południowca i jej imigracyjne, żydowskie usposobienie. Jego brak wykształcenia i jej przytłaczające poczucie niespełnienia.
Kiedy ojciec odszedł z wojska, zajął się sprzedażą nowych samochodów marki Oldsmobile. Gdy okazało się, że praca w branży samochodowej nie szła mu najlepiej, próbował sprzedawać farmy i rancza. Matka pracowała w szkole. Kiedy brakowało pieniędzy, ojciec imał się różnych zajęć, aby je zdobyć. Warto zaznaczyć, że nie wszystkie były zgodne z prawem. Kiedyś np. uczestniczył w przekręcie polegającym na dostarczaniu kradzionej wołowiny do kantyny oficerskiej, za co otrzymywał pieniądze i świeże mięso na kartki. Kiedy jednak sprawy skomplikowały się na tyle, że trzeba się było wycofać z szemranego interesu, a potrzeby wciąż były duże, Bev Parsons wymyślił inny sposób, by je zaspokoić...

DZIECI

Prawdziwym (i jak się zdaje jedynym) życiem Della i Berner była rodzina, w której wzrastali. Niestety, bardzo często niczym piąte koło u wozu. Rodzice często mówili o konieczności wyprowadzki i wielokrotnie zmieniali miejsca zamieszkania. Dzieci żyły więc w ciągłym strachu. Każde z nich miało własne plany, które dla rodziców nie miały jednak większego znaczenia. Matka z każdym dniem sprawiała wrażenie coraz bardziej wyobcowanej, a jej tryb życia stawał się niemal pustelniczy. Bała się również nieustannie, że jej dzieci przesiąkną ‘mentalnością jarmarcznego miasteczka’, jakim było Great Falls. Poza tym fakt, że ojciec pracował w bazie wojskowej dodatkowo wszystko komplikował. Pani Parsons nie pozwalała na odwiedziny znajomym dzieci. Bliźniętom nie wolno było chodzić na zbiórki skautów i potańcówki: Matka uważała, że jeśli się przystosujemy, skończymy tu, gdzie jesteśmy. I tak, niezależnie od tego, gdzie mieszkali – zawsze mieli niewielu przyjaciół i nigdy nie znali sąsiadów. Brakowało im również poczucia, że skądś pochodzą: Dorastanie w takich warunkach mogło wywołać poczucie zagubienia i wyobcowania lub nauczyć elastyczności, umiejętności przystosowania, choć moja matka tego nie aprobowała, bo nie postępowała w taki sposób i miała nadzieję na inna przyszłość - którą sobie wyśniła, zanim poznała naszego ojca. My – moja siostra i ja – byliśmy drugoplanowymi aktorami dramatu, który rozwijał się nieprzerwanie na jej oczach. W tych niezwykle szczerych słowach, Dell wiernie opisał swoje odczucia z dzieciństwa. Dzięki nim można zrozumieć, dlaczego tak bardzo lubił szkołę, będącą jedynym stałym elementem w jego życiu. Spędzał w niej tyle czasu, ile tylko mógł: ślęczał nad książkami, z ochotą przebywał z nauczycielami i wdychał szkolne zapachy, które jako jedyne chyba wszędzie były takie same.
Dla Berner życie w domu rodzinnym stało się tak nieznośne, że postanowiła uciec z niego ze swoim, niepełnoletnim również, chłopakiem. To nie było potrzebne. Z domu wyprowadzili się najpierw rodzice. Tyle, że do więzienia…

NAPAD

Gdy zaczynam się zastanawiać, dlaczego dwie skądinąd rozsądne osoby postanowiły napaść na bank i dlaczego były razem, chociaż miłość między nimi już dawno zaczęła usychać, zawsze pojawiają się […] powody – powody, które w świetle kolejnego dnia tracą wszelki sens i trzeba wymyślić następne, podsumowuje Dell. Jego ojciec podobno zawsze mówił o napadzie. To zresztą potwierdza tezę, iż Parsons zrobił to nie z powodu pieniędzy, ale ze względu na to, co sam napad oznaczał dla niego. Potwierdzić mogą to cenne rady Beva, których ten nie szczędził synowi: Jeśli nie będziesz główkować, skończysz podziurawiony jak kawałek szwajcarskiego sera. Tyle, że jego wskazówki i tryb rozumowania okazały się bardzo zgubne...

Z czasem nabrałem nawyku myślenia, że każda sytuacja, w jakiej uczestniczą istoty ludzkie, może się całkowicie odwrócić. Że wszystkie rzeczy, o których prawdziwości nas zapewniają, mogą okazać się inne. Każdy filar wiary, na jakim wspiera się świat, może runąć (choć nie musi to nastąpić). Świat 15-letnich bliźniąt zawalił się w chwili, kiedy ich rodziców aresztowano. Nikt się dziećmi nie zajął, a co gorsze - ludzie w Great Falls nie chcieli ich znać. Byli gotowi pozwolić im zniknąć, jeśli tego chcą. Tak też się stało. Berner uciekła sama, a Dell, jako przykładny syn, zgodnie z wolą matki, trafił do brata jej przyjaciółki, Arthura Remlingera, mieszkającego w Kanadzie. Lecz niestety, także tam, jego życie nie było usłane różami. Przyszło mu zmierzyć się z obojętnością, strachem, rozczarowaniem i kolejnymi przestępstwami! Dell, ‘syn rabusiów bankowych i desperatów’, po raz kolejny boleśnie odczuł, jak blisko zło sąsiaduje z normalnymi wydarzeniami, które nie maja z nim nic wspólnego, a mimo to walczyć trzeba do końca...

„Kanada” to pozycja, w której thriller, czy krwawy kryminał ustępuje miejsca nieśpiesznej akcji, psychologicznej analizie zachowań bohaterów i stonowanemu językowi. To próba zrozumienia, jak to się dzieje, że najbliższe osoby zawodzą, że zwyk[li] lud[ie] mający[…] pecha, oszuka[ni] przez okoliczności i intuicję, którzy przekroczyli granice postrzegane jako słuszne i odkryli, że nie ma już dla nich powrotu, ściągają na swoich bliskich wszystko co najgorsze. To także opowieść, która dowodzi, że ciężkie dzieciństwo, młodość naznaczona konfliktami z prawem najbliższego otoczenia i brak solidnych więzi rodzinnych, nie muszą determinować przyszłego życia. Bo przecież mamy większa szansę w życiu – większą szansę przetrwania – jeśli umiemy sobie radzić ze stratą i podporządkowujemy jedne elementy drugim (…) aby zachować właściwą proporcję i połączyć je w całość, która sprzyja dobru, nawet jeśli, co trzeba przyznać, często trudno je znaleźć…

Cytaty za: Kanada, Richard Ford, PWN, Warszawa 2015.

Ocena: 3/6


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi Oblicza Kultury


poniedziałek, 25 maja 2015

Sweetland - Michael Crummey

Michaela Crummeya, nowofundlandzkiego poetę i prozaika, czytelnicy mieli okazję poznać już dwukrotnie: najpierw w 2013 roku za sprawą jego niezwykłej powieści „Dostatek” (jego recenzja klik), zaś rok później za przyczyną „Pobojowiska”. Tym razem gdańskie Wydawnictwo 'Wiatr od morza' uraczyło nas kolejną jego książką, p.t.: „Sweetland”. Wszystkich tych, którzy te poprzednie przeczytali z pewnością nie trzeba namawiać, by sięgnęli po tę najnowszą. Zaś tych, którzy jeszcze z twórczością pana Crummeya się nie zaznajomili, spróbuję przekonać, że mający 11 maja premierę „Sweetland” to bardzo ciekawa propozycja na te ciepłe dni, które przed nami.

Chance Cove – to niewielka osada na Nowej Fundlandii, która powoli się wyludnia ze względu na pogarszające się nieustannie warunki życia związane z zapaścią nowofundlandzkiego rybołówstwa. Stopniowo coraz mniej osób decyduje się pozostać na wyspie, szczególnie kiedy pojawia się korzystna propozycja ze strony rządu. Mieszkańcom wyspy oferuje się sowite wynagrodzenie za przeprowadzkę w inne miejsce w obrębie prowincji, ponadto pomoc przy zmianie miejsca zamieszkania i znalezienie pracy, wykwalifikowanie się lub powrót do szkoły - pod jednym tylko warunkiem - jednomyślnej zgody wszystkich mieszkańców. Już w latach 60. nastąpiły przesiedlenia do: Placentia Bay, Burgeo, Hermitage i St. John’s. Nic więc dziwnego, że prawie wszyscy przyjmują tę pomoc z wielką radością. Ale są i tacy, którzy ogromnie przywiązani do ziemi swych przodków za nic w świecie nie dają się przekonać urzędnikom rządowym, a jej opuszczenie traktują jako zdradę. Należy do nich 69-letni Moses Louis Sweetland, główny bohater książki, emerytowany latarnik i rybak (do czasu wprowadzenia moratorium na połów dorsza w dziewięćdziesiątym drugim) oraz Loveless (który dość szybko zmienia zdanie...), jego sąsiad...
Rodzina Mosesa mieszka tu od niepamiętnych czasów (Ludzie łowili tu ryby już dwieście lat temu, może wcześniej), jak sam podejrzewa, prawdopodobnie jego przodkowie dotarli na wyspę jako pierwsi, czego miałby być dowodem fakt, że zarówno wyspa jak i jego rodzina nazywają się tak samo. Jego związek z Chance Cove jest bardzo silny, dlatego też wszelkie urzędnicze próby nakłonienia go do opuszczenia osady nie przekonują go: Gdy wszyscy się wyprowadzą, nie będzie już promu. To oznacza brak zaopatrzenia. Przestaną działać telefony. Nie będzie bankowości online, nie będzie pokera. Ani prądu. Myślę, że każdego, kto zechce tutaj samotnie mieszkać, można z definicji uznać za niepoczytalnego. Decydując się na ten odważny/nieroztropny/brawurowy (?) krok, Sweetland zostałby prawdopodobnie jedynym szaleńcem na środku Atlantyku. Namowy sąsiadów i członków rodziny też nie przynoszą skutku. Nawet Reet Verge, była burmistrz miasteczka, próbuje przekonać go do wysiedlenia. Wszystko na próżno. Kiedy prośby nie przynoszą rezultatu, Verge ucieka się do ostrzeżeń i gróźb: Nie zablokujesz tego wszystkiego w imię swoich mesjańskich uczuć. Wymień cenę, a ja zobaczę, co da się zrobić. (…) Że też potrafisz przysporzyć tylu zmartwień całemu miasteczku i spać z tym spokojnie. (…) Cała ta historia skończy się tak, że komuś stanie się krzywda. A ty będziesz mógł winić za to tylko Boga lub siebie. Zapamiętaj sobie moje słowa. Cierpliwość mieszkańców zostaje wystawiona na próbę. Kiedy nie pomagają naciski i prośby o przedstawienie racjonalnego powodu, dla którego Moses nie chce opuścić wyspy, ludzie próbują zasiać w nim strach, sądząc, że być może w ten sposób uda im się go przepędzić. Pojawiają się anonimowe liściki z pogróżkami, okaleczone króliki, które Sweetland znajduje w sidłach czy podpalony składzik i odwiązana łódka. To ma go przekonać do zmiany decyzji. Nikt z mieszkańców nie próbuje nawet poddać w wątpliwość, że te wydarzenia są przypadkowe – każdy z nich ma przecież powody do zniszczenia jego majątku, bo wszyscy czują do niego urazę i nie potrafią zrozumieć jego toku myślenia. Moses sam na to zasłużył swoją postawą. Ostatecznie – kapituluje. Można by rzec, że presja przyniosła spodziewany efekt, że się udało, ale, jak pewnie niektórzy z Was się domyślają, tylko połowicznie...
Sweetland bardzo umiejętnie wszystkich zmylił. Zadeklarował, że przystępuje do programu i zgadza się na opuszczenie wyspy, po czym ukrył się na niej, a wszyscy byli przekonani, że zginął tragicznie na morzu: Uważał to za sprawę prywatną, że postanowił ukryć się w dolinie i odwrócić plecami do całego świata; sądził, że to nie dotyczy nikogo poza nim. Długo to planował i solidnie przygotowywał się do zbliżającej się zimy, którą miał przecież spędzić samotnie. Odłożył sobie całą łódź produktów spożywczych, które wcześniej przemycił z wysepki Miquelon. Zasalał ryby, robił przetwory, zapomniał jedynie o zrobieniu zapasów papieru toaletowego, ale i z tym sobie poradził. Niestety, jego decyzja wiązała się również z cierpieniem. Odkąd został sam jeden na wyspie, każdego dnia zmagał się z wyalienowaniem: [O]d czasu do czasu spadała na niego samotność tak apokaliptyczna, że zaczynał się bać, iż jej nie sprosta. Zawczasu nie rozważał świadomie, jak to będzie tkwić samemu na wyspie, mgliście wyobrażał to sobie jako przedłużenie doświadczeń z pracy w latarni, gdy większość dni spędzał w pojedynkę. Zaczynał jednak rozumieć, że w porównaniu z chwilą obecną tamte lata odosobnienia zbladły – były tylko tymczasowym stanem, zaledwie przybliżeniem samotności. Te długie, zimowe dni, dokumentują, że samotność jest okrutna, że łatwo prowadzi do obłędu, choć została wybrana świadomie i bez przymusu. To właśnie ona wymusza konkretne zajęcia, zmianę trybu życia, by nie doprowadzić do szaleństwa: Wiedział, że musi znaleźć sobie jakieś zajęcie poza pasjansem, jeśli nie chce na dobre postradać zmysłów. Zaczął czytać książki Queenie (te, którymi z czasem podcierał sobie tyłek, jak zabrakło mu papieru...), wrócił do opieki nad cmentarzem (prostował pokrzywione nagrobki, podpierał płot, kosił trawę), wciąż słuchał prognozy pogody, grał w pasjansa i spędzał czas z psem Lovelessa, który się zgubił i nie zdążył wsiąść na statek. Z czasem doszedł do wniosku, że świat ogarnia coraz głębszy zastój. Że od kiedy tak siedzi, nie dostrzegł ani jednej żywej istoty. Zdawało się, że zniknęły nawet mewy. Przez miesiące spędzone samotnie zdążył się już przyzwyczaić do ciszy i bezruchu. Nieobecność za oknem zdawał się jednak przynależeć do zupełnie odmiennego porządku, nadała całkiem inną perspektywę jego przesiedzianemu okresowi – wpatrywał się w okno, aby podważyć prawdziwość swojego spostrzeżenia. Jak zakończy historia Sweetlanda? Czy jego decyzja okaże się tragiczną pomyłką i doprowadzi do jego śmierci? Czy też niespodziewanie znajdzie swój happy end?

Michael Crummey oddaje w ręce czytelnika książkę bardzo klimatyczną, ze zdecydowanym (ostrym, soczystym wręcz, iście męskim) językiem i wyrazistymi bohaterami (odznaczają się silnym charakterem, uporem do granic możliwości, wielkim oddaniem ziemi, na której żyją od lat oraz miłością do rodziny). Wymaga przy tym od niego uwagi, bo liczne retrospekcje wybijają z rytmu, choć informują o historii wyspy i przeszłości bohaterów. To książka, która z jednej strony pokazuje, że człowieka w gruncie rzeczy trudno oderwać od korzeni; a z drugiej dowodzi, że czasem warto zrezygnować z własnego uporu i poddać się woli większości, wymuszonej choćby przez realia współczesnego świata. Bo jak twierdzi Sweetland życie rządzi się swoimi prawami. Można stawiać opór, a można zaimprowizować jakiś sposób, by się uchować. Istnieją natomiast takie prawa, które nie poddają się oporowi czy improwizacji...
Serdecznie polecam Waszej uwadze tę książkę. Warto zanurzyć się w chłodny krajobraz Nowej Fundlandii, by zrozumieć, jak wielkim uczuciem trzeba darzyć tę ziemię, by skazać siebie na całkowite osamotnienie, walkę z potężnymi siłami przyrody i wykluczeniem społeczeństwa.

Cytaty za: Sweetland, Michael Crummey, Wiatr od morza, Gdańsk 2015.

Ocena: 5/6

Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com.pl Polecam gorąco!


środa, 20 maja 2015

Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda - Sy Montgomery

Jesteśmy przyzwyczajeni do pięknych i wzruszających opowieści o przyjaźni łączącej człowieka z psem, kotem, może jeszcze z papużką, królikiem, ewentualnie chomikiem lub rybką, choć te ostatnie propozycje brzmią dość egzotycznie. Przyznam szczerze, że nigdy nie przyszło mi do głowy, by obdarzyć miłością świnię (nie, nie świnkę morską – taką domową, z chlewika). Prawdopodobnie z powodu, iż jako wieczny mieszczuch nie miałam okazji poznać, jak wyjątkowe są to zwierzęta; ale niewykluczone również, że bliższe było mi po prostu szczekanie niż chrumkanie. Książka Sy Montgomery, amerykańskiej przyrodniczki, pisarki i scenarzystki, „Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda”, pozwala mi nadrobić deficyt wiedzy i zrewidować własne poglądy. Otóż tytułowy prosiaczek zawojował nie tylko samą autorkę i jej najbliższych, ale również sąsiadów, znajomych, radio, prasę i telewizję. Moje serce ostatecznie też podbił, choć nie do tego stopnia, bym nosiła się z zamiarem zakupu prosiaczka. Poza tematyką, która naprawdę mnie urzekła (pomimo początkowych wątpliwości), ogromnie przypadła mi do gustu bardzo energiczna narracja oraz niezwykła ilość ciekawych informacji ze świata fauny. Montgomery w swojej książce przekonuje, że jej życie diametralnie zmieniło się dzięki jednemu, cherlakowatemu prosiakowi. Świni, która odniosła niebywały sukces – cudem uniknęła chłodni i przyniosła Sy łaski, które od wieków kojarzono z tym właśnie gatunkiem: siłę, przyjaciół, a nawet rodzinę…

Autorka na podstawie własnych doświadczeń krok po kroku dowodzi, że świnie to wyjątkowe zwierzęta. Ich mądrość podziwiano od wieków, a niebywała inteligencja została potwierdzona przez samego Karola Darwina. Są one tak samo bystre jak psy, równie rezolutne, silne i odważne. Ze względu na siłę i spryt dzikich świń naśladowali je wojownicy, czarownicy powoływali się na nie, a wróżbici zasięgali ich rady. Przedchrześcijańskiej Europie zaglądano w świeże wieprzowe wątroby, aby zobaczyć przyszłość, ponieważ mówiło się, że organy świń odbijają cudowne światło zsyłane przez bogów.

Nie inaczej było z Christopherem Hogwoodem. Przybył do domu Sy i jej męża, Howarda, z farmy znajomych George’a i Mary Iselinów, w pudełku po butach. Nie wyglądał jak typowy prosiak: miał wielką, niemal zbyt ciężką głowę, ogromne, puszyste uszy, biało-czarne łaty i był wyjątkowym pieszczochem. Mimo to sprawiał wrażenie niezwykle kruchego i wiotkiego osobnika, ponieważ miał problemy zdrowotne. Nie rósł, nie tył i niektórzy sugerowali, że humanitarniej byłoby go zabić niż skazywać na cierpienie. Tymczasem on, na przekór wszystkim, po podaniu odpowiednich leków zaczął rosnąć. Masowo zaczęli również napływać przyjaciele i sąsiedzi Sy, ot, tak, by na niego popatrzeć. Zupełnie tak, jak wpada się obejrzeć noworodka. Z tego, jak się z nami witał, radośnie pochrumkując, z iskierkami w oczach, wywnioskowaliśmy, że cieszy go (..) towarzystwo. Kiedy siła jego drobnego ryjka została uwolniona, zaczął ryć (To siła natury. Kiedy dotykał nosem ziemi, tworzyła się imponująca dziura (…), a Chris stawał się miniaturowym buldożerem). Z czasem zaczął też uciekać – najpierw nauczył się rozwiązywać sznurek zabezpieczający drzwi stodoły, później otwierał już rygiel (Musieliśmy też zmierzyć się z faktem, że nasza świnka jest niebezpiecznie, być może wręcz diabolicznie, genialna). Poza tym uwielbiał piwo, więc gdy zobaczył[…] kogokolwiek z butelką w dłoni, jakąkolwiek, gonił[…] go, aż ten ktoś się poddawał i pozwalał [mu] wszystko wypić. Montgomery przyznaje bez ogródek: Byłam z niego dumna. Fascynowało mnie w zasadzie wszystko, co robił. Howard twierdził, że dałam się ‘zdziczyć’. A ona dodaje z radością, że ich życie stało się ‘świniocentryczne’, przede wszystkim dlatego, że spędzali z Chrisem mnóstwo czasu (Średnio raz na godzinę sprawdzaliśmy, co u niego). Poza tym każdy ich dzień dzięki tej niepozornej śwince stawał się lepszy, przynosił chwile wytchnienia i towarzystwo ludzi. Hogwood zmieniał ich samych. Czy to dziwne, że Sy i Howard rozmawiali o nim nawet na przyjęciach? Kochali go i ze swadą przyznawali, że ich świnia jest mądrzejsza od nich, bo wykombinował[a], jak z dwojga wykształconych ludzi zrobić darmowy personel zasuwający na pełen etat…

Podczas swoich ‘wędrówek’, Chris spotykał wiele osób i wywierał na nich niezatarte wrażenie. W przeciwieństwie do właścicielki, prosiak był towarzyski i łatwo zyskiwał przyjaciół: Podczas swoich wypraw był ambasadorem naszego podwórka. Jego popularność spływała na mnie. I nawet kiedy sprawiał kłopoty, prawie wszyscy go lubili, przyznawała. Oprócz splendoru, nieodzowna była przede wszystkim odpowiednia ilość pożywienia. A potrzeby Chrisa rosły równie szybko jak jego waga. I równie szybko przybywało [im] chętnych do pomocy: krewnych i przyjaciół. Ludzie ochoczo odprowadzali go do domu (co stanowiło nie lada wyzwanie!), poznawali jego zwyczaje, lubili go głaskać, zapewniali mu ‘świńskie spa’ lub traktowali go jako powiernika swoich tajemnic. Od sąsiadów, przyjaciół lub z miejscowej restauracji, dostawał resztki jedzenia, tzw. zlewki. Chris unikał roślin cebulowych, w tym dymki, pora i szalotki. Nie przepadał za cytrusami i nie dostawał mięsa. Poza tym jadł wszystko, a jego dobroczyńcy uwielbiali patrzeć, jak konsumuje przyniesione przez nich dary: Patrzenie na jedzącą świnkę daje niesamowitą możliwość przeżywania cudzej rozkoszy. Rzadko ma się tyle przyjemności z czyjegoś szczęścia. Oto ktoś, kto podąża za tym, co sprawia mu radość. Świnie są stworzone do jedzenia – zostały wyhodowane, aby jeść i szybko rosnąć…

Historia Chrisa łapie z serce. Oto przedstawiciel gatunku, który bez wątpienia częściej gości na naszym stole niż w przydomowym ogródku. Był mądry, subtelny i niezwykle inteligentny. Delikatny, słynący z cierpliwości do dzieci, dobrze radzący sobie z ludźmi na wózkach. Doskonale pamiętał ludzi, rozpoznawał ich po głosie i po wyglądzie, nawet tych, których bardzo rzadko widywał. Poruszył serca wszystkich swoim niebywałym urokiem: Ludzie kochali Chrisa, ponieważ był taki szczęśliwy. Ludzie kochali go, ponieważ był taki zachłanny. Ludzie kochali go, ponieważ był tak bardzo świński – i kochali go, ponieważ był tak ludzki. Kochali jego delikatność i poczucie humoru. Wiele osób podkreślało, że to właśnie on nauczył ich kochać, że sam był czystą miłością. To z pewnością dlatego nadesłano tak wiele kartek i maili z kondolencjami po jego odejściu, a automatyczną sekretarkę Sy i Howarda szybko zapchano, itp.

W „Dobrej śwince” Sy Montgomery udało się również coś niebywałego – przedstawiając swojego ukochanego Chrisa, z którym przeżyła wspólnie 14 lat, dowiodła, że nie zawsze należy myśleć praktycznie, podporządkować się społeczeństwu, rodzinie czy skostniałym prawom. Bo czasem warto pójść na przekór wszystkiemu i zamiast rozumu posłuchać serca. Zamiast śmierci, wybrać życie. Pojawienie się Christophera w rodzinie Sy i jej miłość do niego stały się przeciwwagą dla złego traktowania świń na świecie. (…) Oczywiście historia Christophera nie wymazuje wszystkich okropieństw wycierpianych przez świnie na całym świecie w ciągu stuleci (…) Ale Montgomery i Christopher stworzyli inną rzeczywistość: dzięki temu, że Chris mógł przeżyć całe życie, uhonorowali[…] [niejako]życie wszystkich świń.

„Dobra świnka, dobra” to wyjątkowa książka o nieprzeciętnej relacji człowiek-zwierzę. To wzruszająca historia kobiety, która dzięki obecności przeciętnego jakby się mogło zdawać cherlaka otworzyła się na drugiego człowieka i przezwyciężyła swoją nieśmiałość. Dzięki rozkoszy czerpanej z jego towarzystwa zrozumiała, że niezależnie od tego, co się dostanie od losu czy natury, kiedy się kocha, wszystko jest możliwe. Warto pamiętać, że to właśnie zwierzęta mogą nas zmienić, poprowadzić z powrotem do edenu i przypomnieć nam, że zawsze możemy zacząć od nowa…

Cytaty za: Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda, Sy Montgomery, Marginesy, Warszawa 2015.

Ocena: 5+/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Mój najlepszy przyjaciel prosiak (?!?)

czwartek, 30 kwietnia 2015

Listy na wyczerpanym papierze - Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora

Zastanawiałem się, co zrobić z jej listami, i doszedłem do wniosku, że nie jestem w stanie tego zniszczyć. Myślę, że literatura polska, by nam tego nie wybaczyła. Zaopiekuj się tym. Takie słowa skierował do Magdy Umer, Jeremi Przybora, jeden z najwybitniejszych twórców w historii polskiej sztuki estradowej, współzałożyciel legendarnego 'Kabaretu Starszych Panów'. Następnie podał swojej przyjaciółce owe listy w kopercie z napisem ‘Agnieszka’. To była sławetna korespondencja, jaką Przybora prowadził z Osiecką (wybitną poetką, autorką niezapomnianych tekstów piosenek, pisarką, reżyserką teatralną i telewizyjną, dziennikarką) przez około dwa lata. Umer chciała ją opublikować za 50 lat, kiedy nikt z bliskich obojga kochanków nie poczułby się nią urażony. Tymczasem niespodziewanie odezwała się do niej córka Osieckiej, Agata Passent, z informacją, że znalazła listy pisane przez Jeremiego do jej mamy i zastanawia się nad ich wydaniem. Wiesz, bo to taka piękna literatura, przekonywała. Udało się - za zgodą dzieci sławnych kochanków czytelnik może wziąć do reki jedną z najbardziej osobistych i najliryczniejszych publikacji, jakie powstały kiedykolwiek. „Listy na wyczerpanym papierze”, bo o nich mowa, są pięknym świadectwem burzliwego uczucia, opisanego poetyckim językiem. Mamy w nich do czynienia z wachlarzem prawdziwych emocji dwóch wybitnych postaci, których teksty śpiewały i śpiewać będą kolejne pokolenia. Listy (ewentualnie telegramy lub kartki pocztowe) zostały ułożone chronologicznie, a redaktor ingerował w tekst minimalnie. Niektóre z nich są pozbawione zakończenia. Przypuszcza się, iż w ten właśnie sposób zostały ocenzurowane przez ich bohaterów. Są tu także notatki z kalendarzyka Agnieszki, przypisy ich obojga oraz komentarze Umer. Ponadto publikacja zawiera: audiobook (listy czytają Magda Umer i Piotr Machalica), mnóstwo zdjęć, 'Piosenki z miłości' Agnieszki i Jeremiego oraz 'Po słowie o sobie', a także kopie listów tudzież kartek. To jednak nie wszystko. Nietypowy format, piękna, stylizowana okładka, listy ze znaczkami z podobiznami Jeremiego i Agnieszki idealnie wpisują się w klimat ten publikacji. To naprawdę książka niezwykła, przepełniona czystą poezją i takim pięknem, od którego trudno się oderwać, bo coraz go mniej we współczesnym świecie...

Uczucie między Jeremim a Agnieszką ‘wybuchło’ 1 lutego 1964 i trwało do czerwca 1966 roku. On miał 49 lat, był już po raz drugi żonaty. Miał małego synka Konstantego (Kota), i dorastającą, piękną córkę z pierwszego małżeństwa – Martę. Był w rozkwicie swojego talentu. Sławny, uwielbiany, czczony nie tylko przez inteligencję. Telewizyjny Kabaret Starszych Panów stworzony przez niego i Jerzego Wasowskiego osiągnął właśnie apogeum popularności. Wszyscy śpiewali ich piosenki. Ona także. Ale i pisała własne. I to jak! Była piękną 28-letnią rozwódką po przejściach. Płakał po niej niejeden odtrącony adorator, ona po nich także, z tym, że ona jedynie w piosenkach... Teksty, które Jeremi adresował do Agnieszki od początku naznaczone są czułością i dużym zaangażowaniem. Widać to choćby w sposobie, w jaki zwracał się w nich do swej ukochanej. Pisał np. ‘Śpiewaczko moja ucieszna; 'Safo Słowieńska’; 'Moja Ty Nieprawdopodobna'; ‘Moja Nawiedzona Panienko’. Szczerze wyznawał, że lubił wymawiać jej imię, że całował ją w uszy (!), które uwielbiał: Chyba ja się w Tobie zakochałem, czy co?! Agnieszko! Bądź dla mnie pobłażliwa i dbaj o uszy! Ona była ostrożniejsza. Wchodziła w ten związek spokojniej, roztropnie ważyła słowa i powściągliwiej deklarowała uczucia. Niektóre z jej wypowiedzi, noszące znamiona zaangażowania, w porównaniu ze słowami Przybory, brzmią wręcz zabawnie (być może to również zasługa odmiennego usposobienia): Choć Tyś orzeł jest a jam – reszka – na wieki twoja jest Agnieszka.
Każdy przejaw jej większego zaangażowania był mocno podkreślany przez Jeremiego. Ono go cieszyło, pozawalało poczuć się pewniej i uświadamiało mu, że nie tylko on dużo zaryzykował, a jeszcze więcej poświecił dla tej miłości: Podpisałaś się na telegramie ‘Twoja Agnieszka’… I napisałaś ‘Bardzo za Tobą tęsknię’… Telegramu to jeszcze nigdy w życiu nie czytałem tyle razy – a jeszcze ile razy będę go czytał... Jeremi dość często miewał momenty ogromnej tęsknoty, kiedy czytał całą korespondencję od swej ukochanej, jakby chciał nasycić się jej słowami podczas częstych nieobecności Agnieszki. Bo ona notorycznie wyjeżdżała (kochała podróże), co nie podobało mu się i co w większości przypadków było przyczyną kłótni. Po jej wyjeździe do Anglii, Przybora przeżył ‘psychiczny kryzys’: Odkąd Cię tu nie ma, przestaję trochę wierzyć, że mogłaś mi się w ogóle przytrafić, że tyle rzeczy pięknych i niezasłużonych może nagle spaść na człowieka. W kolejnym liście pisał: O, jakże Ty mi jesteś nieodzowna Śpiewaczko Moja Ucieszna! Strasznie się w Ciebie wczepiłem – nie czujesz tego? By następnie dojść do zaskakujących wniosków: Agnieszko, wiesz, zauważyłem, że moja tęsknota za Tobą przybiera różne formy, zależnie od pozycji. Inaczej zupełnie tęsknię, chodząc lub stojąc, inaczej siedząc, a jeszcze zupełnie inaczej, leżąc na strasznie pustym tapczanie… Przybora odczuwał straszną pustkę bez Osieckiej, nawet miasto pozbawione jej obecności wydawało mu się inne, bardziej obce. Był pewien, że darzy ją wielkim uczuciem i nie miał obaw przed wyznaniem jej tego: Kocham Cię. Niczego w życiu nie chcę mieć więcej poza Tobą, ja już swoją karierę zrobiłem - może i za dużą, i nade mną też unosi się aura, nie mam żadnych pretensji o nic, byle nie spadać poniżej, ale o Ciebie mam pretensje, i to jeszcze jakie! Moje Północna, Jasna, zupełnie Rewelacyjna, Nienagladnaja (…), Pięknoimienna Agnieszko o uszach jak skrzydełka motyla – wiesz jakiego. Całuję Cię strasznie natrętnie – tak jak nawet nie przypuszczasz, że potrafię. Agnieszce, choć zupełnie inaczej, też bywało ciężko bez niego. Mimo to znajdywała siłę pewnym niezwykle silnym przekonaniu : Ale mam w sobie to, co zawsze, to, co czuję cały czas, odkąd wyjechałeś: wiarę w przeznaczenie. Po prostu wierzę w nas. Wierzę, że ‘to się musiało tak skończyć.

Oprócz wiary oboje mieli również wielki podziw, szacunek i podziw dla swojej pracy. Dzielili się wrażeniami po przeczytaniu tekstów, obejrzeniu przedstawień, spektakli, itp. Agnieszka tak pisała o twórczości Jeremiego: Lubię całą Twoją poezję, Twoją wyobraźnię, Twój ‘sposób’. Jest to część Ciebie, tego, co kocham. Jeremi odwdzięczał jej się podobnymi komplementami: Wiesz Agnieszko, im dłużej słucham tych Twoich piosenek na płycie, tym bardziej mi się podobają – pięknie Ty piszesz, biorąc obiektywnie, a subiektywnie, to strasznie pode mnie (źle to określiłem, ale wiesz, o co mi chodzi – trafiasz w to, na co jestem wrażliwy). Bardzo Ciebie podziwiam i uwielbiam, i nie czuję się (…) ekwiwalentem dla Ciebie, ale nie chciałbym ogromnie, żebyś sobie inny znalazła.
Z czasem jednak pojawiły się na ich idealizowanym związku pierwsze rysy. Widoczne stały się duże różnice temperamentów kochanków: No popatrz: ujawniły się między nami straszliwe różnice charakterów… Jeszcze ciągle nie mogę przyjść do siebie po ostatnim cyklu rozmów. Brr… Okazało się, że jesteśmy do siebie niepodobni jak pies do kota. Myślę, że na to jest jedyna rada: Kochaj mnie! Kochaj mnie, Jeremi, a wszystko będzie fajnie! Ja ze swej strony postaram się wypełnić czas za Kanałem rozmyślaniami i pokutą. Nauczę się osobiście prać koszule i kupować jajka u Tomczyka. Zrobię ci sweterek na drutach i wyhaftuję ręcznik z napisem: ‘Komu Pan Bóg daje, ten rano wstaje…’. Itd. 30.8.1964 roku Agnieszka poprosiła, by Jeremi już więcej nie dzwonił, bo wszystkie formy pośrednie [byy] między n[imi] niemożliwe. Jeremi życzył jej wtedy na odchodne: Rośnij duża, Agnieszko i szczęśliwsza ode mnie!

„Listy na wyczerpanym papierze” to świadectwo związku dwóch niezwykłych osobowości, które na krótko zachłysnęły się najsilniejszym z uczuć. Ich wyznania pełne sympatii, miłości, podziwu, tęsknoty i niezrozumienia, a więc emocji, które nimi wtedy targały, dają kompletny obraz ich samych - osób inteligentnych, wyjątkowo utalentowanych, z poczuciem humoru i autoironią, które w połączeniu z lotnością pióra dostarczają czytelnikowi niezwykłych wrażeń literackich. Warto po te listy sięgnąć, zwłaszcza teraz, kiedy za oknem wiosna w rozkwicie, a w sercu maj…


Cytaty za: Listy na wyczerpanym papierze, Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora, Agora SA, Warszawa 2010.

Ocena: 5+/6

Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com.pl Polecam gorąco!