środa, 8 kwietnia 2015

Campo santo - W.G. Sebald

W.G. Sebald to jeden z najważniejszych i najwybitniejszych pisarzy niemieckich XX wieku i jak mówiono – niemal pewny kandydat do Nobla. Niestety, nigdy go nie otrzymał. W 2001 roku zmarł w wyniku obrażeń, jakich doznał w wypadku samochodowym. Jego utwory zostały brawurowo przetłumaczone na nasz rodzimy język przez Małgorzatę Łukasiewicz, bo jego twórczość ma u nas wielu zagorzałych fanów. Zalicza się do nich również Julia Hartwig, która zanotowała w swoim „Dzienniku”: Sebald jest wielkim pisarzem, umie wypowiedzieć niewypowiedziane, zdobył mnie i coś we mnie odmienił, coś, z czym nie chciałabym się rozstać. To ‘coś’ ma w sobie bez wątpienia również „Campo Santo”, ostatnia publikacja tegoż prozaika, która ukazała się już po jego tragicznej śmierci. Autor daje się w niej poznać jako historyk i krytyk literatury oraz jako (nie)zwykły czytelnik. Zawarte w tej książce teksty to m.in.: cztery fragmenty prozy stanowiące niedokończoną książkę o Korsyce (nazywane 'projektem korsykańskim'), eseje i przemówienia. Odzwierciedlają one erudycję Sebalda, jego wielką wrażliwością i uwagę, jaką poświęcał badanemu tematowi. Był człowiekiem niezwykle oddanym zagadnieniom takim jak: śmierć, zniszczenie, pamięć oraz sztuka, literatura i natura. I one wszystkie znajdują swoje odbicie w „Campo santo”. W pierwszej części tej publikacji autor niezachwianie szukał związków przeszłości z teraźniejszością, a także przedstawił korsykańskie impresje. W drugiej części rozprawił się z niemiecką literaturą powojenną, a uczynił to w tekstach krytyczno-eseistycznych na podstawie twórczości i losów konkretnych twórców. Wśród nich znajdziemy: Kafkę, Handkego, Hildesheimera, Grassa oraz Weissa.

Sebald spędził na Korsyce dwa tygodnie, swoje wrażenia zamierzał udokumentować książką. Niestety, przerwał nad nią pracę i już nie zdążył do niej wrócić. Z jego zamysłów zostały jedynie cztery teksty, w których relacjonował, gdzie był i co przeżył. Jawi się w nich jako drobiazgowy odkrywca historii i obyczajów wyspy. Pierwszy z nich to „Mała wycieczka do Ajaccio” - jest to miejsce urodzenia Napoleona, obecnie znajduje się tam również jego muzeum. Tytułowe „Campo Santo” to krótkie ‘sprawozdanie’ z pobytu na niewielkim cmentarzu w Pianie, gdzie pełno jest zapomnianych, zarośniętych mogił (włoskie ‘camposanto’, to dosłownie ‘święte pole, oznaczające cmentarz). Autor początkowo dokonywał przeglądu nazwisk zmarłych, stopniowo zwracając uwagę czytelnika na korsykańskie zwyczaje pogrzebowe, a ostatecznie rozważając kluczowe dla siebie kwestie - przemijanie, tożsamość i pamięć. Przenikliwie pisał o świecie, w którym żył i tym, który miał nadejść. W tym przyszłym pamięć nie miała znaczenia – w przeludnionych metropoliach miał żyć anonimowy, łatwy do zastąpienia człowiek, który prawdopodobnie kiedyś rozpłynie się w świecie wirtualnym. A w pozbawionej pamięci teraźniejszości i w obliczu nieuchwytnej już dla jednostkowego rozumu przyszłości na koniec będziemy porzucali życie, nie czując potrzeby, by dano nam przynajmniej chwilę jeszcze pozostać albo przy okazji powrócić, tak skończył swój tekst, czym idealnie wpasował się w drugą części książki zawierającą eseje, ułożone chronologicznie według dat ich powstawania.

W tekście „Między historią a historią naturalną” na przykładzie tekstów Hansa Ericha Nossacka i Hermanna Kasacka pisarz zastanawiał się, dlaczego zniszczenie niemieckich miast w trakcie alianckich nalotów pod koniec II wojny światowej nie stało się tematem powojennej literatury niemieckiej, czemu nie przerobiła ona w dostatecznym stopniu doświadczeń z tym związanych. To rzeczywiście zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, iż można by przecież zakładać, że systematycznie przez parę lat prowadzone naloty, od których bezpośrednio ucierpiała znaczna część ludności niemieckiej, jak również uwarunkowana destrukcją radykalna zmiana form życia społecznego wręcz musiały prowokować do napisania czegoś o takim doświadczeniu. Problem niemieckiej literatury nie kończy się jednak na tym. Sebald usiłował wytłumaczyć kolejną kłopotliwą kwestię - ‘niezdolność do żałoby’ na przykładzie eseju pt. „Konstrukcje żałoby”. To zjawisko ukazujące uderzając[ą] nieczułość w odpowiedzi na stosy trupów w obozach koncentracyjnych, nieznany los wziętych w niewolę oddziałów niemieckich, doniesienia o wymordowaniu milionów Żydów, Polaków, Rosjan, o mordowaniu politycznych przeciwników z własnych szeregów. Ów deficyt spowodował deformacje nowego społeczeństwa, które dopiero dziś, po wielu latach wychodzą na jaw. Literatura powstała po dziesięciu-dwunastu latach od reformy walutowej ignorowała kontekst zbiorowej winy oraz konieczność opisania nieszczęść spowodowanych przez Niemcy. Powieści lat pięćdziesiątych nie zajmowały się krzywdami, jakie ów nacja wyrządziła innym narodom, a jedynie powściągliwie krytykowały nowe społeczeństwo, zamiast reprezentować jego sumienie. Alexander Mitscherlich, niemiecki lekarz, wykładowca uniwersytecki i pisarz, stwierdził w połowie lat sześćdziesiątych, iż w naszym kraju nadal utrzymuje się przepaść między literaturą a polityką (…) [D]otychczas żaden z naszych pisarzy nie zdołał jeszcze, jak się zdaje, swoimi utworami uzyskać poważniejszego wpływu na świadomość polityczną, na kulturę społeczną naszej Republiki Federalnej. Sebald uważał, że literatura wzbraniała się przed próbami zrozumienia tej ogromnej narodowej katastrofy, co bez wątpienia było dużym dużym błędem. Podobnie zresztą Heinrich Böll, który w „Frankfurter Vorlesungen” dodał, iż wina, skrucha, pokuta, zrozumienie nie stały się kategoriami społecznymi, a co dopiero politycznymi.

W „Skruszonym sercu” W.G. Sebald rozprawiał o pamięci i okrucieństwie w twórczości wielkiego moralisty, Petera Weissa. Pisał o jego dziełach plastycznych, w których mnożyły się obrazy najstraszliwszych występków, upadku cywilizacji, której ‘ukoronowaniem’ stało się najgorsze z możliwych barbarzyństwo. To właśnie Weiss w „Dochodzeniu” przypominał, że wszyscy znaliśmy społeczeństwo, z którego wyłonił się reżim zdolny tworzyć nowe obozy (…) Masowe mordy były przecież tylko skrajnym wariantem wyniszczenia przez pracę (…) perwersja faszystowskich obozów koncentracyjnych nie polegała na rodzaju i rozmiarach popełnianych tam zbrodni, ale przede wszystkim na tym, że pożytki ekonomiczne, jakie system czerpał z wykorzystywania ludzkiej miazgi (…) nawet w przybliżeniu nie usprawiedliwiały nakładu środków.

W „Próbie restytucji”, swoim programowym tekście, W.G. Sebald dał się poznać swoim odbiorcom bliżej. Wspominał własne dzieciństwo, manię krajoznawczą i grę „Kwartet Miast”, dzięki której nauczył się geografii. W talii Kwartetu Miast Niemcy były jeszcze niepodzielone, ale też niezniszczone, ponieważ te utrzymane w jednym, ciemnobrunatnym tonie wizerunki miast, które zaszczepiły mi ideę ponurej ojczyzny - te obrazki ukazywały niemieckie miasta bez wyjątku w postaci sprzed wojny (…). Autor zastanawiał się, jakie to niewidzialne relacje determinują nasze życie, którędy przebiegają nici i nieustannie nawiązywał do trudnej historii, do pamięci o tym, co choć wydarzyło się dawno, nadal istnieje w jego pamięci: Dlaczego, jadąc kolejką miejską do centrum, przy stacji Feuersee za każdym razem myślę, że nad nami wciąż jeszcze pali się i że od grozy ostatnich lat wojny żyjemy jak gdyby w podziemiu, choć przecież wszystko wokół tak pięknie odbudowaliśmy? Jest tu także wyraz wiary pisarza w literaturę i wielka chęć dotarcia do szczegółu, do konkretu, tak charakterystyczna dla tegoż prozaika.

Sebald w swoim przemówieniu z okazji przyjęcia go do Akademii Niemieckiej bezlitośnie demaskował program edukacji. Krytykował fakt, że ani w szkole ani na uniwersytecie nie dowiedział się niczego o najnowszej historii. Zamiast tego uczono go wypraw Aleksandra Wielkiego i Napoleona: Germanistyka w tych latach była nauką niemal z premedytacją dotkniętą ślepotą i jechała na bladym koniu, jak powiedziałby Hebel (…) Dopiero gdy w 1965 roku pojechałem do Szwajcarii, a rok później do Anglii, z odległości w mojej głowie zaczęły formować się myśli o ojczyźnie i te myśli w ciągu ponad trzydziestu lat, bo od tak dawna mieszkam za granicą, coraz bardziej się skomplikowały…

Sebald w swych tekstach wspominał również o „Kasparze” Handkego; o braku kompromisu Jean’a Améry’ego; o antropomorficznych wizerunkach zwierząt w wierszach Ernesta Herbecka’; o Nabokovie i jego najbardziej znanej pasji – lepidopterologii. Przywoływał Bruce’a Chatwina oraz Kafkę, którego wiązał z kinem. W jakiś niezwykły sposób zmyślnie wybierani przez tego niemieckiego pisarza autorzy tekstów, stają się tu bohaterami tychże esejów, tzn. z twórców stają się postaciami, z którymi możemy się identyfikować, a Sebald sam jest jakby ich towarzyszem. To bez wątpienia również niezwykła wręcz umiejętność tego prozaika.

Jest wiele form pisania, ale tylko w formie literackiej, poza rejestracją faktów i naukowym poznaniem, chodzi o próbę restytucji, pisał W.G. Sebald w jednym ze swych tekstów. Jeśli chodzi o tę próbę, on zdaje się być w niej mistrzem. Wzorem jest również, jeśli chodzi o dążenie do rozstrzygnięcia kwestii niezgody na zacieranie pamięci i refleksji nad ograniczeniami możliwości literatury. Bo choć Sebald nie dowierzał literaturze, to był również przekonany, że tylko ona może dostrzec pewne prawdy niewidoczne dla innych dyscyplin.

Cytaty za: Campo santo, W.G. Sebald, W.A.B., Warszawa 2014.

Ocena: 5/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Nieodżałowany archeolog pamięci i jego ‘program’

piątek, 3 kwietnia 2015

O gruzińskim szampanie, kobietach z ZSRR oraz przedwojennym Lwowie - wywiad z Żanną Słoniowską

Mam przyjemność zaprezentować Wam wywiad jakiego udzieliła mi Żanna Słoniowska, autorka książki Dom z witrażem, Ukrainka o polskich korzeniach, dziennikarka i tłumaczka. W konkursie zorganizowanym przez Wydawnictwo Znak Literanova na najlepszą powieść, zostawiła konkurencję daleko w tyle. Subtelną historią o ciemiężonej Ukrainie, gdzie miłość przeplata się z nienawiścią, strach z pragnieniem wolności, a miłość ze sztuką, zachwyciła m.in. Sylwię Chutnik i Justynę Sobolewską. Kim zatem jest ta utalentowana i niezwykle sympatyczna autorka? Podam jedynie kilka faktów: urodziła się w 1978 roku we Lwowie. W jej domu idealnie odzwierciedlała się wielokulturowość miasta rodzinnego – mówiono w nim po rosyjsku, ukraińsku i polsku. Dziś Słoniowska posługuje się nienagannym językiem polskim, którego nie nauczyła się w szkole, ale dzięki babci. Obecnie mieszka w Krakowie, ma męża Polaka, rozwija swój intrygujący projekt - 'Żywy podręcznik historii' i już pisze kolejną książkę!


• Agnieszka Biczyńska: Jaka była Pani pierwsza myśl, kiedy usłyszała Pani, że to właśnie Pani tekst wygrał w konkursie organizowanym przez Wydawnictwo Znak?

Żanna Słoniowska: Bardzo się ucieszyłam, zadzwoniłam do męża i poprosiłam, aby wstawił do lodówki butelkę gruzińskiego szampana. Cieszyłam się z wygranej, a nade wszystkim z wydania książki, bo przez lata pracy nie miałam gwarancji, że nie piszę do szuflady.

• A.B.: Czy należy Pani do grona ludzi pióra, którzy czytają każdą recenzję, skrupulatnie sprawdzają, na którym miejscu na liście bestsellerów znajduje się ich publikacja? Czy podchodzi Pani raczej do tego z dystansem, pisząc dla siebie samej, realizując swoją pasję bez (aż tak) wielkich emocji?

Ż.S.: To jest odwieczny spór: czy istnieje pisarz bez czytelnika? Ja piszę dla ludzi, im chcę opowiadać bardzo ważne dla mnie historie. Kiedy miałam, czy mam złe dni i nachodzą mnie wątpliwości czy moja praca ma sens, wyobrażam sobie którąś z tych wspaniałych, mądrych, myślących i głębokich kobiet, które są moimi czytelniczkami, które żyją literaturą, przeżywają ją bardzo głęboko, a potem chcą się dzielić przemyśleniami. Otóż, ważna jest dla mnie moja „praca w podziemiu“ czyli próby wydobycia własnego, niezależnego głosu w sztuce, a równocześnie ważny jest odbiór, czyli spotkania autorskie, opinie czytelników, ilość sprzedanych egzemplarzy.

• A.B.: Do kogo Pani pisze? Kim jest Pani czytelnik/czytelniczka? Jak sobie Pani jego/ją wyobraża?

Ż.S.: Częściowo odpowiedziałam na to pytanie wcześniej. Piszę dla ludzi, którzy nie szukają w życiu i w sztuce łatwych odpowiedzi, bo w mojej prozie ich nie ma. Wydaje mi się, że Dom z witrażem ma tak, jakby kilka warstw: historię kraju i historię rodziny, osobistą mapę Lwowa, przewodnik po emocjonalności bohaterek. Zauważyłam, że czytelnicy w zależności od kraju pochodzenia (tu mam na myśli, na przykład to czy ktoś się wychował w Polsce czy w ZSSR), oczytania, zawodu czy wrażliwości skupiają się na tej warstwie, która jest im bliższa. I to mi się bardzo podoba. Uwielbiam słuchać o tym, co kto odkrył w mojej książce, bo każdy czyta przecież przez siebie. Widzę, że jest sporo ludzi, którym moje pisanie otwiera w życiu to czy owo, dla nich chcę pisać.

• A.B.: Mówiła Pani w jednym z wywiadów: W trakcie pisania tej książki krew przelana za wolną Ukrainę była fikcją. Niestety w lutym 2014 roku przestała nią być. Czy podświadomie czuła Pani, że Rosja posunie się aż tak daleko?

Ż.S.: Wszystko, co się podziało w Ukrainie w latach 2013-2014 było dla mnie wstrząsem. Majdan przeżyłam jako głębokie katharsis, chociaż oglądałam go przecież tylko na ekranie komputera. Co do wojny z Rosją, to pamiętam, jak w poprzednich latach żartowaliśmy w rodzinie: 'A co, jeśli Rosja napadnie Ukrainę...' Nikt chyba nie był w stanie wziąć tego na poważnie. Moja przyjaciółka mówi tak: 'Dobrze, że dziadek umarł wcześniej, bo wraz z Rosjanami przeszedł II wojnę światową i wieść o rosyjskiej agresji mogłaby go zabić'.

• A.B.: Obraz kobiet, który Pani proponuje czytelnikowi w swojej pierwszej powieści, nie jest bynajmniej stereotypowy. Ani Prababka, ani Aba, ani tym bardziej Marianna, nie mają możliwości, by ich kobiecość rozkwitła, by miały szansę zająć się ‘babskimi’ sprawami. One nawet chyba nie mają czasu, by o nich pomyśleć. Pani bohaterki są skoncentrowane na polityce, historii, ewentualnie sztuce, którą i tak sytuacja w kraju przyćmiewa. Czy Ukrainki/Lwowianki zajmują jedynie sprawy najwyższej wagi?

Ż.S.: Sądzę, że chodzi o fenomen kobiet na całym terenie byłego ZSSR, kobiet należących do tak zwanej inteligencji pracującej. Przeważnie żyły w straszliwych warunkach bytowych – na śmiesznie małym metrażu, kiedy każda najprostsza rzecz - mleko, rajstopy, lampa czy krzesło była nie zdobycia bez znajomości, łapówki czy wyjątkowego fartu. Ta wymuszona asceza sprawiła, że skupiły się na wartościach i ideach, na książkach i obrazach. Aż do przesady gardziły drobnomieszczańskimi przyjemnościami. Ten duch wciąż obecny jest u współczesnych ukraińskich intelektualistek, chociaż wiele z nich już ma dostęp do pięknych sukienek czy eleganckich kawiarni.

• A.B.: Do której z bohaterek jest Pani najbliżej? Czy może Pani identyfikować się z którąś z nich?

Ż.S.: W każdej z nich jest jakaś część mnie.

• A.B.: Czy na Ukrainie są nadal domy z witrażami – takie jak ten, który Pani opisuje w książce?

Ż.S.: Secesyjne witraże w kamienicach na terenie obecnej Ukrainy powstawały na przełomie XIX i XX wieku czyli musiały przetrwać wielokrotne przesunięcia granic, kilka wojen, a właściciele i mieszkańce tych kamienic byli w tym czasie zabici, deportowani czy ekspatriowani. Trudno się dziwić, że po tym wszystkim z witraży pozostały szczątki...

• A.B.: Gdyby miała Pani opisać ‘swój’ Lwów jednym zdaniem, to jak by ono brzmiało?

Ż.S.: Piękno, historia, twórczy chaos.

• A.B.: Czy planuje Pani kontynuację Domu z witrażem? A może już pisze Pani coś nowego?


Ż.S.: Piszę teraz powieść, której bohaterami są Ukraińcy mieszkający w Krakowie.

• A.B.: Proszę opowiedzieć nam o swojej inicjatywie, która mnie osobiście bardzo zaintrygowała, a mianowicie o projekcie 'Lwów przedwojenny oczami świadków historii'.


Ż.S.: Jest to projekt historii mówionej, który zrealizowałam w dwóch turach: w latach 2011 i 2013. Nagrałam na kamerę wspomnienia 35 lwowian, którzy pamiętali miasto przed 1939 rokiem, spotkałam się z nimi we Lwowie, Krakowie, Warszawie, pomniejszych polskich miastach, a także w Wiedniu. Każdy wywiad przebiegał według tego samego schematu, pytałam m.in. o współżycie różnych narodowości, o dwie okupacje sowieckie i okupację niemiecką, o Lwowie sowieckim. Rozmawiałam z Polakami, Ukraińcami, Żydami, Ormianami i jednym Niemcem, ponadto byli to ludzie o bardzo różnym wykształceniu i poglądach, stąd relacje o tych samych wydarzeniach nie zawsze były podobne, a nieraz sprzeczne. Mój pomysł był taki, żeby te sprzeczności (zazwyczaj oddzielone od siebie murem nie do przebicia, na który składa się nieznajomość języków obcych i skupianie się na własnej perspektywie narodowej) połączyć 'pod jednym dachem'. Nazywam to 'Żywym podręcznikiem historii', wszystkie relacje są dostępne w internecie na stronie lwowprzedwojenny.eu.

• A.B.: Jak i gdzie widzi siebie Pani za 10 lat?

Ż.S.: Chciałabym nadal móc pisać powieści. Poza tym moje dzieci już będą duże więc być może uda mi się trochę więcej pojeździć po świecie.

• A.B.: Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę Pani kolejnych sukcesów oraz wielu wiernych czytelników.

Moją recenzję Domu z witrażem możecie przeczytać tutaj

piątek, 27 marca 2015

Moje nagrody - Thomas Bernhard

Moje nagrody Thomasa Bernharda, jednego z moich ulubionych autorów, porażają. Nie jestem zdziwiona, bo teksty tego austriackiego prozaika i dramaturga, zawsze mrożą krew w żyłach. Nie na darmo był on nazywany tym, który kalał własne gniazdo, urodzonym wręcz skandalistą. Zbiór właśnie przeczytanych przeze mnie esejów Bernharda dotyczy stosunku do przyznawanych mu nagród i wyróżnień. Ale nie tylko. Po raz kolejny ten niezwykły autor dowiódł w swych tekstach, że był nieszablonowy, lubił kokietować, całe życie zmagał się z brakiem pieniędzy i kiepskim zdrowiem, co znajduje odzwierciedlenie w jego tekstach. Tradycyjnie już nikomu nie oszczędził ostrych słów i złośliwych uwag – jawiąc się jako bezwzględny prowokator i obrazoburczy prześmiewca. Gardziłem tymi, którzy dawali nagrody, ale nigdy zdecydowanie nie odmawiałem przyjęcia. Wszystko to wydawało mi się wstrętne, ale najwstrętniejszym wydawałem się sobie ja sam. Nienawidziłem tych ceremonii, ale brałem w nich udział, nienawidziłem fundatorów nagród, ale brałem od nich pieniądze. Ot, i cały Thomas Bernhard w pełnej krasie...

Praktycznie w każdym tekście znajdziemy potwierdzenie faktu, że miał niezwykły dystans do siebie i nie dbał o konwenanse. Na dwie godziny przed wręczeniem mu Nagrody Grillparzera uświadomił sobie, że nie ma garnituru. Nie ukrywał, że zawsze wolał luźniejszy styl – nieustannie chodził w spodniach i swetrze, nawet do teatru: [I]m bardziej spodnie i sweter były znoszone, tym bardziej je lubiłem, przez całe życie ludzie znali mnie tylko w tych spodniach i w tym swetrze, i jeszcze dziś przyjaciele z tamtych lat pytają mnie o te spodnie i o ten sweter, nosiłem tę odzież przez ponad ćwierćwiecze… Kupił naprędce (za mały notabene) garnitur, a odbierając wyróżnienie w Akademii Nauk, powiedział jedynie ‘dziękuję’. Przy okazji warto nadmienić, że Bernhard nie potrafił wygłaszać mów i był tego świadomy. Nierzadko zdarzało się, że jeszcze zanim słuchacze zdołali się skupić na jego przemowie, ona już się skończyła. Po godzinie opuścił gości obecnych na ceremonii w Akademii, wyszedł zupełnie niezauważony. Wtedy też w gronie przyjaciół doszedł do 'ciekawych' wniosków, które naznaczają praktycznie wszystkie eseje z Moich nagród: Kiedy w czasie obiadu zapytano mnie, ile wynosiła ta nagroda, po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że nie była ona związana z żadną kwotą. Dopiero wtedy poczułem się upokorzony, to była haniebna bezczelność. Zasadniczo przy okazji każdej nagrody, najważniejsze były dla Bernharda pieniądze, a każdą ceremonię traktował jako zwykłą farsę – sztuczną i pompatyczną na dodatek. Nagrody finansowe lub nabyte dzięki nim dobra materialne, np. dom czy auto, miały wyciągnąć go z depresyjnych myśli: Z mojego katastrofalnego nastroju, wręcz katastrofy egzystencjalnej, wyrwała mnie wszakże nie [kolejna] nagroda, lecz myśl, że wraz z sumą dziesięciu tysięcy marek chwycę się znowu życia, że suma ta zmieni radykalnie jego kurs, wręcz przywróci mnie do życia. Nigdy nie potrafił cieszyć się samą nagrodą, otrzymanym wyróżnieniem czy dyplomem - nie kolekcjonował ich i w ogóle nie zawracał sobie nimi głowy. Radością była jedynie mamona. Wyjątkiem była Nagroda Juliusa Campego, która jako jedyna naprawdę go ucieszyła: Bardzo byłem dumny i prawdopodobnie jedyny raz z powodu jakiejś nagrody bez skrępowania, z całego serca radowałem się tą wiadomością z Hamburga, czułem, że wszędzie muszę o niej rozpowiadać (…) Po tej nagrodzie, jak sam przyznawał, ilekroć miał[...] przyjąć jakąś nagrodę, mdliło [go] w żołądku i za każdym razem wzbraniała m[u] tego głowa...
Kiedy Bernhard został przyjęty do Pen Clubu, czego oczywiście nie chciał, bo do stowarzyszeń i towarzystw wszelkiej maści zawsze czuł[..] głęboką nienawiść, a zwłaszcza, naturalnie rzecz jasna, do wszelkich towarzystw literackich, po prostu odmówił. Nie mogę wszakże sprzeniewierzyć się mojej świętej, fundamentalnej zasadzie i dlatego też nie mogę stać się członkiem stowarzyszenia (…), uważał.

Podróżując po kolejnych miastach i odbierając nagrody, Bernhard nie miał oporów, by je krytykować, by wydawać swoje surowe oceny o najpiękniejszych nawet metropoliach. Tak było przykładowo, jeśli chodzi o urokliwą Ratyzbonę, która jemu się niestety nie podobała: Miasto nie przypadło mi do gustu, było zimne i odpychające, więc gdyby nie (…) osiem tysięcy marek w perspektywie, prawdopodobnie nie czekałbym nawet godziny, by stamtąd wyjechać. Jakże nienawidzę tych średniej wielkości miast z tymi ich słynnymi pomnikami architektury, którymi dają się okaleczyć na całe życie ich mieszkańcy. Dość ciekawie Bernhard przedstawił chwile, kiedy podczas ceremonii, na których odbierał nagrody, organizatorzy popełniali liczne gafy. Nie rozpoznawali go i mógł z boku obserwować ich nerwowe oczekiwanie; kiedy podawali w laudacji nieprawdziwe dane o nim lub mylili jego dane. Krytycznie opisywał mechanizmy przyznawania literackich wyróżnień i obnażał pobudki, jakimi kierowało się jury podczas tajnych obrad. Nie dziwi zatem fakt, iż tego sarkastycznego literata określano mianem ‘aroganta z kompleksem wyższości’. W austriackich gazetach był nieustannie celem niszczących ataków – niektórzy z Senatu Sztuki apelowali nawet, by w Burgtheater nie wystawiano jego sztuk. Bernhard uważał, iż w jego ojczyźnie panowała atmosfera literacka, bardzo nieprzychylna jemu oraz Peterowi Handkemu. Bolało go, iż Austriacy nie okazywali mu praktycznie żadnego uznania. Do własnego kraju czuł jedynie pogardę i nie ukrywał tego...

Thomas Bernhard w książce Moje nagrody, wbrew tytułowi, nie położył nacisku na otrzymane laury. Z premedytacją akcentował tematy poboczne, jak np. zakup samochodu, zwrot wybranego na galę w Akademii Nauk garnituru. Życie codzienne, nudne, zwyczajne sprawy, urastały do spraw nadrzędnych, a informacje o nagrodzie podane mimochodem, praktycznie pozostawały w ich cieniu. Warto przeczytać tę publikację, wydaną zgodnie z wolą Bernharda dwadzieścia lat po jego śmierci, by móc spojrzeć na pisarza, który nie lubił bywać w blasku reflektorów; za nic miał wszelkie honory; z dystansem do siebie i humorem snuł refleksje na temat przyznawanych mu nagród, zakupów dokonanych za ich przyczyną oraz społeczeństwa, z którego pochodzili inicjatorzy tychże wyróżnień. Przecież nagrody to w ogóle żaden honor; honor to perwersja, na świecie nie ma honoru, nigdzie, przekonywał Bernhard w jednym ze swych kontrowersyjnych esejów. Trzeba sięgnąć po to wydawnictwo choćby dla języka, odwagi, sarkazmu i ekstrawertyzmu autora. Polecam gorąco, nie tylko koneserom prozy tegoż literata.

Cytaty za: Moje nagrody, Thomas Bernhard, Czytelnik, Warszawa 2010.

Ocena 5+/6


Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com.pl Polecam gorąco!


poniedziałek, 23 marca 2015

Wiadomość - Tove Jansson

Kiedy zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach Wydawnictwa Marginesy, początkowo zwróciłam na nią uwagę jedynie ze względu na niezwykłą okładkę w przepięknej błękitno-seledynowej tonacji. Widnieje na niej kobieta z rozwianym włosem, stojąca na wyspie koło urokliwego domku, wpatrzona w dal. Patrzyłam na nią niczym zahipnotyzowana i pomyślałam, że muszę mieć tę książkę, niezależenie od tego, jaka jest jej tematyka i kto jest jej autorem. Dziś doskonale już wiem, że to był zbiór 31 opowiadań dla dorosłych Tove Jansson pt. Wiadomość. Kiedy już ją otrzymałam, od razu zabrałam się do lektury. Mój szaleńczy pośpiech sprawił, że pochłaniałam każdą stronę tej prozy w tempie błyskawicznym. To był błąd. Okazało się bowiem, że chłodna, surowa treść, choć idealnie dopasowana do obwoluty, nie pochłania z miejsca. Publikacja ta niewątpliwie wymaga czasu i skupienia. Po pierwsze, by przyzwyczaić się do stylu autorki; po drugie, by móc delektować się opisami jej zwykłej, niczym nie wyróżniającej się rzeczywistości, w której za każdym razem stara się przemycić coś niezwykłego i uniwersalnego zarazem.

Tove Jansson to osoba niezwykła. Łączyła w sobie wiele pasji – była malarką, pisarką, rzeźbiarką, rysowniczką komiksów, pisała również teksty piosenek. W każdej z tych dziedzin odnosiła sukcesy, a jej sława szybko przekroczyła granice Finlandii. W swojej twórczości zawsze niezwykle szczera w stosunku do czytelników, przez co z miejsca stawała im się bliska. W Wiadomości Jansson prezentuje odbiorcy samą siebie, choć absolutnie nie jest to żadna wiwisekcja. To raczej możliwość podejrzenia tego, jak żyła, jak wyglądała jej codzienność, co ją dotykało, w czym odnajdywała szczęście. Wszystkie teksty do tego zbioru wybrała na życzenie wydawcy sama. Miała wówczas osiemdziesiąt cztery lata. Zmarła dwa lata później, dlatego też ową Wiadomość traktuje się jako jej literackie pożegnanie z czytelnikami. W książce znajdują się opowiadania pisane na przestrzeni lat 70-, 80- i 90-tych, a cały zbiór Tove zadedykowała przyjaciółce z pracy. Warto w tym miejscu napomknąć o wspaniałym polskim przekładzie dokonanym przez dwie panie: Teresę Chłapowską i Justynę Czechowską. To ważne, bo w opowiadaniach Jansson liczy się (…) atmosfera, a nie intryga, język, a nie wydarzenia. Czytelnik nasyci się zatem: obrazami otoczenia, wrażeniami z Helsinek, upływającym czasem, ale przede wszystkim napotka człowieka, którego Jansson z czułością i zaangażowaniem mu przedstawi. Ja tymczasem spróbuję pokrótce polecić Wam kilka moich ulubionych opowiadań z tego zbioru.

Niezwykle poruszającym dla mnie tekstem okazał się Mały leśnik. Małżeństwo Axel i Hanna Fredrikson biorą na lato dziecko z miasta – bogatego chłopca imieniem Elis. Jego rodzice są rozwiedzeni, a on sam być może ze względu na to traumatyczne wydarzenie, jest dość ‘dziwny’. Problemem z akceptacją nowego kolegi mają nie tylko dzieci gospodarzy: Tom, Oswald i Mia, ale również oni sami. Elis okazuje się bowiem być niezwykle surowym obserwatorem, wytykającym Fredriksonom błędy, zwracającym uwagę na wszelkie niegodziwości świata, skutecznie zatruwając im przy tym życie. Mówi o wojnach, Bogu, zatrutej wodzie i powietrzu, marnowaniu żywności, ludziach, którzy nie mają co jeść i tych, którzy gromadzą pod bokiem rupiecie. Ten chłopiec bardzo umiejętnie wywoływał wyrzuty sumienia, nieraz wystarczyło, że patrzył na kogoś swoimi zatroskanymi, dziwnie dorosłymi oczami, i natychmiast temu komuś przypominały się wszystkie jego przewinienia… Brzmi przerażająco, brr!

Zaciekawił mnie również pełen emocji Dom dla lalek. Stanowi on wkład autorki w literaturę gejowską w Finlandii i jest pierwszym tego typu opowiadaniem. Alexander, tapicer z wieloletnią praktyką, przechodzi na emeryturę i całe dnie spędza czas ze swoim przyjacielem Erikiem (emerytowanym pracownikiem w banku). Pewnego dnia Alexander wpada na pomysł, by konstruować małe mebelki. Z czasem myśli o wykonaniu miniaturowego domku dla lalek. To zajęcie pochłania go bez reszty, wypełnia każdą jego chwilę, ale nie znajduje niestety zrozumienia u Erika. Ta patowa sytuacja powoduje szereg nieprzyjemnych sytuacji, napięć między mężczyznami, niezrozumienia, rozczarowania, a w konsekwencji poczucia osamotnienia. Co ciekawe, ten zapał do pracy, ta kreatywność i ogromne oddanie swojej pasji, charakterystyczne jest nie tylko dla Alexandra, ale również dla pełnej namiętności Tove… To najlepszy dowód na to, ile jest Jansson w jej utworach.

Ogromnie spodobały mi się Listy. Listy zresztą zdają się stanowić motyw przewodni tego zbioru, są mocnym akcentem wielu tekstów i prawdopodobnie była to jedna z najulubieńszych form autorki. Adresatką tych Listów jest pisarka z Finlandii - Jansson(!), a nadawczynią japońska dziewczynka - Tamiko Atsumi. Ta wymiana listów ubogaca dziewczynkę, poprawia jej ‘warsztat pisarski,’ pomaga jej pewne rzeczy zrozumieć, ale jest również doskonałym odwzorowania tego, co działo się w Japonii po wydaniu Muminków. Bo Japończycy kochali i kochają je wciąż ogromnie, otaczają się rzeczami z ich podobiznami, itp. Jeden z końcowych listów Tamiko kończy się taką oto puentą: To piękna myśl, że spotkanie z pisarzem powinno mieć miejsce tylko w jego książkach… Hmm, trzeba przyznać, że coś w tym jest...

Nie w formie listów, a rozmowy telefonicznej skonstruowana jest Córka, opowiadanie o niezwykle poruszającej treści. Zamiast tradycyjnego dialogu, Jansson daje nam relację jedynie ze strony córki, która ukazuje bardzo smutny obraz nie tylko ich osłabionej relacji, ale również odzwierciedla przygnębiającą sytuację schorowanej i osamotnionej matki oraz przepracowanej, chłodnej córki. I tylko nie ma między nimi tego uczucia, którego każda z nich tak bardzo potrzebuje, a jednocześnie nie jest w stanie dać go tej drugiej...

Bardzo podobało mi się, jeśli chodzi o atmosferę, króciutkie opowiadanie pt. Wiosną. Jansson świetnie oddała w nim klimat, jaki towarzyszy wciąż panoszącej się zimie, choć jej czas już minął: W nocy słyszałam odśnieżarki. Ranek był pochmurny i wyjątkowo zimny. Nie zadzwoniłam, co miałabym powiedzieć. Znowu zaczął padać śnieg, w pokoju panował przyjemny półmrok, zaspy wciąż rosły i wszędzie dookoła, zatapiając wszystkie dźwięki prócz drapania odśnieżaczy na ulicy – znów usnęłam – tak to już jest z tą długą wiosną, tu, w naszym kraju. I jeszcze jeden bardzo klimatyczny cytat z klasyki gatunku, czyli z Wiewiórki: Dzień był dżdżysty, padał równy, monotonny deszcz, który mógł trwać nie wiadomo jak długo. To dobrze, lubię deszcz. Firanki i draperie, i nowe nieskończoność i deszczu, który wciąż pada i pada (…) Prawda, że piękny? Podobnie jest z przejmującym tekstem Czarno-białe. Tu czuć wyraźnie wiszące w powietrzu niebezpieczeństwo, jakaś groza przepełnia małżeństwo architektki wnętrz i ilustratora. Każde z tych opowiadań osadzone jest w surowej przestrzeni, co jeszcze dodatkowo podkreśla chłód z nich bijący. Mimo to trudno się od nich oderwać.

Moim zdaniem najlepszym opowiadaniem jest tytułowa Wiadomość. Zawiera ona autentyczne wycinki z listów kierowanych do Tove (w ilościach hurtowych!), które pokazują z czym czytelnicy zwracają się do pisarza, jak duże są ich oczekiwania względem niego. Wiadomość pokazuje pełne oblicze popularności: absurdalne żądania, osobliwe oskarżenia lub zaskakujące pytania. Tym opowiadaniem jednoznacznie daje do zrozumienia, jak ciężkie jest życie literata...

Opowiadania Tove Jansson są dowodem jej wielkiej wrażliwości, umiejętności zachwycenia się pięknem świata i człowieka, choć często żadne z nich nie jest bez wad. Jej teksty dotykają spraw najistotniejszych dla przeciętnego człowieka (jak np. miłość, przyjaźń, samotność, niezrozumienie, odrzucenie przez społeczeństwo, wojna, podróże, itd.), ale udało jej się również uchwycić trud, z jakim na co dzień mierzą artyści (wśród nich malarze, pisarze, rysownicy, rzeźbiarze, itp.) Te dwa odległe, jakby mogło się wydawać, światy są sobie bardzo bliskie. Łączy je umiejętność odnalezienia tego, co daje szczęście, co ogołaca z poczucia bezsilności, samotności i beznadziei oraz ich prostota, zwyczajność, pospolitość. Jansson nie szafuje słowami, nie opowiada o emocjach wprost. Jej styl jest pozbawiony ozdobników, za to pełen subtelności i delikatności. Ukazuje człowieka w danym momencie jego życia, ale nie narzuca swojej interpretacji tejże sytuacji, dając czytelnikowi wolną rękę w kwestii odbioru. I tu wracamy do początku – nie da się tych tekstów czytać ‘na akord’. Choć ja początkowo tak właśnie zrobiłam. Zatem da się, ale nic z nich w nas nie zostaje, niczym nie są w stanie nas ubogacić. Trzeba dać sobie i im czas, skoncentrować się na nich, wyciszyć, by móc chłonąć wiadomości, jakie wysyła do nas ich twórczyni, by móc pojąć jej przekaz całym sobą.

Cytaty za: Wiadomość, Tove Jansson, Marginesy, Warszawa, 2015.

Ocena 4+/6


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Marginesy.


wtorek, 17 marca 2015

Dom z witrażem - Żanna Słoniowska

Książka Żanny Słoniowskiej „Dom z witrażem” to jeden spośród prawie 1000 tekstów, nadesłanych na konkurs zorganizowany przez Wydawnictwo Znak w zeszłym roku. Jury (w składzie: Sylwia Chutnik, Justyna Sobolewska, Zofia Fabjanowska-Micyk, Jarosław Czechowicz) zadecydowało, że to właśnie ta subtelna i piękna powieść, której akcja rozgrywa się na Ukrainie, jest najlepsza i ukaże się drukiem. Początkowo miałam pewne obawy dotyczące miejsca akcji. O naszym wschodnim sąsiedzie wszędzie jest głośno z powodów oczywistych, czemu zatem czytać jeszcze o nim książki? Tymczasem opowieść Żanny Słoniowskej, nie przytłoczyła mnie, ani nie znudziła. Trudną historię własnego kraju, sztukę i miłość, autorka bardzo zręcznie osadziła w swoim tekście, sprytnie łącząc kolejne wątki z losami zaradnych bohaterek, nie przegadując ani jednej strony. To, przyznacie, jak na debiut, całkiem nieźle.

HISTORIA/POLITYKA

Powieść rozpoczyna się mocnym akcentem – śmiercią Marianny, będącej matką głównej bohaterki i lwowską śpiewaczką, za którą odpowiedzialne jest KGB. Był lipiec 1988 roku, moja matka zginęła w nierównej walce z totalitaryzmem sowieckim, wyzna 11-letnia narratorka, której imienia nie poznamy do końca książki. Ciało przyniesiono do domu owinięte ukraińską flagą. Zmarłą żegnają tłumy - wielka fala ludzi przetacza się ulicami miasta, wśród niej widoczne są kobiety niosące ikony, mężczyźni dumnie prezentujący niebiesko-żółte chorągwie. W tle słychać tłum skandujący imię Marianny, śpiew zabronionych pieśni i obietnice pomszczenia zamordowanej. Nie dziwią zatem ekipy telewizyjne transmitujące to wydarzenia, najpierw do Moskwy, a stamtąd we wszystkie zakątki imperium, łańcuchy milicjantów, a ostatecznie pochówek na Cmentarzu Łyczakowskim (największej nekropolii Lwowa). Tragiczny finał staje się głównym newsem – niestety, tylko na jeden dzień. Po tej dramatycznej historii, cała rodzina żyje w strachu, szczelnie zamyka podwójne drzwi, obawia się o swoje bezpieczeństwo: Mieszkałyśmy w samym centrum miasta i nieraz ktoś dobijał się do nas w nocy. Niespodziewany dzwonek do drzwi, gdy już się było w łóżku, grzmiał jak trąby aniołów głoszące nadejście sądu ostatecznego, jak nożem oddzielał miękką domową przeszłość – to mogli być oni, a oni mieli nad ludźmi całkowitą władzę i wolno im było zrobić wszystko: porwać, zabić, poddać torturom. Słudzy ciemności musieli być ubrani na czarno. Strach od wieków jest nieodzownym elementem tej rodziny, podobnie jak i brak mężczyzn w niej. Najbliżsi głównej bohaterki to praktycznie same kobiety. Oprócz Marianny poznajemy również jej matkę, Abę, będącą kiedyś wziętą lekarką (w 1937 w Leningradzie jej ojciec został aresztowany w czasie ‘akcji polskiej’, po czym zniknął bezpowrotnie) oraz matkę Aby – zwaną przez główną bohaterkę po prostu – Prababką. Maż mojej babci, a mój dziadek, w stopniu oficera Armii Czerwonej przeszedł całą wojnę i dotarł do Berlina, a potem zmarł w połowie lat sześćdziesiątych na skutek tego, co byśmy dziś nazwali przewlekłą depresją połączoną z marskością wątroby. Jeśli chodzi o mojego ojca, miałam wątpliwości, czy istniał naprawdę, wspominała Aba. Zaginieni, zabici czy porwani – takich właśnie mężczyzn prezentuje nam autorka.

Na przestrzeni wielu lat Żanna Słoniowska pokazuje nam, co się działo na Ukrainie, z czym musieli zmierzyć się ludzie mieszkający w wielokulturowym Lwowie. Przedstawia skomplikowane losy każdej z bohaterek. Prababka prawdopodobnie nie była zwolenniczką systemu sowieckiego, ale też nie kibicowała tym, którzy chcieli, by został obalony. Kiedy ustrój niebezpiecznie się zbliżył, zorientowała się, z czym ma do czynienia. Aba od zawsze była gotowa na spotkanie z wrogiem. Gdy miała siedem lat i mieszkała w Leningradzie, zamordowali jej ojca; gdy miała prawie sześćdziesiąt i mieszkała we Lwowie, zabili jej córkę. Pomiędzy jednym a drugim wydarzeniem nie przestała ich nienawidzić, a także mniej lub bardziej otwarcie to wyrażać. Gdy w czterdziestym czwartym trafiła do Lwowa, postanowiła zostać jednoosobową organizacją ruchu oporu – sama robiła i roznosiła ludziom do skrzynek pocztowych ulotki, w których napisane było, że Stalin jest zbrodniarzem. Jej los naznaczyła również tęsknota za ojczyzną; z tym, że nie do końca wiadomo którą: Leningradem-Petersburgiem, w którym się urodziła i mieszkała przed wojną, czy Polską, o której zawsze marzyła i która ze Lwowa się ‘wyniosła’. U niej również stopniowo budziła się świadomość, że całe życie przeżyła w kłamstwie. Marianna rok przed śmiercią zmieniła język z rosyjskiego na ukraiński i stała się Ukrainką z wyboru. Walczyła o niepodległą ojczyznę, czym wielokrotnie narażała się na śmierć. Mimo próśb najbliższych nie odwoływała wyjazdów, nie rezygnowała z prób uwolnienia aresztowanych studentów, zawsze gotowa do walki z władzą: To była moja wiara. Równość, sprawiedliwość, brak wyzysku, komunizm jeszcze za naszego życia. Represje stalinowskie – w tym śmierć mojego dziadka – tłumaczyłam błędami jego podwładnych. ‘Zdradził idee wielkiego Lenina' – tak mówiliśmy do siebie jako młodzi komuniści. Zresztą nie znaliśmy skali terroru, gułagów, tłumaczyła. Odkąd przewartościowała swoje życie, istniały dla niej tylko dwa tematy - sztuka i walka z systemem, przy czym z czasem drugi zaczął wygrywać z tym pierwszym.

SZTUKA

W życiu tych kobiet zawsze obecna była brutalna polityka, skomplikowana historia i wyjątkowa sztuka. Wszystko razem tworzyło mieszankę wybuchową. Warto wspomnieć tu wybory dróg życiowych kolejnych pokoleń, których nie akceptowała żadna z matek. Aba chciała zostać malarką, ale Prababka (jej matka) jej na to nie pozwoliła. Marianna chciała zostać śpiewaczką, ale Aba się nie zgodziła. Marianna i tak nią została, ale z Abą nie rozmawiała – jedynie jej córka widywała się z babcią po kryjomu.
I choć sztuka wydawała się być dla niektórych początkowo najważniejsza, dla wielu szybko straciła sens w zderzeniu z okrutną historią, dotykającą do żywego. Oto, co o niej mówiła Marianna: Poświęciłam swój życie sztuce. Jedynie muzyka wzrusza mnie prawdziwie, więc oddałam jej wszystko – nie robię niczego połowicznie.(…) Kiedy poznałam prawdę o systemie sowieckim, wszystko dla mnie runęło. Poczułam, że muszę z tym systemem walczyć, długo jednak nie wiedziałam jak. Teraz już wiem. Ludzie mnie potrzebują. Nie ci w teatrze, ale ci na ulicy. Zastanawiam się, czy teraz jest czas na teatr. (…) Zaczęłam tracić głos. Może później, gdy pokonamy imperium i zbudujemy nowy, wolny kraj, będę mogła na powrót…
Wyjątkowym elementem ze świata sztuki jest przepiękny, zabytkowy witraż, skryty w sercu kamienicy, w której mieszkają bohaterki, zapowiedziany już w tytule powieści. Zajmuje całą klatkę schodową, ciągnie się przez wszystkie piętra z góry na dół. Siedemdziesiąt dwa kolory, jedenaście metrów wysokości, autor nieznany: Ziemia, woda, niebo – obraz tematycznie rozwija się od dołu do góry. Brakuje najniższej części – podziemi, nie wiadomo co się z nią stało. Ten witraż jest alegorią wspinaczki życiowej. Towarzyszy każdemu, kto wchodzi lub schodzi po krętych schodach... I idealnie pasuje do ukraińskiej historii opowiedzianej przez Żannę Słoniowską.

MIŁOŚĆ

Namiętność połączyła początkowo Mariannę i Mikołaja (jego ojciec był Dyrektorem Opery, a on był tam scenografem). Warto nadmienić, iż to jedyna postać męska pojawiająca się w książce. Nie jest on typem wywrotowca, nie walczy z ustrojem, towarzyszy jedynie odważnym kobietom i przyznaje z pełną świadomością, że jest narodowości lwowskiej. Uczucie, jakie nawiązał z Marianną nie było ani wyjątkowo romantyczne ani głębokie. Ona zdecydowanie większą miłością pałała do kraju i walki z władzą niż do młodszego kochanka. On zdaje się kochał najbardziej (własne, romantyczne, wyidealizowane) wyobrażenie o niej. Później miejsce Marianny u boku (żonatego zresztą) Mikołaja zajmuje ktoś inny… Kto to taki i z jakim skutkiem? Przekonajcie się sami!

Myślenie jest naszym obowiązkiem. Jeśli nie my - to kto? Jeśli nie teraz – to kiedy?, pytają bohaterowie Słoniowskiej, która swoim tekstem potwierdza, że historia zawsze się o nas upomni, że nie pozwoli nam pozostać obojętnym. Zwłaszcza jeśli chodzi o przyszłość naszej ojczyzny. Każdy niezależnie od tego jaki ma stosunek do polityki i historii własnego narodu, musi zająć konkretne stanowisko, z którego zostanie rozliczony. Może nawet przyjdzie za nie zapłacić życiem, wszak czasy mamy bardzo niepewne...

PS Bądźcie czujni - już wkrótce pojawi się na moim blogu wywiad z panią Żanną Słoniowską, która zgodziła się odpowiedzieć na kilka moich pytań :)

Cytaty za: Dom z witrażem, Żanna Słoniowska, Znak, Kraków, 2015.

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi Oblicza Kultury