środa, 11 września 2013

Macocha - Jadwiga Czajkowska

Jadwiga Czajkowska (ur. 1961) jest absolwentką socjologii Uniwersytetu Śląskiego, od dwudziestu lat prowadzi z mężem rodzinną firmę. Ma trzy córki i syna, i niedawno z potrzeby serca napisała powieść obyczajową pt. „Macocha”. Podobno ona sama też jest macochą i choć w jej książce wszystkie postaci i wątki są fikcyjne, to zagadnienie jest uniwersalne i warto się nad nim pochylić. Bo przez cały czas i w każdym wymiarze, co dla jednych końcem, dla innych początkiem jest. Co inni porzucają, inni dostają, tak jak bohaterka tejże publikacji…

W baśniowej fikcji panuje porządek i wiadomo, kto jest dobry, a kto zły. Jak świat światem wszystkie przedstawione w nim macochy są podłe, próżne, podstępne, fałszywe i tylko marzą o unicestwieniu pasierbów. Ale Iza taka nie jest. Owszem, została macochą, ale ucieleśnienie[m] wszelkich negatywnych cech i chodząc[ą] niegodziwoś[cią] nie jest bez dwóch zdań i zrobi wszystko, by z tym stereotypem walczyć. Jest młodą, 27-letnią atrakcyjną dziewczyną, z zawodu chemikiem i pracuje w firmie produkującej kosmetyki naturalne. Pewnego dnia poznaje w Grecji Piotra, etnografa z przeszłością i zakochuje się w nim z wzajemnością. I choć uczucie ich łączące jest prawdziwe, to jak to w życiu bywa sielanka nie trwa wiecznie: mężczyzna jest wdowcem i ma dwoje dzieci z poprzedniego małżeństwa: Tadeusza (13 lat) i Zosię (11 lat). Jego potomstwo oczywiście nie jest szczęśliwe, że ukochany tatuś ożenił się po raz drugi i nie troszczy się o poprawne stosunki z macochą. Iza zakochując się w Piotrze, całkowicie straciła głowę. Nie tylko dla niego, ale w ogóle - nie zdawała sobie sprawy, że godząc się na związek z wdowcem, skazała się na związek z Tadeuszem i Zosią. W Grecji byli tylko oni i nie liczyło się nic innego. Po ślubie, kiedy przyszło jej niańczyć cudze dzieci, Iza poczuła się rozczarowana swoją nową rolą i postawą domowników, bo zamiast szczęścia znalazła samotność, odtrącenie oraz łzy rozgoryczenia. Niespodziewanie stała się także zazdrosna o przeszłość Piotra, o swoją poprzedniczkę (idealizowaną?/idealną? Ewę, matkę jego dzieci), czemu w sumie trudno się dziwić, skoro ciągle napotykała na ślady przeszłości tejże rodziny. Ponadto poczuła się niezrozumiana i potrzebowała więcej czasu, by oswoić się z nową sytuacją. A to nie jest takie proste, kiedy się jest w gorącej wodzie kąpanym, pojawiają się kłopoty wychowawcze i zdrowotne (gorączka o podłożu stresowym!) oraz odnosi się wrażenie, że Ewa jest blisko, że ciągle obserwuje Izę z zaświatów, czy ta przypadkiem nie krzywdzi jej dzieci. Jeśli do tego dołożymy fakt, że mąż, którego imię skała, opoka, pewność, spokój. Innymi słowy: mężczyzna na którym można polegać. Wsparcie w komplikacjach, zmartwieniach i udrękach, okazał się całkowitym tego zaprzeczeniem, to inaczej niż w ‘Kopciuszku’ zaczynamy współczuć macosze… Po trzech dniach małżeństwa byłam wykończona psychicznie - Iza wciąż była spychana na boczny tor przez niedawno poślubionego męża (!) i jego córeczkę. Piotr był ciągle zajęty i to na Izę spadły wszystkie problemy zaraz po ślubie (nawet sprzątanie jego starego mieszkania). Kobieta dzięki własnej pasierbicy, która okazała się zręczną manipulantką nie mogła się poczuć jak prawowita żona Piotra, a on na dodatek trzymał stronę Zosi, notorycznie zarzucając Izie niesprawiedliwość i skłonności do przesady… Stałam z boku jak przysłowiowe piąte koło u wozu i miałam wrażenie, że między nami rośnie mur. Znowu byli oni i ja. I żadnego my. Oni, których łączą geny, więzy krwi i znajomość od dnia narodzin i którzy nie zdają sobie sprawy z moich uczuć. Postanowiłam się wycofać. Czy Iza się poddała? Czy wycofała się ze swojego nowego życia i wróciła do swojej dawnej miłości, która niespodziewanie pojawiła się na horyzoncie? Czy może dzieci przekonały się, że macocha też człowiek?...

„Macocha” jest ciekawą propozycją, zdecydowanie przeznaczoną dla kobiet. Ta ciepła opowieść napisana lekkim piórem stanowi dobrą odskocznię od morza książek z malowniczą wsią i zdradą w tle jakich pełno na naszym rynku wydawniczym. Nie ma w niej niczego odkrywczego, nie ma rozbudowanego tła psychologicznego postaci, ale jest ogrom prawdziwych zdarzeń i emocji, które nie pozostawią czytelnika obojętnym oraz jest też możliwość snucia głębszej refleksji. O tym, jak życie może nas zaskoczyć, jak jest nieprzewidywalne, o tym, czy są granice wieku dla bycia szczęśliwym i o tym, która płeć w dzisiejszym świecie jest tą słabszą… Wszystkim Paniom, które lubią lekką, ale nie banalną, ani nie toporną literaturę polecam serdecznie.

Cytaty za: Macocha, Jadwiga Czajkowska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Ocena 4/5

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Życie to nie bajka...

środa, 4 września 2013

Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył Niebo - Eben Alexander

Ogromne oczekiwania i wielkie rozczarowanie, tak w skrócie można streścić moje wrażenia po lekturze książki „Dowód”. Jego autor - Eben Alexander, neurochirurg, wykładowca Harvardu i naukowiec - pewnego dnia zapadł w śpiączkę. Swoje wrażenia po przekroczeniu bram nieba, a następnie powrotu do życia spisał dla potomności. Co tam zobaczył i czy rzeczywiście mógł przebywać w zaświatach? Jakie dowody na życie po śmierci przedstawił swoim czytelnikom? I czy były one na tyle przekonujące, by poruszyć serca zatwardziałych ateistów?

10 listopada 2008 roku w wieku 54 lat kora nowa mózgu Ebena Alexandra wyłączyła się, a jego tożsamość zniknęła. Mężczyzna zapadł bez powodu na ostre bakteryjne zapalenie opon mózgowych wywołane przez pałeczkę okrężnicy, które prawie pozbawiło go życia. W skali Glasgow (służącej do oceny poziomu świadomości) miał […] 8 punktów na 15 możliwych, co wskazywało na poważną chorobę mózgu. W ciągu kilku następnych dni liczba ta ciągle spadała, to oznaczało, że Alexander miał 10% szans na przeżycie. Kiedy jego najbliższa rodzina była przygotowana na najgorsze, on przebywał w niebie, przeżywając coś na kształt wycieczki – wielkiej, przeglądowej podróży po niewidzialnej, duchowej stronie istnienia. Podczas śpiączki utracił wspomnienia, ale nie stanowiło to dla niego problemu, bo przemierzając Krainę Widzianą z Perspektywy Dżdżownicy, Tunel i Jądro poczuł się naprawdę szczęśliwy. To panująca tam bezwarunkowa miłość i akceptacja przekonała go, że życie nie kończy się wraz ze śmiercią ciała i mózgu. Podczas pobytu poza ciałem odkryłem nieopisany ogrom i złożoność struktur wszechświata oraz fakt, że świadomość stanowi podstawę wszystkiego, co istnieje. Byłem z nim tak blisko związany, że często nie istniało żadne realne rozróżnienie między ‘mną’ i światem, przez który podróżowałem, m.in. to doświadczenie sprawiło, że doszedł do wniosku, iż musi poinformować innych, że istnieje życie po śmierci. Jako lekarz często był świadkiem niewytłumaczalnych zjawisk (opowiadali mu o swych doznaniach pacjenci, którzy przeżyli śmierć kliniczną), ale nie ufał im, nie był też osobą szczególnie wierzącą – chodził do kościoła od wielkiego dzwonu, pełen wątpliwości natury religijnej. Dopiero jego własne przejścia z przekraczaniem bram nieba sprawiły, że zainteresował się zjawiskami z pogranicza życia i śmierci, i pragnął się nimi podzielić ze wszystkimi ludźmi na całym świecie, szczególnie zaś ze swoimi kolegami po fachu. Ale z tą drugą grupą nie poszło mu tak łatwo. Człowiek, który poświęcił życie nauce, ufał jedynie faktom i był specjalistą w swojej dziedzinie, stał się nagle pośmiewiskiem we własnym środowisku. Mimo iż analizował swoje przeżycia z punktu widzenia medycyny, odwoływał się do najnowszych odkryć nauki o mózgu oraz do badań nad świadomością, a nawet zamieścił na końcu książki opinię lekarską (doktora Scotta Wade’a - specjalisty w dziedzinie chorób zakaźnych) i hipotezy neurobiologiczne dokumentujące cud medyczny będący jego udziałem, niewielu uwierzyło w niezwykle skomplikowany charakter ultra rzeczywistych, interaktywnych przeżyć w Tunelu i Jądrze, mający być dowodem Ebena na życie w krainie wiecznej szczęśliwości. To jednakże nie przeszkodziło mu w napisaniu „Dowodu” i zrobieniu na nim całkiem niezłego interesu. Publikacja tego Amerykanina przypomina ‘rozbuchane’ do granic możliwości halucynacje spisane w nieskomplikowanym, amerykańskim stylu, które z wiedzą o zaświatach praktycznie niewiele mają wspólnego. Przypomina ona również pean na cześć jego rodziny, która nieustannie czuwała przy szpitalnym łóżku, dawała mu siłę, ale i przeżywała traumę podczas jego choroby. Książka, jak już nadmieniłam, napisana jest bardzo przystępnie (mimo wielu terminów medycznych), dość dużą czcionką, obleczona jest w piękną okładkę z barwnym motylem, ale niestety nie jest przekonująca, a bynajmniej mnie nie przekonała. Opisy krain, w których bywał autor brzmią momentami fantastycznie albo przypominają inne, publikowane wcześniej relacje z zaświatów. Widoczne są w nich wpływy New Age, wiary w reinkarnację, telepatię i jasnowidzenie. Nie chcę zarzucać autorowi kłamstwa czy próby otumanienia czytelnika, który będąc zainteresowany tematem i czytając brzmiące intrygująco zapewnienia z okładki, kupi tę książkę bez wahania. Może to brak talentu prozatorskiego, a może zbyt sugestywne, niebiańskie obrazy szkicowane przez nagle uduchowionego, odmienionego (lekko nawiedzonego?!?) autora sprawiają, ze słowa jednego z profesorów, Jerzego Vetulaniego, zdają się być w tym wypadku niezwykle trafne: Nawet jeżeli ktoś jest wielkim profesjonalistą w jakiejś dziedzinie, to nie znaczy, że nie może ulegać halucynacjom jak wszyscy inni...

„Dowód” intryguje, bo czterdziestoletnia wiedza jego autora-racjonalisty i naukowca, który zdawał się o mózgu wiedzieć wszystko, koliduje z tym, czego dowiedział się podczas siedmiu dni spędzonych w śpiączce obcując z bogiem, (którego Eben nazywa ‘Om’) i piękną kobietą, z którą latał na tęczowym motylu... Niezależnie od tego, czy jego doświadczenia są prawdziwe, czy stanowią projekcje chorego mózgu (weryfikacja przeżyć Ebena nie jest przecież możliwa), ta kontrowersyjna książka zmusza do zastanowienia się nad trudnym zagadnieniem życia po śmierci. Tylko tyle, albo aż tyle. Czy zechcecie podjąć tę refleksję sięgając akurat po tę pozycję – zdecydujcie sami.

Cytaty za: Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył Niebo, Eben Alexander, Znak, Kraków 2013.

Ocena 2/5

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Brak dowodu

niedziela, 1 września 2013

Obok Julii - Eustachy Rylski

Podobno powieść „Obok Julii” miała być autobiograficzna, ale (niestety/stety?) Eustachemu Rylskiemu nie udało się takiej stworzyć. Wszystkiemu winna jest rzekomo postać głównego bohatera, Janka Ruczaja, która tak wymknęła się autorowi spod kontroli, że zaczęła żyć własnym życiem. W ten sposób powstała historia o lekkim zabarwieniu nostalgicznym, w której nie brakuje młodości, miłości, zbrodni, młodzieńczych przywar i śmierci rozciągniętej na przestrzeni lat, której akcja toczy się w naszej polskiej rzeczywistości, a spisał ją autor, który może się pochwalić niebanalnym stylem, w którym wulgarność przeplata się z refleksją, a liryzm z ciętym jak brzytwa językiem.

Moje życie podszyte nieopuszczającym mnie nigdy lękiem płynęło przez piękności, jakich mi nie poskąpiono. Uroda krajobrazów, pór roku, dzieł ludzkich, dziewcząt, kobiet, nałogów, bezczynności i zajęć przemawiała do mnie sugestywniej niż do innych. Czas, w jakim piękno mnie omijało, służył wyostrzeniu apetytu na jego wdzięki, gdy postanawiało znów wyjść mi naprzeciw. Tak podsumował swe życie dojrzały Jan Ruczaj, 'kolekcjoner(…) przyjemności, który na końcu został z niczym'. W rzeczywistości to smutne wyznanie nie ma negatywnych konotacji, bo Ruczaj był człowiekiem szczęśliwym. Wychowany przez dziadków, inteligentny, przekonany o swojej wyższości chłopak, który jak wielu innych zakochuje się we własnej nauczycielce. Ruczaj wybrał urodziw[ą], bardzo młod[ą], impulsywn[ą], apodyktyczn[ą], żywiołow[ą], wszechstronnie utalentowan[ą] i uwodzicielsk[ą] Julię Neider. Kobieta jest nieślubną córką radzieckiego generała stacjonującego w Polsce, uczy go języka rosyjskiego. Czyni to specyficznymi metodami, które jednakże nie zniechęcają Janka, a może nawet powodują, że fascynacja profesorką jest jeszcze większa. Ale życie nie toczy się jedynie wokół miłości: powstaje klan Hemingwaya (którego Ruczaj jest członkiem), a młodzież zdaje sobie sprawę z własnego położenia (Chłopcy wiedzieli, że życie jest krótkie, młodość to mgnienie, a następnego lata będzie o rok gorzej). U Ruczaja jednakże niewiele ulega zmianie: Julia obecna była w naszym domu od mego dzieciństwa jako byt dziwny, intrygujący, nieoswojony, więc egzotyczny. Nie dziwi zatem ogromne poruszenie jakie wywołuje jej niezapowiedziany powrót po siedmiu latach(Wszystko w Julii było takie jak przedtem, tylko zmęczone, wyblakłe, przykurzone, pozbawione blasku, pożegnane z młodością), zwłaszcza, że kobieta wraca, by prosić swego byłego ucznia o nietypową przysługę …

Z biegiem czasu młodzież dzieli się na tę studiującą i na tę, która do nauki nigdy się nie garnęła (jak nasz główny bohater). Jego praca w bazie samochodowej wiąże się z wieloma przykrymi sytuacjami, bo nie jest on osobą zbyt lubianą (ma grono przeciwników, ludzi, którzy z niego notorycznie szydzą i kpią), a i on posiada liczne antypatie, które sprawiają, że posuwa się do czynów niedopuszczalnych, bezprawnych i moralnie jednoznacznie złych. W pewnym momencie dochodzi nawet do zbrodni, za którą jednakże nie ponosi konsekwencji, bo ratuje go ‘kapitan’ dający mu ‘wakacje od odpowiedzialności’, a klanowi zapewnia bezkarność. Toteż jego członkowie ciągle coś kombinują - przygraniczny handel deficytową galanterią, taniejąca kontrabanda, konszachty z chimerycznymi sportowcami jeżdżącymi na zachód czy obrót walutą. Te ciemne interesy, mają swoje odbicie m.in. w degenerujących nawykach, które toczą całą grupę: prostactwie, zuchwalstwie, korzystaniu z życia pełnymi garściami, chamstwie, błazenadzie, brawurze i żądzy pieniędzy. Zawsze marzył im się status miejscowej szlachty poddanej władzy jakiegokolwiek suwerena. Bo wiedzieli, ze żyć, jak żyli, mogą tylko dzięki czyjejś przychylności. Kiedy zmienia się rzeczywistość, grupę Ruczaja dosięgają kłopoty ([p]rzychylność kapitana niebezpiecznie staniała), lecz mimo to ich członkowie wciąż stanowią jedno: I choć Belmona interesowały tylko auta i kobiety, Tadzia Karego – pieniądze, Henio Fantomas był wszechstronnie wykształcony, a Hirek Deptacz był półanalfabetą, Hugon miał ambicje intelektualne, a Funio i Tosiek byli ich zupełni pozbawieni, Franz Girej był gwałtowny, choć trzymał na wodzy skłonność do okrucieństwa, a Luś Ornitolog był łagodny i powolny, to zadowolenie z tego, co jest, umiarkowana nadzieja na to, co będzie, zgoda na życie, jakie prowadzili, i radość ze wspólnej młodości łączyły ich mocniej niż to, co mogłoby ich podzielić. Rozdziela ich później walka o godziwą przyszłość: Janek emigruje z S. najpierw do stolicy, gdzie zostaje taksówkarzem, by później pracować na chwilę w sklepie z telewizorami, a następnie wyjeżdża do kumpla do Francji i zostaje szoferem pewnego groźnego Rosjanina. Czy wróci do innego ustrojowo kraju? Czy poniesie konsekwencje swoich haniebnych czynów z młodości i jesieni życia?

„Obok Julii” to książka, w której króluje podła okolica, nieszczęśliwi, biedni i schorowani ludzie (Przywykłem do woni biedy, pośpiechu, zapracowania, jaka w naszych stronach nie odstępowała ludzi, wyznaje szczerze Janek na początku powieści) oraz ‘nowa Polska’ ze wszelkimi jej odcieniami: rozchwiana, dzika, nierzetelna, nieumiarkowana w apetytach, nieodróżniająca anarchii od demokracji, a demokracji od normy i porządku, cywilizacja. Na szczęście Rylski raczy swojego czytelnika także opisami przyrody i nie mam tu na myśli jakichś jej cudów, ale te proste, zwyczajne wspaniałości, które cieszą oczy, jak np. rozległy staw (Lato 1963 roku przy wszystkich swoich naturalnych wdziękach, urodzie pór dnia, którą zachwycały i bez niego te ładne strony, niewarte byłoby nieustającej o nim pamięci, gdyby nie kąpiele w zielonym stawie, wielkością porównywalnym z niejednym jeziorem, i wszystkie związane z tym rytuały, pięknie napisane, prawda?). Pan Eustachy ma wyjątkowy styl nie tylko wtedy, gdy pisze o naturze (choć nie będę ukrywać, że należy on do najłatwiejszych). Składa się z mądrych, dobrze przemyślanych zdań, a co ważniejsze napisanych piękną polszczyzną. Na koniec należy także nadmienić podobieństwa Ruczaja do autora (pewne rzeczy narzucają się same) i fakt, że po raz kolejny u Rylskiego kobiety stanowią tło dla akcji. Tytuł tej najnowszej publikacji zdaje się to jakby potwierdzać, bo fabuła rzeczywiście rozgrywa się obok Julii, ona jedynie stymuluje bohatera, popycha go do podejmowania decyzji, do stania się mężczyzną, mając w zanadrzu ciekawą przeszłość własną…

Czy warto czytać Eustachego Rylskiego? Warto, bez wahania, choćby po to, by odkryć 'absurd istnienia w bezużytecznym pięknie świata' i wysilić się intelektualnie podczas lektury. Polecam, to kolejny przykład dobrej polskiej prozy.

Cytaty za: Obok Julii, Eustachy Rylski, Wielka Litera, Warszawa 2013.

Ocena 5/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera


sobota, 24 sierpnia 2013

Skąd się biorą dziury w serze? Historyjki dla ciekawskich dzieci - Christian Dreller, Petra Maria Schmitt

Podobno ciekawość to pierwszy stopień do piekła. To powiedzenie chyba nie do końca sprawdza się w przypadku dzieci, które będąc żądne wiedzy, rozwijają się intelektualnie, kreują własne opinie, a przy okazji budują relacje z najbliższymi. Dziś, kiedy najmłodsi otoczeni są wszelkimi nowinkami technicznymi, mają ogromne możliwości, by swobodnie poznawać otaczający je świat, odnajdywać odpowiedzi nawet na najdziwniejsze pytania. Czasem jednakże nawet ci najbardziej samodzielni „odkrywcy” potrzebują pomocy dorosłych, którzy swoją wiedzą i doświadczeniem pomogliby im zrozumieć trudniejsze zagadnienia. Wsparciem podczas takich rozmów może być niezwykle ciekawa książka „Skąd się biorą dziury w serze? Historyjki dla ciekawskich dzieci” autorstwa niemieckich autorów: Petry Marii Schmitt i Christiana Drellera. Jej odbiorcami mogą być dzieci w wieku przedszkolnym, ale raczej te mające szerokie zainteresowania i chęci, by poświęcić swój czas na wysłuchanie dość poważnych historyjek z faktami w roli głównej, a nie bajeczek gęsto okraszonych banalnymi rysuneczkami. W tej publikacji króluje bowiem tekst a nie obraz. Tu jest kreatywnie, mądrze i ciekawie – ręczę.

Najpierw kilka słów o autorach. Petra Maria Schmitt zaczęła pisać dzięki swoim „ciekawskim” dzieciom, które sprawiły, że obecnie tworzy ona nie tylko książki, ale również audycje dla rozgłośni radiowych i scenariusze do programów telewizyjnych. Christian Dreller, wcześniej pracował w wydawnictwach publikujących książki dla dzieci, aktualnie sam pisze książki, naucza i tłumaczy. Heike Vogel – absolwentka Wyższej Szkoły Grafiki i Projektowania w Hamburgu, której wybór na ilustratorkę tejże książeczki był strzałem w dziesiątkę, bo jej prace są doskonałym zwieńczeniem tegoż dzieła.

Teraz przejdźmy do treści: w książce zawarto dziewiętnaście opowieści, z których w każdej historii to dzieci z jakimś konkretnym problemem występują na pierwszym planie. To ważne, bo z dziecięcym bohaterem każdy milusiński może się łatwo identyfikować: jest w ich wieku, ma podobne pytania, pokrewne rzeczy go zastanawiają. Kiedy czytelnik stopniowo dochodzi do głównego tematu, adrenalina, podobnie jak i ciekawość wzrasta. Wszystkie teksty są dość krótkie, więc prawdopodobieństwo, że dziecku uda się na nich skoncentrować i nie zmęczyć jest wysokie. Dodatkową ich zaletą jest fakt, że są one napisane tak, że nawet dorosły czytelnik wciągnie się bez trudu. Uzupełnieniem intrygującej treści, są ładne ilustracje (ewentualnie schematy, ułatwiające zrozumienie danego zagadnienia) wspomnianej wcześniej Heike Vogel, przykuwające uwagę każdego odbiorcy bez względu na wiek. Jakie tematy poruszają opiewane przeze mnie historyjki? Niebanalne, jak choćby krzywizny bananów i ich przyczyny, brak nóg u dżdżownicy, obecność soli w morzu i prądu w gniazdku, błękit nieba, dziury w serze, wypadanie mlecznych zębów. Młody człowiek bez trudu zrozumie także, dlaczego gwiazdy świecą, czemu niektórzy ludzie mają ciemną skórę, gdzie jest wiatr, kiedy nie wieje, itp. Dorosłych zadziwi prawdopodobnie informacja, jakie zwierzę jest najpotężniejsze na świecie i które ryby mogą utonąć. Te i inne kwestie z pewnością rozbudzą zainteresowanie dzieci, a możliwość odkrywania świata wspólnie z rodzicami, dziadkami czy innymi dorosłymi pogłębi więzi rodzinne i będzie dodatkową okazją do dobrej zabawy.

Jeśli poszukujecie książki, która pomoże Wam zmierzyć się ze skomplikowanymi pytaniami Waszych szkrabów, a której lektura będzie dla nich prawdziwą przyjemnością, polecam Wam „Skąd się biorą dziury w serze?” Starsze dzieci mogą ją z powodzeniem przeczytać same i odnieść taką samą korzyść. Polecam, naprawdę warto!

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Ciekawie dla ciekawskich

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Cud - Ignacy Karpowicz

Ignacy Karpowicz (rocznik ‘76) jest przedstawicielem młodych, zdolnych polskich prozaików, będących nadzieją naszej rodzimej literatury. Nie tylko pisze, ale i tłumaczy z języka angielskiego, hiszpańskiego i amharskiego, a i czas na ciekawe podróże znajduje. Za „Balladyny i romanse” otrzymał nominację do Nike 2011 oraz zdobył Paszport Polityki 2010. Bez wątpienia jest to autor doceniany przez krytyków i chętnie nagradzany, obdarzony zmysłem obserwacji, wybujałą wyobraźnią, wyrazistym i prześmiewczym stylem oraz łatwością w łamaniu konwencji. Jego książki czyta się dość lekko, często (chyba błędnie) nie doszukując się w nich głębszych treści. Na naszych półkach księgarskich za chwilę pojawi się ponownie „Cud” z roku 2007, będący drugą w dorobku Karpowicza powieścią, a obecnie wznawianą za sprawą Wydawnictwa Literackiego. Zdecydowanie nie jest to zjawisko paranormalne, ale przykład dobrej polskiej obyczajowej prozy, trzymającej w napięciu do końca, której warto poświęcić chwilę uwagi.

Mikołaj Tarasiewicz, 26-letni student orientalistyki na UW, pewnego dnia zostaje potrącony przez samochód osobowy prowadzony przez młodą kobietę. Zgon następuje na miejscu, a jego ciało do Akademii Medycznej zabiera przypadkowa osoba, bo nikt inny się do tego nie garnie. Jest nią Anna, 31-letnia samotna, atrakcyjna lekarka, która okrada go z pieniędzy, pomieszkuje w jego mieszkaniu, a następnie kłamie jego najbliższym, że jest jego dziewczyną. Czemu? Powód jest banalny - Anna zakochała się w Mikołaju, bo wreszcie stała się dojrzałym owocem, soczystym i czekającym na zerwanie, gotowym na nowy związek, nowe mieszkanie. Zakupy bibelotów i mebli, parzenie kawy, drobne kłótnie i drobne przyjemności. Ot, tyle. Do tej pory nie udało jej się stworzyć stabilnego związku z (żywym!) mężczyzną, a teraz przypadkowo nadarzyła się wspaniała okazja zbudowania rodziny, tyle że wybranek był martwy… No prawie, bo Tarasiewicz nie był jednoznacznie trupem - nie wystąpiło u niego stężenie pośmiertne, jego ciało ładnie pachniało, nie nosiło znaków rozkładu, a denat miał stan podgorączkowy i nie sposób było określić jego grupy krwi! To był przypadek wymykający się wszelkim regułom i analizom, który pochłonął Annę całkiem i to nie tylko naukowo... Nic jej nie wychodziło, sprawy wymykały się spod kontroli, jej zachowanie było absurdalne, a ona sama stawała się nieprzewidywalna, jakby żyła w amoku. Wszystko (nawet śmierć własnej matki) przestało mieć znaczenie. Jej uczucie do Mikołaja popychało ją do rzeczy coraz bardziej kontrowersyjnych, a łatwość, z jaką dostosowywała swój życiorys do biografii Mikołaja, był porażający… Zresztą Mikołaj w ogóle stał się ‘celebrytą’ – pisano o nim w Fakcie i opowiadano na żywo w Polsacie. Pacjenci mieli rzekomo za jego przyczyną zdrowieć, toteż tłum przed szpitalem gęstniał, a ogólna ekscytacja, radość i wiara w cud uzdrowienia, była ogromna: Mikołaj zmieniał życie tych, którzy znaleźli się w zasięgu jego oddziaływania. Zawieszał obowiązujące prawa. Pokazywał, czy raczej pozwalał sobie uświadomić ich umowność. Niby rozszerzająca się anomalia doprowadzał do sytuacji, które nie zaistniałyby w innych warunkach…

Ta historia miłosna z młodym, przystojnym i zagadkowym denatem od samego początku intryguje. Jej bohaterowie to emocjonalne trupy, których życie nie ma celu, którzy nie rozumieją siebie ani innych. To kukiełki, każdego dnia zabijane marazmem. Momentem przełomowym dla wszystkich (również tych, którzy Mikołaja nie znali) staje się tragiczny wypadek przeciętnego studenta z gazetą w ręku - następuje zmiana myślenia protagonistów, budzących się z letargu i chcących wziąć wreszcie swój los we własne ręce. Nikt nie przeżywa tu żałoby, nie ma dygresji dotyczących życia i śmierci, a zgon nie jest dramatem, ale początkiem czegoś wyjątkowego, co ma przynieść nadzieję, spokój i długo oczekiwaną harmonię (Mikołaj mimo śmierci jest wciąż obecny, może nawet bardziej niż wcześniej za życia). Stylistycznie jest to powieść ciekawa, trzymająca w napięciu, momentami wręcz komiczna jak to u Karpowicza bywa. Mamy w niej do czynienia z dwoma rodzajami narracji: pierwszy - ukazujący powieść w pełnej krasie, stylistycznie prosty, bez nadętych upiększaczy, którego narrator relacjonuje akcję z Warszawy, oraz drugi – rodem z Białostocczyzny – ozdobny, pisany jakby pod ‘natchnieniem’ tekstów biblijnych czy samego Anioła, której autorem jest ojciec Mikołaja – alkoholik, kobieciarz, kiepski mąż i ojciec, który zamiast o sacrum opowiada o wszystkim, co jest jego przeciwieństwem, poruszając tym samym wątki z przeszłości Mikołaja i jego rodziny. Ta część mimo iż stylistycznie udana, dla mnie była dość męcząca, zdecydowanie mniej przyjemna w odbiorze niż pierwszy rodzaj narracji. Wydawało mi się, że autorowi bardziej zależało na oryginalności formy i zamieszaniu nią spowodowanym niż na logicznym połączeniu całości. To zaś, co bardzo przypadło mi do gustu, to dopiski narratora w nawiasach, (czasem licznie nagromadzone jeden obok drugiego), które dopowiadają, precyzują, określają, akcentują lub komentują, często ironicznie i dwuznacznie.

Ignacy Karpowicz po raz kolejny przełamuje standardy, zaskakuje, bawiąc się stylistyką i konwencjami. „Cud” czyta się dość szybko, momentami łapczywie, bo historia ‘żywego trupa’ wciąga i prowadzi do smutnej konkluzji o kondycji naszego człowieczeństwa i czasów, w jakich żyjemy. Bo kiedy przychodzi czas, by przekręcić klucz, nie ma odwrotu i trzeba stanąć ze sobą oko w oko…

Cytaty za: Cud, Ignacy Karpowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

Ocena 5/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi Oblicza Kultury