czwartek, 20 czerwca 2013

Sensei i miłość - Hiromi Kawakami

Coraz częściej wydaje się, że historia miłosna, by porwać czytelnika musi być stosunkowo prosta, mocno krzykliwa, może nawet wulgarna, a najlepiej żeby była obsceniczna. Taka bez wątpienia dobrze się sprzeda, pewnie też wryje nam się w pamięć za sprawą przemyślanych, chwytliwych zabiegów autora. W przypadku „Sensei i miłość”, powieści 55-letniej Hiromi Kawakami jest inaczej. Ta uznana japońska pisarka, eseistka i krytyk literacki ukazuje uczucie w obliczu szarego dnia, w przeciętnym barze pana Satoru, gdzie sake leje się litrami, nikt nie myśli o seksie, a rozmowa, to właściwie krótka wymiana luźno rzucanych spostrzeżeń… Żadnych ekscesów, wynaturzeń, jęków – w zamian za to powściągliwy język subtelnej historii pachnącej skromnością i minimalizmem rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni…

38-letnia Ōmachi Tsukiko pewnego dnia spotyka w barze swego dawnego nauczyciela języka i literatury narodowej, blisko siedemdziesięcioletniego Sensei Harutsuna Matsumoto. Mimo, iż dzieli ich trzydzieści lat różnicy, rozumieją się znakomicie: mają podobny gust (lubią np. tę samą markę wody mineralnej i podobne potrawy) oraz temperament (oboje zachowują dystans w kontaktach międzyludzkich). To sprawia, że ten dojrzały, oczytany i inteligentny mężczyzna wydaje się kobiecie bliższy niż jej rówieśnicy. Relacja tych dwojga opiera się jednakże głównie na wspólnym spożywaniu alkoholu: Oboje przyjęliśmy, ze nie podbieramy sobie nawzajem alkoholu i zakąsek. Zamówienia składamy osobno. Alkohol każdy nalewa sobie. Rachunek też każdy płaci za siebie. Z czasem jednak ta wygodna odległość, czy wręcz samotność we dwoje, zaczyna się zmieniać – ‘przyjaciele od kieliszka’ są coraz bliżej: Od ciała Senseia promieniuje jego ciepło. (…) Cieszy mnie to, że mogę być obok Senseia. Po prostu mnie to cieszy. Łagodny, choć lubiący czasem psoty, Harutsuna Matsumoto jest dla dziecinnej Tsukiko niczym nauczyciel, za którym ona podąża, nawet wtedy, gdy jej mistrz w ogóle nie zwraca na nią uwagi. Dziewczyna i na to znajduje sposób: I tak bez końca zagadywałam do Senseia, oddalonego ode mnie o kilkaset metrów. Szłam ścieżką wzdłuż rzeczki i przemawiałam do niego, czując, jakbym mówiła do księżyca. On zaś nieprzerwanie niczym opoka jest gwarantem: niezmienności, bezpieczeństwa, sensu życia, toteż ona nie waha się, poprosić, by o niej nie zapomniał, by wciąż ją oswajał, przeprowadzał przez niebezpieczny świat, notorycznie go objaśniając. Dość zimny, momentami wręcz oschły, Sensei, nie daje Tsukiko na nic nadziei, kiedy w jej sercu kiełkuje prawdziwe uczucie: Najpierw był dla mnie obcym mężczyzną. Nieznajomy, podstarzały, nieskończenie odległy ‘nauczyciel z czasów liceum’. Nawet kiedy zaczęliśmy rozmawiać, niemal nie patrzyliśmy sobie w twarz. Był po prostu istotą, która obok mnie piła sake przy barze. Tylko jego głos zapamiętałam od pierwszego momentu. (…) Wyczuwam jego obecność poprzez wykrochmaloną koszulę. Obecność, do której tęsknię. Obecność, która ma kształt jego ciała. Czy już wiecie, o czym pisałam na początku? Trudno o bardziej subtelnie wyrażoną miłość, o uczucie nieskażone seksem, wyuzdaniem, będącymi zmorą literatury współczesnej. Miłość Tsukiko to zwyczajne bycie obok, zapatrzenie na ukochaną osobę, chęć bycia przy niej przy całkowitym zatraceniu rzeczywistości: Zadziwiające, że jestem otoczona przez aż tyle żywych stworzeń. W mieście byłam przekonana, że zawsze jestem sama, no, może czasem jesteśmy we dwoje z Senseiem…

Jeśli czytelnik w prozie Hiromi Kawakami szuka spektakularnych wydarzeń, gromów z nieba, nagłych zwrotów akcji, czy pikantnej erotyki, będzie zawiedziony. Autorka snuje swoją opowieść powoli, wśród zwyczajnych wydarzeń, ogromu pozornie nieznaczących drobiazgów, prostych, momentami wręcz nudnawych dialogów oraz egzotycznych specjałów tamtejszej kuchni. To absolutnie nieszablonowe ujęcie tematu, które jednych zachwyci, a innych odrzuci, tchnie dobrze wyczuwalnym duchem Japonii. Wniosek, jaki płynie z tej powieści jest taki, że nie liczy się czas, który musi upłynąć, by dojrzeć do przekonania, że miłość jest najważniejsza bez względu na wszystko. „Sensei i miłość” pozwala nam sobie to uświadomić…

Cytaty za: Sensei i miłość, Hiromi Kawakami, W.A.B., Warszawa 2013.

Ocena 4+/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B.


sobota, 15 czerwca 2013

Berlin. Szalone lata dwudzieste, nocne życie i sztuka - Iwona Luba

Od 1918 roku datuje się nową erę w historii Berlina, który stając się stolicą Republiki Weimarskiej stał się światową metropolią. Lata dwudzieste XX wieku stanowią niezwykle ciekawy i barwny okres w życiu tego miasta. Wszystko, co było dlań charakterystyczne, a często i nowatorskie jak na tamte czasy, miałam okazję ‘podejrzeć’ w przepięknej książce Iwony Luby pt. „Berlin. Szalone lata dwudzieste, nocne życie i sztuka” wydanej nakładem PWN.

Berlin w latach dwudziestych wyprzedzał wszystko, co się dziś w świecie określa jako ‘nowe’. Było tam rzeczywiście wszystko: wielkie teatry Reinhardta, duże studia filmowe, wielkie filmy; były koncerty klasyczne i nieklasyczne,; wielka sztuka, jaką tylko można by sobie wymarzyć; najpiękniejsze lokale, a także lokale dla pedałów. Berlin był wielkim miastem: bogatym w pomysły i dobrze zorganizowanym, bogatym w ideały, a jednocześnie praktycznym. Niepowtarzalne kombinacja! Oto Berlin lat dwudziestych w pigułce: imperium przemysłowe z największą wytwórnią filmów w Europie, światowe centrum nauki pełne geniuszy, metropolia z licznymi modnymi restauracjami i kawiarniami, a wokół wielcy artyści, malarze, architekci, pisarze, aktorzy, reżyserzy – słowem kulturalna elita na najwyższym z możliwych poziomie. To miasto miało charakter mimo panującej wówczas hiperinflacji, bo niezmiennie kusiło niespotykaną nigdzie indziej intensywnością życia codziennego i nocnego w dobie kryzysu ekonomicznego. Ludzie spragnieni nowoczesności z nieukrywaną fascynacją słuchali o zdobyczach techniki, takich jak samolot czy samochód. Jednocześnie rozwijał się przemysł fonograficzny i międzynarodowy rynek płytowy, produkowano gramofony, wzmacniacze, głośniki i mikrofony, radio znajdowało się w co drugim gospodarstwie domowym, a [g]ramofony zabierano na piknik nad jeziorem, do leśnych knajp, muzyka rozbrzmiewała z głośników w hotelach, restauracjach, klubach i lokalach tanecznych oraz ogródkach piwnych.

Wolny czas berlińczycy spędzali organizując eskapady poza centrum, wyjeżdżając do kurortów, oblegając baseny i kąpieliska, a niektórzy w bardziej wyrafinowany sposób – urządzając spacery po Berlinie, co wykształciło typ spacerowicza, zwanego flâneurem – uważnego obserwatora, delektującego się wyglądem ulic i kontemplującego architekturę budynków. Modne restauracje i kawiarnie Berlina to kolejna rozrywka proponowana przez miasto, którą uwielbiali jego mieszkańcy. By nie zostać zapomnianym, trzeba było się w nich pokazywać. M.in. w „Romanisches Cafe” czy „Cafe Monopol” intelektualna elita Berlina decydowała, kto się liczy a kto nie, wyznaczając przy okazji obowiązujące konwencje w sztuce i literaturze. Nie sposób nie wspomnieć przy okazji, że berlińczycy byli niezwykle eleganccy, zawsze w zgodzie z najnowszymi trendami, a przemysł modowy w czasie 'Neue Sachlikchkeit' (‘nowej rzeczowości’) był prężny jak nigdy dotąd. To właśnie w tym okresie ekscentryczna Neue Frau’ (‘nowa kobieta’) o wizerunku chłopczycy decydowała się na męskie stroje (frak, smoking) i atrybuty (monokl, papieros), podejmując dodatkowo męskie prace.

Berlin był odpowiednim miejscem dla bardzo licznego grona pisarzy imigracyjnych jak choćby: Vladimira Nabokova, Christophera Isherwooda, Elias Canettiego, Sándora Márai i często stawał się miejscem akcji ich twórczości (portret berlińskiej metropolii w powieści „Berlin Alexanderplatz” Alfreda Döblina jest przykładem literatury o Berlinie pisanej przez berlińczyka). Powstawały liczne kluby, teatry rewiowe i kabarety oraz teatr dadaistyczny, który nie był teatrem sensu stricte, a stanowił coś na kształt bro[ni] paln[ej] artystów. Warto wspomnieć wybitnego Maxa Reinharda i jego koncepcję 'teatru dla pięciu tysięcy', znaną w całej Europie i Stanach Zjednoczonych, który mówił: Wierzę w nieśmiertelność teatru. Jest on świętym schronieniem dla tych, którzy potajemnie schowali swoje dziedzictwo do kieszeni i postarali się, aby do końca życia nieustannie grać. Nową odmianę teatru muzycznego stworzyli niezapomniany Bertold Brecht z Kurtem Weillem i Casparem Neherem. Na parkiecie królował jazz, mówiono nawet o jazzowej gorączce: Tańczono do zatracenia – fokstrota, charlestona i one-step w rytmie ragtime’u oraz nieśmiertelne tango, przezywające wtedy renesans. Fordanserzy w nocnych lokalach przygotowani byli na wszelkie, nie tylko taneczne wyzwania. To jednakże nie przeszkadzało miastu, by z subwencji państwowych utrzymywać aż trzy zespoły operowe, wraz z własnymi gmachami. Później Berlin oszalał na punkcie kina, gdzie spotykali się przedstawiciele wszystkich grup społecznych. W tym miejscu wypada wspomnieć o UFA oraz Marlenie Dietrich, Leni Riefenstahl, Fritzu Langu i o Apoloni Chałupiec, znanej szerokiej publiczności pod pseudonimem ‘Pola Negri’, która przybyła do Berlina w 1917 roku i uwiodła widzów jako aktorka filmowa i teatralna. Podobno nawet sam Hitler był wielbicielem jej talentu...

Z albumu dowiemy się także czegoś o Neue Sachlikchkeit, dadaizmie, nowo narodzonym fotomontażu oraz czemu Erich Kästner chciał powstrzymać katastrofę maszyną do pisania oraz wielu innych ciekawych rzeczy. Wszystko to udokumentowane jest przepięknymi zdjęciami z życia codziennego Berlina (np. przeprowadzki w dobie hiperinflacji, sytuacja berlińskiego banku w czasie kryzysu, pokaz mody w czasie wyścigów konnych na torze Grunewald w 1932, dostarczyni telegramów z lat dwudziestych, itd.).

Publikacja Iwony Luby to wyjątkowe kompendium wiedzy o czarującym Berlinie z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Mieście sztuki, seksu, przemocy, w którym intensywność intelektualnych i zmysłowych bodźców płynęła z każdej strony. To jednakże nie oszczędziło go przed falą agresji i nienawiści, bo gdy nastąpił kres wolności, niezależnej wielkiej sztuki, rozwoju nauki, skończył się rozkwit metropolii. Rozpoczął się najbardziej mroczny okres w dziejach miasta, a także całej Europy. Nową najwyższą sztuką stała się propaganda, będąca na usługach ideologii nienawiści i kultu wojny. Ale to już zupełnie inna historia. Książkę gorąco polecam, mimo jej wysokiej ceny, bo naprawdę jest tego warta.

Cytaty za: Berlin. Szalone lata dwudzieste, nocne życie i sztuka, Iwona Luba, PWN, Warszawa 2013.

Ocena 6/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi Oblicza Kultury


środa, 12 czerwca 2013

Maria Skłodowska-Curie i jej córki - Shelley Emling

Życie nie jest łatwe dla nikogo z nas. Ale co z tego? Musimy być wytrwali, a przede wszystkim wierzyć w siebie. Musimy wierzyć, że mamy do czegoś talent i że to coś należy osiągnąć za wszelką cenę. Ona miała tę wiarę. Nieśmiała dziewczyna ze skromnej polskiej rodziny, niezwykle pracowita, inteligentna i uparta szybko stała się jednym z najsłynniejszych naukowców w historii, ‘królową świata nauki’ i ‘dobroczyńcą ludzkości’. Mowa o Marii Skłodowskiej-Curie, której życie to świadectwo lojalności, zaciętej determinacji, bezinteresownej ofiarności, stuprocentowego zaangażowania w pracę i niezłomnej wiary w korzyści, które niesie nauka (…). Ta wybitna uczona, przez wielu błędnie postrzegana jedynie jako zimna, hermetyczna noblistka, była wzorową, troskliwą i kochającą matką dwóch niezwykłych córek, z których każda mimo iż wybrała inną drogę, zapisała się na stałe w historii XX wieku. Książka „Maria Skłodowska-Curie i jej córki” amerykańskiej dziennikarki, Shelley Emling, jest niezwykle cennym świadectwem życia tych trzech wybitnych kobiet, z których żadna nigdy nie czekała, aż coś się zdarzy samo z siebie. To one sprawiały, że coś się zdarzało…

Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Maria Skłodowska-Curie i jej niezwykła osobowość. Poznajemy ją jako wdowę dość nieszczęśliwie wplątaną w romans z Paulem Langevinem, byłym studentem jej męża Piotra. To uczucie, potępiane przez francuską społeczność, miało dla niej długotrwałe, negatywne skutki. Jej kariera była w Europie niezauważalna, jakby celowo pomijana, bo Francja zamiast Nagrodą Nobla żyła jej związkiem z żonatym i młodszym od niej mężczyzną. Skłodowska stała się w swojej ojczyźnie niepożądanym gościem, ‘cudzoziemką’, od której wielu przyjaciół zwyczajnie się oddaliło. W Ameryce – wręcz przeciwnie. Uczona cieszyła się tam wielkim uznaniem i traktowano ją jak królową (bez wątpienia za sprawą jej serdecznej przyjaciółki - Mrs. William B. Meloney)…

Maria Skłodowska-Curie była bardzo wymagającą, dość zaborczą w miłości i troskliwą matką (notowała informacje dotyczące rozwoju córek; z wakacji przesyłała im zadania z matematyki). Skrupulatnie pilnowała, czy dziewczynki są odpowiednio kształcone i wiedziała, że jeśli zostaną w Paryżu, będą miały o wiele lepsze perspektywy niż gdyby powróciły do Polski. Nie miała głowy do rodzinnych rocznic, często była nieobecna na urodzinach córek, ale kochała je ponad wszystko – podobnie jak one ją.

Była bardzo uczynną i odpowiedzialną osobą - osobiście nadzorowała przeprowadzanie pierwszych doświadczeń z leczeniem nowotworów promieniotwórczymi izotopami. Angażowała się także w prace Ligi Narodów, działała w organizacjach pokojowych i humanitarnych. W 1914 roku z jej inicjatywy powstał Instytut Radowy w Paryżu im. Piotra Curie, na który sukcesywnie zbierała fundusze w USA (później dzięki niej zostanie utworzony taki sam instytut w Warszawie). Maria doglądała go z wielkim zaangażowaniem i świetnie nim zarządzała, troszczyła się o swoich pracowników, dbała o ich bezpieczeństwo, a nawet sama sadziła rośliny w przyległym do niego ogrodzie. Postawiła sobie także za cel rozwinięcie międzynarodowego systemu stypendiów naukowych, by ułatwić zdolnym jednostkom rozwijanie talentów. Oboje z mężem odmawiali opatentowania swoich odkryć – mieli poczucie pracy dla wyższego celu, byli bezinteresownymi naukowcami. Maria najzwyczajniej w świecie żywiła przekonanie, że nauka ma służyć wszystkim ludziom, a nie tylko jej osobistej korzyści. Jej skromność i obojętność wobec dóbr materialnych była imponująca. Nigdy nie dbała o zaszczyty i choć doświadczyła braku akceptacji dla kobiet w świecie naukowym zdominowanym przez mężczyzn, nie buntowała się, przecierając skutecznie drogę innym uzdolnionym kobietom. Twierdziła także, że jest zbytnio pochłonięta pracą w laboratorium, by zajmować się polityką. Nigdy nie wyparła się polskich korzeni ani polskiej tożsamości i patriotyzmu, który jej wpojono, a po wielu latach za granicą płynnie i bez akcentu mówiła po polsku. Niewiele osób tak bardzo przyczyniło się do poprawienia losu ludzkości i do postępu nauki jak skromna, lubiąca pozostawać w cieniu kobieta, którą świat znał jako madame Curie.

Irena byłą ukochaną córką Marii i miała z nią bardzo dobry kontakt: Ich wzajemna relacja, pełna obopólnego szacunku, nosiła cechy bardzo szczególnej więzi, dużo głębszej niż więź między Marią a Ewą. Była bardzo uzdolniona, wybrała karierę naukową, choć rodzice nie nakłaniali jej do tego. Szybko się doktoryzowała, wyszła za mąż i urodziła córkę Helenę. Podobnie jak matka doświadczyła dyskryminacji ze względu na płeć, ale nie była bierna - walczyła z nią, gdyż już jako młoda dziewczyna słyszała wewnętrzny głos oburzonej feministki. Otrzymała Nagrodę Nobla razem z mężem w 1935 roku i razem z nim zaangażowała się w działalność partii komunistycznej, przez co utraciła szacunek wielu przyjaciół i kolegów z kręgów naukowych.

Ewa nie miała nic wspólnego z dziedziną, którą pasjonowali się jej najbliżsi. Obrała całkiem inną drogę – artystyczną. Studiowała pianistykę i literaturę. Współpracowała z kilkoma paryskimi czasopismami jako krytyczka teatralna, muzyczna i filmowa. Napisała biografię matki „Madame Curie”, za którą dostała liczne wyróżnienia i nagrody. Na jej podstawie nakręcono nawet film nominowany do Oscarów. Ewa odegrała bardzo dużą rolę we francuskiej polityce zagranicznej podczas wojny - odbyła podróż po Stanach, stając się kimś w rodzaju rzeczniczki francuskich kobiet (Zrozumieliśmy, ze pokój za wszelką cenę, to brak pokoju, mówiła). Była także korespondentką wojenną, podróżując po licznych krajach: Iranie, Iraku, Indiach, Chinach, krajach Ameryki Północnej. Będąc jedną z najpiękniejszych kobiet Paryża, nieustannie ciągnęła do USA. Wyszła za mąż za amerykańskiego dyplomatę, Henry'ego Labouisse'a, przyjęła amerykańskie obywatelstwo i działała na rzecz UNICEF-u, którego był sekretarzem generalnym. Zostawiła po sobie ślad jako pisarka, dziennikarka, wybitna działaczka społeczna. Często nazywano ją pierwszą damą UNICEF-u, bo „mało jest osób, które pracowały na rzecz pokoju na świecie tak ciężko jak ona. Ewa żyła z wielkim poczuciem winy, bo jako jedyna kobieta w swojej rodzinie uniknęła zgubnych skutków działania promieni i przedwczesnej śmierci. Zmarła w wieku 103 lat.

Książka Shelley Emling wciąga. Autorka nie czyni ze swoich bohaterek posągowych postaci, stojących ponad innymi, które nie ustrzegły się błędów. To lektura o kobietach z krwi i kości, które miały w sobie dość odwagi, by realizować swoje marzenia, myśląc przy tym o dobru ludzkości; które za nic miały zaszczyty, honory, sławę i pieniądze i które pamiętały skąd się wywodzą i jakie mają priorytety. To doskonała lektura dla wszystkich, ale według mnie wręcz idealna dla młodych dziewcząt, które poszukują swojej drogi życiowej w naszym szalony, pozbawionym wartości świecie. Maria i jej dwie ambitne, odważne i wybitne córki to przykłady, że żyjąc w zgodzie ze sobą i swoimi przekonaniami można zajść bardzo daleko.


Cytaty za: "Maria Skłodowska-Curie i jej córki", Shelley Emling, Muza, Warszawa 2013.

Ocena 5/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Matka, żona i kochanka

środa, 22 maja 2013

Opiekunka. Życie z Nancy. Podróż w świat alzheimera - Andrea Gillies

Liczba osób z demencją rośnie tak gwałtownie, iż można odnieść wrażenie, że obecnie na świecie szaleje jej epidemia. Dane szacunkowe mówią same za siebie: w 2050 roku sto piętnaście milionów osób zostanie dotkniętych tą chorobą, a nasze społeczeństwo naprawdę się jej boi. Demencja dotyka ludzi starszych, czyli takich, którzy nie ‘sprzedają’ się łatwo, całkowicie niemedialnych, więc środki na badania nad nią są mniejsze niż np. na nowotwory, dotykające ludzi młodych, często znanych, chętnie opisujących swoje doświadczenia z chorobą. Chorzy na alzheimera nie umieją pisać, nie walczą, są jakby nieobecni: Mówiąc najogólniej, demografia i przebieg choroby Alzheimera sprawiają, że jej ofiary to grupa o bardzo niskim statusie: ludzie, którzy kojarzą się z rozkładem i z wonią kapusty oraz środków dezynfekujących – typowymi zapachami oddziałów geriatrycznych. Warto jednakże już na wstępie dodać, że choroba, wiążąca się z katastrofalnymi uszkodzeniami mózgu, niszczy nie tylko osobę nią dotkniętą, ale i całą najbliższą rodzinę, która się nią zajmuje. Także o tym jest książka „Opiekunka. Życie z Nancy. Podróż w świat alzheimera”. To opowieść o Andrei Gillies - kobiecie, która poświęciła siebie i swoich najbliższych, by zająć się swoimi schorowanymi teściami. A w szczególności – chorą na alzheimera teściową, Nancy. Książka przyniosła autorce Wellcome Trust Book Prize (2009) i Orwell Prize (2010), a także otrzymała nominację do BMA Popular Medicine Booke Prize (2010).

[C]hciałam pokazać, że choroba Alzheimera nie polega tylko na utracie pamięci, że w utracie pamięci nie o samą pamięć chodzi, ale o rozpad osobowości (…), chciałam dać Czytelnikom możliwość zajrzenia w otchłań demencji; chciałam pokazać, że na każdy ‘przypadek’ ze statystyk przypada jedna, dwie, cztery, a może sześć innych osób (czytaj: rodzina), których życie też zostaje zniszczone (…), wyznaje szczerze Andrea Gillies, brytyjska pisarka i dziennikarka. Nie mogąc pogodzić swojej pracy zarobkowej z opieką nad teściową, rezygnuje z niej, znajduje odpowiedni dom na północy Szkocji dla swojej rodziny i teściów i zajmuje się nimi. O chorobie Nancy autorka pisze bez ogródek, by demencja przestała wreszcie być traktowana jako coś stygmatyzującego czy wstydliwego. Synowa wszystko podporządkowuje opiece nad teściową (przełamuje tym samym stereotypy!), poświęca się, starając się zapewnić jej towarzystwo, zajęcie i jak najlepsze warunki życia. Nie jest to proste, gdy ktoś 'przeszedł na ciemną stronę mocy', jak określa stan babci wnuczek Nancy a, syn Andrei…

Paranoja, halucynacje, śmierć pamięci krótkotrwałej, problemy z zaimkami, czytaniem, kojarzeniem słów i przedmiotów, dziecięce upodobanie do słodyczy, słowne ataki z groźnym wyrazem twarzy, nagłe zmiany nastroju, kompulsywne mieszanie obelg i wyzwisk, potrzeby fizjologiczne załatwiane poza toaletą. Oto codzienność Andrei i tysięcy innych osób, które tak jak ona opiekują się osobami cierpiącymi na chorobę Alzheimera. Zasadniczo, drogi opiekunie, twoje życie dobiegło końca, pozbawia ich złudzeń Gillies. Mózg to siedziba naszej jaźni. Jeśli człowiek traci stopniowo możliwość korzystania z własnego mózgu, zostaje - warstwa po warstwie – pozbawiony tożsamości. Brak przeszłości i przyszłości jest stanem nieobecności, a [m]ózg nie radzi sobie z tą nieobecnością: skutkiem jest panika wypełniona chaosem i rozpaczą. Domownicy patrząc w puste oczy ‘kobiety zagubionej pośród marzeń’ (Nancy) zastanawiają się, kim jest osoba, która nie rozpoznaje własnych wnuków albo obrzuca ich bez powodu obelgami. Przyczyną takich zachowań jest to, że Nancy tkwi głęboko w teraźniejszości i jej umysł nie potrafi już niczego umiejscowić w kontekście czasowym: nie poznaje nikogo (nawet siebie – swoje odbicie w lustrze pojmuje jako przyjaciółkę), nie wie, kim jest i gdzie się znajduje. To rodzi w niej bunt. Rodzina początkowo stara się ją uszczęśliwić, angażując ją do prac w kuchni albo ogrodzie, ale z czasem zdają sobie sprawę, że Nancy nie ma już nic wspólnego z niczym. Dryfuje swobodnie, bez żadnych więzi ze światem, więc jej aktywizacja na niewiele się zda. Z czasem chora zaczyna chodzić do ośrodka opieki dziennej, a jej najbliżsi mają nadzieję na stałe miejsce w domu opieki, mimo że wcześniej taką możliwość odrzucali. To rodzi w nich całą masę pytań natury moralnej: czy oddając chorych na alzheimera rodziców popełniamy wykroczenie? Czy powinniśmy zająć się nimi, jak oni nami, kiedy nas pielęgnowali w dzieciństwie? Autorka wcześniej źle oceniała ludzi, którzy nie zajmowali się własnymi rodzicami przenosząc ten obowiązek na instytucje, ale gdy [n]ad Nancy było coraz trudniej zapanować, a przez to coraz trudniej ją lubić; [Andrei] reakcją na to [było] coraz mniej przyjazne zachowanie i malejąca ochota na spędzanie z nią czasu, co z kolei powod[owało] (…), że jeszcze trudniej nad nią zapanować. Wtedy zapadła decyzja, by walczyć o miejsce dla Nancy w ośrodku, który zapewni jej i jej mężowi opiekę, a rodzina Andrei będzie mogła żyć normalnie.

Zespoły badawcze na całym świecie pracują nad lekiem na alzheimera, bo to dla nich prestiż (uratowanie setek milionów ludzi), ale i wyścig o pieniądze (miliardy dawek skutecznego leku przynoszą odpowiednią kwotę), ale póki co nikomu nie udało się odnaleźć skutecznego środka na tę chorobę. Andrea Gillies bardzo dużo czyta o demencji (wyszukuje nawet w internecie znanych osób, cierpiących na demencję), ale nie jest jej przez to łatwiej. Opieka nad Nancy wyobcowała ją w sposób bardzo wyrafinowany i sprawiła, że autorka nie wiedziała, co jest gorsze: samemu cierpieć na chorobę Alzheimera czy być przykutym do jej ofiary, zmuszonym do jej obserwowania? Brytyjka doświadczyła kilku ‘momentów ‘pęknięcia’, tzw. demencji opiekuna, życzyła Nancy śmierci i czuła się przez to upodlona. Miała świadomość, że [n]iełatwo jest kochać kogoś, kto nas nienawidzi. Trudno jest o kogoś takiego dbać (…) Po 18 miesiącach zmęczona alzheimerem, poddała się.

"Opiekunka” to książka nie tylko o chorobie Alzheimera, o życiu z osobą nią dotkniętą. To nie jest też przejmujący dziennik pisany jedynie w ramach autoterapii. To bardzo cenna, pełna emocji publikacja, otwierająca oczy nam wszystkim, dystansującym się od ludzi, którzy się ‘pogubili’, którzy żeglują w mroku, i którzy ciągną za sobą także własną rodzinę. Nie ma tu ani skarg, ani obelg. Jest za to zapis podobnych do siebie dni, naznaczonych bezsilnością, trudem i zażenowaniem, a czasem humorem, uśmiechem i przebłyskiem nadziei. To także po części książka popularnonaukowa – zagłębiając się w zwoje mózgowe, autorka szuka związku między kolejnymi stadiami choroby, a postępującymi uszkodzeniami mózgu. Połączenie dużej wiedzy Andrei z jej doświadczeniem, dało bardzo poruszające i niezwykle wnikliwe świadectwo życia rodziny naznaczonej ‘długim pożegnaniem’, jakich będzie coraz więcej z każdym rokiem na naszym hołdującym pięknu świecie...

Cytaty za: Opiekunka. Życie z Nancy. Podróż w świat alzheimera, Andrea Gillies, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

Ocena 5+/6

Tę książkę oraz mnóstwo innych znajdziecie w przyjaznej swoim klientom Księgarni Gandalf :-) Polecam gorąco!


niedziela, 19 maja 2013

Niedoskonałe zakończenie. Opowieść córki o życiu i śmierci - Zoe Fitzgerald Carter

W wieku pięćdziesięciu pięciu lat – prawie dwadzieścia lat temu – zdiagnozowano u niej chorobę Parkinsona; jest już zmęczona lekami, ciągłymi kryzysami, denerwuje ją, że choroba zawładnęła jej życiem. Oto dlaczego 75-letnia Margaret Drapor postanawia popełnić samobójstwo, w którym ma jej pomóc rodzina. Oto dość delikatny temat, jaki porusza Zoe Fitzgerald Carter w swojej książce „Niedoskonałe zakończenie. Opowieść córki o życiu i śmierci”, opartej na faktach. Oto historia rodem z Ameryki o odchodzeniu z własnej woli, na własnych zasadach, ale z udziałem najbliższych, prowokująca przy tym pytania natury moralnej i zmuszająca do refleksji nad sensem życia, cierpienia i odchodzenia na własną prośbę...

Wyobraźcie sobie sytuację, że Wasza matka dzwoni do Was, by poprosić o pomoc przy popełnieniu samobójstwa. Faktem jest, że jest nieuleczalnie chora, że się boi, iż straci kontrolę nad sobą, że czuje się samotna, a może i jest w głębokiej depresji i oczywiście ma dość swojej choroby. Pomoglibyście? Przedawkowując jej świadomie morfinę czy tabletki nasenne, trując ją helem czy dusząc torebką foliową, albo może odmawiając jej jedzenia i picia. Możliwości jest wiele, dylematów etycznych także. Miejmy nadzieję (i wiarę!), że nikt z nas nie zostanie postawiony w takiej sytuacji. Zoe Carter nie miała tyle szczęścia. Razem z dwoma siostrami musiała zdecydować, czy pomóc ciężko chorej mamie łamiąc przy tym prawo i żyjąc ze świadomością, że brały udział w morderstwie czy też patrząc na jej powolne umieranie w bólu, rozgoryczeniu i smutku. Mama ma zastoinową niewydolność serca, astmę, chroniczną niewydolność płuc, osteoporozę, artretyzm i niskie ciśnienie krwi, które powoduje, że niespodziewanie traci przytomność. Ale największym problemem jest choroba Parkinsona i jej stan się wyraźnie pogarsza. Miała parę epizodów afazji – spowodowaną postępującą chorobą utratę mowy, a ostatnio zaczęła doświadczać napadów niekontrolowanych ruchów – dyskinezy, co oznacza, że lekarstwa na parkinsona przestają działać. Należy dodać do tego także osteoporozę, która wykrzywiła jej kręgosłup, a wszystkie choroby razem wzięte oszpeciły jej piękną niegdyś twarz. Margaret nie chce tak żyć, ma dość przebywania w łóżku, ciągle chora, zmęczona i trudno jej się dziwić. Przestała chodzić do lekarzy, bo nie może liczyć na nic więcej aniżeli na pogorszenie, wobec czego kobieta woli zakończyć swe męki sama. By to zrobić wybiera dogodny termin, gromadzi odpowiednie lektury i nawiązuje kontakt ze Stowarzyszeniem Hemlock, które pomaga przy rozwiązywaniu takich kwestii. Jego członkowie samobójstwo nazywają ‘samouwolnieniem’, a lekarz u nich pracujący jakby zapominając o Przysiędze Hipokratesa twierdzi, że pacjentka nie powinna żyć dłużej i cierpieć więcej, niż sobie życzy – jednym słowem zapewnia eutanazję jak się patrzy! Margaret chce skorzystać z jego pomocy, ale oprócz niej pragnie asysty swojej rodziny oraz jej akceptacji. Nie wszyscy jednakże potrafią pojąć, czemu pani Drapor chce umierać skoro ma wokół siebie przyjaciół, dzieci i piękne wnuki. Inni zastanawiają się, co za matka prosi córki, żeby pomogły jej zaplanować samobójstwo, i nalega, żeby były obecne, gdy będzie się zabijać? Należy pamiętać też o tym, że to przez matkę Zoe zaniedbuje rodzinę, niszczy swoje małżeństwo i własną psychikę, bo wciąż rozmawia i myśli o śmierci kogoś, kogo przecież kocha nad życie! Co zdecyduje Margaret? Czy jej chęć samounicestwienia i pogarszający się stan zdrowia będzie silniejszy niż strach o losy i odpowiedzialność, jaką mogą ponieść córki po jej śmierci?

„Niedoskonałe zakończenie” to książka trudna, intymna, która nie tylko opowiada o eutanazji, pozwala się nad nią zastanowić, zrozumieć osoby, które się na nią decydują lub są jej zwolennikami. To także lektura, uświadamiająca nam, co przeżywa w takich chwilach rodzina, jak trudno jej się pogodzić z decyzją osoby chorej i jaki wpływ ma ona na nią. Relacja Zoe Fitzgerald jest bez wątpienia intrygująca, co nie oznacza, że zapiera dech w piersiach, choćby ze względu na dość powolną narrację i brak akcji sensu stricto. Nie ukrywam, że momenty dotyczące rodzinnych wspomnień były nudnawe i wybijały mnie z rytmu. Brakowało mi pogłębionych zagadnień (może nawet czysto psychologicznych???) krążących wokół głównego problemu.

Nie można uchronić się przed starzeniem i śmiercią, ale zawsze pozostaje satysfakcja, że człowiek nie poddał się zbyt łatwo,
pisze Zoe Fitzgeral i niech to właśnie zdanie będzie najlepszym przesłaniem, jakie niesie jej książka.


Cytaty za: Zoe Fitzgerald Carter, "Niedoskonałe zakończenie. Opowieść córki o życiu i śmierci", Świat Książki, Warszawa 2012.

Ocena: 3/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: "Wybór niemożliwy"