środa, 21 września 2011

POD DWIEMA KOSAMI, CZYLI PRZEDŚMIERTNE ZAPISKI ŻYWOTNEG MARIANA - DANUTA NOSZCZYŃSKA

Szanowny Panie Marianie!

Po wielu pozytywnych recenzjach Pańskiego dzieła pt. "Pod dwiema kosami, czyli przedśmiertne zapiski Żywotnego Mariana", postanowiłam także i ja zapoznać się z jego treścią. Moje pozytywne odczucia wzbudziła już na samym początku okładka: stonowana, lekko wystylizowana, ale w dobrym guście i ze smakiem. Od razu zaczęłam się zastanawiać, czy to Pan i Pańska Małżonka, Apolonia, na niej widniejecie, no i czy sam tekst będzie równie dobry. Jakie są moje wrażenia, napiszę na końcu tego listu, a teraz, o ile Pan pozwoli, zamierzam przyjrzeć się Pańskiemu pamiętnikowi dokładniej...

Powstał on ze strachu przed rzekomo czyhającą na Pana śmiercią, a dokładniej mówiąc z obawy przed okrytymi złą sławą, legendarnymi dwoma kosami, czyli siedemdziesiątymi siódmymi urodzinami. Faktem jest, że choroba, szczególnie dla kogoś kto wcześniej nigdy nie chorował (a już dla mężczyzny zwłaszcza), jest rzeczą absolutnie nie do zniesienia i przywodzi na myśl tylko tragiczne zakończenie. Nie dziwi więc strach przed spotkaniem z Bogiem, do którego jakże często się Pan odnosi w swoich "Zapiskach"... A tak na marginesie: to niesłychane, do czego może doprowadzić obawa przed śmiercią i jakie dzieła mogą być jej efektem...

Na samym wstępie przedstawia się Pan razem z całą rodziną, czyli wspomnianą już żoną Apolonią oraz dorosłymi dziećmi: Tadeuszem, Jadwigą, Bożeną, Haliną i Wandą. Gromadka ta zacna, wokół Pana skupiona, zamieszkuje wieś Mużyny, a pracuje w zakładach elektrycznych Elpol piastując różne stanowiska - od magazyniera poczynając, poprzez elektryka, pielęgniarkę i pracownika przy taśmie na dziale montażowym kończąc. Wszyscy oni stanowią trzon Pana książki, która jest wskutek tego zapisem życia nie tylko Pana, ale i ich samych (wszak rodzina to jest siła!) oraz społeczności wiejskiej, wśród której przyszło Wam żyć. Oj, ciekawie tam macie w Mużynach, nie powiem! Wszelkie szczegóły związane z Waszą wsią, jej sympatycznymi mieszkańcami, na czele oczywiście z księdzem Jeremim, zatargi między sąsiadami czy ich liczne problemy oraz takie wydarzenia jak świniobicie, przypominały mi podobne zatargi w mojej okolicy, wszelkie waśnie, spory, ot ludzkie sprawy... Bardzo realnie Pan je przedstawił, w prosty, przystępny i wyrazisty sposób, no a przy tym jaki prawdziwy i często zabawny! Uśmiałam się towarzysząc Panu w częstych wizytach na plebani, sprzeczkach z Przybłędami czy Merduniami albo zabiegach o kolejnych zięciów dla córek czy żony dla Tadeusza... Rytm Waszego uporządkowanego życia, wierność Bogu i przykazaniom czy oddanie pracy bliskie są przecież każdemu człowiekowi.

Nacierpiał się Pan, Panie Marianie i wstydu najadł za ojca pijaka, a jak Pana serce musiało boleć, kiedy w szale bił on Pańską zahukaną matkę. To smutne dzieciństwo miało z pewnością duży wpływ na Pańską decyzję, by zostać abstynentem do końca życia. Zadziwił mnie Pan także tym, że jako młody chłopak pasł Pan gęsi. Choć to zajęcie wybitnie nie dla chłopców, zajął się Pan tym, bo w domu się nie przelewało i każdy grosz się liczył. Brawo, odważny z Pana człowiek! Pańskie życie bez wątpienia naznaczone jest wydarzeniami historycznymi. To, iż przykładowo trafił Pan do partii, nie było wynikiem upodobań politycznych, a jedynie chęcią zapewnienia Pańskiej rodzinie lepszego bytu, czego dowodem niech będzie to, iż Pańska matka nie wiedziała o tym wstydliwym dla Pana fakcie. Swoją odwagę, męstwo oraz zaradność chciał Pan wpoić swoim dzieciom. Ale dzieci jak to dzieci, czasem sobie z czymś nie radzą, wsparcia szukają i wtedy pomoc rodziców jak znalazł. Ponieważ (wybaczy Pan szczerość) pani Apolonia nie należy do tych najbardziej rozgarniętych, to właśnie Pan musiał wziąć sprawy w swoje ręce i wesprzeć swe pociechy - a to zasady savoir-vivre im wpajając (np. brak rozmów podczas posiłków), życie uczuciowe im organizując, a to znów chroniąc przed natarczywą sąsiadką. Taki troskliwy, dobry z Pana ojciec, Panie Marianie. Czasem miałam wrażenie, że znam Pana jak własną kieszeń! I dopiero po chwili przychodziła myśl, że jak to ja, prosta kobieta, literata jakiegoś znam? Niby skąd?

Aby nie przedłużać, napiszę na koniec, iż cieszę się ogromnie, że wystraszył się Pan tych dwóch kos, bo inaczej nie powstałyby te Pańskie "Zapiski...". Niech Pan zdrów będzie i wieku sędziwego dożyje!

Pozdrawiam serdecznie,
wierna Czytelniczka

Do słów owej Czytelniczki (pod którymi się oczywiście podpisuję, bo w końcu sama się w nią wcieliłam) chciałabym dorzucić swoje przysłowiowe trzy grosze. Powieść pani Danuty Noszczyńskiej warta jest z pewnością uwagi i czasu jej poświęconego. Jest to doskonałe studium psychologiczne człowieka (którego rys charakterologiczny bliski jest chyba każdemu z nas, bo niejeden Marian Żywotny po naszym ziemskim padole chadza), dające możliwość analizy socjologom, kulturoznawcom, językoznawcom, psychologom i innym specjalistom. Stylizacja językowa, dobór postaci, zdarzeń i miejsca akcji zasługują na pochwałę, bo widać w nich poświęcony czas, mozolną pracę i głębokie przemyślenia autorki. Co zatem sprawia, że książka ta w moim mniemaniu nie zasługuje na sześć gwiazdek, a jedynie na cztery? To brak kropki nad i, wykrzyknika czy czegoś podobnego. "Zapiski Mariana..." moim zdaniem nie mają dobrego zakończenia! Brakło mi podsumowania, wypunktowania, wniosków... Przyznam się, że czytałam ten pamiętnik z nadzieją, że finał okaże się bardziej spektakularny. Wiadomo, czytelnik powinien sam znaleźć konkluzję, delektując się skończoną lekturą. Ja odniosłam jednakże wrażenie, że pani Noszczyńska pisała sobie i pisała, a jak jej się skończył pomysł, to przestała i książkę skończyła. A szkoda, bo tak w mojej pamięci nie pozostanie interesujący, często groteskowy, aczkolwiek prawdziwy obraz Mariana, którego znamy z naszego otoczenia, ale średniej jakości wystylizowana pisanina, do której chyba już nie wrócę... A szkoda, bo zapowiadało się tak oryginalnie i niezwykle ciekawie... 

Moja ocena: 3/5

Za książkę dziękuję Wydawnictwu SOL


oraz Portalowi Sztukater.pl

wtorek, 13 września 2011

UCIEKŁAM NA WYSPĘ - ANNE RIVERS SIDDONS

O czym może świadczyć zwykła wysypka w miejscu intymnym, jakim bez wątpienia są kobiece pośladki? W przypadku Molly Redwine jest ona dowodem zdrady jej męża, która przekreśliła 27 lat ich wspólnego, zdawałoby się szczęśliwego, pożycia. Z dnia na dzień świat tej mądrej, dobrej i poukładanej kobiety posypał się niczym domek z kart, który ostatecznie runął, mimo usilnych prób poskładania go na nowo przez zdradzoną żonę. Kolejnym dramatem po rozstaniu z mężem stała się dla Molly niespodziewana śmierć matki (prawie natychmiastowa, po wcześniejszej kłotni obu pań). Trzeba tu dodać, że była to niezwykle toksyczna matka, niszcząca Molly od wczesnych lat, obwiniająca ją o zniszczenie kariery, krytykująca za dobry kontakt z ojcem, wbijająca jedna po drugiej szpile, kiedy tylko córka wychodziła poza rolę przypisaną jej przez rodzicielkę... Gdy syn Molly, Teddy, zdecydował się na studiowanie architektury poza miejscem zamieszkania, ukochany ojciec wyjechał do syna do Waszyngtonu, a córka nie powróciła, by dodać otuchy matce po tych tragediach, kobieta postanowiła wyjechać wraz ze swoją przyjaciółką na wyspę Martha's Vineyard. Tam poznała smak wolności, uwierzyła we własne siły, zapomniała o bólu, smutku, smaku łez i została wciągnięta w tajemnicze i mroczne sprawy pewnej nietypowej rodziny. Kiedy los nie oszczędził jej przykrości i upokorzeń, to właśnie one popchnęły ją w ramiona Luzii Ferreira, Belli Ponder i jej syna Dennisa. Cała trójka potrzebowała rzekomo Molly jedynie do dokarmiania łabędzi (o zupełnie nieprzypadkowo dobranych imionach Charles i Diana) i sprawowania opieki nad nimi. Podczas chłodnych dni spędzonych bez bliskich na górnej wyspie, Molly coraz częściej zapominała o swoich problemach, poświęcając się całkowicie swoim pracowdawcom i ich kłopotom zdrowotnym, społecznym i psychicznym. Kiedy na wyspę przybył ojciec Molly, kobieta zaczęła mieć więcej wolnego czasu, który spędzała w towarzystwie chorego na nowotwór złośliwy Dennisa...

Co z tych długich i serdecznym spotkań wyszło, jak ostatecznie wygladało życie Molly na wyspie, oczywiście nie zdradzę, ale chętnie zaproszę Was do lektury książki Anne Rivers Siddons. Jest to bardzo przyjemna powieść obyczajowo-psychologiczna, w której otuchę znajdą nie tylko osoby stojące w obliczu rozwodu, ciężkiej choroby czy bólu po utracie najbliższych. Autorka w przystępny sposób ukazuje, wagę każdego cierpienia, jego konsekwencje w przyszłości. Świetnie udaje jej się ukazać stan psychiczny głównej bohaterki, gdy ta doświadcza rozwodu: kiedy nie ma komu opowiadać swoich snów, rozterek, zwierzać się na bieżąco, gdy myśli kłębią się w głowie, a nie ma ich z kim dzielić. Warte uwagi są także te momenty, kiedy każdy chce zdradzonej Molly pomóc, a swoim działaniem przynosi jej więcej szkody niż pożytku. Okazuje się bowiem, że nie tak łatwo zrozumieć tę drugą, choćby najbliższą osobę, a pojąć sens cierpienia to rzecz niewyobrażalna. 
Powieść "Uciekłam na wyspę" napisana jest ciekawym, sugestywnym językiem, któremu nie brakuje goryczy, ale i humoru. Historia Molly wciąga, momentami zadziwia i prowokuje do myślenia o skutkach złego wychowania, popełnionych w przeszłości błędach i zaniechanych próbach pojednania się. Polecam serdecznie!

Ocena 3/5

Krótki cytacik na zakończenie:
"Niesprawiedliwość to najwcześniejsza i praktycznie nieuleczalna rana, jaką można zadać dziecku. Tego się nigdy nie wybacza." (str.28)  

czwartek, 8 września 2011

Ostatni taki Amerykanin - Elizabeth Gilbert

Na początek banalne pytanie: z czym kojarzy Wam się Ameryka? Ja wypowiem się jako pierwsza: z jedzeniem ociekającym tłuszczem, plagą otyłości, bogactwem, pięknymi krajobrazami, zaawansowaną technologią, Hollywood, no i terroryzmem oczywiście... Spokojnie, nie zamierzam przeprowadzać tu dogłębnej analizy przedstawicieli tego narodu, bo czegoś na jej kształt dokonała Elizabeth Gilbert w swojej najnowszej książce "Ostatni taki Amerykanin" (zapewne znacie tę autorkę z bestsellerowej powieści "Jedz, módl się, kochaj", dlatego nie będę jej przedstawiać), którą właśnie miałam okazję przeczytać. Prawda jednak jest taka, że nasze (a przynajmniej moje) myślenie jest często krzywdzące dla Amerykanów, bo przesiąknięte stereotypami. Tymczasem w Północnej Karolinie żyje pewien człowiek, któremu do przeciętnego Amerykanina bardzo daleko...

Człowiek, o którym mowa to Eustace Conway, postać prawdziwa, główny bohater książki Elizabeth Gilbert. To charyzmatyczny, pewny siebie podróżnik, współczesny traper, pionier, niewiarygodnie sprawny obrońca natury, pragnący za wszelką cenę zmienić świat. Przekonany o tym, iż cywilizacja bezwzględnie niszczy środowisko, wypowiedział jej wojnę i już jako 17-letni chłopak uciekł z domu do lasu (prawdziwej głuszy!), by żyć w zgodzie ze swymi zasadami z dala od rodziców, a zwłaszcza od niszczącego Eustace'a ojca. Po kilku latach ten odważny młodzieniec był w stanie porwać tłumy młodych ludzi na swoją Żółwią Wyspę, atrakcyjnie położoną osadę w Północnej Karolinie na Wschodnim Wybrzeżu Ameryki.

Conway to wybitny człowiek czynu, wołający głos Ziemi, przekonany o swojej racji oraz konieczności wykonania pewnej misji - kultywowania dawnych idei świętości życia. Eustace to nie żaden dzikus, ale gruntownie wykształcony człowiek - w 1984 roku ukończył dwa kierunki studiów z wyróżnieniem, poznał języki plemion z Karoliny Północnej, nauczył się tańczyć nawet ich skomplikowane, rytualne tańce.
Działając zgodnie z zasadą "Im więcej wiesz, tym mniej potrzebujesz" Conway rezygnował ze wszelkich udogodnień. Sam buduje, hoduje, tworzy i zabija. Przemierzył całą Amerykę na wszelkie możliwe sposoby: pieszo, autostopem, w wagonach towarowych i samochodem, często także konno, wszak konie to zwierzęta, które uwielbia. Jego wprawa Szlakiem Appalachów dowodzi, do czego zdolny jest człowiek. Gdy nie miał co jeść, razem ze swoim towarzyszem podróży polował na wszystko, co się ruszało. Dochodziło nawet do takich sytuacji, iż zabijali grzechotniki i szukali w ich wnętrznościach młodych królików. Przeszukiwali kosze na śmieci i zjadali resztki, niekiedy nawet te, przeznaczone dla świń...

Eustace Conway
Zawsze pomocny, skupiony i zmotywowany do działania, Eustace Conway często spotyka się z niezrozumieniem ze strony ludzi, bo zachowuje się jak dziwak (!). Toteż jego kontakty z nimi nie należą do najłatwiejszych i zazwyczaj są skazane na niepowodzenie. Na początku wydaje się być charyzmatycznym samotnikiem, człowiekiem-legendą, od którego można się wiele nauczyć. Później okazuje się być także osobą nieznoszącą sprzeciwu, bardzo wymagającą, niedostępną, nietolerancyjną i ogólnie przytłaczającą, aczkolwiek wybitną, czego nikt nie neguje. Kobiety, pojawiające się w jego życiu nie wytrzymują presji i odchodzą razem z przemijającym uwielbieniem. Mimo, iż Eustace ma obraz wymarzonej kobiety, żadna z jego partnerek do niego nie pasuje, bo niewiele przyzwyczajonych do luksusu Amerykanek jest w stanie funkcjonować w tak prymitywnych warunkach.
Jako społecznik Conway jest dogłębnie rozczarowany podejściem młodych Amerykanów do życia. Pojmuje ich jako materialistów, którym brak empatii. Zastanawia się, co jeszcze wydarzy się w społeczeństwie, które utraciło wszelkie ideały. Próbuje zrozumieć, dlaczego Amerykanie nie słuchają, nie potrafią się skupić i w konsekwencji nie mają kontaktu ze światem rzeczywistym. Jest ponadto przerażony zepsuciem własnego narodu, jego zachłannością, przedsiębiorczością i zwyrodnieniem, co w efekcie skutkuje głęboką alienacją jednostek, depresjami i niepokojem o wszystko, słabszymi więzami z rodziną czy lokalną społecznością oraz coraz słabszym zdrowiem. Szansę dla Amerykanów ten wybitny pionier widzi jedynie w swojej filozofii życia - "obcowanie ze sztuką wysoką i świętością przyrody" (str. 27). Zastanawiacie się być może, co wobec tego Conway robi, by przekonać ludzi do swojego trybu życia? Absolutnie wszystko, wykorzystuje dosłownie każdą nadarzającą się okazję, by przekonać bliźnich do swoich racji! Naucza w szkołach o rozkoszach "prostego życia" i mądrości Indian oraz zaprasza liczne grupy na swoją wyspę, by wśród zróżnicowanego ekosystemu, blisko natury i w otoczeniu krystalicznie czystej źródlanej wody, mogły wyrwać się ze swoich "pudełek" w których funkcjonują i dostrzec walory życia blisko Matki Ziemi. Naucza na rynkach i placach niczym starożytni filozofowie, głosząc swe poglądy jak "nawiedzony" kaznodzieja czy najlepszy nauczyciel. Przyjmuje grupy dzieci na Żółwiej Wyspie, by mogły wszystkiego dotknąć, doświadczyć na własnej skórze, przekonać się, jak miły i pożądany jest bliski kontakt z naturą. Przecież rozumiejąc ją, pojmujemy siebie; tracąc zaś z nią kontakt, zatracamy powoli nasze człowieczeństwo...Jakie to smutne!

Czego ponadto dowiemy się z książki Elizabeth Gilbert (poza tym, że istnieje ktoś taki jak Eustace Conway)? Z całą pewnością przyjrzymy się męskiej naturze i przekonamy się, że w Ameryce, inaczej niż w Europie chłopcy chcąc stać się prawdziwymi mężczyznami nie przeprowadzają się do dużej aglomeracji, ale uciekają w góry i tam dojrzewają, stając się silnymi i sprawnymi ludźmi. "Ostatni taki Amerykanin" ukazuje bowiem gorzką prawdę o amerykańskich (niestety, nie tylko amerykańskich) mężczyznach. Kryzys męskości jakiego obecnie doświadczamy jest min. związany z tym, iż 1/3 kobiet w Ameryce zarabia więcej niż ich partnerzy. To one piastują coraz wyższe stanowiska, pnąc się po szczeblach kariery na sam szczyt. W konsekwencji zamiast płodzić dzieci w normalnych związkach w odpowiednim dla siebie czasie, szukają nasienia w bankach spermy już jako dojrzałe, prawie przekwitające kobiety... Mężczyzna plasuje się daleko w tyle w tej kobiecej hierarchii - może być częścią ich życia, ale wcale nie musi.

Książka Gilbert to dowód także na to, że Ameryka to kraj idealny dla utopistów. To miejsce, gdzie rozegrała się rewolucja kontrkulturowa, w której pierwszoplanowe role zagrały różnorodne, zamknięte społeczności, min. ruch robotników, hippisi, Drop City, Ikarianie, Kolonia Bishop Hill i inne, co ma wciąż duży wpływ na ludność tamtych terenów. Autorka wyjaśni nam także, dlaczego Amerykanie pracowali kiedyś tak szybko i czemu dawno temu cechowała ich nadzwyczajna wręcz zaradność. Napotkamy tu także na prawdziwą apoteozę mężczyzn Ameryki i sami będziemy musieli zdecydować, ile w tym prawdy...

Co nieco zdradzi nam także o swoim życiu i dorastaniu sama Elizabeth Gilbert - surowe wychowanie, dorastanie na farmie w Nowej Anglii w warunkach bliskich amiszom według zasady "Miejsce zaradności jest tuż obok pobożności" czy chęć zrobienia z siebie mężczyzny, to tylko niektóre smakowite kąski :) Będziecie zaskoczeni, gwarantuję! 
 
Książka "Ostatni taki Amerykanin" jest bez wątpienia pozycją bardzo ważną w dzisiejszym świecie, w którym naturę wciąż się bezprawnie i skutecznie niszczy. Głos Eustace Conway'a jest kroplą w morzu potrzeb, ale ten człowiek daje swoją niezłomną postawą niezwykłe świadectwo i jest przy tym prawdziwy, uświadamiając nam nasze liczne, cywilizacyjne grzechy. Dlatego polecam tę książkę nie tylko amerykanistom czy ludziom z Greenpeace, ale wszystkim, którym leży na sercu dobro naszej planety i którym bliskie są refleksje nad skomplikowaną naturą ludzką i jej niszczycielską siłą. 

Moja ocena 4/5 




Na koniec przesłanie Conway'a. Dziecinnie proste, lecz tak często ignorowane przez nas, ludzi współczesnych, nowoczesnych, wygodnych, przyzwyczajonych do dobrobytu: 
"Pamiętajcie, że świat nie jest po to, by go zużyć i zniszczyć. Pamiętajcie, że nie jesteście ostatnimi ludźmi, którzy będą szli przez ten las. Ani ostatnimi żyjącymi na tej planecie. Musicie zostawić coś dla innych." (str. 167)

I jeszcze jeden cytat: 
"Nie spędzaj dni w otępieniu, z zadowoleniem przełykając wszelkie wodniste idee, jakimi karmi cię współczesne społeczeństwo za pośrednictwem mediów i nie daj się wprowadzić w śpiączkę wywołaną natychmiastowym zaspokajaniem życzeń. Najbardziej niezwykłym darem, jaki otrzymałeś, jest twoje człowieczeństwo, a ono oznacza świadomość, zatem strzeż tej świadomości." (str 372-373)

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego Rebis:



Zdjęcia pochodzą ze strony: http://www.google.pl/search?q=eustace+conway&hl=pl&client=firefox-a&hs=wpm&rls=org.mozilla:pl:official&biw=1280&bih=668&prmd=ivnso&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=FC9pTqzEK5TA8QOt0qQJ&ved=0CBoQsAQ

niedziela, 21 sierpnia 2011

Niewinny - Harlan Coben

Po moich ostatnich, kiepskich doświadczeniach z powieścią Eileen Goudge z wątkiem sensacyjno-kryminalnym w tle, tym razem postanowiłam sięgnąć po nazwisko, które zapewne wielu (a może wszystkim?) jest dobrze znane i które gwarantuje odpowiedni poziom adrenaliny podczas lektury. Mowa oczywiście o Harlanie Cobenie. Ta megagwiazda współczesnego thrillera, porównywana do Agathy Christie czy Roberta Ludluma, zaskarbiła sobie rzesze czytelników (a co ciekawsze także krytyków) na całym świecie i przyznam się Wam, że doskonale ich rozumiem. Książki Cobena to interesujący materiał, nawet dla najbardziej przenikliwych osób oraz wszystkich tych, którzy lubią się głowić, kombinować i rozwiązywać pogmatwane zagadki. Ja raczej do tego grona nie należę (preferuję innego typu literaturę), co nie oznacza, że po tego autora sięgnęłam z przymusu i źle się bawiłam podczas lektury.

"Niewinny" to powieść wydana w 2005 i uznawana za najlepszą w dorobku tego amerykańskiego pisarza (kilka Cobenowskich dzieł przeczytałam i chyba z tą opinią się jednak nie zgodzę). Jest to historia Matta Huntera, który po latach spędzonych w więzieniu za zabicie człowieka w przypadkowej bójce, wraca do społeczeństwa (jaki on zatem niewinny skoro zabił??? już przy tytule się zaczyna niezła zabawa). Jego powrót to splot szczęśliwych chwil (praca w kancelarii prawniczej, ślub z piękną Olivią i wiadomość o ciąży, plany zakupu domu w porządnej dzielnicy, opieka nad rodziną brata po jego śmierci) oraz tych kompletnie niezrozumiałych, gdy dowiaduje się, że jego ukochana żona ma romans, kiedy na ekranie wideotelefonu widzi ją z jakimś obcym mężczyzną w hotelowym pokoju. Bezpieczny od niedawna świat nagle przestaje istnieć dla zresocjalizowanego Matta, pojawiają się koszmary senne i pytania pozostające bez odpowiedzi: kim jest ten człowiek z filmu? czy to na pewno była jego Olivia? Kiedy Matt orientuje się, że jest obserwowany, postanawia szukać pomocy u prywatnego detektywa, Cingle Shaker. Wtedy na scenę wchodzą także kolejne zagadkowe postaci: matka zabitego przez Huntera mężczyzny, Sonja McGrath, emerytowany policjant Max Darrow oraz długowłosy Charles Talley, widoczny na nagraniu. Kiedy jako przeciwwaga pojawia się zamordowana siostra zakonna Mary Rose (posiadająca implanty piersi, a jakże!) oraz martwa prostytutka Candance Potter, dwóch nieskazitelnych funkcjonariuszy FBI - Cal Dollinger i Adam Yates oraz dociekliwa Loren Muse, piękna pani inspektor z biura prokuratora, której rola w tej historii jest niebanalna, mamy już prawie wszystkie składniki iście mistrzowskiej układanki. Wszelkie próby rozwikłania tej zagadki właściwie kończą się fiaskiem, bo na koniec otrzymujemy taki deser, jakiego byśmy nigdy nie przyrządzili z dostępnych nam "produktów". Powiało kulinariami :-), ale przyznajcie sami: jakie może być powiązanie fałszywej zakonnicy ze sprawą Matta i jego żony? Trudno powiedzieć, chyba żadne na pierwszy rzut oka. Skoro tak, to czemu Hunter jest głównym podejrzanym o morderstwo???

Więcej napisać nie mogę, żeby nie popsuć wrażenia końcowego, i nie dostać od razu etykietki: spoiler. Mogę za to zdradzić, czego możecie się spodziewać po lekturze "Niewinnego". Przygotujcie się na to, że Wasze emocje będą wzrastać wraz z ilością przeczytanych stron tej powieści. Na końcu z pewnością przyznacie, że intryga była doskonale skonstruowana, fałszywe tropy (to chyba znak rozpoznawczy Cobena) nieraz wyprowadziły Was w pole, a równolegle prowadzone wątki właściwie bardziej przeszkadzały niż pomagały. Mimo ich obecności fabule tej książki nie sposób odmówić spójności, podobnie jak wartkiej i trzymającej w napięciu akcji. To wszystko sprawia, że nie będziecie mogli się od książki oderwać póki nie dobrniecie do końca.

Czego mi zatem brakowało? Czasem trochę żałowałam, że Coben nie poświęcił więcej czasu portretom psychologicznym postaci (oczywiście oprócz Matta Huntera). Choć z drugiej strony, czy powieść kryminalna nie stałaby się wtedy obyczajową??? Jak wcześniej pisałam nie jestem wielką fanką tego typu powieści i pewnie dlatego się czepiam. Niekiedy chciałam też, by zagadka wreszcie się rozwiązała, bo ta ciągła mnogość wątków lekko mnie zmęczyła... Jestem jednakże przekonana, że zwolennicy sensacji nie poczują się rozczarowani i będą "Niewinnego" wspominali pozytywnie.

Moja ocena to 3/5. Niższa niżby to wynikało z recenzji ze względu na dającą się zauważyć schematyczność w budowie klasycznego kryminału - zło nawet po latach zostanie ukarane, a dobro zatriumfuje (zgodnie z napisem z okładki: "Od przeszłości nie ma ucieczki..."). Drugi zarzut to naginanie faktów, by osiągnąć upragniony, lekko przesłodzony, lecz rzadko realny scenariusz w prawdziwym życiu, jak np. przyjaźń matki z mordercą jej syna. Całość oceniam pozytywnie, ale musiałam też niestety dodać tę przysłowiową łyżkę dziegciu do smaku...

Cytat: „Świat nie jest ani okrutny, ani radosny. Jest po prostu chaosem pędzących na oślep cząsteczek, mieszaniną reagujących ze sobą substancji chemicznych. Nie ma w nim prawdziwego ładu. Nie ma uświęconego potępienia zła i zwycięstwa słusznej sprawy. Chaos, dziecino. To wszystko chaos.”

PS Dziś wyjątkowo na koniec chciałam się z Wami podzielić linkiem do świetnego artykułu z Polityki. Jeśli macie jakiekolwiek wyrzuty, że nie przeczytaliście czegoś, co należy do klasyki, albo co wypada znać, zajrzyjcie i poczytajcie, jak radzą sobie z takimi problemami intelektualiści, literaturoznawcy, filozofowie, krytycy i sami pisarze. Polecam gorąco! 
A oto link: 
http://www.polityka.pl/kultura/aktualnoscikulturalne/1518376,1,arcydziela-literackie-ktore-omijalismy-z-daleka.read

piątek, 12 sierpnia 2011

Drugi rodzaj ciszy - Eileen Goudge

Książka Eileen Goudge "Drugi rodzaj ciszy" rozpoczyna się bezpośrednim zwrotem do czytelnika w ramach podziękowań za życzliwe słowa (lubię takie zwroty, a Wy?), a nastepnie pojawia się sentencja Henry'ego Wadswortha Longfellowa, króla poezji amerykańskiej i prekursora nowoczesnej filologii:
Są trzy rodzaje ciszy:
Pierwszy to mowa,
Drugi - pożądanie,
Trzeci - myślenie...


Z cytatu tego wynika, że ta powieść będzie zatem o pożądaniu. I tak jest po trosze, ale nie tylko namiętności w niej rządzą. Znajdziecie tu także miłość, a nawet jej brak, nienawiść, a nawet morderstwo, skrywaną przez lata tajemnicę, a także kłopoty dnia codziennego przeciętnej rodziny i zarys relacji między pokoleniami... Interesująca mieszanka, prawda?
O czym zatem jest "Drugi rodzaj ciszy", który nie ukrywam, tym dziwnym tytułem nie porwał mnie, choć powinien, bo jego autorka, to twórczyni wielu amerykańskich bestsellerów. Czyżbym znowu nie poznała się na jakimś wybitnym dziele?

Kiedy poznajemy Mary Jeffers, ma ona zaledwie 17 lat i właśnie została matką. Jej życie zostaje wywrócone do góry nogami, bo na świat przychodzi dziecko, wymagające nieustannej opieki, a rodzice jej nie wspierają, podobnie jak teściowie. Jak więc ona sama, będąca wciąż jeszcze dzieckiem, ma stać się dla swojej córki Noelle wzorem i autorytetem? Trudne to zadanie, przyznacie, zwłaszcza kiedy mieszka się w kiepskich warunkach lokalowych i pieniędzy nie starcza właściwie na nic. Gdy dziewczynka dostaje gorączki, Mary postanawia schować dumę do kieszeni i błagać Doris, własną matkę (notabene pielęgniarkę) o pomoc. Tym razem ją otrzymuje, czym jest niewątpliwie tak zaskoczona, że decyduje się opuścić swego kochanego męża Charliego i zostać w pięknym i ciepłym domu rodziców razem z dzieckiem. I tu wątek Mary się urywa, by zrobić miejsce Noelle, która popada w jeszcze większe tarapaty...

Noelle to żona majętnego, przystojnego, lecz dużo starszego od niej Roberta van Dorena, niegdyś jej własnego szefa. To mężczyzna z wyższych sfer, powszechnie szanowany obywatel ich małego miasteczka, przed którym ludzie czują respekt. Historia tego ośmioletniego związku, to niemalże bajka o Kopciuszku, której finał niestety nie jest różowy i zdecydowanie się od niej różni. Okazuje się bowiem, że kiedy Noelle, niepijąca od 6 lat alkoholiczka, dotąd bierna i cicha niczym mysz kościelna, bierze sprawy w swoje ręce i domaga się rozwodu, powoduje wściekłość u Roberta i wyzwala w nim najgorsze żądze. Obserwujemy u niego iście diabelską przemianę, wywołującą u czytelnika odrazę i niechęć. Kobieta nie chcąc dłużej tkwić w związku, który nie przynosi jej szczęścia i mając dość zdrad Roberta, żąda rozwodu, co zdecydowanie nie podoba się van Dorenowi. Ten nie zamierza pójść na ugodę i robi wszystko, by pozbawić Noelle najważniejszej dla niej osoby - własnej córki Emmy, będącej oczkiem w głowie mamusi. Uknuta misternie przez Roberta intryga (alkoholiczka nie jest w stanie sprawować odpowiedniej opieki nad dzieckiem! To przecież każdy z nas wie doskonale), wciągnięcie w nią mieszkańców małego miasteczka (jakim jest Burns Lake w Kanadzie) poprzez zastraszenie i wybielenie własnej osoby, skutkuje odebraniem matce dziecka i wprowadzeniem zakazu zbliżania się na 30 metrów do domu i biura van Dorena. Noelle pogrążona w rozpaczy wszelkimi sposobami próbuje odzyskać małą, po drodze poznając nieznane jej dotychczas fakty z życia swojego męża. Rozwikłać zagadkę pomagają jej rozwiedzeni przed laty rodzice - realizująca się zawodowo w Nowym Yorku Mary i owdowiały Charlie razem z córką z drugiego małżeństwa - Bronwyn. Jak trudno przekonać ludzi, że osoba o tak nieposzlakowanej opinii jaką jest Robert, jest zwykłym  przestępcą, dla którego nie ma żadnych świętości i uczuć, zaś alkoholiczka, która wydaje się powróciła do nałogu jest odpowiednią kandydatką na matkę, można się tylko domyślać. Nieszczęście, jakie dotyka Noelle, sprawia, że rodzice coraz bardziej lgną do siebie (po raz kolejny okazuje się, że stara miłość nie rdzewieje), a ona sama zaczyna nawiązywać z matka, która do tej pory wychowanie dziecka zrzuciła na barki Doris, rzeczywiste relacje. Uzyskuje także prawdziwe męskie wsparcie od lekarza babci, niejakiego Hanka, rozwodnika, z którym będzie jej coraz częściej po drodze i dzięki któremu odkryje w sobie olbrzymie pokłady sił i energii, zdolnej góry przenosić. Żeby nie było zbyt nudno, w historii tej pojawi się także wątek kryminalny (obawiam sie jednak, ze fani Coebna i spółki będą zawiedzeni). Charlie jako właściciel gazety i wzorowy dziennikarz będzie uparcie (niezważając nawet na groźby i razy) tropił Roberta i jego rodzinę, szukając niewłaściwych związków ze światem biznesu i prawa. Rozwikłana zostanie dzięki temu zagadka przedwczesnej śmierci brata Roberta, Bucka, i Corinne, przyjaciółki Mary i dziewczyny Roberta z lat młodzieńczych. Na koniec Eileen Goudge postarała się dla swoich wiernych czytelników o (niestety) przewidywalne rozwiązanie...

A teraz czas na fakty i moją subiektywną opinię. Przede wszystkim książkę czytałam bardzo długo, choć zależało mi, by ją szybko skończyć, bo ciekawsze pozycje niecierpliwią się już w kolejce. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego szło mi tak opornie. Były takie momenty, w których dosłownie zasypiałam nad książką, a naprawdę rzadko mi się to zdarza. Na koniec, przy rozwikłaniu zagadki, tempo akcji trochę się poprawiło, ale moja końcowa ocena jest niestety niska, bo tą lekturą się umęczyłam...
Książka "Drugi rodzaj ciszy" była dla mnie przede wszystkim zbyt przewidywalna, a pojawiające się co jakiś czas przeciwności losu były moim zdaniem wynajdywane na siłę, by zwiększyć ilość stron i nie pozwolić czytelnikowi zbyt szybko rozstać się z lekturą (może to być moja nadinterpretacja). Ciekawie zapowiadała się relacja matka-córka-babcia, ale Goudge zarysowała tylko ten temat delikatnie, wnioski zrzucając na barki czytelnika. Poświęciła za to swoją uwagę rozgrywce o dziecko, która została ostatecznie i tak przesłonięta nieczystymi interesami rodziny van Dorenów. Całość wypadła w moich oczach blado :( Odniosłam wrażenie, że "Drugi rodzaj ciszy", to przeciętne czytadło, dobre np. na wakacje, przy którym nie trzeba się przemęczać, ot, byle tylko coś poczytać. Ja niestety tego typu książek nie lubię i więcej do Eileen Goudge nie powrócę.
Ocena 2/5

Cytaty. Tym razem dwa, ale krótkie:
- "Zawsze jest dobra pora na spotkanie odpowiedniego człowieka" (str. 268)
- "Póki żyjemy, wszystko może się zmienić" (str. 273)