wtorek, 27 września 2016

Grunt pod nogami. Ksiądz Jan Kaczkowski nieco poważniej niż zwykle - Ks. Jan Kaczkowski

Grunt pod nogami. Ksiądz Jan Kaczkowski nieco poważniej niż zwykle to zbiór kazań wygłoszonych przez księdza Jana Kaczkowskiego między styczniem 2013 a lipcem 2015 roku, będący jednocześnie ostatnią jego książką. Jej tematyka oscyluje wokół choroby, opieki nad osobami śmiertelnie chorymi i umiłowanego dzieła duchownego – puckiego hospicjum, któremu poświęcił dziesięć lat swojego życia. Jeśli myślicie (sądząc choćby po tytule), że jest to pozycja depresyjna, nostalgiczna czy wręcz dołująca – mylicie się. Cierpiący na glejaka mózgu ksiądz Jan nie nudził, nie prosił o współczucie, ale zaskakiwał optymizmem i niespożytą energią: Dziękuję ci, mój raku, że wyzwoliłeś mnie z wielu strachów. Wy też się nie bójcie. Życie jest tak nieprzewidywalne! Za chwilę może się zdarzyć coś, co natychmiast rozwiąże wasze problemy…

Każdy, kto choć raz słuchał Jana Kaczkowskiego lub czytał jego książki, wie, że był wyjątkowy. Nie miał nic wspólnego z ‘pluszowym’ księdzem ani z katotalibem. Nie ma zgody na nieczułość. Nie ma zgody na pogardzanie kimkolwiek, bez względu na to, kim ten ktoś jest. (…) Obowiązkiem księdza jest być czytelnym znakiem, coś pokazywać a nie pouczać, twierdził. Kazania zawsze mówił z głowy, głosił je według zanotowanych przez siebie wcześniej punktów. Podkreślał, że chce budować mosty a nie dzielić, łączyć wierzących z niewierzącymi. Marzył, by rozkochać ludzkość w Eucharystii i nie mieszać religii z polityką. Był łagodny i zdawał sobie sprawę z tego, że nie wszystkie wybory człowieka są czarno-białe. Pragnął być księdzem z krwi i kości, który prowadzi swych wiernych do nieba, nieustannie im przypominając, że jedynym celem naszego życia jest zbawienie. Wszystkie środki mają służyć temu celowi, nawet zarabianie forsy. W swych kazaniach nie wstydził się mówić wprost o swojej chorobie, o strachu przed nią i obawach przed wznową. Pragnął cudu, korzystał z terapii zagranicą, ale był przygotowany na wszystko. Zdeterminowany w walce z chorobą, był realistą: Jak państwo słyszeli, jestem śmiertelnie chory. I oczywiście modlę się o cud, bo to, co się zagnieździło w mojej głowie, nie jest czymś, co mnie cieszy. Jestem otwarty na cud, ale na niego nie liczę. Modlę się. Nikt mi nie zabroni modlić się o cud, ale nie mogę zbudować swojej nadziei na nim, bo będę załamany, jeśli on nie nadejdzie. To za sprawą swojej ciężkiej choroby, mógł bez ogródek powiedzieć, czego potrzebuje człowiek terminalnie chory i bez wątpienia trafiał swymi opiniami w sedno: My, chorzy, od najbliższych wcale nie potrzebujemy głupiego pocieszactwa. Potrzebujemy, żebyście się nie bali z nami o tym rozmawiać. (…) Potrzebujemy od was takiego przekazu: ‘Boję się o ciebie, jak nie wiem co. To jest trudna sytuacja, zrobimy wszystko, żebyś wyzdrowiał, będziemy walczyć, ale nie bój się. Wszystko jedno jak będzie, czy dobrze, czy źle, ja z tobą będę, nie zostawię cię, bo cię kocham.’

Ksiądz Kaczkowski w zebranych tu kazaniach podkreślał, iż stanowisko Kościoła w sprawie terapii uporczywej jest jednoznaczne – jest ona zakazana moralnie. Nigdy jednak nie można odstąpić od terapii paliatywnej, czyli od zwykłej opieki. Tzn. że pacjentowi nie można pozwolić umrzeć z bólu, głodu, pragnienia, nie może się świadomie udusić. W nauce Kościoła nie ma tym samym zgody na eutanazję: Medycyna ma człowieka leczyć, a nie zabijać. Jeżeli zgodzimy się na usuwanie tych, którzy bardzo cierpią fizycznie lub psychicznie – także za ich zgodą – to medycyna zaprzeczy sama sobie. Tą samą ręką będzie unicestwiać, korzystając z tej samej wiedzy medycznej. Żadnej misji, tylko odpowiedź na zamówienie. Ponadto będzie się samo degradować. Przestanie szukać sposobów radzenia sobie z bólem, bo skoro usuwamy tych, których bardzo boli, to nie ma przestrzeni dla nowych leków, nowych badań, nowych rozwiązań. Katolicką odpowiedzią na dążący do eutanazji świat są hospicja. Na puckie Hospicjum pod wezwaniem św. Ojca Pio, ksiądz Kaczkowski, jego założyciel, nieustannie zbierał fundusze (sam nazywał się ekskluzywnym żebrakiem) i prosił przy każdej okazji, by po jego śmierci nie rozmienić go na drobne.

Najważniejsze już się dokonało – dostrzegłem, że wraz z chorobą nic się nie skończyło, a wiele rzeczy się zaczęło. To, co najpiękniejsze, to, co cudowne, dzieje się bardzo intymnie, przyznawał ksiądz Jan. Pełny nadziei, wiary i miłości chory kapłan pociąga swym błyskotliwym poczuciem humoru, wiernością sobie i wyrozumiałością dla bliźniego. To wyjątkowo mocne świadectwo człowieka, który nawet w obliczu śmiertelnej choroby ufa Bogu i wie, że najważniejsze jest zbawienie i bliska relacja ze Stwórcą. To także lekcja dla nas, by nigdy się nie poddawać i nie przestawać walczyć o lepszą wersję siebie każdego dnia. Trzeba żyć, zamiast narzekać, bo jest o wiele później niż nam się zdaje…


Cytaty za: Grunt pod nogami. Ksiądz Jan Kaczkowski nieco poważniej niż zwykle, Ks. Jan Kaczkowski, Wydawnictwo WAM, Kraków 2016.

Ocena: 6/6

Tę książkę możecie zamówić tutaj: www.gandalf.com.pl/b/grunt-pod-nogami a wszystkie inne, w tym m.in. jesienne nowości znajdziecie jak zwykle na: www.gandalf.com.pl Polecam gorąco!


poniedziałek, 5 września 2016

Czarne liście - Maja Wolny

„Czarne liście” utalentowanej i wrażliwej Mai Wolny to książka niebanalna, której tematyka oscyluje wokół historii, pamięci i traumy oraz wydarzeń, o których niekoniecznie chcemy pamiętać. To powieść o silnych i odważnych kobietach, ale przeznaczona zdecydowanie nie tylko dla płci pięknej. To wreszcie publikacja o rodzinie, która choć niedoceniana jest przecież najważniejsza, a tu dodatkowo zobrazowana bez krzty lukru. Umiejętność łączenia kontrowersyjnych, z punktu widzenia polskiego społeczeństwa, treści z poetyckim językiem oraz oszczędnością w słowie, czynią z „Czarnych liści” pozycję ze wszech miar godną uwagi.

Głównymi bohaterkami tej książki są trzy kobiety, które dzieli wszystko – przede wszystkim wiek, ale również stan cywilny, historia i problemy. Łączy zaś (o dziwo!) zaskakująco wiele: wiara w prawdę za wszelką cenę oraz niestrudzone dążenie do celu.

Pierwsza z owych protagonistek, notabene postać autentyczna, to Julia Pirotte (z domu Diamant) z Końskowoli. To komunistka żydowskiego pochodzenia, utalentowana fotografka i fotoreporterka. Losy jej oraz jej najbliższych (siostry Mindli, brata Majera i męża Jeana) poznajemy na tle drugiej wojny światowej i tuż po niej. Gdy Niemcy napadli na Polskę, Julia doskonale wiedziała, że nie zobaczy już krewnych. Toteż jej domem staje się Marsylia, gdzie kończy z wyróżnieniem kurs fotograficzny, dający jej możliwość skutecznej pomocy ruchowi oporu. Kiedy Pirotte wraca po wojnie do Polski zdaje sobie sprawę, że świat, który porzuciła zaledwie dziesięć lat temu, po prostu przestał istnieć: wypalony, zasypany gruzem, zduszony popiołem, pogrzebany żywcem. Zostali tylko niemi świadkowie dawnej rzeczywistości – drzewa, wzgórza, rzeka. Czwartego lipca 1946 roku ma miejsce tzw. pogrom kielecki, podczas którego ginie 40 osób, w tym kobiety i dzieci. Julia przybywa do Kielc, żeby zrobić fotorelację dla „Żołnierza Polskiego”. Kobieta ma możliwość przeprowadzenia rozmów z poszkodowanymi, ochoczo pomaga jej w tym również milicja. Zdjęcia, które zrobi ofiarom, a które później trafią do międzynarodowych archiwów, są podobnie jak informacje do niej docierające, przerażające. Poprzedniego dnia Kielce obiegła wiadomość o zaginionym ośmioletnim Heniu Błaszczyku. Dziecko zniknęło na głównej ulicy miasta. Ponoć widziano je w towarzystwie Żyda. Kiedy chłopiec nie wraca na noc, wybucha panika, że został rytualnie zamordowany. Następnego dnia wzburzony tłum owładnięty chęcią zemsty (wśród niego np. robotnicy z Huty ‘Ludwików’ z łomami i żeberkami od kaloryfera) ruszył na ulicę Planty 7/9, gdzie mieszkało ponad sto osób pochodzenia żydowskiego. Dokonano tam okrutnej zbrodni. Jeden z Żydów, któremu udało się przeżyć, tak relacjonował Julii te dramatyczne wydarzenia: Spędziłem trzy lata w Auschwitz. Koszmar. Ale wczoraj było straszniej, bo przyszli po nas swoi, nie żadni esesmani. Kop od esesmana mniej boli, bo nienawiść tłumi ból. A kop od swojego wbija się w mięso. Robi się otwarta rana wołająca o pomstę do nieba. Masakrowali twarze obcasami...

Jest rok 2011. Kwestia pogromu kieleckiego, którą kielczanie w znacznym stopniu wyparli ze świadomości, jest żywo obecna w życiu historyczki, Weroniki Czerny. Kiedy kobieta, obecnie zajmująca się postawami cywilnymi wobec Żydów, głośno mówi o tym, iż niekiedy to także polscy chłopi mordowali Żydów, staje się dla polskiego społeczeństwa ‘kieleckim Grossem’ oraz ‘łowcą antysemickich sensacji na polskiej wsi’. Patrioci Kielc nazywają ją zdzirą, żydowską szmatą i zdrajczynią narodu. Ale Weronika, której rodzina również ma krew na rękach, chce udowodnić swoim krajanom, że nie należy odcinać się od historii własnego miasta, nawet jeśli nie jest ona szczególnie chwalebna: Od tak dawna czekamy na to, że nienawiść i podejrzliwość, zasiane w nas, zwykłych ludziach, przez lata wojny i komunizmu, wreszcie wymrą. Te wielopokoleniowe niedobory prawdy, pieniędzy, wolności, uczyniły z nas naród zawistny i jednocześnie bardzo się tej zawiści wstydzący. Maskujemy ją rozmaitymi teoriami, wiarą, tradycją, poczuciem wyższości, sarmacką sławą, legionowym wąsem i Bóg wie jeszcze czym. Wciąż wierzę w zmianę pokoleniową. Moi studenci są inni: ci młodzi ludzie chłoną również i tę wiedzę, która jest ciężka do udźwignięcia. W tej atmosferze wzrasta trzecia, najmłodsza bohaterka, córka Weroniki - Laura. Dziewczynka wierzy mocno, że to, co się wydarzyło w czasie wojny, musi przetrwać w pamięci. Ochoczo bierze udział w szkolnym przedstawieniu o partyzantach z Gór Świętokrzyskich, które z pasją współtworzy jej mama. Nauczycielka Laury również uważa, że [d]zieci muszą poznawać prawdę o przeszłości. Nawet tę okrutną… Uczennica bierze sobie te słowa mocno do serca. Dzień po spektaklu, będącym jednocześnie pierwszym dniem wakacji, Laura niespodziewanie znika. Poszukiwania zakrojone na szeroką skalę, wsparte lokalnymi mediami, początkowo nie przynoszą efektu. Wiadomo na pewno jedno – dziewczynki nie ma u jej chorego psychicznie ojca, Żyda, mieszkającego w Niemczech. Co zatem się stało? Czy Laura uciekła z domu czy może została porwana? A jeśli uprowadzona, to czy ma to związek z pracą jej matki? Czy jest szansa na odnalezienie żywej dziewczynki? Jakie tajemnice skrywa Weronika i dlaczego jej córka nie poznała do tej pory własnej babci? Czy Weronika ma coś wspólnego z utalentowaną Julią Pirotte? Komu uda się rozwikłać tę trudną zagadkę – żądnemu sławy dziennikarzowi Andrzejowi Kaliszowi czy sympatycznemu, zauroczonemu panią Czerny policjantowi, komisarzowi Mirosławowi Zarębie?

Maja Wolny zaserwowała czytelnikom bardzo mądrą powieść, sprytnie przemycając walor edukacyjny. Autorka nieprzypadkowo na miejsce akcji wybiera Kielce wraz z ich trudną przeszłością. Daje tym samym do zrozumienia, że pogrom kielecki jest faktem i należy to przyjąć do wiadomości. „Czarne liście” to powieść wielowątkowa. To dobitne studium matczynej i rodzicielskiej miłości, związanej z samotnością, bólem, pielęgnowaniem przez lata kompleksów i wreszcie trudną sztuką przebaczania. To rzecz o przeszłości, o tym, jak wielki wpływ wywiera ona na nasze przyszłe życie i o tym, że nierzadko potrzeba wielu lat, by poradzić sobie z traumami z zamierzchłych czasów. To również swoista powieść drogi, dzięki której możliwe jest katharsis, odpuszczenie starych win i nowe uczucie. Pomyślałam, że droga do domu dana jest człowiekowi raz na zawsze, bez pytania, czy mu wygodnie i czy mu się ona podoba. Musimy ją przebyć po każdym ważnym doświadczeniu, żeby się upewnić, czy wciąż jeszcze istniejemy...

Cytaty za: Czarne liście, Maja Wolny, Czarna Owca, Warszawa 2016.

Ocena: 5+/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Żmudna droga do domu

środa, 31 sierpnia 2016

Cztery rzęsy nietoperza - Hanna Kowalewska

W „Czterech rzęsach nietoperza”, szóstym tomie bestsellerowego i uwielbianego przez czytelników cyklu o Zawrociu, Hanna Kowalewska kreśli portret małej społeczności, w której główni bohaterowie muszą się zmierzyć z przeciwnościami losu i walczyć o swoje szczęście. Zmagają się również z samymi sobą, z własnymi lękami, niepewnościami, ograniczeniami oraz ludźmi, którzy chcą zniszczyć ich miłość. Narratorką zostaje Matylda, która relacjonuje bieżące wydarzenia zmarłej babce, dzięki której dworek i cała posiadłość znalazły się w jej rękach. W tej powieści, której daleko do sentymentalnych czy ckliwych romansideł, najbardziej przypadł mi do gustu poetycki styl autorki. Poza tym warto od razu zaznaczyć, że zarówno postaci jak i fabuła są dopracowane, co pozwala czytelnikowi przez ponad sześćset stron przejść bezboleśnie.

Nadchodzą jesienne, mgliste i mroczne dni. Zakochani nie zdążyli się dobrze poznać ani ułożyć swoich spraw, a już muszą się rozstać. Paweł jedzie do Ameryki, by spotkać się z producentem filmu, do którego napisał muzykę. Poza tym musi porozmawiać z rodzicami o swoim nowym związku i planach na przyszłość. Tymczasem ciężarna Matylda zostaje sama w Zawrociu i już od pierwszych stron powieści musi stawić czoła mrożącym krew w żyłach knowaniom. Telefony z pogróżkami, przyczepiona do klamki ropucha pachnąca Chanel No.5, papuga z poderżniętym gardłem czy ociekający czerwonym atramentem nietoperz, to tylko preludium do tego, co ją czeka. Żadna z najbliższych osób nie popiera związku Maty i Pawła. Także znajomi chłopaka nie akceptują nowej dziewczyny i nie potrafią zrozumieć, jak mógł pozwolić wykiełkować temu uczuciu. Mają za złe Matyldzie, że owinęła sobie ich przyjaciela wokół palca i że to przez nią odsunął się od nich. Jego siostra, Emila, też nie może sobie poradzić z wyborem brata. Nie wystarczyło jej spalenie fortepianu-teraz knuje nowe intrygi, które zachęciłyby młodą właścicielkę Zawrocia do powrotu do Warszawy i skutecznie zniechęciły ją do Starskiego. Jest jeszcze na podorędziu kilka starych miłości Pawła i związanych z nimi pikantnych wspomnień. To wszystko sprawia, że dookoła pełno jest negatywnych uczuć. Na szczęście Maty to osoba, która potrafi szybko otrząsnąć się z przykrych sytuacji i z nadzieją patrzeć w przyszłość, mimo że los jej nie oszczędza i że wciąż musi radzić sobie sama. I choć narratorka nie ma zbyt wielu znajomych w miasteczku, jest nieustannie porównywana do babki Milskiej, staje się ofiarą wielu plotek, a na dodatek zdaje się kompletnie nie pasować do tego małomiasteczkowego społeczeństwa, nie załamuje się. Stara się pozyskać sympatię otoczenia i krok po kroku, ostrożnie, próbuje nawiązać kontakty towarzyskie, co stanowi nie lada wyzwanie. Ma dość kontaktu jedynie z Jóźwiakami i psami (choć bez wątpienia bez nich byłoby dużo gorzej!), pracy przy tłumaczeniach, czytania, a przede wszystkim nieustannego rozmyślania i dzielenia włosa na czworo. Chce działać, by stworzyć dla ‘Fasolki’ i narzeczonego cudowny, pełen ciepła i miłości dom. Bez problemu nawiązuje nić porozumienia z kuzynką Ewą, młodą mamą, która nieraz okaże jej prawdziwe wsparcie. Matylda bardzo go potrzebuje. Jest w ciąży, w jej ciele buzują hormony. Kobieta bardzo przeżywa, że z każdym dniem zmienia się nie tylko jej psychika, ale i ciało. Kiedy Paweł wróci, nie będzie już wyglądała tak jak wcześniej. Jest już psychicznie gotowa na zmianę życiowej roli, ale swoją wspólną drogę zakochani będą musieli zacząć już w zupełnie innym miejscu. Czy Paweł jest na to przygotowany? Z poprzednich części cyklu wiemy, że Maty ma apetyt na życie i seks, jest pewna siebie i ciekawa świata. W szóstym tomie będzie miała wiele okazji, by wykazać się również uporem w dociekaniu prawdy i próbować walczyć z okrutnymi intrygami i stalkingiem. Czy jej wojna zakończy się sukcesem? Czy zły los/źli ludzie rozdzielą zakochanych? Jak zakończy się ten pełen zawirowań i zaklętego kręgu zranień tom?

„Cztery rzęsy nietoperza” to poruszająca powieść o dojrzewaniu do różnych życiowych ról. To historia pełna intryg, zdrad i tęsknoty, ale również nienawiści i zazdrości. To opowieść o ludziach z krwi i kości, którym zdarza się popełniać błędy. To także rzecz o intrygujących, mocnych kobietach, które nigdy się nie poddają, ale walczą za wszelką cenę wszystkim dostępnymi sposobami. To dobrze, bo wciąż brakuje polskiej literatury, która pomogłaby Polkom zacząć wierzyć we własne możliwości, dodającej im pewności siebie i uczącej radości z każdego dnia.

Cztery rzęsy nietoperza, Hanna Kowalewska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

Ocena: 4/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Zaklęty krąg zranień

czwartek, 25 sierpnia 2016

Wszystkie śmierci dziadka Jurka - Matthias Nawrat

Wszystkie śmierci dziadka Jurka” to trzecia powieść w dorobku 37-letniego Matthiasa Nawrata, ale pierwsza jak dotąd opublikowana w Polsce. Autor jako dziesięciolatek przeprowadził się z rodzicami do Niemiec, gdzie obecnie z powodzeniem tworzy i zdobywa liczne nagrody literackie. Jego najnowsza książka powstała m.in. po to, by historie życia dziadków zachować dla potomności. Nie jest to jednakże powieść biograficzna, choć bez wątpienia jest oparta na faktach. By ją uwiarygodnić autor wrócił do kraju, który kojarzy z dzieciństwa - jeździł po Polsce, rozmawiał z ludźmi, próbował poczuć klimat swojej ojczyzny, etc. Efektem owych podróży jest omawiana właśnie publikacja. Zapraszam Was w podróż po XX-wiecznej Polsce, w której co rusz tragizm miesza się z komizmem, a nad wszystkim czuwa tytułowy bohater, (po)ważny dziadek Jurek...

Dziadek Jurek umierał wiele razy: nocą na ulicach okupowanej Warszawy, kiedy wpadł w ręce niemieckich żołnierzy; w Auschwitz; w zniszczonym przez wojnę Opolu oraz gdy jego córka zakochała się w synu opozycjonistów, który chciał ja porwać do Kanady. Zanim umarł naprawdę, mieszkał w Opolu, robił błyskotliwą karierę i z wielkim zaangażowaniem opowiadał swoim wnukom przeróżne historie z własnego życia. Krótko przed śmiercią przykazał im, by niczego z nich nie zapomnieli. Pierwszoosobowy narrator konsekwentnie się do tego stosuje i relacjonuje czytelnikowi to, czego się za młodu nasłuchał: o dzieciństwie dziadka w Warszawie, o mieszkaniu na Woli oraz o jego ulubionym miejscu - księgarni Gebethner i Wolff na Krakowskim Przedmieściu prowadzonej przez pana Mikulskiego. Jest też relacja z Zielonki pod Warszawą, kiedy młody Jurek pomagał przy wykopkach i spotykał się z kuzynką bez jednego oka. Z czasem jednak te wspomnienia stają się coraz poważniejsze – pewnego dnia dziadek i jego towarzysze z fabryki świec zostają zabrani pociągiem do Oświęcimia, gdzie doświadczają ‘odwracania rzeczy’ oraz przykrego stanu, w którym człowiek [jest] przez cały czas martwy, mimo że przez cały czas wierzy […], że żyje (…). Dziadek Jurek na szczęście przeżyje obóz koncentracyjny i szczęśliwie wróci do Warszawy, gdzie będzie świadkiem akcji zbrojnej w getcie oraz powstania warszawskiego. Później, po wojnie, zdaje się już być zdecydowanie lepiej. Np. kiedy zostaje kierownikiem filii sklepu spożywczego nr 6, dyrektorem największego domu towarowego w Opolu „Raj” przy Krakowskiej czy dyrektorem ośrodka wczasowego w Turawie. To właśnie za sprawą barwnego życiorysu dziadka Jurka czytelnik ma okazję poznać ówczesne polskie realia.

Największą zaletą tej powieści jest umiejętne wplatanie tragicznej historii Polski z czasów wojny oraz komunizmu i zgrabne połączenie jej z humorem, tak by nie zamęczyć czytelnika (przede wszystkim niemieckiego) ciężką tematyką. Jest tu więc ‘sławny niemiecki polityk z wąsikiem jak Charlie Chaplin’ (a nie Adolf Hitler) i ‘światowej sławy radziecki mąż stanu w białej kelnerskiej marynarce’ (Józef Stalin). Nawrat wspomina o Bierucie i wprowadzonych przez niego zmianach, o Jaruzelskim i stanie wojennym, o Solidarności i wizycie Jana Pawła II w Polsce. I choć te retrospekcje mają niestety szary kolor (Spojrzenia w oknach – szare. Apel na szkolnym dziedzińcu – szary. Kolejka do punktu sprzedaży drobiu w przejściu między blokami 24 i 26, kurczaki wiszące głowami w dół na hakach przy ścianie – szare), dzięki błyskotliwości Matthiasa Nawrata zaczynają nabierać rumieńców.

„Wszystkie śmierci dziadka Jurka” to przykład powieści, w której pisarz prowadzi inteligentną grę z inteligentnym czytelnikiem. Od początku uderza wiara w człowieka, jego siłę, moc pozwalającą przekraczać granic i ostateczne zwycięstwo. Bo choć dziadek Jurek umierał kilkukrotnie, to za każdym razem się podnosił, by walczyć dalej. By smutną, szarą rzeczywistość z uporem maniaka raz po raz kolorować. Piękne jest w życiu to, powiedział nam kiedyś [dziadek], że człowiek, gdy mu się zdaje, że znalazł się w najczarniejszej sytuacji bez wyjścia, dostrzega nagle nad sobą kosmos z miliardami słońc i planet. A ten kosmos nosimy tak naprawdę w sobie, między ciałkami krwi i w myślach, w każdym wspomnieniu, jakie w nas tkwi. I to właśnie sprawia, że człowiek zawsze nosi w sobie wszystko, co wydarzyło się dotychczas w miejscu, w którym żyje. Oto owa moc człowieka i jego wspomnień…

Cytaty za: Wszystkie śmierci dziadka Jurka, Matthias Nawrat, Czarna Owca, Warszawa 2016.

Ocena: 5/6

Tę książkę możecie zamówić tutaj: www.gandalf.com.pl/b/wszystkie-smierci-dziadka-jurka a wszystkie inne, w tym m.in. ostatnie wakacyjne nowości znajdziecie jak zwykle na: www.gandalf.com.pl Polecam gorąco!


poniedziałek, 27 czerwca 2016

We mgle - Linn Ullmann

„We mgle” norweskiej dziennikarki i pisarki, Linn Ullmann, to powieść, która ciągle jest we mnie, choć minęło już kilka tygodni od zakończenia lektury. Książka ze skromną okładką, wydana bez nachalnej promocji, wkradła się do mojego serca i zostanie w nim na zawsze. To zasługa melancholijnego klimatu i minimalistycznego stylu charakterystycznego dla surowej Skandynawii. Połączenie to sprawia, że cała uwaga czytelnika kierowana jest na postaci, które muszą poradzić sobie z sytuacją graniczną. Jaką? Dlaczego? Z jakim skutkiem? Odpowiedzi na (niektóre) pytania znajdziecie poniżej.

Jon Dreyer i jego żona Siri mają dwoje dzieci – Almę (12 lat) i Liv (5 lat). Siri prowadzi restaurację, Jon nieustannie (i co ważne - bezskutecznie) pisze swoją trzecią powieść. Są zabiegani, brakuje im czasu dla siebie nawzajem oraz dla córek. Pewnego dnia dochodzą do wniosku, że potrzebują kogoś do opieki nad dziećmi, by mogli się realizować. Wybór pada na młodziutką i urodziwą 19-letnią Mille. Dziewczyna jest chętna do pracy i szybko zdobywa sympatię swoich podopiecznych oraz pana domu, który wyraźnie ją intryguje. Siri przeciwnie – nieustannie ma do Mille uwagi, krytykuje ją, jest niezadowolona z jej działalności w ich domu i najchętniej by się jej pozbyła. Niestety, jej pretensje najczęściej są bezpodstawne i ewidentnie powoduje je coś z przeszłości: Było coś w tej dziewczynie – może spojrzenie – co przypominało Siri o niej samej w tym wieku. Nie chciała do tego wracać. Uśmiechnęła się (zamiast oddychać), myśląc, w jaki sposób się z tego wyplątać. Jon miał rację. To był zły pomysł. Bardzo, bardzo zły. Pewnego dnia, po przyjęciu, które pani Dreyer organizuje dla swojej matki z racji jej 75-tych urodzin, Mille znika bez wieści. Mimo dużego zaangażowania gazet, TV, policji i znajomych sprawy nie udaje się szybko wyjaśnić. Dopiero po dwóch latach przypadkowo zostaje odnalezione zmasakrowane ciało dziewczyny. Kto dopuścił się tego haniebnego czynu? Czy sprawcą był ktoś z pracodawców młodej kobiety? Dlaczego matka Mille nieustannie nęka Jona smsami? A przede wszystkim - czy można było tej śmierci uniknąć? Czy ktoś mógł uratować atrakcyjną Mildred?

Ot, streszczenie fabuły „We mgle”. Autorka nie analizuje samej zbrodni (choć krótki opis gwałtu wywołał u mnie gęsią skórkę), nie przeprowadza drobiazgowego dochodzenia – skupia się na ludziach, którzy żyją i muszą poradzić sobie z zaistniałą sytuacją. Jest to coś, co rozkłada czytelnika lubującego się w psychologii na łopatki. Przy okazji tej makabrycznej zbrodni na jaw wychodzą mroczne sekrety, rodzinne niesnaski, dawne przewinienia. Śmieć tej młodej, obcej Dreyerom dziewczyny, zmusza ich do konfrontacji z własnym sumieniem i sobą nawzajem. Okazuje się, że w małżeństwie Jona i Siri nie dzieje się dobrze. Nie sypiają ze sobą, a Jon nie zawsze bywa wierny swej żonie. Siri też nie jest kryształowa – dawno temu nie uchroniła swego brata od tragicznej śmierci (czego wciąż nie może wybaczyć jej matka), a obecnie nie radzi sobie z własną samotnością, na którą prawdopodobnie zasłużyła własną biernością przez lata: Umiała tylko płakać, chociaż wiedziała, że to w niczym nie pomoże... Oboje mają do siebie mnóstwo pretensji i żalów. Jon przykładowo zarzuca Siri, że ta odgrywa teatr, kiedy są wśród ludzi - udaje pogodną, ustępliwą, czarującą, a w rzeczywistości jest przygnębiona i wściekła. Ich córka – Alma - nienawidzi ojca, nie rozmawia z matką i ma problemy w szkole (obcięła nauczycielce włosy!). Jest jeszcze babcia, matka Siri – Jenny Brodal, która mieszka z obcą kobietą, nie stroni od alkoholu i ewidentnie nie pasuje do obrazu idealnej matki i babci…

„We mgle” to powieść o relacjach rodzinnych – m.in. matki i córki. O dawnych urazach, o trudności w zapominaniu zaprzeszłych spraw, o braku miłości do członków rodziny, o wiecznym, wzajemnym żalu. To niezwykle sugestywna książka o granicach, które ciężko jest przekraczać każdego dnia. Bo kiedy nie potrafimy wyrażać własnych emocji, kiedy nie chcemy ze sobą szczerze rozmawiać, odgradzamy się murem od innych i skazujemy na samotność oraz cierpienie. To wyjątkowa publikacja o złu, samotności i czasie, który zmarnowany, nigdy nie wraca…

„We mgle” to książka pod każdym względem rewelacyjna, w której bez wątpienia czuć ducha Ingmara Bergmana, którego córką jest Linn Ullmann. Gorąco polecam - naprawdę choćby z tego względu warto.

Cytaty za: We mgle, Linn Ullmann, W.A.B., Warszawa 2016.

Ocena: 6/6


Tę książkę możecie zamówić tutaj: www.gandalf.com.pl/b/we-mgle, a wszystkie inne, w tym m.in. bardzo ciekawe wakacyjne nowości znajdziecie jak zwykle na: www.gandalf.com.pl Polecam gorąco!