wtorek, 14 maja 2013

Dwie kobiety - Doris Lessing

Jury noblowskie nazwało ją epicką wyrazicielką kobiecych doświadczeń, która ze sceptycyzmem, żarem i wizjonerską siłą zgłębia podzieloną cywilizację. Ona sama przyznaje, że uwielbia pisać i jest smutna, gdy kończy książkę, bo to właśnie pisanie uwalnia jej umysł. O kim mowa? O jednej z najbardziej utalentowanych brytyjskich autorek, o kobiecie, która stała się symbolem feminizmu, marksizmu, antykolonializmu i dezaprobaty wobec apartheidu, wreszcie: o laureatce Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 2007. Ta niezwykła osoba, to 94-letnia Doris Lessing, której „Dwie kobiety” (ang.The Grandmothers z roku 2003) ukazały się właśnie w Polsce. Składają się na nie cztery poruszające do głębi opowiadania. Oto one:

„Dwie kobiety”

Tytułowe „Dwie kobiety” to Roz – matka Toma i Lil - matka Iana, które zaprzyjaźniły się ze sobą w szkole i od tego czasu są nierozłączne. Liliane - Lil – była szczupła i drobna, o delikatnych rysach twarzy, a Rozeanne – Roz – bardziej krępa. Lil patrzyła na świat z absolutną powagą, a Roz we wszystkim doszukiwała się żartu. Miło jednak było myśleć i mówić, że są ‘jak siostry‘ albo ’jak bliźniaczki, bo przyjemnie jest odnajdywać podobieństwa tam, gdzie pewnie nie ma żadnych (…). Kobiety były ze sobą zawsze, jedna nie mogła żyć bez drugiej. Nie dziwi więc, iż miały podwójny ślub i zamieszkały w domach na tej samej ulicy. Dla Roz liczyła się tylko Lil i odwrotnie. Ich małżeństwa stanowiły fikcję. Kiedy mąż Lil zginął w wypadku, a mąż Roz odszedł, [d]wie przystojne kobiety były znów razem (…) i pokazywały się z dwoma pięknymi chłopcami. Mimo, że ich synowie byli już dorośli, nadal z nimi mieszkali, spędzając razem cały swój wolny czas i skutecznie unikając rówieśników. Problem pojawił się wtedy, gdy matki zaczęły traktować synów swoich przyjaciółek jak własnych partnerów i zamiast przychylić im nieba, otworzyły przed nimi bramy piekieł…

„Wiktoria i Staveneyowie”

Matka czarnoskórej 9-letniej Wiktorii nie żyje od kilku lat. Opiekę nad zakompleksioną, samotną dziewczynką sprawuje ciotka, która jest bardzo chora. Pewnego dnia, kiedy ona trafia do szpitala, Wiktorię ma odebrać ze szkoły Edward, brat jej szkolnego kolegi Thomasa, ale niestety zapomina o tym. I choć Edward pochodzi(…) z rodziny liberałów i żarliwie stara(…) się identyfikować z nieszczęściami krajów Trzeciego Świata, to prawda jest taka, że nie zabrał Wiktorii ze sobą, bo ta była czarna. Wraca po nią, opiekuje się nią troskliwie, kiedy ona przebywa u nich w domu, co sprawia, że dziewczynka czuje się przy nim bezpieczna i dość szybko ulega urokowi chłopaka. Ze względu na dzielącą ich przepaść społeczną i finansową, musi jednakże o nim zapomnieć. Po latach przypadkowo spotyka Thomasa, nawiązuje z nim luźną relację, choć nadal rozmyśla o ‘idealnym’ Edwardzie. Kiedy zachodzi w ciążę z młodszym z braci Staveneyów, nie mówi o tym ojcu dziecka. W tym czasie poznaje ekscentrycznego muzyka, zakochuje się w nim, szybko wychodzi za niego za mąż, zachodzi w kolejną ciążę i kiedy wydaje jej się, że jej życie wreszcie się ułoży, jej mąż ginie w wypadku. Wtedy kobieta postanawia powiedzieć Thomasowi i jego bogatej rodzinie, że jej córka ma w swoich żyłach ich krew. Ta decyzja niesie z sobą poważne konsekwencje, także dla dziecka, które szuka lepszego, łatwiejszego życia opływającego w luksusy, niekoniecznie z matką…

„Przyczyna”

Jest to jedyna historia science fiction w tym zbiorze, prawdopodobnie przez to odstająca od całości. Akcja toczy się w bliżej nieokreślonych Miastach, w których dość istotną rolę odgrywa Rada Dwunastu, czyli grono mędrców, mających stać na straży dziedzictwa i kultury cywilizacji Rodytów. Po śmierci jedenastu z nich Dwunasty analizuje jak mogło dojść do przejęcia władzy przez osobę, która nie nadaje się do zarządzania, za sprawą której nastąpiło zatracenie ducha i potęgi Miast. Starzec jest przerażony upadkiem moralności wśród młodzieży, brakiem szacunku do wartości ich przodków (Nasza młodzież gardzi pracą, pochylaniem się, pielęgnowaniem, babraniem się w ziemi), brakiem wychowania (Młodzi lubią układać sobie nawzajem fryzury, zdobić ciała, wymyślać nowe dania i stroje. Wciąż jesteśmy bogaci, choć teraz już tylko tym, co zagrabimy innym. Jesteśmy bogaci, bo nie toczymy wojen, Najeżdżamy i okradamy, ale nasze ofiary są zastraszone i nie stawiają oporu) i brakiem perspektyw. Czy to wszystko nie brzmi znajomo?...

„Dziecko miłości”

Wrażliwy James Reid, czytujący poezję, dostaje wezwanie do wojska w 1939 roku. Ta wiadomość rujnuje jego pozornie spokojny, ułożony świat. Początkowo uczestniczy on w walkach na terenie kraju, ale wkrótce po nich musi opuścić Anglię i rozpocząć najtrudniejszy okres w swoim życiu – podróż statkiem do Indii razem z wieloma innymi żołnierzami. Ta staje się prawdziwym koszmarem, szkołą przetrwania dla nich wszystkich. W Kapsztadzie mężczyzna poznaje Daphne, żonę jednego z agielskich kapitanów, która razem ze swoją przyjaciółką gości przybyłych wojskowych, dając im kilka chwil radości i zapomnienia o tym, co przeżyli i o tym, co jeszcze przed nimi. James zakochuje się z wzajemnością w Daphne i spędza z nią po kryjomu upojne chwile w domku przy plaży. Mimo iż musi zostawić ukochaną i stawić się na statku, zamierza do niej wrócić po zakończeniu wojny, a przez ten czas towarzyszyć mu będzie [m]arzenie o szczęściu. Będzie tulił je w głowie i nie myślał o niczym innym, tylko o tym, póki nie skończy się ta cholerna wojna. Pobyt w Indiach jest dla Jamesa męczarnią – to ciągłe trwanie i zmaganie się ze sobą, trudności z zaaklimatyzowaniu się i myśli o ukochanej zmieniają go. Po powrocie do ojczyzny Reid nie jest już taki sam jak kiedyś: nie żyje własnym życiem, wciąż myśli o dziewczynie z Kapsztadu, widać jego cierpienie gołym okiem. Żeni się z Helen, dobrą dziewczyną ze wsi, od początku będąc z nią szczerym - wyjawia jej swoją tajemnicę sprzed lat, co niesie za sobą pewne konsekwencje... Cechą tego opowiadania jest dobrze zarysowany kontekst polityczny – młodzi żyjący z obciążeniami pierwszej wojny światowej, mają swoje marzenia i plany, których nie mają szans zrealizować w okrutnym czasie rozpoczynającej się właśnie kolejnej wojny…

Nierówności klasowe i rasowe, związki, które niszczą zamiast przynosić szczęście, a przede wszystkim człowiek, jego rozterki i miłość, która z różnych przyczyn nie może się ziścić – oto tematy całego zbioru opowiadań „Dwie kobiety”. Historie Doris Lessing są prawdziwe do bólu. Autorka powoli, spokojnie prowadzi swoich bohaterów. To sprawia, że nie ma tu wartkiej akcji, a często panuje cisza przed burzą. Jako przykład niech posłuży opowiadanie „Dwie kobiety”: Senna, pełna zadowolenia scena. Przy innych stolikach w cieniu wysokich drzew odpoczywali podobnie szczęśliwi ludzie. Ledwie kilka metrów niżej pluskało, wzdychało i szumiało morze, a wokół słychać było ciche, rozleniwione głosy – niby nic się nie dzieje, wszędzie panuje atmosfera błogości i obfitości, a przecież scena w restauracji kipi od emocji, w której ludzkie uczucia aż buzują. Każde zdanie Brytyjki jest obciążone tak wielkim ładunkiem emocjonalnym, że trudno je udźwignąć. Historie tej autorki tkwią w nas na długo i ciężko przejść nad nim do porządku dziennego. Niewielkim nakładem doskonale dobranych słów (a może wręcz lakonicznym stylem) Lessing tworzy niezwykle poruszające opowieści, z których bohaterami, czytelnik może się identyfikować. Tu nie ma gotowych odpowiedzi, te czytelnik musi znaleźć sam.
Na koniec muszę wspomnieć o przepięknej szacie graficznej książki: twarda oprawa, stonowany, lecz bardzo pasujący do całości wizerunek dwóch identycznych wręcz kobiet z dziećmi na rękach. Bo „Dwie kobiety” to rzecz o kobietach właśnie i chyba szczególnie przeznaczona dla pań, które prozę Doris Lessing czują same sobą. Polecam gorąco!


Cytaty za: Dwie kobiety, Doris Lessing, Wielka Litera, Warszawa 2013.

Ocena 6-/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera



piątek, 10 maja 2013

Księżyc zapomniał - Jimmy Liao

Jimmy Liao to już nie jest obco brzmiące imię i nazwisko tajwańskiego pisarza i ilustratora. To jest marka. Książka sygnowana przez niego musi być dobra. Nie, nie tylko dobra, ale nawet bardzo dobra, mądra, zjawiskowa, ponadczasowa. Moje słowa potwierdzają publikacje tegoż autora, jak choćby "Dźwięki kolorów" czy „Księżyc zapomniał”. Obie ukazały się w Polsce w zeszłym roku nakładem łódzkiej Officyny. To istne arcydzieła. Dziś przyjrzyjmy się temu drugiemu z bliska.

Kiedy usiadłam z tą książką z dwójką moich dzieci, od razu zaintrygował je tytuł: „Jak to księżyc zapomniał? O czym?” Kolejne pytanie: „Dlaczego są w niej strony, na których nie ma tekstu?!?” Szok. Bez wątpienia jest to lektura inna niż te, które wysypują się z większości dziecięcych biblioteczek. Z jednej strony króluje w niej bogactwo kolorów, bajkowe, dynamiczne ilustracje; z drugiej czerń kartek zapełniono białymi napisami, zapowiadającymi mrok, tajemnicę, a może i nieszczęście. Sam temat zdaje się być banalny: księżyc zamiast na niebie, ląduje na ziemi. Wpada do stawu na pięknej łące. Tam znajduje go mały chłopiec, który zabierając go do swojego domu, otacza go opieką, sympatią i miłością, dając mu szansę na ponowne odrodzenie. Bo ów zagubiony księżyc dopiero za sprawą przyjaźni chłopca, zaczyna w siebie wierzyć, przypomina sobie, do czego jest powołany i ostatecznie znajduje swoje miejsce we wszechświecie, sprawiając, że razem z nim cały świat wraca na właściwe tory...

Niby zwyczajna opowiastka, może nawet z morałem jakich wiele, ale coś sprawia, że wcale nie jest ani szablonowa, ani banalna. Przede wszystkim „Księżyc zapomniał” nie jest adresowany jedynie do dzieci, choćby ze względu na bogactwo znaczeń i ilustracje, które aż kipią mnogością motywów i dają starszym czytelnikom możliwość uruchomienia wyobraźni. Ponadto książka ta pobudza do refleksji, skłania do podejmowania trudnych rozmów z dziećmi, rozwija fantazję milusińskich. Dzieci chętnie ją czytają, za każdym razem szukają nowych rozwiązań, a sama lektura staje się wspólną burzą mózgów, próbą zrozumienia świata bez księżyca i jego samego oraz szansą na spędzenie kilkunastu minut w bliskim kontakcie rodzic-dziecko, a nie na zwykłym, nudnawym odczycie. Z pomocą dorosłego czytelnika dzieciaki chętnie rozkładają tę książkę na czynniki pierwsze, bo jest ona niczym piękny wiersz, w którym podczas kolejnego czytania znajduje się coś nowego, jakąś odkrywczą wskazówkę, drobiazg, który wcześniej umknął. Czytelnik na równi z bohaterami Liao odczuwa ich strach, niepokój, zdumienie i radość (może to za przyczyną zwyczajnych wydarzeń, które niespodziewanie stają się magiczne).
Wszystkie teksty są krótkie, nie zakłócają odbioru całości, będąc jakby skromnym uzupełnieniem ilustracji. Jest melancholijnie, poetycko i nastrojowo, a jednocześnie tak naturalnie jakby autor (zgodnie ze starą prawdą: „Los książki zależy od pojemności czytelnika”) pozostawiał czytelnikowi dwie drogi do wyboru: drążysz temat, albo zostajesz jedynie przy warstwie podstawowej/słownej/obrazkowej.
„Księżyc zapomniał” ma jeszcze jedną zaletę – jest zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną, bo podejmuje tematy, ważne dla każdego człowieka: ukazuje siłę przyjaźni, trudności w komunikacji na linii rodzic-dziecko (rodzice chłopca będącego przyjacielem księżyca nie rozumieją dziecka, są jakby obok, nie zauważając, co się z nim dzieje, jakie ma problemy, itp.), kłopoty małżeńskie rodziców (ojciec jest nieobecny, powtarza utarte slogany, a samotna matka cicho płacze w swoim pokoju), brak akceptacji wśród dzieci (chłopiec traci wcześniejsze przyjaźnie, rówieśnicy stronią od niego, bo go nie rozumieją, jest inny niż one, ma chociażby inny księżyc i śpi na lekcjach).

„Księżyc zapomniał” jest książką wyjątkową i niepowtarzalną. Połączenie uniwersalnych ilustracji Jimmiego Liao i jego mądrych tekstów sprawia, iż może on bez wątpienia konkurować z „Małym księciem” i nie jest na straconej pozycji. Polecam Wam tę pozycję, to absolutnie nowa jakość na naszym rynku, przeznaczona nie tylko dla dzieci.

PS Jeśli ktoś ma ochotę 'podejrzeć' "Księżyc zapomniał", zapraszam na stronę Officyny - KLIK, albo zapragnął przeczytać moją recenzję "Dźwięków kolorów", to zapraszam tutaj KLIK

Cytaty za: Księżyc zapomniał, Jimmy Liao, Officyna 2012.

Ocena 6+/6 -- brak skali po prostu!!!

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję łódzkiemu Wydawnictwu Officyna :-)


poniedziałek, 6 maja 2013

Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu - Jacek Dehnel

33-letni Jacek Dehnel - gdańszczanin, malarz, pisarz, poeta, tłumacz. Niezwykle obiecujący, odważny i oryginalny twórca, który wyróżnia się swym strojem, piękną polszczyzną, rozległą wiedzą, licznymi talentami i poziomem prac literackich ochoczo tłumaczonych na języki obce. Jego najnowsza publikacja „Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu” jest zbiorem felietonów, które ukazywały się na stronach Wirtualnej Polski. Dla jednych będzie to ‘odgrzewany kotlet’ (co nie znaczy, że mniej smakowity), zaś dla innych stanie się świetną okazją, by poznać autora w roli felietonisty i sprawdzić, jak sobie radzi z krótszą formą.

Jacek Dehnel podejmuje w swej najnowszej książce wiele tematów. Przedstawia je nie z punktu widzenia krytyka, ale czytelnika, który chce się od czasu do czasu podzielić kilkoma nieprofesjonalnymi uwagami o książkach, które przeczytał. Tematyka tychże jest zróżnicowana. Najpierw należy przecież mieć pomysł, by coś napisać, a że pisarze dość często zapadają na chorobę zwaną ‘szukaniem tematu’, to i posiedzieć muszą długo (podobno pisanie to przede wszystkim siedzenie, a że Dehnel literatem jest, to chyba wie, o czym mówi). Dobrze jest mieć przy okazji natchnienie, będące rzekomo efektem dobrze działającej wyobraźni, no i nie zapomnieć, że dla pisarza urodzić się w polszczyźnie, czyli języku Kochanowskiego, Schulza, Mickiewicza i Gombrowicza, Miłosza i tylu innych wspaniałych cudotwórców od literatury, to wielka wygrana. Pisarz bowiem rodzi się nie w kraju, ale w języku (…). Ważne jest to, jakim (gatunkowo) językiem napisany jest dany tekst. Autora „Młodszego księgowego” wciąż [i]nteresuje (…) żywotnie to, co się dzieje z polszczyzną – po pierwsze dlatego, że jest to materiał, w którym pracuj[e] (…), a po drugie dlatego, że jest to otaczająca [go] stale część wspólnej przestrzeni (…). I to widać. Pan Jacek posługuje się naprawdę piękną, godną pozazdroszczenia polszczyzną, a jego teksty czyta się z wielką przyjemnością. To nie powinno dziwić, skoro czytanie było dla niego czymś oczywistym, a nawet zaraźliwym, gdyż urodził się w domu, w którym książki były wciąż obecne, a lektury szkolne stanowiły jedynie ‘mało znaczący odprysk’: Spędzanie czasu w towarzystwie naprawdę bliskich osób zawsze wiązało się w mojej wyobraźni z czytaniem sobie nawzajem urywków z gazet i książek. Czy można sobie wyobrazić doskonalszy obraz rodzinnego, związkowego czy przyjacielskiego życia niż półleżenie w dwóch sąsiednich fotelach (z obowiązkową herbatą) w kojącym milczeniu, przerywanym z rzadka cytatami zabawnymi lub pożytecznymi? Fakt - nie można. Będąc świadomym, odważnym i pracowitym literatem ma świadomość tego, że [p]isarze to podsłuchiwacze i podglądacze, w ogóle – świnie: uszu nadstawiają, zaglądają gdzie nie trzeba, przetrząsają cudze szuflady i twarde dyski – wszystko po to, by żeby dowiedzieć się, co człowiek ma w środku. Bo to, co człowiek ma w środku, jest głównym tematem literatury. Ale nie tylko. Widać to doskonale za sprawą tzw. literatury posmoleńskiej (choćby na przykładzie Wojciecha Wencla) czy literatury Holocaustu (patrz: oszust Benjamin Wilkomirski alias Bruno Grosjean). Dehnel przypomina także swoim czytelnikom o słowach posłanki Pawłowskiej dotyczących wierszy Szymborskiej i jej samej, o wrażeniach dotyczących czytanych wierszy Miłosza (przy okazji napomknę jedynie, że o Dehnelu mówi się, że jest on tym ostatnim, któremu Miłosz udzielił namaszczenia), a także o rodzinie Grzeszczyków, która sama tworzy i wydaje swoje ‘dzieła’, na których póki co nikt się nie poznał, co młodego pisarza i jego czytelników wcale nie dziwi. Faktem jest, że żaden tekst napisany przez człowieka nie istnieje w oderwaniu od pozostałych; nie tylko nikt z nas, ale i żaden utwór nie jest samotną wyspą. Rośnie w wyobraźni, która jest pełna innych słów, cudzych zdań i historii. Tak więc różnorodne przeczytane gdzieś fragmenty odsyłają nas do zupełnie innego miejsca w innym dziele, do innych ludzi i zdarzeń i tak wciąż od nowa... Dlatego też tak bardzo boli go, że książka stała się obecnie czymś pomiędzy pigułką nasenną a kąpielą z bąbelkami o aromacie cytrusowym, która ‘odpręży, uśpi, zrelaksuje’, a zdaje się, że nie taka jest jej rola. I choć [l]os książek zależy od pojemności czytelnika, to pisarza trwoży fakt, że [n]a [jego] oczach powszechnie zanika w Polsce świadomość, że literatura to również narzędzie pracy – i nie chodzi m[u] tutaj o pisarzy, redaktorów, krytyków, ale o czytelników właśnie. Że książka służy do pracy nad samym sobą: intelektualnego rozwoju, poszerzania horyzontów. Zamiast tego [l]iteratura coraz bardziej postrzegana jest jako elitarne hobby, coś w rodzaju elitarnej fiksacji, stojącej w jednym rzędzie z filatelistyką i kręglami. Niektórzy jeżdżą na łyżwach, inni czytają. W obliczu marnych statystyk dotyczących czytelnictwa w Polsce martwi go również fakt, iż po naszym pokoleniu może nie zostać prawie nic: Esemesy i mejle przepadną w eterze (…) i raczej nikt nie będzie wydawał E-mailów zebranych X do Y albo Pełnej korespondencji esemesowej Z i Ż. Bolesne to stwierdzenie, ale prawdziwe, niestety. Dehnel przyznaje także otwarcie, iż bliższe są mu książki papierowe niż elektroniczne: Jeśli zatem słyszę po raz kolejny, że 'czas książki dobiega końca', że nowoczesne nośniki, że na jednym pendrivie zmieści się cała biblioteka, macham na to ręką. Bez względu na wszystkie wygody technologii nic nie zastąpi radości z przewracania kolejnych stron, szukania zakładki, znajdowania w tomiku, przyniesionym właśnie z antykwariatu, karteczki z napisem 'zadzwonić do Lucyny' albo czyjegoś włosa, starannie zwiniętego i włożonego między kartki, jakby miał powiedzieć nam, właśnie nam, coś znacznie ważniejszego niż sama książka. Autor jawi się nam także jako bibliofil, który nie potrafi wyrzucić książki, co wynika nie z przywiązania, ale z wyniesionego z domu przekonania, że książek się nie wyrzuca. Dlatego część z tych niechcianych wystawia na Allegro, a część oddaje na FB. Przy okazji zastanawia się, co książka mówi o właścicielu: Każdy posiadacz pokaźnej domowej biblioteki ma swoje egzemplarze z ‘historią’. Otrzymane w prezencie, odziedziczone, kupione w antykwariacie, znalezione na śmietniku. Widać po nich, z jakiego domu pochodzą, jak się z nimi obchodzono, gdzie trzymano – jedne mają pozaginane rogi i zaplamione strony, inne czuć papierosowym dymem, jeszcze inne należały do pedantów, którzy rozginali książkę tylko na czterdzieści pięć stopni, tyle, żeby było widać druk, ale żeby nie zdefasonować grzbietu; zachowywali obwoluty w nienagannym stanie i wklejali bardzo eleganckie ekslibrisy. Ja należę do tej ostatniej grupy – jestem pedantką jeśli chodzi o książki, tylko ekslibrisów nie wklejam. Z racji tego, iż właśnie jestem chora z radością przeczytałam niezwykle intrygujący felieton, w którym jego autor zastanawia się, czemu ludzie tak chętnie sięgają po lekturę podczas niedyspozycji. To bardzo ciekawe zagadnienie, sama zaczęłam się zastanawiać, co czytam, kiedy leżę chora w łóżku: Może to wysoka temperatura sprawia, że czytanie w chorobie jest tak zmysłowe, intensywne? Podgrzane zwoje mózgowe, jak gorące wałki drukarki, utrwalają toner słów i obrazów, a halucynacje i niespokojne sny rozbudowują fabułę w nieoczekiwanych kierunkach. Być może kiedyś amerykańscy naukowcy i tym zagadnieniem się zajmą. A może już się zajęli? Kto wie, ja póki co czytam dalej leżąc z gorączką...

„Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu” to zbiór naprawdę ciekawych tekstów, w których bez wątpienia każdy znajdzie coś dla siebie. Mnie najbardziej przypadł do gustu felieton o 1. listopada Mocniejszy jestem: więcej przynieście mi zniczy oraz o wystawie dokumentującej śmierć i pogrzeb Wyspiańskiego. Urzekły mnie wspomnienia Dehnela z dzieciństwa i wczesnej młodości, kiedy wspominał swoje polonistki i przyznawał się do zamiłowania do albumów (zwłaszcza tych dotyczących sztuki), które oglądał jako dziecko w swoim domu rodzinnym (swoją drogą, musiał to być prawdziwy raj dla miłośników sztuki). Przeszkadzały mi jedynie wtrącenia dotyczące polityki, bo jestem tego samego zdania co Hannah Arendt Im mniej polityki, tym więcej wolności. Nawet w literaturze. A może przede wszystkim w niej? Tak czy owak polecam Wam „Młodszego księgowego”, spędziłam w jego towarzystwie naprawdę przyjemne chwile.

Cytaty za: Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu, Jacek Dehnel, W.A.B., Warszawa 2013.

Ocena 5/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B.


niedziela, 28 kwietnia 2013

Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Na wszelki wypadek napomknę jedynie, że jest ona absolwentką Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST i autorką bestsellerowej trzytomowej sagi „Cukiernia Pod Amorem”. Oczywiście napisała wiele więcej i ma na swoim koncie również sukcesy z innej ‘branży’, ale nie ma tu miejsca, by o nich mówić. To, co mnie przekonuje w książkach, które wyszły spod jej pióra, to świadomość, ile pracy włożyła w przygotowanie danej pozycji, ile godzin musiała spędzić nad zgromadzonym materiałem, przez jak wiele literatury przebrnęła, by uzyskać (rewelacyjny) efekt końcowy. Jej najnowsza książka – „Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich” jest tego doskonałym przykładem. Łącząc wiedzę i informacje o Paryżu z czasów La Belle Époque z różnych źródeł, stworzyła powieść, której bohaterowie są niezwykle wiarygodni, tematyka ciekawa, realia historyczne wzorcowo nakreślone, a całość wypada bardzo przekonująco, zachęcająco, wręcz bez zarzutu.

Akcja toczy się dwutorowo – w Paryżu w dziewiętnastym wieku i w Polsce - w dwudziestym pierwszym. Głównymi bohaterkami są piękne i silne kobiety. I tak odpowiednio – Róża z Wolskich jest początkowo kilkuletnią niemową, ‘zasmarkaną Poleczką’, a z czasem staje się cenioną malarką i portrecistką; zaś Nina jest młodą historyczką sztuki z Warszawy. Co je łączy? Bez wątpienia apodyktyczne, zaborcze matki, z zacięciem tępiące ich przyjaciół i ewentualnych partnerów, niczym nie wykazujące zainteresowaniami pasjami córek oschłe matrony. Wiążą je także obrazy, które Róża namalowała w Paryżu, a które teraz, za czasów Niny, wiele lat po śmierci malarki, rzekomo giną w tajemniczych okolicznościach...

Róża - [b]yło w niej coś nieoczekiwanego. Jakaś świeżość, niewinność, która raz po raz różowiła jej policzki uroczym rumieńcem. Przyjeżdża do Paryża z matką, Krystyną Wolską, do wuja Izydora Ziółkowskiego, by leczyć się u najlepszych specjalistów. W kraju nikt nie wie jak sprawić, by dziewczynka zaczęła mówić po tym, jak straciła tę umiejętność. ‘Miasto świateł’ ma być lekiem na całe zło tego niesprawiedliwego świata, w jakim przyszło żyć pięknym damom. Niestety, po niespodziewanej śmierci wuja, kobiety żyją jak żebraczki, wyprzedają wszystko, co mają, by przeżyć. Kiedy ubóstwo miesza się z chorobą, smutkiem i brakiem nadziei, z odrętwienia wyrywa Różę spotkanie z księciem Rogerem de Vallenrodem, w którym panienka Wolska szybko się zakochuje (Być przy nim, patrzeć nań, słuchać go – oto jedyne, czego oczekiwała. Starając się nie myśleć o nieuchronnym rozstaniu, zachłystywała się wzajemną bliskością, tak nieoczekiwaną i tak słodką). Ów mężczyzna będzie dla młodej Polki źródłem wielkich marzeń, namiętności i pasji, ale i rozczarowania i smutku…

Nina nie żyje w biedzie i nie cierpi na żadną chorobę, która wymagałaby odpowiedniej kuracji za granicą. Jej życie to praca na uczelni, spełnianie próśb matki i załatwianie za nią różnych spraw. Przez przypadek kobieta natrafia na obraz Róży z Wolskich w Gutowie (Jak to się dzieje, że patrzę na tych wszystkich ludzi i zazdroszczę im tego miasteczka, tego rynku, tej cukierni? Że wydaje mi się to wszystko takie urocze, swojskie, bezpieczne i bliskie?), co uruchamia kolejne intrygujące wydarzenia...

Obok Róży i Niny bohaterem „Podróży do miasta świateł” jest także tytułowe miasto – Paryż. Autorka skrupulatnie przedstawiając go, dała nam szansę odbyć spacer po dziewiętnastowiecznej metropolii, licznie odwiedzanej przez turystów i otwierające się na nowoczesność. Wraz z nim udało jej się ukazać czytelnikowi świetnie odmalowany obraz epoki, tego, czym wtedy żyli ludzie i jakie ta stolica mody potrafiła wywrzeć wrażenie na przybyszach: ’Miasto świateł’ zachwycało (…) na tysiąc różnych sposobów i z pewnością żadne inne miejsce na świecie nie mogło konkurować z Paryżem, który po zmroku robił jeszcze większe wrażenie niż za dnia, kiedy zadziwiał i przerażał ogromem budynków, hałasem czynionym przez powozy oraz pieszych na bulwarach, zachwycał pięknem kościołów, mnogością pałaców, szerokością ulic, urokiem parków, szokował liczbą teatrów, restauracji, pasaży czy pawilonów wzniesionych specjalnie na wystawę światową. Brzmi zachęcająco, prawda?

Najnowsza powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk jest moim zdaniem lepsza niż „Cukiernia Pod Amorem” (być może ze względu na to, że koncentruje się ona zdecydowanie na jednej/dwóch postaciach). Róża jest niezwykle dopracowaną bohaterką. Autorce udało się doskonale oddać jej uczucia i obawy, zamiłowanie do sztuki, wszelkie namiętności i emancypację. Zadawane przez nią ważkie pytania (Dlaczego małżeństwo to niby jedyna droga dla kobiety? Dlaczego malarstwo to męski świat?), bunt przeciw traktowaniu kobiet jako przedmiotów wymiany handlowej czy siła z jaką chłonęła informacje dotyczące sztuki malarskiej czy dostępne jej książki, m.in. George Sand (Róża oglądała rysunki w książkach, wodząc po nich palcem, jakby chciała zapamiętać kształty. Potem zamykała oczy i wyobrażała je sobie, starając się przywołać w pamięci jak najwięcej szczegółów. (…) Póki więc było widno, czytała książki w zapamiętaniu, niepomna na dojmujący chłód i marznące dłonie. Po kilku dniach znała już wszystkie niemal na pamięć.), zaintrygowały mnie. Należy wspomnieć także o tym, że „Podróż…” jest powieścią o sztuce i jej twórcach, o tym, że wymaga ona wyrzeczeń, a każdy artysta musi się kierować egoizmem, zaś jej uprawianie (…) to najwyższy stopień wolności. Stwarzasz świat takim, jakim chciałabyś, aby był. Nikt nie narzuca ci reguł, jesteś swoim własnym bogiem. Dla niektórych to tak ważne, że w oczekiwaniu sukcesu gotowi są przez całe lata przymierać głodem. Żeby nie przedłużać napiszę jedynie jedno zdanie: warto było czekać na „Podróż…”, by teraz trzymać w rękach kawałek dobrej polskiej prozy, której reklama, piękne słówka, czy lukrowane opinie wcale nie są potrzebne, bo obroni się sama. Polecam.

Cytaty za: Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich, Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Nasza Księgarnia, Warszawa 2012.

Ocena 6/6

Tę książkę oraz mnóstwo innych znajdziecie w przyjaznej swoim klientom Księgarni Gandalf :-) Polecam gorąco!


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Niezwykła wędrówka Harolda Fry - Rachel Joyce

87 dni wędrówki i 627 mil drogi. List, który wszystko zmienił. Walka z samym sobą, wiara i ufność w sukces. Ból, zniechęcenie i przeszłość, która boli. Spotkanie. Przemiana. Zwycięstwo. Oto „Niezwykła wędrówka Harolda Fry” Rachel Joyce w pigułce. Powieść ta ukazała się w serii ‘Dobre strony’ nakładem Wydawnictwa Znak, która z założenia ma promować pozycje o miłości, przyjaźni i nadziei, nie będąc przy tym przesłodzonym, męczącym czytadłem dla naiwnych. Udało się – książka tej zdolnej Brytyjki, pisana w ogrodzie przed świtem w okresie choroby nowotworowej jej ojca, zawiera wszystkie te komponenty. Według The Times „Niezwykła wędrówka” jest książką roku 2012. Nominowano ją także do prestiżowej nagrody Man Book Prize, a ja nie mam żadnych wątpliwości, że zachwyci wielu czytelników również w naszym kraju.

Harold i Maureen Fry są małżeństwem od 45 lat. Niestety, w ich związku króluje cisza i dystans – przez wiele lat żyli w świecie, w którym słowa nie miały znaczenia. Wystarczyło, że [Maureen] na niego spojrzała, a już uciekała w przeszłość. Małżonkowie mieli osobne sypialnie, rzadko ze sobą rozmawiali, stali się sobie niemalże obcy. Podczas gdy Maureen była dość energiczną, zaradną panią domu, Harold Fry był wysokim mężczyzną, który szedł przez życie przygarbiony, jakby się obawiał, że w każdej chwili coś może znienacka nadlecieć i uderzyć go w głowę. Przez lata pracował jako przedstawiciel handlowy. Nie miał kolegów ani przyjaciół i zawsze czuł się nieswojo wśród obcych ludzi. Nie lubił też zwracać na siebie uwagi i miał problemy z wyrażaniem swoich uczuć. Teraz, będąc na emeryturze jest jeszcze bardziej samotny. Pewnego dnia pozorny spokój, w jakim żyje zostaje zburzony za sprawą listu od dawnej przyjaciółki, Queenie Hennessy, która pragnie się pożegnać, umierając w hospicjum w Berwick. Harold początkowo chciał wysłać jej jedynie list, w którym skreślił kilka niezgrabnych czy raczej nieodpowiednich zdań, ale w drodze na pocztę doszedł do wniosku, że to za mało, bo zbyt wiele zawdzięcza tej niezwykłej kobiecie. Zadzwonił więc do hospicjum i zwrócił się z prośbą do swojej rozmówczyni: Proszę powiedzieć [Quennie], że Harold Fry jest w drodze. Wystarczy, że będzie czekać. Ponieważ mam zamiar ją uratować, rozumie pani. Ja będę maszerował, a ona musi żyć. I tak zaczęła się wędrówka starego człowieka, który nie chodził na piesze wycieczki (nie mówiąc już o pielgrzymkach!), będąca dla niego ogromnym wyzwaniem, ale i szansą na udowodnienie sobie i innym, ile naprawdę jest wart. W drodze mężczyzna analizował swoją przeszłość i dostrzegał bogactwo nowego życia (pączki na drzewach, chmury forsycji, itd.), przyprawiające go o zawrót głowy: Musiał być tak pogrążony w codziennych sprawach, skupiony na tym, by dotrzeć na czas do celu, że krajobraz za oknem był tylko pasmem zieleni z pagórkiem w tle. Życie wyglądało zupełnie inaczej, kiedy szło się wzdłuż żywopłotów i drzew, między którymi było widać wznoszący się i opadający teren z szachownicami pól i plamami lasów. Musiał się zatrzymać, by popatrzeć. Fry dość szybko zrozumiał, że jego wyprawa, będąca pokutą za grzechy, miała na celu również zaakceptowanie odmienności innych. Jako wędrowiec znajdował się w miejscu, gdzie wszystko, nie tylko przestrzeń, było otwarte. Ludzie mogli mówić, o czym chcieli, a on ich słuchał, by później zabrać jakąś część tego z sobą. Po początkowej euforii dopadło go zwątpienie, czy jego wędrówka ma sens, jak poradzić sobie z ogromnym zmęczeniem i bólem stóp, zmienną pogodą i trudnymi warunkami. Ratunkiem była wiara w sukces i dobroć bliźnich: Harold był tak zmęczony, że ledwie powłóczył nogami, a jednak czuł taką nadzieję, że aż był nią oszołomiony. Był pewien, że dotrze do Berwick, jeśli będzie patrzył na rzeczy, które go przerastały. I choć nie sprawdził się jako mąż, ojciec ani przyjaciel. Nie sprawdził się nawet jako syn. Nie chodziło tylko o to, że zdradził Queenie i że rodzice go nie chcieli. Nawet nie o to, że zepsuł swoje relacje z żoną i synem. Dręczyło go raczej to, że przeszedł przez życie, nie zostawiając śladu. Nic nie znaczył, to miał ufność w coś, czego nie znał, dążył do tego i posiadał głęboką wiarę, że to właśnie on może coś zmienić, wreszcie coś osiągnąć, stać się kimś…

Nie myślcie, że „Niezwykła wędrówka Harolda Fry” to poradnik dla traperów czy osób lubiących wyzwania. To raczej filozoficzna powiastka dokumentująca, iż początek może się zdarzyć więcej niż raz i na różne sposoby. To opowieść, która sprawia, że nie tracimy elementarnej wiary w człowieka, w jego dobro i chęć pomocy, bo nikt nie jest taki straszny, kiedy zatrzymasz się i go wysłuchasz. Rachel Joyce napisała niesamowicie wciągającą, ciepłą książkę, w którą od pierwszych słów wchodzimy z wielkim zainteresowaniem i w której chcemy aktywnie uczestniczyć. Daje ona nam, czytelnikom, nadzieję, że nigdy nie jest za późno, by zmienić swój los, a przy okazji także życie innych. Ukazuje, iż nie wolno tracić ufności w to, że warto walczyć z przeciwnościami losu i własnymi słabościami, bo można tę walkę wygrać. Bo spotykając innych ludzi i mijając różnorodne miejsca, kolekcjonujemy je niczym cenne pamiątki i to nas ubogaca. Bo tak naprawdę można czuć się szczęśliwym mając tylko tyle, ile jest ziemi pod stopami. Bo gdy wydaje nam się, że nie mamy już nic, na niebie pojawia się tęcza…

Cytaty za: Niezwykła wędrówka Harolda Fry, Rachel Joyce, Znak, Kraków 2013.

Ocena: 5+/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem Marsz (dla) życia