piątek, 10 maja 2013

Księżyc zapomniał - Jimmy Liao

Jimmy Liao to już nie jest obco brzmiące imię i nazwisko tajwańskiego pisarza i ilustratora. To jest marka. Książka sygnowana przez niego musi być dobra. Nie, nie tylko dobra, ale nawet bardzo dobra, mądra, zjawiskowa, ponadczasowa. Moje słowa potwierdzają publikacje tegoż autora, jak choćby "Dźwięki kolorów" czy „Księżyc zapomniał”. Obie ukazały się w Polsce w zeszłym roku nakładem łódzkiej Officyny. To istne arcydzieła. Dziś przyjrzyjmy się temu drugiemu z bliska.

Kiedy usiadłam z tą książką z dwójką moich dzieci, od razu zaintrygował je tytuł: „Jak to księżyc zapomniał? O czym?” Kolejne pytanie: „Dlaczego są w niej strony, na których nie ma tekstu?!?” Szok. Bez wątpienia jest to lektura inna niż te, które wysypują się z większości dziecięcych biblioteczek. Z jednej strony króluje w niej bogactwo kolorów, bajkowe, dynamiczne ilustracje; z drugiej czerń kartek zapełniono białymi napisami, zapowiadającymi mrok, tajemnicę, a może i nieszczęście. Sam temat zdaje się być banalny: księżyc zamiast na niebie, ląduje na ziemi. Wpada do stawu na pięknej łące. Tam znajduje go mały chłopiec, który zabierając go do swojego domu, otacza go opieką, sympatią i miłością, dając mu szansę na ponowne odrodzenie. Bo ów zagubiony księżyc dopiero za sprawą przyjaźni chłopca, zaczyna w siebie wierzyć, przypomina sobie, do czego jest powołany i ostatecznie znajduje swoje miejsce we wszechświecie, sprawiając, że razem z nim cały świat wraca na właściwe tory...

Niby zwyczajna opowiastka, może nawet z morałem jakich wiele, ale coś sprawia, że wcale nie jest ani szablonowa, ani banalna. Przede wszystkim „Księżyc zapomniał” nie jest adresowany jedynie do dzieci, choćby ze względu na bogactwo znaczeń i ilustracje, które aż kipią mnogością motywów i dają starszym czytelnikom możliwość uruchomienia wyobraźni. Ponadto książka ta pobudza do refleksji, skłania do podejmowania trudnych rozmów z dziećmi, rozwija fantazję milusińskich. Dzieci chętnie ją czytają, za każdym razem szukają nowych rozwiązań, a sama lektura staje się wspólną burzą mózgów, próbą zrozumienia świata bez księżyca i jego samego oraz szansą na spędzenie kilkunastu minut w bliskim kontakcie rodzic-dziecko, a nie na zwykłym, nudnawym odczycie. Z pomocą dorosłego czytelnika dzieciaki chętnie rozkładają tę książkę na czynniki pierwsze, bo jest ona niczym piękny wiersz, w którym podczas kolejnego czytania znajduje się coś nowego, jakąś odkrywczą wskazówkę, drobiazg, który wcześniej umknął. Czytelnik na równi z bohaterami Liao odczuwa ich strach, niepokój, zdumienie i radość (może to za przyczyną zwyczajnych wydarzeń, które niespodziewanie stają się magiczne).
Wszystkie teksty są krótkie, nie zakłócają odbioru całości, będąc jakby skromnym uzupełnieniem ilustracji. Jest melancholijnie, poetycko i nastrojowo, a jednocześnie tak naturalnie jakby autor (zgodnie ze starą prawdą: „Los książki zależy od pojemności czytelnika”) pozostawiał czytelnikowi dwie drogi do wyboru: drążysz temat, albo zostajesz jedynie przy warstwie podstawowej/słownej/obrazkowej.
„Księżyc zapomniał” ma jeszcze jedną zaletę – jest zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną, bo podejmuje tematy, ważne dla każdego człowieka: ukazuje siłę przyjaźni, trudności w komunikacji na linii rodzic-dziecko (rodzice chłopca będącego przyjacielem księżyca nie rozumieją dziecka, są jakby obok, nie zauważając, co się z nim dzieje, jakie ma problemy, itp.), kłopoty małżeńskie rodziców (ojciec jest nieobecny, powtarza utarte slogany, a samotna matka cicho płacze w swoim pokoju), brak akceptacji wśród dzieci (chłopiec traci wcześniejsze przyjaźnie, rówieśnicy stronią od niego, bo go nie rozumieją, jest inny niż one, ma chociażby inny księżyc i śpi na lekcjach).

„Księżyc zapomniał” jest książką wyjątkową i niepowtarzalną. Połączenie uniwersalnych ilustracji Jimmiego Liao i jego mądrych tekstów sprawia, iż może on bez wątpienia konkurować z „Małym księciem” i nie jest na straconej pozycji. Polecam Wam tę pozycję, to absolutnie nowa jakość na naszym rynku, przeznaczona nie tylko dla dzieci.

PS Jeśli ktoś ma ochotę 'podejrzeć' "Księżyc zapomniał", zapraszam na stronę Officyny - KLIK, albo zapragnął przeczytać moją recenzję "Dźwięków kolorów", to zapraszam tutaj KLIK

Cytaty za: Księżyc zapomniał, Jimmy Liao, Officyna 2012.

Ocena 6+/6 -- brak skali po prostu!!!

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję łódzkiemu Wydawnictwu Officyna :-)


poniedziałek, 6 maja 2013

Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu - Jacek Dehnel

33-letni Jacek Dehnel - gdańszczanin, malarz, pisarz, poeta, tłumacz. Niezwykle obiecujący, odważny i oryginalny twórca, który wyróżnia się swym strojem, piękną polszczyzną, rozległą wiedzą, licznymi talentami i poziomem prac literackich ochoczo tłumaczonych na języki obce. Jego najnowsza publikacja „Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu” jest zbiorem felietonów, które ukazywały się na stronach Wirtualnej Polski. Dla jednych będzie to ‘odgrzewany kotlet’ (co nie znaczy, że mniej smakowity), zaś dla innych stanie się świetną okazją, by poznać autora w roli felietonisty i sprawdzić, jak sobie radzi z krótszą formą.

Jacek Dehnel podejmuje w swej najnowszej książce wiele tematów. Przedstawia je nie z punktu widzenia krytyka, ale czytelnika, który chce się od czasu do czasu podzielić kilkoma nieprofesjonalnymi uwagami o książkach, które przeczytał. Tematyka tychże jest zróżnicowana. Najpierw należy przecież mieć pomysł, by coś napisać, a że pisarze dość często zapadają na chorobę zwaną ‘szukaniem tematu’, to i posiedzieć muszą długo (podobno pisanie to przede wszystkim siedzenie, a że Dehnel literatem jest, to chyba wie, o czym mówi). Dobrze jest mieć przy okazji natchnienie, będące rzekomo efektem dobrze działającej wyobraźni, no i nie zapomnieć, że dla pisarza urodzić się w polszczyźnie, czyli języku Kochanowskiego, Schulza, Mickiewicza i Gombrowicza, Miłosza i tylu innych wspaniałych cudotwórców od literatury, to wielka wygrana. Pisarz bowiem rodzi się nie w kraju, ale w języku (…). Ważne jest to, jakim (gatunkowo) językiem napisany jest dany tekst. Autora „Młodszego księgowego” wciąż [i]nteresuje (…) żywotnie to, co się dzieje z polszczyzną – po pierwsze dlatego, że jest to materiał, w którym pracuj[e] (…), a po drugie dlatego, że jest to otaczająca [go] stale część wspólnej przestrzeni (…). I to widać. Pan Jacek posługuje się naprawdę piękną, godną pozazdroszczenia polszczyzną, a jego teksty czyta się z wielką przyjemnością. To nie powinno dziwić, skoro czytanie było dla niego czymś oczywistym, a nawet zaraźliwym, gdyż urodził się w domu, w którym książki były wciąż obecne, a lektury szkolne stanowiły jedynie ‘mało znaczący odprysk’: Spędzanie czasu w towarzystwie naprawdę bliskich osób zawsze wiązało się w mojej wyobraźni z czytaniem sobie nawzajem urywków z gazet i książek. Czy można sobie wyobrazić doskonalszy obraz rodzinnego, związkowego czy przyjacielskiego życia niż półleżenie w dwóch sąsiednich fotelach (z obowiązkową herbatą) w kojącym milczeniu, przerywanym z rzadka cytatami zabawnymi lub pożytecznymi? Fakt - nie można. Będąc świadomym, odważnym i pracowitym literatem ma świadomość tego, że [p]isarze to podsłuchiwacze i podglądacze, w ogóle – świnie: uszu nadstawiają, zaglądają gdzie nie trzeba, przetrząsają cudze szuflady i twarde dyski – wszystko po to, by żeby dowiedzieć się, co człowiek ma w środku. Bo to, co człowiek ma w środku, jest głównym tematem literatury. Ale nie tylko. Widać to doskonale za sprawą tzw. literatury posmoleńskiej (choćby na przykładzie Wojciecha Wencla) czy literatury Holocaustu (patrz: oszust Benjamin Wilkomirski alias Bruno Grosjean). Dehnel przypomina także swoim czytelnikom o słowach posłanki Pawłowskiej dotyczących wierszy Szymborskiej i jej samej, o wrażeniach dotyczących czytanych wierszy Miłosza (przy okazji napomknę jedynie, że o Dehnelu mówi się, że jest on tym ostatnim, któremu Miłosz udzielił namaszczenia), a także o rodzinie Grzeszczyków, która sama tworzy i wydaje swoje ‘dzieła’, na których póki co nikt się nie poznał, co młodego pisarza i jego czytelników wcale nie dziwi. Faktem jest, że żaden tekst napisany przez człowieka nie istnieje w oderwaniu od pozostałych; nie tylko nikt z nas, ale i żaden utwór nie jest samotną wyspą. Rośnie w wyobraźni, która jest pełna innych słów, cudzych zdań i historii. Tak więc różnorodne przeczytane gdzieś fragmenty odsyłają nas do zupełnie innego miejsca w innym dziele, do innych ludzi i zdarzeń i tak wciąż od nowa... Dlatego też tak bardzo boli go, że książka stała się obecnie czymś pomiędzy pigułką nasenną a kąpielą z bąbelkami o aromacie cytrusowym, która ‘odpręży, uśpi, zrelaksuje’, a zdaje się, że nie taka jest jej rola. I choć [l]os książek zależy od pojemności czytelnika, to pisarza trwoży fakt, że [n]a [jego] oczach powszechnie zanika w Polsce świadomość, że literatura to również narzędzie pracy – i nie chodzi m[u] tutaj o pisarzy, redaktorów, krytyków, ale o czytelników właśnie. Że książka służy do pracy nad samym sobą: intelektualnego rozwoju, poszerzania horyzontów. Zamiast tego [l]iteratura coraz bardziej postrzegana jest jako elitarne hobby, coś w rodzaju elitarnej fiksacji, stojącej w jednym rzędzie z filatelistyką i kręglami. Niektórzy jeżdżą na łyżwach, inni czytają. W obliczu marnych statystyk dotyczących czytelnictwa w Polsce martwi go również fakt, iż po naszym pokoleniu może nie zostać prawie nic: Esemesy i mejle przepadną w eterze (…) i raczej nikt nie będzie wydawał E-mailów zebranych X do Y albo Pełnej korespondencji esemesowej Z i Ż. Bolesne to stwierdzenie, ale prawdziwe, niestety. Dehnel przyznaje także otwarcie, iż bliższe są mu książki papierowe niż elektroniczne: Jeśli zatem słyszę po raz kolejny, że 'czas książki dobiega końca', że nowoczesne nośniki, że na jednym pendrivie zmieści się cała biblioteka, macham na to ręką. Bez względu na wszystkie wygody technologii nic nie zastąpi radości z przewracania kolejnych stron, szukania zakładki, znajdowania w tomiku, przyniesionym właśnie z antykwariatu, karteczki z napisem 'zadzwonić do Lucyny' albo czyjegoś włosa, starannie zwiniętego i włożonego między kartki, jakby miał powiedzieć nam, właśnie nam, coś znacznie ważniejszego niż sama książka. Autor jawi się nam także jako bibliofil, który nie potrafi wyrzucić książki, co wynika nie z przywiązania, ale z wyniesionego z domu przekonania, że książek się nie wyrzuca. Dlatego część z tych niechcianych wystawia na Allegro, a część oddaje na FB. Przy okazji zastanawia się, co książka mówi o właścicielu: Każdy posiadacz pokaźnej domowej biblioteki ma swoje egzemplarze z ‘historią’. Otrzymane w prezencie, odziedziczone, kupione w antykwariacie, znalezione na śmietniku. Widać po nich, z jakiego domu pochodzą, jak się z nimi obchodzono, gdzie trzymano – jedne mają pozaginane rogi i zaplamione strony, inne czuć papierosowym dymem, jeszcze inne należały do pedantów, którzy rozginali książkę tylko na czterdzieści pięć stopni, tyle, żeby było widać druk, ale żeby nie zdefasonować grzbietu; zachowywali obwoluty w nienagannym stanie i wklejali bardzo eleganckie ekslibrisy. Ja należę do tej ostatniej grupy – jestem pedantką jeśli chodzi o książki, tylko ekslibrisów nie wklejam. Z racji tego, iż właśnie jestem chora z radością przeczytałam niezwykle intrygujący felieton, w którym jego autor zastanawia się, czemu ludzie tak chętnie sięgają po lekturę podczas niedyspozycji. To bardzo ciekawe zagadnienie, sama zaczęłam się zastanawiać, co czytam, kiedy leżę chora w łóżku: Może to wysoka temperatura sprawia, że czytanie w chorobie jest tak zmysłowe, intensywne? Podgrzane zwoje mózgowe, jak gorące wałki drukarki, utrwalają toner słów i obrazów, a halucynacje i niespokojne sny rozbudowują fabułę w nieoczekiwanych kierunkach. Być może kiedyś amerykańscy naukowcy i tym zagadnieniem się zajmą. A może już się zajęli? Kto wie, ja póki co czytam dalej leżąc z gorączką...

„Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu” to zbiór naprawdę ciekawych tekstów, w których bez wątpienia każdy znajdzie coś dla siebie. Mnie najbardziej przypadł do gustu felieton o 1. listopada Mocniejszy jestem: więcej przynieście mi zniczy oraz o wystawie dokumentującej śmierć i pogrzeb Wyspiańskiego. Urzekły mnie wspomnienia Dehnela z dzieciństwa i wczesnej młodości, kiedy wspominał swoje polonistki i przyznawał się do zamiłowania do albumów (zwłaszcza tych dotyczących sztuki), które oglądał jako dziecko w swoim domu rodzinnym (swoją drogą, musiał to być prawdziwy raj dla miłośników sztuki). Przeszkadzały mi jedynie wtrącenia dotyczące polityki, bo jestem tego samego zdania co Hannah Arendt Im mniej polityki, tym więcej wolności. Nawet w literaturze. A może przede wszystkim w niej? Tak czy owak polecam Wam „Młodszego księgowego”, spędziłam w jego towarzystwie naprawdę przyjemne chwile.

Cytaty za: Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu, Jacek Dehnel, W.A.B., Warszawa 2013.

Ocena 5/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B.


niedziela, 28 kwietnia 2013

Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Na wszelki wypadek napomknę jedynie, że jest ona absolwentką Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST i autorką bestsellerowej trzytomowej sagi „Cukiernia Pod Amorem”. Oczywiście napisała wiele więcej i ma na swoim koncie również sukcesy z innej ‘branży’, ale nie ma tu miejsca, by o nich mówić. To, co mnie przekonuje w książkach, które wyszły spod jej pióra, to świadomość, ile pracy włożyła w przygotowanie danej pozycji, ile godzin musiała spędzić nad zgromadzonym materiałem, przez jak wiele literatury przebrnęła, by uzyskać (rewelacyjny) efekt końcowy. Jej najnowsza książka – „Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich” jest tego doskonałym przykładem. Łącząc wiedzę i informacje o Paryżu z czasów La Belle Époque z różnych źródeł, stworzyła powieść, której bohaterowie są niezwykle wiarygodni, tematyka ciekawa, realia historyczne wzorcowo nakreślone, a całość wypada bardzo przekonująco, zachęcająco, wręcz bez zarzutu.

Akcja toczy się dwutorowo – w Paryżu w dziewiętnastym wieku i w Polsce - w dwudziestym pierwszym. Głównymi bohaterkami są piękne i silne kobiety. I tak odpowiednio – Róża z Wolskich jest początkowo kilkuletnią niemową, ‘zasmarkaną Poleczką’, a z czasem staje się cenioną malarką i portrecistką; zaś Nina jest młodą historyczką sztuki z Warszawy. Co je łączy? Bez wątpienia apodyktyczne, zaborcze matki, z zacięciem tępiące ich przyjaciół i ewentualnych partnerów, niczym nie wykazujące zainteresowaniami pasjami córek oschłe matrony. Wiążą je także obrazy, które Róża namalowała w Paryżu, a które teraz, za czasów Niny, wiele lat po śmierci malarki, rzekomo giną w tajemniczych okolicznościach...

Róża - [b]yło w niej coś nieoczekiwanego. Jakaś świeżość, niewinność, która raz po raz różowiła jej policzki uroczym rumieńcem. Przyjeżdża do Paryża z matką, Krystyną Wolską, do wuja Izydora Ziółkowskiego, by leczyć się u najlepszych specjalistów. W kraju nikt nie wie jak sprawić, by dziewczynka zaczęła mówić po tym, jak straciła tę umiejętność. ‘Miasto świateł’ ma być lekiem na całe zło tego niesprawiedliwego świata, w jakim przyszło żyć pięknym damom. Niestety, po niespodziewanej śmierci wuja, kobiety żyją jak żebraczki, wyprzedają wszystko, co mają, by przeżyć. Kiedy ubóstwo miesza się z chorobą, smutkiem i brakiem nadziei, z odrętwienia wyrywa Różę spotkanie z księciem Rogerem de Vallenrodem, w którym panienka Wolska szybko się zakochuje (Być przy nim, patrzeć nań, słuchać go – oto jedyne, czego oczekiwała. Starając się nie myśleć o nieuchronnym rozstaniu, zachłystywała się wzajemną bliskością, tak nieoczekiwaną i tak słodką). Ów mężczyzna będzie dla młodej Polki źródłem wielkich marzeń, namiętności i pasji, ale i rozczarowania i smutku…

Nina nie żyje w biedzie i nie cierpi na żadną chorobę, która wymagałaby odpowiedniej kuracji za granicą. Jej życie to praca na uczelni, spełnianie próśb matki i załatwianie za nią różnych spraw. Przez przypadek kobieta natrafia na obraz Róży z Wolskich w Gutowie (Jak to się dzieje, że patrzę na tych wszystkich ludzi i zazdroszczę im tego miasteczka, tego rynku, tej cukierni? Że wydaje mi się to wszystko takie urocze, swojskie, bezpieczne i bliskie?), co uruchamia kolejne intrygujące wydarzenia...

Obok Róży i Niny bohaterem „Podróży do miasta świateł” jest także tytułowe miasto – Paryż. Autorka skrupulatnie przedstawiając go, dała nam szansę odbyć spacer po dziewiętnastowiecznej metropolii, licznie odwiedzanej przez turystów i otwierające się na nowoczesność. Wraz z nim udało jej się ukazać czytelnikowi świetnie odmalowany obraz epoki, tego, czym wtedy żyli ludzie i jakie ta stolica mody potrafiła wywrzeć wrażenie na przybyszach: ’Miasto świateł’ zachwycało (…) na tysiąc różnych sposobów i z pewnością żadne inne miejsce na świecie nie mogło konkurować z Paryżem, który po zmroku robił jeszcze większe wrażenie niż za dnia, kiedy zadziwiał i przerażał ogromem budynków, hałasem czynionym przez powozy oraz pieszych na bulwarach, zachwycał pięknem kościołów, mnogością pałaców, szerokością ulic, urokiem parków, szokował liczbą teatrów, restauracji, pasaży czy pawilonów wzniesionych specjalnie na wystawę światową. Brzmi zachęcająco, prawda?

Najnowsza powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk jest moim zdaniem lepsza niż „Cukiernia Pod Amorem” (być może ze względu na to, że koncentruje się ona zdecydowanie na jednej/dwóch postaciach). Róża jest niezwykle dopracowaną bohaterką. Autorce udało się doskonale oddać jej uczucia i obawy, zamiłowanie do sztuki, wszelkie namiętności i emancypację. Zadawane przez nią ważkie pytania (Dlaczego małżeństwo to niby jedyna droga dla kobiety? Dlaczego malarstwo to męski świat?), bunt przeciw traktowaniu kobiet jako przedmiotów wymiany handlowej czy siła z jaką chłonęła informacje dotyczące sztuki malarskiej czy dostępne jej książki, m.in. George Sand (Róża oglądała rysunki w książkach, wodząc po nich palcem, jakby chciała zapamiętać kształty. Potem zamykała oczy i wyobrażała je sobie, starając się przywołać w pamięci jak najwięcej szczegółów. (…) Póki więc było widno, czytała książki w zapamiętaniu, niepomna na dojmujący chłód i marznące dłonie. Po kilku dniach znała już wszystkie niemal na pamięć.), zaintrygowały mnie. Należy wspomnieć także o tym, że „Podróż…” jest powieścią o sztuce i jej twórcach, o tym, że wymaga ona wyrzeczeń, a każdy artysta musi się kierować egoizmem, zaś jej uprawianie (…) to najwyższy stopień wolności. Stwarzasz świat takim, jakim chciałabyś, aby był. Nikt nie narzuca ci reguł, jesteś swoim własnym bogiem. Dla niektórych to tak ważne, że w oczekiwaniu sukcesu gotowi są przez całe lata przymierać głodem. Żeby nie przedłużać napiszę jedynie jedno zdanie: warto było czekać na „Podróż…”, by teraz trzymać w rękach kawałek dobrej polskiej prozy, której reklama, piękne słówka, czy lukrowane opinie wcale nie są potrzebne, bo obroni się sama. Polecam.

Cytaty za: Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich, Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Nasza Księgarnia, Warszawa 2012.

Ocena 6/6

Tę książkę oraz mnóstwo innych znajdziecie w przyjaznej swoim klientom Księgarni Gandalf :-) Polecam gorąco!


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Niezwykła wędrówka Harolda Fry - Rachel Joyce

87 dni wędrówki i 627 mil drogi. List, który wszystko zmienił. Walka z samym sobą, wiara i ufność w sukces. Ból, zniechęcenie i przeszłość, która boli. Spotkanie. Przemiana. Zwycięstwo. Oto „Niezwykła wędrówka Harolda Fry” Rachel Joyce w pigułce. Powieść ta ukazała się w serii ‘Dobre strony’ nakładem Wydawnictwa Znak, która z założenia ma promować pozycje o miłości, przyjaźni i nadziei, nie będąc przy tym przesłodzonym, męczącym czytadłem dla naiwnych. Udało się – książka tej zdolnej Brytyjki, pisana w ogrodzie przed świtem w okresie choroby nowotworowej jej ojca, zawiera wszystkie te komponenty. Według The Times „Niezwykła wędrówka” jest książką roku 2012. Nominowano ją także do prestiżowej nagrody Man Book Prize, a ja nie mam żadnych wątpliwości, że zachwyci wielu czytelników również w naszym kraju.

Harold i Maureen Fry są małżeństwem od 45 lat. Niestety, w ich związku króluje cisza i dystans – przez wiele lat żyli w świecie, w którym słowa nie miały znaczenia. Wystarczyło, że [Maureen] na niego spojrzała, a już uciekała w przeszłość. Małżonkowie mieli osobne sypialnie, rzadko ze sobą rozmawiali, stali się sobie niemalże obcy. Podczas gdy Maureen była dość energiczną, zaradną panią domu, Harold Fry był wysokim mężczyzną, który szedł przez życie przygarbiony, jakby się obawiał, że w każdej chwili coś może znienacka nadlecieć i uderzyć go w głowę. Przez lata pracował jako przedstawiciel handlowy. Nie miał kolegów ani przyjaciół i zawsze czuł się nieswojo wśród obcych ludzi. Nie lubił też zwracać na siebie uwagi i miał problemy z wyrażaniem swoich uczuć. Teraz, będąc na emeryturze jest jeszcze bardziej samotny. Pewnego dnia pozorny spokój, w jakim żyje zostaje zburzony za sprawą listu od dawnej przyjaciółki, Queenie Hennessy, która pragnie się pożegnać, umierając w hospicjum w Berwick. Harold początkowo chciał wysłać jej jedynie list, w którym skreślił kilka niezgrabnych czy raczej nieodpowiednich zdań, ale w drodze na pocztę doszedł do wniosku, że to za mało, bo zbyt wiele zawdzięcza tej niezwykłej kobiecie. Zadzwonił więc do hospicjum i zwrócił się z prośbą do swojej rozmówczyni: Proszę powiedzieć [Quennie], że Harold Fry jest w drodze. Wystarczy, że będzie czekać. Ponieważ mam zamiar ją uratować, rozumie pani. Ja będę maszerował, a ona musi żyć. I tak zaczęła się wędrówka starego człowieka, który nie chodził na piesze wycieczki (nie mówiąc już o pielgrzymkach!), będąca dla niego ogromnym wyzwaniem, ale i szansą na udowodnienie sobie i innym, ile naprawdę jest wart. W drodze mężczyzna analizował swoją przeszłość i dostrzegał bogactwo nowego życia (pączki na drzewach, chmury forsycji, itd.), przyprawiające go o zawrót głowy: Musiał być tak pogrążony w codziennych sprawach, skupiony na tym, by dotrzeć na czas do celu, że krajobraz za oknem był tylko pasmem zieleni z pagórkiem w tle. Życie wyglądało zupełnie inaczej, kiedy szło się wzdłuż żywopłotów i drzew, między którymi było widać wznoszący się i opadający teren z szachownicami pól i plamami lasów. Musiał się zatrzymać, by popatrzeć. Fry dość szybko zrozumiał, że jego wyprawa, będąca pokutą za grzechy, miała na celu również zaakceptowanie odmienności innych. Jako wędrowiec znajdował się w miejscu, gdzie wszystko, nie tylko przestrzeń, było otwarte. Ludzie mogli mówić, o czym chcieli, a on ich słuchał, by później zabrać jakąś część tego z sobą. Po początkowej euforii dopadło go zwątpienie, czy jego wędrówka ma sens, jak poradzić sobie z ogromnym zmęczeniem i bólem stóp, zmienną pogodą i trudnymi warunkami. Ratunkiem była wiara w sukces i dobroć bliźnich: Harold był tak zmęczony, że ledwie powłóczył nogami, a jednak czuł taką nadzieję, że aż był nią oszołomiony. Był pewien, że dotrze do Berwick, jeśli będzie patrzył na rzeczy, które go przerastały. I choć nie sprawdził się jako mąż, ojciec ani przyjaciel. Nie sprawdził się nawet jako syn. Nie chodziło tylko o to, że zdradził Queenie i że rodzice go nie chcieli. Nawet nie o to, że zepsuł swoje relacje z żoną i synem. Dręczyło go raczej to, że przeszedł przez życie, nie zostawiając śladu. Nic nie znaczył, to miał ufność w coś, czego nie znał, dążył do tego i posiadał głęboką wiarę, że to właśnie on może coś zmienić, wreszcie coś osiągnąć, stać się kimś…

Nie myślcie, że „Niezwykła wędrówka Harolda Fry” to poradnik dla traperów czy osób lubiących wyzwania. To raczej filozoficzna powiastka dokumentująca, iż początek może się zdarzyć więcej niż raz i na różne sposoby. To opowieść, która sprawia, że nie tracimy elementarnej wiary w człowieka, w jego dobro i chęć pomocy, bo nikt nie jest taki straszny, kiedy zatrzymasz się i go wysłuchasz. Rachel Joyce napisała niesamowicie wciągającą, ciepłą książkę, w którą od pierwszych słów wchodzimy z wielkim zainteresowaniem i w której chcemy aktywnie uczestniczyć. Daje ona nam, czytelnikom, nadzieję, że nigdy nie jest za późno, by zmienić swój los, a przy okazji także życie innych. Ukazuje, iż nie wolno tracić ufności w to, że warto walczyć z przeciwnościami losu i własnymi słabościami, bo można tę walkę wygrać. Bo spotykając innych ludzi i mijając różnorodne miejsca, kolekcjonujemy je niczym cenne pamiątki i to nas ubogaca. Bo tak naprawdę można czuć się szczęśliwym mając tylko tyle, ile jest ziemi pod stopami. Bo gdy wydaje nam się, że nie mamy już nic, na niebie pojawia się tęcza…

Cytaty za: Niezwykła wędrówka Harolda Fry, Rachel Joyce, Znak, Kraków 2013.

Ocena: 5+/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem Marsz (dla) życia

środa, 17 kwietnia 2013

Prawda - Riikka Pulkkinen

Myślę, że większości z nas nazwisko Riikka Pulkkinen nic nie mówi. Szkoda, bo to niezwykle wrażliwa 33-letnia fińska pisarka, która w liceum zajmowała się lekkoatletyką, ale ostatecznie zdecydowała się porzucić sport dla filozofii i literatury. Jej powieści (póki co napisała dwie: „Granicę” i „Prawdę”) zostały szybko docenione przez krytyków, przyniosły jej sukces, międzynarodowe zainteresowanie oraz nominację do literackiej nagrody Finlandia. Pulkkinen pisząc o uczuciach ważnych dla każdego człowieka, dotyka ich głębi, przemierza meandry psychologii, malując w swej twórczości niezwykły świeży, tchnący surowym powietrzem Skandynawii klimat. W zeszłym roku na naszym rynku ukazała się „Prawda” - pierwsza przełożona na język polski powieść, która została wystawiona już na deskach fińskiego teatru, a w planach jest także jej ekranizacja. Przeczytałam tę książkę z nieukrywaną radością i nadal jestem pod jej wielkim wrażeniem.

Elsa choruje od sześciu miesięcy na nowotwór, jej stan jest ciężki, tak bardzo, że nie ma już dla niej nadziei. Mąż, ceniony malarz, Martti zabiera ją z hospicjum, by mogła spokojnie odejść we własnym domu. W tym czasie zajmować się nią mają córka Eleonoora (będąca lekarzem) i jej dwie dorosłe wnuczki: Maria (poukładana i ambitna studentka medycyny) i Anna (smutna pracownica księgarni). Rola chorej okaz[uje] się dla Elsy trudna – była przyzwyczajona do tego, że to ona zajmowała się innymi. Zawsze, do granic wytrzymałości, troszczyła się o innych – to była jej naturalna rola jako psychologa. Kobieta mając świadomość, iż nie zostało jej dużo czasu, stara się nadrobić zaległości w kontaktach z najbliższą rodziną, bo choć jakiś czas temu przeszła na emeryturę, to nadal wykładała na uniwersytecie, będąc cenionym naukowcem, który nie chce rezygnować ze swojej pasji. To sprawiło, że nie była w pełni dyspozycyjna dla najbliższych. Teraz, kiedy brakuje jej sił, największą przyjemność sprawia jej piknik z zamknięta w sobie i szukającą swego miejsca w świecie wnuczką Anną, dzięki której niespodziewanie wychodzi na jaw wstydliwa tajemnica sprzed lat. Dziewczyna znajduje bowiem w szafie sukienkę, która nigdy nie należała do Elsy. Była własnością kochanki Marttiego, Eevy, będącej opiekunką Eleonoory. To znalezisko wywraca świat pełnej trosk Anny do góry nogami i sprawia, że dziewczyna chce się dowiedzieć, jaka była kobieta, której udało się uwieść jej ukochanego, wrażliwego i nieśmiałego dziadka, czemu do tego doszło i jak to się stało, że małżeństwo Elsy i Marttiego przetrwało tę burzę. Krok po kroku Anna pojmuje fakty sprzed lat i (o dziwo!) bliska staje się jej filozofia Eevy: stwarzać samą siebie i swój świat oraz dać z siebie absolutnie wszystko i otrzymać w zamian cały świat. Kobieta otrzymuje także możliwość ‘śledzenia’ własnej matki będącej małą dziewczynką i obserwacji, jakie miejsce zajmowała ona w tej trudnej układance. Po okresie uporczywego dążenia do prawdy, Anna dochodzi do wniosku, że dziecięca rzeczywistość utkana jest ze snów i zabaw. Kłamstwo wplata się niepostrzeżenie. A może tak samo sprawa ma się z ludzką rzeczywistością w ogóle. Sny, zabawy, kłamstwa, a relacje między ludźmi są jak gęste zagajniki. A może ludzie sami, może oni też są jak lasy, otwierają się w nich ścieżki, jedna po drugiej, ścieżki, które pozostają nieznane dla innych, otwierają się przypadkowo, dla tych, którym dane było akurat znaleźć się w pobliżu…

Oszczędność w słowach, chęć skierowania uwagi na uczucia bohaterów bez konieczności ich oceny, oddanie im głosu i możliwość spojrzenia z ich perspektywy na problemy, z którymi muszą się zmierzyć, to bez wątpienia zalety prozy Riikki Pulkkinen. Płynnie zmieniając miejsca i czas akcji, poznajemy rodzinne sekrety i otrzymujemy wyjątkową powieść obyczajową o życiu protagonistów i jego smutnych odcieniach: o zdradzie, pożądaniu, cierpieniu, odchodzeniu i zgodzie na śmierć. Fabuła nie jest skomplikowana (może się nawet niektórym wydawać banalna…), ale dużo w niej momentów skłaniających do przemyśleń. Autorka przemyca proste zdania, które poruszają do głębi, będąc przy tym bardzo wiarygodną, tworząc historię, której części składowe znamy z pewnością z relacji naszych bliskich czy znajomych.

„Prawdę” czytałam powoli, smakując ją starannie i delektując się świetnym klimatem, jaki udało się stworzyć tej młodej Fince. Świat jest dla każdego równie obcy, dopóki człowiek nie odważy się wyciągnąć ku niemu dłoni i uczynić go bardziej sobie znanym. Warto tę książkę przeczytać, bo nazwisko Pulkkinen jest synonimem dobrej prozy psychologicznej rodem z Suomi. Polecam!

Cytaty za: Prawda, Riikka Pulkkinen, Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Kraków 2012.

Ocena: 5/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem Życie rodzi życie i życie rodzi śmierć…