sobota, 25 października 2014

Pies też człowiek? Relacje psów i ludzi we współczesnej Polsce - Praca zbiorowa

Dookoła trąbią, że mamy za sobą 25 lat wolności. Prezydent sadzi drzewa, liczni naukowcy debatują, prelegenci referują, co się zmieniło, co zyskaliśmy, i co by było gdyby się nie udało. Autorzy pracy zbiorowej o intrygującym tytule „Pies też człowiek?” idealnie wpasowali się w tę ogólnopolską dysputę. Analizując zmiany, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku w relacji ludzie-psy, stworzyli publikację bezprecedensową i innowacyjną zarazem – przeznaczoną nie tylko dla właścicieli czworonogów, ale wszystkich, którym owa tematyka jest bliska lub też dla tych, którzy zechcą dać jej szansę...

Pies jest najpopularniejszym zwierzęciem domowym w Polsce i najlepszym przyjacielem człowieka. To właśnie z psami wchodzimy w głębokie, wielowymiarowe relacje, nawiązując trwałe więzi. Mimo iż to duży drapieżnik, ludzie dostrzegają gotowość tego gatunku do naśladowania zasad współżycia społecznego i za to go cenią. Poza tym jest medialny, często obecny w prasie i telewizji i ma możliwości. Wszak żaden inny przedstawiciel ze świata fauny nie dopełnia wizerunku harmonijnej rodziny tak przekonująco jak pies i tylko on jest w stanie skutecznie poprawić wizerunek danej osoby, np. prezydenta - ocieplając go, ukazując łagodniejsze i bardziej empatyczne oblicze człowieka. Najbardziej znane psy polityków to oczywiście te, należące do rodzin przywódców Stanów Zjednoczonych. Mówi się, że bez psa Biały Dom nie jest kompletny i rzeczywiście trudno się z tym nie zgodzić…

Wróćmy jednakże do Polski. Co zmieniło się w życiu przeciętnego psa w ciągu tych 25 lat? Dużo. Dziś przeciętny Polak nie szuka psa-stróża, ale psa towarzysza i członka rodziny. Najlepiej, gdy jest to zwierzę o łagodnym, towarzyskim usposobieniu, co czyni go wręcz idealnym towarzyszem zabaw dzieci i rodzinnych wycieczek. Właściciele psów zdają sobie doskonale sprawę z tego, iż opieka nad zwierzęciem w dzieciństwie może wykształcić zwiększoną wrażliwość na uczucia i postawy innych ludzi, nauczyć tolerancji, samoakceptacji, sprzyjać rozwojowi emocjonalnemu w okresach wyobcowania, odrzucenia bądź kryzysu i w wielu innych przypadkach. Stąd boom na labradory i goldeny… Pies to obecnie również cenny konsument. Profesjonalna opieka weterynaryjna, specjalistyczne karmy (w 2011 roku wartość sprzedaży samych tylko karm sięgnęła w Polsce kwoty 804 milionów złotych), odpowiednia rekreacja, ośrodki szkoleniowe, hotele, cmentarze dla zwierząt (najbardziej znany z nich to cmentarz Psi Los w Koniku Nowym), psi behawioryści, groomerzy zajmujący się psią pielęgnacją, a także osoby wyprowadzające czworonogi na spacer pod nieobecność zapracowanych opiekunów – to tylko niektóre wymienione na szybko usługi, jakie są dostępne dla naszych pupili. To dowód na to, że w życiu polskich psów wiele się zmienia. Widać to także na przykładzie szkoleń, w których odchodzi się od surowych, cielesnych kar (również kolczatek, obroży zaciskowych i elektrycznych) na rzecz pozytywnych wzmocnień. Poza tym psy są coraz częściej obecne w przestrzeni publicznej jako przykład zaawansowanej współzależności. Mam tu na myśli osoby niepełnosprawne i ich czworonożnych przewodników lub choćby stale rozwijającą się dogoterapię. Psy postrzega się coraz częściej jako członków rodziny, przypisując im status osoby (uczestniczą przecież w ważnych wydarzeniach i obrzędach Polaków, otrzymują prezenty pod choinkę bądź z okazji urodzin). Ostatnio, co bardzo cieszy, można zauważyć również zwiększoną wrażliwość społeczną na krzywdę zwierząt. Coraz więcej osób postrzega uratowanie psa ze schroniska jako godne pochwały, jako dobry uczynek. Nie dziwi zatem fakt, iż wielu opiekunów rozmawia z psami, bawi się z nimi jak z dziećmi czy też uwzględnia je we wszelkich rytuałach i obrzędach: Fizyczna i emocjonalna bliskość, charakteryzująca związki ludzi i psów, działa na rzecz znoszenia barier pomiędzy człowiekiem a innymi żywymi organizmami, których odmienność i „dzikość” może budzić lęk. To właśnie owa zażyłość sprawia, iż coraz więcej osób ceremonialnie żegna swoje zwierzęta. Naukowcy podkreślają, iż żałoba po stracie ukochanego pupila może być przeżywana równie silnie i powodować takie same problemy natury psychofizycznej, jak śmierć bliskiej osoby.

O wiele więcej niż w Polsce oferuje się oczywiście zwierzętom w Ameryce. To niesie ze sobą (o dziwo!) ogromne konsekwencje. Psy amerykańskie bowiem borykają się z problemem nieznanym większości psów na świecie – muszą zniechęcić swoich właścicieli do nieustannych, motywowanych głęboką miłością, lecz w gruncie rzeczy destrukcyjnych wysiłków zmierzających do przekształcenia psów w czworonogich, pokrytych sierścią ludzi… Brr, brzmi naprawdę groźnie!

Jeśli chcecie się dowiedzieć, czy kobiety i zwierzęta łączy wspólne usytuowanie po stronach „inności”; jak naprawdę wyglądają wystawy i co się dzieje za ich kulisami; czy feminizacja sportów kynologicznych jest faktem oraz czy da się oszacować, czy pies również odczuwa „ekstazę” komunikacji międzygatunkowej, czy czuje, że staje się jednością z człowiekiem, koniecznie zajrzyjcie do książki. Autorzy tej wyjątkowej publikacji zadbali o to, by czytelnicy mogli poszerzyć swoją wiedzę z zakresu kynologii, usystematyzować ją i znaleźć wreszcie odpowiedź na pytania o charakter więzi łączącej ludzi i psy w Polsce. A wszystko to w odwołaniu do metodologii różnych dyscyplin i dziedzin nauk humanistycznych – socjologii, antropologii, historii, literaturo- i kulturoznawstwa oraz pedagogiki. Warto przeczytać!

Ocena 5+/6

Cytaty za: Pies też człowiek? Relacje psów i ludzi we współczesnej Polsce, Praca zbiorowa (Michał Piotr Pręgowski, Justyna Włodarczyk), Wydawnictwo Naukowe Katedra, Gdańsk 2014.

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: O komunikacji międzygatunkowej zdań kilka…


czwartek, 23 października 2014

Kuchnia kobiet - Do podjadania podczas czytania

Czytanie i jedzenie to jedne z najprzyjemniejszych doznań i ulubionych czynności wielu osób. Większość z nas lubi je łączyć, dlatego często podczas lektury podjada sobie różne pyszności. Ja również należę do tej grupy. Nie ukrywam, że zdecydowanie wolę spędzać czas z książką niż gotować, ale od czasu do czasu nawet taki mól książkowy jak ja pędzi do kuchni, by coś pysznego przygotować, ażeby później mieć jakiś pyszny dodatek do dobrej książki.

Ten jesienny czas sprawił, że tym razem naszła mnie ochota na coś słodkiego, co sprawi, że moje endorfiny poszybują w górę. Moje myśli kłębiły się wokół ciast, a szczególnie wokół prostej i jednocześnie nieszablonowej szarlotki. To właśnie ona kojarzy mi się z poczuciem bezpieczeństwa, domowym ciepłem, długimi wieczorami i ukochaną babcią, która w kuchni umiała zdziałać cuda. W dość zaskakujący sposób znalazłam łatwy i szybki przepis, dzięki któremu przypomniały mi się najpiękniejsze chwile mojego dzieciństwa. Każdy kęs tej szarlotki dosłownie rozpływał się w ustach. To zasługa delikatnego smaku uzyskanego za sprawą: cieniutko startych pachnących jabłek (ach, ta szara reneta!) i chrupiącego wierzchu ciasta nadającego mu niepowtarzalny wygląd. Szarlotka w połączeniu z aromatyczną karmelową herbatą rooibos i lekturą najwyższych lotów (tym razem najnowszy W.G. Sebald - "Campo santo") sprawiły, że oprócz cudownych wrażeń estetycznych mogłam poczuć przysłowiowe 'niebo w gębie'. Jeśli chcecie wiedzieć, o czym piszę, podaję Wam przepis na przepyszną 'Szarlotkę Maryni zaczerpnięty z książki Moniki Zamachowskiej pt. "Kuchnia kobiet":

Składniki:
• 2 kg jabłek, najlepiej szara reneta
• 2 szklanki mąki tortowej
• 1 szklanka cukru
• 250 g miękkiego masła
• 3 jajka
• 2 łyżeczki cukru waniliowego
• 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

Przesianą mąkę, miękkie masło, żółtka, 2/3 szklanki cukru, proszek do pieczenia i cukier waniliowy umieścić w misce, zagnieść miękkie ciasto. Podzielić je na połowy. Jedną z nich wyłożyć wysmarowaną masłem tortownicę, nakłuć widelcem. Piec w temperaturze 180°C przez 15 minut. W tym czasie obrane jabłka poszatkować na tarce w prawie przezroczyste plasterki. Ułożyć je na wyjętym z piekarnika cieście. Drugą połowę ciasta pokroić w plastry lub rozwałkować na placek. Dokładnie przykryć nim jabłka. Wierzch posmarować białkiem (około 2 łyżek), posypać resztą cukru. Włożyć do piekarnika nagrzanego do temperatury 180°C na ok. 40 minut.


Na zdjęciu powyżej widnieje owa 'Szarlotka Maryni' przyrządzona według przepisu pochodzącego z książki “Kuchnia kobiet” Moniki Zamachowskiej. Jak widać, cisto idealnie wkomponowało się w mój wieczorny rytuał czytelniczy i świetnie dopełniło lekturę autorstwa wybitnego niemieckiego prozaika. Dwa talerze i dwie filiżanki mówią same za siebie - roznoszący się cudowny zapach szarlotki zwabił do kuchni największego łasucha, czyli mojego męża. Ledwo udało mi się uchwycić w obiektywie nienaruszone kawałki ciasta, z którego połowę spałaszowały dzieci... Jestem pewna, że ten przepis na stałe wejdzie do naszego menu. Polecam również Wam - warto spróbować - satysfakcja gwarantowana :-)

środa, 10 września 2014

Mundra - Sylwia Szwed

Na pierwszym planie cztery pokolenia położnych (mundrych, babek, akuszerek czy położnych - jak kto woli) towarzyszących Polkom na przestrzeni dziesiątek lat. W sumie dziesięć mundrych, z których najstarsza ma 92 lata i przyjmowała porody podczas drugiej wojny światowej, a najmłodsza liczy sobie zaledwie 26 wiosen i pomagała rodzić Tanzankom z plemienia Sukuma. Wstydliwy temat, w którego centrum nie stoi intelekt, ale ciało, a dokładniej krocze, pochwa i macica, a razem z nimi zagadnienia tak niefotogeniczne, jak samo macierzyństwo. „Mundra” Sylwii Szwed, bo o niej mowa, to książka, w której można znaleźć to wszystko i dodatkowo podejrzeć, jak to właściwie było kiedyś i jak to jest dzisiaj z tym porodem. Jaki obraz akuszerki wyłania się z tych intrygujących rozmów? Czy ów znany od lat zawód ma jeszcze szansę na rehabilitację, uznanie albo godziwą zapłatę? Z czym się wiąże ‘babienie’, jakie niebezpieczeństwa ze sobą niesie i czy w ogóle warto się nim zajmować?

Wieki temu położna była autorytetem – mistrzynią ceremonii, która nie tylko poród przyjmowała, ale i podawała do chrztu narodzone dzieci, wybierała im imiona. To była kobieta znająca jak nikt inny anatomię kobiecych narządów rodnych, posiadająca wiedzę dotyczącą metod ułatwiania porodu, potrafiąca pomóc rodzącej i godnie przywitać na świecie jej maleństwo. Dlatego szybko przylgnęło do niej określenie - mundra, czyli mądra. Pierwsza oficjalna szkoła położnych w Polsce powstała we Lwowie dopiero w 1773 roku, a za nią poszły kolejne, na przykład Szkoła Babienia w Warszawie. Akuszerstwo było domeną wyłącznie kobiet aż do XVIII wieku. Później specjalistami od porodu stali się mężczyźni – lekarze położnicy, ginekolodzy, ordynatorzy, dyrektorzy szpitali. Położne zostały wcielone w tak zwany średni personel szpitalny i straciły swą wysoką pozycję społeczną. Szkoda, bo w „Ustawie o zawodzie pielęgniarki i położnej” ich kompetencje są jasno uregulowane. Mogą one samodzielnie zajmować się ciążą, porodem i połogiem, a ich decyzje są niezawisłe, bo to jest wolny zawód, tak samo jak zawód lekarza. Za swoje decyzje odpowiadają przed samorządem zawodowym i ogólnokrajowym prawem. Mimo to ciężarne najczęściej proszą o lekarza, bo położna to ani pielęgniarka, ani salowa, więc powierzenie siebie samej i bezbronnej istoty utkanej w jej łonie byłoby nierozsądne…

Nie dziwi zatem, że dziś, kiedy dziewczyna (większość w tym zawodzie stanowią jednak kobiety) chce zostać położną, znajomi i rodzina pukają się w głowę. Na myśl przychodzą natychmiast: psie pieniądze, dyżury (ewentualnie bycie pod telefonem 24 godziny na dobę), ciągłe nieobecności w domu, niewyspanie i powszechny brak szacunku dla tej profesji. Przy okazji warto podumać o tym, jak funkcjonują rodziny mundrych. Mężowie skarżą się na brak żon w domach i deficyt pewności, co wydarzy się za pięć minut. Wszyscy jednakże podkreślają zaskakującą umiejętność organizacji swoich kobiet i jednym głosem powtarzają, że nie wiedzą, jak robi się pięćdziesiąt rzeczy naraz i mimo wszystko funkcjonuje…

Położne są różne, bo każdemu potrzebna jest inna. Ważne jest, by wierzyła w swoje umiejętności, w moc natury, siłę kobiecego ciała oraz w dziecko. Bez tej wiary jest ciężko. Zresztą, nawet z nią lekko nie jest. Bo praca położnej to obcowanie ze strachem kobiet i ich partnerów – porodu przecież nie można zaplanować. Trudno jest także przyjąć do wiadomości, że nawet w XXI wieku nie wszystko da się skontrolować i załatwić. W każdej kulturze istnieje lęk przed porodem (ten paniczny nazywamy tokofobią), bo narodziny to wydarzenie ślizgające się na granicy życia i śmierci. Można użyć różnych słów, że to jest mistyczne, że to jest duchowe, że to jest niebezpieczne, ale na granicy pierwszego i drugiego okresu porodu (…) wyrzut adrenaliny jest tak duży, jak w sytuacji zagrożenia życia. Wcześniej, kiedy była wyższa śmiertelność okołoporodowa, było też większe przyzwolenie na śmierć i na stratę niż obecnie. Inaczej także kształcono mundre – nieoficjalnie kształtowano je na królowe sali porodowej, jej ozdobę: Położna miała wyglądać świetnie, mieć odprasowany mundurek, nienaganną fryzurę i oczy wymalowane. Być może z tej przyczyny polskie położne chcą być postrzegane jako osoby bardzo kompetentne, niezwykle profesjonalne i dobrze wynagradzane za swoją pracę. My wiemy, jak jest, ale one mają potrzebę, by ów deficyt prestiżu i finansów nadrobić strojem oraz makijażem. Jesteśmy również świadomi tego, że mimo różnych akcji i rozwoju medycyny na polskiej porodówce wciąż obecna jest przemoc psychiczna i manipulacja, lobbing położnych, a cesarskie cięcie można mieć na życzenie. Podobno 1/3 dzieci rodzi się obecnie w Polsce w ten sposób – w tym co najmniej połowa na życzenie kobiet. Wciąż brakuje możliwości wyboru połączonej z wyczerpującą informacją i wsparciem. Tak, żeby kobieta świadomie wybierała to, co uważa za najlepsze dla siebie i dziecka. To byłoby zbyt piękne…

Pięknie jest w Danii, o czym opowiada jedna z rozmówczyń Sylwii Szwed, Jola Petersen. Tam położnictwo to prestiżowy kierunek, którego absolwentka zarabia tyle, iż jest w stanie bez problemu utrzymać własną rodzinę, a mąż może rzucić pracę! Duńczycy mają na wszystko procedury i doskonale wiedzą, że [i]m więcej czasu położna spędzi z rodzącą, tym bardziej naturalny będzie poród. Nie będą potrzebne znieczulenie, kroplówki czy cesarskie cięcie. Udowodniono to już w latach osiemdziesiątych. Czemu w Polsce się tego nie praktykuje i kto jest za to odpowiedzialny? Dlaczego nie czerpie się z wzorcowych doświadczeń innych państw? Takich pytań nasuwa się podczas lektury wiele…

„Mundra” to pozycja o kobietach i dla kobiet. Głównie dla matek (niezależnie od stażu) posiadających określoną wiedzę. Większość z nich po reportażu Sylwii Szwed dojdzie do wniosku, że na poród ma wpływ nie tylko fizjologia, ale również kultura i polityka. To intrygujące studium, które z jednej strony łamie tabu, odczarowuje kwestie związane z położnymi i samym rozwiązaniem, ale z drugiej pokazujące, jak ważne to wydarzenie i jak bardzo (oczywiście przeżyte w odpowiedni sposób) może nas ubogacić. Ciekawy dobór osób, dużo trafnych spostrzeżeń, możliwość zweryfikowania własnych odczuć poporodowych lub wrażeń zasłyszanych od innych, to główne zalety tej publikacji, a co ważne - wszystko napisane w bardzo przystępny, stonowany sposób, bez szokowania czy epatowania wulgarnością. „Mundra” to świetna książka – warto przeczytać.


Cytaty za: Mundra, Sylwia Szwed, czarne, Wołowiec, 2014.

Ocena 6/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Niedoceniona mistrzyni ceremonii

wtorek, 26 sierpnia 2014

Tajemnice Rutherford Park - Elizabeth Cooke

Tajemnice Rutherford Park” Elizabeth Cooke wydawca poleca fanom „Downtown Abbey”. Na początku wydawało mi się, iż to dość odważne (zuchwałe?!?) porównanie, tymczasem już po lekturze doszłam do innego wniosku. Angielska pisarka stworzyła świetny klimat, wiarygodnie oddała ówczesną sytuację polityczną, w której umiejscowiła intrygującą akcję z bohaterami z krwi i kości. Jeśli do tego dołożyć rozległe opisy krajobrazu i umiejętnie budowane napięcie, to mamy przepis na powieść obyczajową, która ma duże szanse na sukces, a z pewnością na niemałe grono zapalonych czytelników, czekających na kontynuację książki. Początkowo podeszłam do „Tajemnic…” podejrzliwie (sama nie wiem dlaczego), a ostatecznie historia rodu Cavendishów pochłonęła mnie całkowicie i żal mi było się z nim rozstawać…

Octavia i jej mąż William Cavendish to właściciele rozległej posiadłości Rutherford, wzniesionej dzięki wpływom i potędze ich przodków. Główny budynek w stylu Tudorów, leżące wokół niego farmy i wioski oraz wypielęgnowany ogród, to otoczenie małżonków, ich trojga prawie dorosłych już dzieci oraz dość licznej, choć rozproszonej wokół swych mnogich zajęć służby. Bohaterów poznajemy zimą w roku 1913, w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Owo spotkanie w gronie najbliższych staje się okazją do wyjawienia od lat skrywanych tajemnic i problemów zamożnej rodziny, których jej członkowie doświadczają mimo wysokiej pozycji społecznej i finansowej.

Octavia Cavendisch przybyła do Rutherford Park jako 19-letnia narzeczona Williama. Była wtedy szczęśliwą, pełną entuzjazmu, spontaniczną dziewczyną, którą cechowała ogromna chęć obcowania z ludźmi, poczucie humoru, sympatia z sufrażystkami oraz zapędy militarne. Marzyła, by Rutherford dało jej to, za czym tęskniła – wolność, swobodę wyboru, możliwość tworzenia i zarządzania. Zamiast tego dostała porządek i tradycję. Została obarczona wielkim ciężarem tradycji oraz mężem kurczowo uczepionym swojego statusu. Jej wrodzoną radość szybko unicestwiono, miłość małżeńska systematycznie stygła, a kłopoty z dziećmi skutecznie gasiły wszelkie pasje i nadzieje na poprawę losu. To wszystko sprawiło, że życie lady Octavii w tej okazałej rezydencji nie było nazbyt wesołe - przynajmniej do czasu pojawienia się w niej Johna Goulda...

William - 20 lat starszy od żony - był poważnym, podporządkowanym wszelkim konwenansom mężczyzną, członkiem Izby Gmin i przedstawicielem korony w hrabstwie. Brakowało mu żywiołowości, dystansu i luzu. Być może to ponure usposobienie to spadek po jego przodkach, którzy nie cieszyli się najlepszą reputacją. Jego rodzina rządziła bowiem kiedyś własną wyspą w Indiach Zachodnich i zagarniała wszystko, co tylko mogła: cukier, niewolników i podatki - bez wątpienia nie była lubiana. William wyznawał szokujące dziś poglądy - uważał, iż miejsce żon i córek jest w domu, pod wspólnym dachem. Kobieta, powinna być według niego spełniona, ale należało ograniczać jej swobodę, by nie stała się niebezpieczna. Co ciekawe, to właśnie on sam padł ofiarą tych głośno ferowanych haseł. Romans z Hélène de Montfort, jego bardzo daleką kuzynką z Paryża, która od zawsze zaprzątała mu skutecznie myśli, zaowocował bowiem nie lada niespodzianką i zaskakującym zwrotem wydarzeń…

19-letni Harry - pierworodny syn Octavii i Williama. Był w przeciwieństwie do swojej młodszej siostry Charlotty bardziej kłopotliwym i krnąbrnym dzieckiem. Na przykładzie własnej rodziny, doszedł do wniosku, że wykształcenie nie jest do niczego potrzebne: [S]ześć pokoleń Beckforthów studiowało w Oksfordzie i wszyscy skończyli uczelnię bez krztyny wiedzy, której zdobycie wymagało wszak pewnego wysiłku. Przy życiu i pieniądzach utrzymywali się dzięki inteligencji, sprytowi i okrucieństwu, a tego przecież nie wynieśli ze szkoły. Ponadto często byli zwyczajnie leniwi. Harry miał i takich przodków, którzy zadowoleni z siebie nurzali się we własnym lenistwie niczym tuczniki, żerując na okolicznej ludności, a majątek przepuszczali na intrygi na dworze królewskim i kobiety.... Nie lubił brylowania na salonach i sztywnego kołnierzyka. Od dziecka chciał podróżować, jego pasją były samoloty. Jeden poważny błąd, którego dopuścił się krzywdząc przy tym niewinną istotę, sprawił, że Harry zrozumiał, co to jest miłość i jak trudno ją ponownie znaleźć…

15-letnia Louisa żyła przygotowaniami do prezentacji w Londynie, na tzw. ‘giełdzie matrymonialnej’. Od dawna szykowała się na to wydarzenie - brała lekcje gry na pianinie, etykiety i francuskiego, po to by dobrze wypaść, a docelowo zapewnić sobie tytuł baronowej lub przynajmniej fortunę. Czy udało jej się zrealizować swój plan?

Elizabeth Cooke oprócz rzeczywistości państwa Cavendish przedstawiła czytelnikom również świat niższej kasty - służby, której życie bardzo ciekawie kontrastowało z egzystencją pracodawców lub ich gości. Do pracowników majątku Rutherford należeli m.in.: Amelie - pokojówka pani; Cooper - kamerdyner pana (oboje rządzili się swoimi prawami i rzadko spoufalali się z resztą służby); Emily Maitland - pokojówka, która próbowała popełnić samobójstwo; krnąbrna Mary - nowa pokojówka, wzięta przez baronową z przędzalni po śmierci poprzedniej; pani Jocelyn - ochmistrzyni, która od lat zakochana jest w Williamie i od zawsze niechętna Octavii oraz wiele innych. Wszyscy bez wyjątku przyglądali się państwu, żyjąc plotkami (także tymi, które dotyczą ich samych) i uczestnicząc w codziennych przypisanych im zadaniach. Prawdopodobnie zadaniem służby było pozostać niewidzialnymi dla mieszkańców domu, tak by osiągnąć wrażenie, iż olbrzymia posiadłość funkcjonuje za sprawą czarów, a nie ludzkiego potu i wysiłku, którego przecież było tam aż nadto…

Pisarka doskonale naszkicowała to, czym żył zamożny ród Cavendishów oraz reszta brytyjskiego społeczeństwa na początku XX wieku. Dość częste wyjazdy będącego na bieżąco z polityką Williama do Paryża (był nieoficjalnym kurierem Ministerstwa Spraw Zagranicznych) zestawione z niewzruszoną reakcją na ówczesną sytuację polityczną Helene, Octavii, Harry’ego, czy Louisy (która nawet w chwili poważnego zagrożenia odmówiła powrotu do domu), są wiernym odbiciem ówczesnych zachowań. Niektórzy mężczyźni wyznawali bowiem zasadę, że kobiety, a zwłaszcza żony należy chronić przed rzeczywistością - nawet jeśli świat stoi na progu I wojny światowej… Panie miały na głowie poważniejsze sprawy – zostały stworzone, by trzymać głowę do góry, i serce też (…) I wydawać, ile tylko się da, na kapelusze. Wszak lepiej być elegancką niż nieszczęśliwą. Za młodzieńcze wybryki mężczyzn należało domagać się słonej zapłaty - przynajmniej miesiąca w Monte Carlo lub okazałej biżuterii, zamiast przejmować się losami świata... Majątek Rutherford Park nadawał się do życia w błogiej nieświadomości jak mało który: Dolina leżała uśpiona i zdawało się, że nic i nigdy nie zdoła obrócić wniwecz panującej sielanki. Stojąc tu, trudno uwierzyć, że gdzieś tam w świecie istnieją miasta i konflikty. Tu rozciągało się szczęśliwe, zamknięte królestwo…

Pachnące realizmem i napisane z niezwykłą dbałością o szczegóły „Tajemnice Rutherford Park” to naprawdę książka warta uwagi. Dość dokładny opis środowiska, w jakim rozgrywa się akcja; bohaterowie będący w większości przedstawicielami danej grupy społecznej i wyróżniający się typowymi dla niej cechami; czy samo zaczerpnięcie tematu (korzenie rodziny Elizabeth Cooke sięgają miejsc, gdzie mieszkały siostry Brontë – dziadek autorki pracował kiedyś w tamtych okolicach jako lokaj. To właśnie tamten region – jego przyroda, miasta i wioski – oraz życie dziadka stały się inspiracją dla tejże publikacji), sprawiają, że tę właśnie lekturę można śmiało zaliczyć do gatunku prozy obyczajowej. Ja, ze swojej strony, gorąco polecam. To intrygująca książka, która pozwala wyobrazić sobie świat sprzed ponad stu lat, podejrzeć ówczesnych ludzi, przyłapać ich na gorącym uczynku, gdy się gubią. Wszak błądzić jest rzeczą ludzką - niezależnie od czasów w jakich żyjemy…

Cytaty za: Tajemnice Rutherford Park - Elizabeth Cooke, Marginesy, Warszawa 2014.

Ocena 5+/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Prawdziwa historia oparta na kłamstwach - Jennifer Clement

Książka „Prawdziwa historia oparta na kłamstwach” nie poraża ilością stron. Liczy ich bowiem zaledwie 160. Intryguje za to tytułem, subtelną okładką oraz pochodzeniem autorki. Jennifer Clement jest wybitną poetką i powieściopisarką meksykańsko-amerykańską, a jej nazwisko znalazło się wśród współczesnych pisarzy w zbiorze „The Encyclopedia of Contemporary Writers and Their Work”. Jest również laureatką wielu nagród literackich, w tym brytyjskiej The Canongate Prize for New Writing. Książki Clement przetłumaczono na dwadzieścia dwa języki, dzięki czemu pisarka sukcesywnie zdobywa fanów na całym świecie. To była odpowiednia zachęta, żeby przeczytać jej powieść i co nieco o niej napisać. Decyzja okazała się trafna – „Prawdziwa historia…”, choć z pozoru oryginalnością nie grzeszy, to jest powieścią naprawdę niezwykłą i zamierzam tego dowieść.

Leonora, główna bohaterka, pochodzi z wioski leżącej na obrzeżach Mexico City. Jej rodzina to: matka i sześcioro rodzeństwa: dwie siostry i czterech braci. Sama o sobie mówiła, że jest ‘miotłowym dzieckiem’, bo odkąd sięgnąć pamięcią, [jej] rodzina trudniła się wyszukiwaniem gałązek na miotły. W domu panowała bieda, dlatego mama zdecydowała się posłać swe córki do Zakonu Świętej Cecylii, gdzie dziewczynki miały nauczyć się wielu przydatnych rzeczy. Leonora mieszkała [tam] do trzynastego roku życia. Nauczyła się piec chleb, zmywać naczynia, prasować, robić na drutach, czytać i pisać. Po skończeniu prac domowych, jeśli nie uczestniczyła we mszy, spędzała czas w klasztornym sadzie. Lubiła siedzieć pod drzewami. Stamtąd przybyła do bogatej rodziny O’Connerów, gdzie opiekowała się dziećmi - dwoma chłopcami – 2-letnim Pedro i 4-letnim Francisem. I choć niektórym wydawało się, że lepiej trafić nie mogła, bo zamożni i inteligentni ludzie, przyjazne jej współpracowniczki (Sofia i Lenora), miały sprawić, że poczuje się jak w niebie, mylili się. Zamiast w niebiosach, Leonora znalazła się w piekle za sprawą pana domu, męża Lourdes Camili Fuentes de O’Conner, prawnika, któremu wierność nigdy nie była bliska… Młoda, zagubiona dziewczyna, którą matka uczyła, żeby nigdy nie mówiła „nie” oraz by nie opowiadała o tym, co myśli, i w co wierzy (to miało dać jej moc…), nie umiała obronić się przed nachalnością swego pracodawcy. Była służącą, która robiła to, czego od niej wymagano, nawet jeśli było to wymuszane przemocą. Chwila słabości jej „pana” zaowocowała niespodziewaną ciążą u młodocianej Leonory. Państwo O’Conner nie wyrzucili jej jednak z domu – pozwolili jej zostać, urodzić dziecko, odkarmić je i odejść. Samej, bez córki. Dziewczynka, nazwana przez panią O’Conner, Aurą Olivią, miała się nigdy nie dowiedzieć o swoim pochodzeniu i tego, w jaki sposób została poczęta. Oficjalnie należała przecież do rodziny bogaczy… Co zrobiła Lenora? Czy udało jej się dochować tajemnicy? Czy kiedy rozczesywała włosy siedmioma powiązanymi ze sobą patykami własnemu dziecku, przykładała mu pajęczyny do skaleczeń i otarć, śpiewała piosenki o kozie bez jednej nogi, opowiadała mu, że kamienie mogą krwawić, bo w środku każdego kamienia jest serce, nie zdradziła się niczym? Czy pani O’Conner przetrzymała ciosy, jakie na nią spadły? Jakie potoczyły się losy tej rodziny?

W tej oszczędnej prozie, warto zwrócić uwagę na trzy rzeczy. Na postać jednej z służących – Josefę, która swoje komentarze zamykała najczęściej w jednym słowie. Zachowując się niczym autystyczne dziecko, którego bez głębszej analizy nie sposób zrozumieć, celnie pointowała wybory życiowe bohaterek. Druga rzecz to wielogłosowa narracja – akcję poznajemy za sprawą Leonory, jej córki oraz narratora. Wreszcie trzecia – najciekawsza - wyróżnione kursywą krótkie fragmenty cytatów z Biblii i wierszy (podobieństwa do chóru rodem z antycznych tragedii nie da się uniknąć…), którymi komentowane są kolejne sceny. Lecz to, co jest najważniejsze w tej nieprzeciętnej książce, to jej bohaterki. Kobiety słabe, wykluczone, uciemiężone, wykorzystywane, wreszcie: zdominowane. Przez mężczyzn, kastę społeczną, seks. Co równie istotne, w tej historii czas nie gra żadnej roli – jest ona tak uniwersalna, że mogłaby zdarzyć się zarówno wiele lat temu, jak i dzisiaj. Do tego Jennifer Clement dołożyła miejscowe wierzenia połączone z ołtarzykiem Dziewicy z Guadalupe, subtelny liryzm powiązany z prostotą słowa, które informuje o rzeczach strasznych – o traktowaniu człowieka jak przedmiot, o wykorzystywaniu swej przewagi, o pokorze i łagodności, z jaką poniżany je znosi. Swoim oryginalnym stylem autorka intryguje i zmusza do myślenia. Udało jej się stworzyć klimat, który poraża prostotą i brutalnością zarazem. Dzięki temu czytelnik uświadamia sobie, że prawdziwe historie oparte na kłamstwach to codzienność, którą często próbujemy tuszować albo negować. Pora się obudzić i zacząć działać póki jest czas.

Cytaty za: Prawdziwa historia oparta na kłamstwach, Jennifer Clement, Dom Wydawniczy Mała Kurka, Piastów 2014.

Ocena: 5/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Historia ponadczasowa