czwartek, 27 sierpnia 2015

Majsterka - Paul Harding

„Majsterka” Paula Hardinga to niewielkich rozmiarów książka, uhonorowana w 2010 roku Nagrodą Pulitzera. Jest to historia odchodzenia, stopniowego żegnania z życiem i dokonywania skrupulatnego rozrachunku z samym sobą, z własną przeszłością. To trudna publikacja, w której mieszają się wspomnienia z rzeczywistością i radość życia z bólem przemijania. To wreszcie przygnębiający i zmuszający do refleksji zarazem temat przewodni, bo przecież na każdego z nas kiedyś przyjdzie pora…

George Crosby, umierając, przypomniał sobie wiele rzeczy, jednak w układzie, którego nie potrafił kontrolować. Spojrzenie na własne życie, rozważanie go z pozycji, którą jak zawsze sobie wyobrażał, człowiek zajmuje u kresu, równało się obserwowaniu skłębionej masy, elementów mozaiki obracających się, wirujących, układających w różne obrazy, zawsze rozpoznawalnych pasmach barw, znajomych elementów, cząstek, osobistych prądów, teraz jednak niezależnych od jego woli, pokazujących mu jego inne ja za każdym razem, gdy próbował złożyć je w całość. Te wspomnienia i anegdoty precyzyjnie wyłuskiwane ze swojego życia George, zegarmistrz i tzw. złota rączka, postanowił nagrać na magnetofon. Cały czas czujnie przeglądając się w swoich najbliższych – w żonie, dwóch córkach, wnukach i siostrze - dostrzegał równocześnie ich głęboki smutek wynikający z powodu jego powolnego odchodzenia (są tu też ich relacje z tejże trudnej sytuacji). Rodzina była w jego sytuacji nieodzowna. Był od najbliższych uzależniony niemalże w każdej czynności (wrażenie robi scena, w której mężczyzna zostaje ogolony i napojony przez wnuka). Crosby bowiem stopniowo tracił kontrolę nie tylko nad własnym ciałem, ale i umysłem... W niektórych momentach trudno jest bowiem odróżnić halucynacje i urojenia chorego od rzeczywistych wspomnień z zamierzchłych czasów. Nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu także jego notorycznie szalejącego umysłu, ciągłego napięcia i niemożności spokojnego odejścia w bliskości z rodziną. W tych ostatecznych dniach, George dostrzegał wyraźniej, na ile ważny jest świat rzeczy materialnych i jak bardzo geny determinują nasz los. Docierał do niego również fakt, iż niezależnie od tego ile czasu mu pozostało, jeśli idzie o własne spełnienie czy polepszenie relacji z najbliższymi nie ma już szans… Bo nie ma już możliwości, by umknąć przed przeznaczeniem, by zbiec śmierci…

Na łożu śmierci George zapragnął znowu ujrzeć ojca. Chciał go sobie wyobrazić. Za każdym razem, kiedy próbował się skupić i cofnąć myślami, gdy próbował wkopać się głęboko i daleko od teraźniejszości, daleko od bólu, hałasu, od kogoś, kto przetaczał go z boku na bok, aby zmienić prześcieradło, od toksyn sączących się z jego zapchanych rakiem nerek do gęstniejącej i ciemniejącej krwi, w końcu i tak wracał do zużytego ciała i szamoczącego się umysłu. Lecz gdy mu się udawało, dochodził do wniosku, że podobnie samotni czuli się jego ojciec i dziadek. Paul Harding chętnie oddał głos ojcu Georga, Howardowi, który chorując na padaczkę, był dużym obciążeniem dla całej rodziny, szczególnie zaś dla swej żony. Pomimo, iż Howard starał się być dobrym mężem i troskliwym ojcem, jego wysiłki spełzały na niczym. Dzieci będąc często świadkami ataków epilepsji, widziały, jak choroba ojca postępowała, jak matka musiała pomagać mu w prostych czynnościach (np. podczas ubierania) i wreszcie jak robiła wszystko, by się go pozbyć. W oczach młodego Georga, jego ojciec nie miał zbyt wielu sukcesów wychowawczych (prawdopodobnie przez częstą absencję – charakterystyczną zresztą dla mężczyzn z tej rodziny), być może poza jedną - jedyną rzeczą, która udała się mojemu ojcu, było to, że mógł się rozpadać w ciemnościach… Zdaje się, że historia zatoczyła koło.

Książka Paula Hardinga kieruje wzrok czytelnika ku sprawom ostatecznym, tak chętnie wypieranym przez nasze konsumpcyjne społeczeństwo stawiające na pierwszym miejscu urodę, sukces i dążenie ku nieśmiertelności. Autor bezbłędnie obnaża schyłek życia – z miotającym się umysłem, niezałatwionymi sprawami rodzinnymi, brakiem akceptacji dla śmierci. To ważna pozycja dla wszystkich, którzy zechcą się zatrzymać i spróbują zmienić w swym życiu coś, na co za chwilę może być już za późno.

Cytaty za: Majsterka, Paul Harding, W.A.B., Warszawa 2015.

Ocena: 3/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

sobota, 15 sierpnia 2015

Łebki od Szpilki - Agnieszka Szpila

Książkę Agnieszki Szpili „Łebki od Szpilki” wydawca reklamuje jako ‘książkę granat’, która nie zabija, ale wyzwala w czytelniku radość życia i ogromną wewnętrzną siłę. Z tym się zgadzam co do joty. Jest to jedna z tych publikacji, po które chętnie sięgamy. Po pierwsze dlatego, że lubimy kogoś podglądać; zwłaszcza tego, kto jest w bardzo trudnej sytuacji, kto zmaga się z potężnym problemem, a my jesteśmy z dala od niego, mamy swój upragniony ‘święty spokój’ i zdrowych bliskich. Możemy popatrzeć i kiedy tylko przyjdzie nam ochota wrócić do własnej, mimo iż nieidealnej, to jednak prostszej rzeczywistości. Nie ukrywam, że pani Agnieszka zaserwowała swoim czytelnikom książkę gęstą; nie tylko w warstwie narracyjnej, ale przede wszystkim ze względu na treść - publikację ociekającą tym wszystkim, czego nie życzy się nawet najgorszemu wrogowi - nieszablonowej, trudnej do zdiagnozowania, rozkładającej życie choroby bezbronnych, najukochańszych istot – dzieci. W tej skomplikowanej sytuacji odnaleźć musi się cała rodzina, znajomi, ale przede wszystkim rodzice. Szczególnie zaś matka towarzysząca własnemu potomstwu nieustannie. Są matki świetne i święte. Świętą nie jestem. Świetną bywam. Najczęściej jednak staram się być wobec Mileny i Heleny po prostu fair, wyznaje Agnieszka Szpila. Poznajcie nieprzeciętną historię tej niezwykłej kobiety i jej dzieci, która zamiast dołować, inspiruje; zamiast onieśmielać – wyzwala energię i ogrom ufności, że zawsze jest szansa na happy end.

To, co przeszło mi przez myśl, kiedy zaczęłam czytać tę książkę to fakt, że jest ona inna niż zbliżone tematycznie publikacje dostępne na naszym rynku. Nie epatuje chorobą, nie zaczyna się od nazw jednostek chorobowych, lekarstw, specjalizacji lekarskich, itp., choć mogłaby (a może wręcz powinna?!?). To zapowiadało inność, nowy format, jaki autorka wprowadziła w swojej, jakby nie było, historii autobiograficznej. Oprócz dramatu, z jakim przyszło się zmierzyć jej, jej rodzinie, a przede wszystkim bliźniaczkom Szpili – Helenie i Milenie (duetowi często pojawiającemu się w książce jako H&M), postawiła na optymizm (szacun, że miała i ma go wciąż tak wiele!) i ukazanie w przeważającej części kolorowych stron życia, w myśl zasady: co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Będąc przekonaną, iż trudne sytuacje (tzw. doświadczenia graniczne) są potrzebne, bo często dają ‘uprawomocnienie istnienia’, ma równocześnie świadomość tego, jaką cenę trzeba za zapłacić za przeżywanie tego typu dramatów na co dzień i czym one są: Tak sobie myślę, że życie człowieka dzieli się na to przed ukrzyżowaniem i to piękniejsze, pełniejsze już po. Cokolwiek by o niej nie mówić – droga krzyżowa to triatlon z cross-maratonem razem wzięte. A kto wie, czy nawet nie z kolarskim Wyścigiem Pokoju… Przejdźmy do sedna, czyli do wyjaśnienia, na co cierpią dzieci.

Helenka i Milenka, bliźniaczki Agnieszki Szpili, są owocem związku z dużo starszym mężczyzną. Początkowo nic zapowiadało nieszczęścia. Prowadzili zwykłe życie, zmagali się z prozaicznymi bolączkami młodych rodziców. Z czasem coś zaczęło się zmieniać: Przez pierwszy rok życia dziewczynek starałam się rozpuszczać kłębiące się w moim sercu emocje, gotując, piorąc, zamiatając, piekąc chleby, a nade wszystko – transformować swój gniew poprzez śpiewanie pieśni (…) Codziennie ten sam rozkład dnia, karmienie w podobny sposób, repertuar kołysanek, który według koncertu życzeń drących się dziewczynek, musiał być przeze mnie realizowany punkt po punkcie tak samo jak dzień, tydzień czy miesiąc wcześniej. Gdy do tego doszedł przymus spacerów tylko w prawą stronę (…), miałam chęć zażyć cykutę, arszenik, cokolwiek, byle tylko skrócić swoje cierpienie. Dusiłam się z własnymi dziećmi w narzucanej przez nie co dzień coraz bardziej przygniatającej ‘taksamości’, nie mogłam w niej ani żyć, ani spokojnie umrzeć, nie wspominając o wyciszającym neurologię i zmysły oddychaniu. To właśnie za sprawą owej ‘taksamości’ autorka i jej partner zaczęli podejrzewać, że z ich dziećmi jest coś nie tak. Niepokoiły ich tzw. odloty Helusi – znikanie z pola widzenia, brak reakcji na własne imię, nietypowe zabawy (np. rozmowa z samochodem), halucynacje. Dziewczynki notorycznie nie potrafiły odnaleźć się w żadnej nowej sytuacji. Do tego stopnia, iż rodzice wszędzie musieli zabierać ich ulubione zabawki, płyty CD, książeczki: Bez nich świat był dla nich głęboki jak ocean i czarny jak najciemniejsza noc, a za każdym rogiem czaiły się smoki, potwory i dzikie bestie. Partner Agnieszki uspokajał ją, twierdząc, że dziewczynki są superkreatywne. Ona była jednak bardziej podejrzliwa i obawiała się, że to może być autyzm. Diagnoza na Pileckiej w Warszawie - podana w niezwykle brutalny sposób – brzmiała: częściowe zaburzenia rozwojowe. W przychodni Synapsis sugerowano wspomniany wyżej autyzm. Szpila przez dwa tygodnie krzyczała do jądra ziemi. Coś nie pasowało do tej układanki. Dlaczego np. owa diagnoza nie została poparta rzetelnymi (aczkolwiek podstawowymi!) badaniami jak np. tomografią mózgu, rezonansem czy testami na obecność przeciwciał (np. na bakterie borelli)? Amerykański fizjoterapeuta, Glenn Doman uważa, iż największym wrogiem dziecka skaleczonego neurologicznie jest czas. Ponieważ różne terapie nie skutkowały, rodzice sami zaczęli badać H&M za własne (grube) pieniądze. Korzystali nie tylko z medycyny tradycyjnej (lekarzom Szpila wciąż nie może darować tego, że nie chcą się dokształcać, nie kierują się przysięgą Hipokratesa, itp.), ale również z pomocy szeptuch czy szamanów. Ostatecznie, dzięki uporowi i zaparciu rodziców, stwierdzono, że ich dzieci mają wrodzoną boreliozę i syrinomegalię współwystępującą z zespołem Arnolda-Chiariego. Co to oznacza i jak żyje się z taką diagnozą? Prawdopodobnie bardzo ciężko, ale pani Agnieszka się nie poddaje, a o swoich córkach mówi następująco: Milenka - na ogół piękny człowiek, dziecko kwiat, cielątko najpiękniejsze, łagodna sklonowana owieczka, parówkowy potworek – dała mi w życiu parę razy tak bardzo popalić, że modliłam się tylko o jedno: by już skończyć dzień i nastała noc, żeby nic nie widzieć , zapomnieć choćby na kilka godzin o byciu mamą. O Helusi wypowiada się w podobnym tonie: moje dziadostwo kochane, moja chuda nóżka, mój brzuszek wystający jak u dzieci z Etiopii, być może wypełniony tęgoryjcem lub włosogłówką, który trzeba było już tyle razy leczyć z grzyba i pasożytów i wlewać w niego świństwo z orzecha włoskiego, ach Hesiuńksa – moje trzy piórka na krzyż, moje ćwierć zęba, mój glonojad najpiękniejszy, moja Heluńcia-Pimpuńcia, nie pozostawał, jeśli chodzi o domową działalność przestępczą, w tyle za Milenką. Czyż w tych krótkich charakterystykach nie zawiera się wszystko: miłość, szczęście, choroba, ból i cierpienie?

Agnieszka Szpila w swojej książce przedstawia czytelnikowi nie tylko opowieść o trudnym macierzyństwie i historię błędnych diagnoz. Opowiada dużo o sobie, swoim dzieciństwie, związku, który nie przetrwał, życiu na wsi i relacji z chorymi dziećmi. Nie przypadkowo dziewczynki umieściłam na końcu tej wyliczanki. Mam nieodparte wrażenie, że „Łebki od Szpilki” stanowią dla niej swoistą terapię, próbę zwrócenia uwagi na siebie. Po długim okresie, kiedy wszystkie oczy skierowane były na chore, pozostające bez właściwej diagnozy dzieci, nadszedł czas, by opowiedzieć, o tym, co przeszła, kierując uwagę czytelnika na nią samą. To, co autorka mu proponuje to dość chaotyczne, momentami bardzo zabawne serwowane w formie słowotoku przemyślenia, odczucia, relacje, oddawane w ekspresowym tempie, w kwiecistym stylu z bardzo dużą ilością epitetów. To zaś, co najbardziej mi się w tym 'galimatiasie' podoba, to optymizm i wyciągnięta nauka z tego, co los zesłał Agnieszce. Mam na myśli tę cudowną umiejętność radowania się wszystkim o każdym czasie; to niewiarygodne szczęście znalezione w każdym okruchu dnia, które można dostrzec dzięki odpowiedniej optyce: I zawsze, ale to zawsze, patrzę w niebo. Przyglądam się chmurom. Wtedy wszystko wydaje się takie lekkie. (…) Trzeba umieć spojrzeć na kąpiącą się w kałuży srokę albo sikorkę bogatkę. To lekcja uważności i bycia tu i teraz. Spojrzeć wysoko, w korony drzew i w niebo z chmurami w kształcie smoków i ściętych głów Jana Chrzciciela. To kosmogonia...

Cytaty za: Łebki od Szpilki, Agnieszka Szpila, W.A.B, Warszawa 2015.

Ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

środa, 15 lipca 2015

Niepokorne. Klara - Agnieszka Wojdowicz

„Niepokorne. Klara” to drugi tom trylogii Agnieszki Wojdowicz, który w niczym nie ustępuje pierwszemu. To przykład dobrze opowiedzianej historii, wiarygodnie naznaczonych realiów historycznych i ciekawie rozwiniętych nowych wątków znanych nam już bohaterek: Elizy, Judyty i Klary. I to właśnie tę ostatnią mamy okazję poznać bliżej. „Klara” to wyśmienita okazja, by zanurzyć się w pięknej scenerii młodopolskiego Krakowa, awangardowego Berlina czy tętniącego życiem kulturalnym Wiednia. Postaram się to zaraz udowodnić.

Jest rok 1896. Klara Stojnowska przerywa studia w Berlinie i jest ponownie w Krakowie, gdzie rozpoczyna zajęcia w Baraneum na drugim roku kursu literatury i historii. Pełna pasji, zaangażowania społecznego i woli walki, z zainteresowaniem przypatruje się strajkowi cygarniczek w jednej z krakowskich fabryk, któremu poświęca swój artykuł będący wyrazem jej (kolejnego) młodzieńczego buntu. Przy okazji poznaje pracującego tam człowieka o szerokich horyzontach - inżyniera Jerzego Platera – wynalazcę, konstruktora, zapalonego fotografa. On również zdaje się być zainteresowany tą nieprzeciętną dziewczyną. Klara już na pierwszy rzut oka wyróżnia się w tłumie: nosi melonik (zdecydowanie bardziej odpowiedni dla mężczyzny), letni beżowy kostium, jasną bluzkę i krawat z wpiętą w jedwab perłową szpilką. Oficjalnie pali papierosy, a jej suknie pozbawione są tradycyjnego gorsetu. Nosi krótszą niż nakazywała moda, prowokacyjną fryzurę i jest bezpretensjonalnie szczera. Sprawia wrażenie kobiety wyemancypowanej i wolnej. To bez wątpienia zasługa niedawnego pobytu za granicą: Berlin odmienił Klarę. Otworzył oczy na nieskończone możliwości, uświadamiając jednocześnie naukowe i obyczajowe zapóźnienie Galicji. (…) Ironiczna wobec mieszczańskiej moralności, bigoterii i wszelkich przejawów dyskryminacji, walczy[…] odtąd, choć nie zawsze skutecznie i z rozsądkiem, o prawo do życia wolnego od przesądów oraz ograniczeń. Nie liczy[…] się z nikim i z niczym. Nawet z opiniami ojca, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego czy zatroskanej matki. Klara ma mocny charakter i wielką ochotę na poznawanie świata. Jest zagorzałą przeciwniczką staroświeckich poglądów tak bliskich większości społeczeństwa oraz ślepego przywiązania do tradycji. Dla niej ważniejsza jest wierność własnym przekonaniom niż konwenanse. Jest odważna, bezkompromisowa i chętnie podejmuje ryzyko, choć wygłaszanie niepopularnych opinii sprowadza na nią nieustanie niemałe kłopoty. Jednocześnie pragnie realizować swe pasje, być kochaną i kochać, czasem nawet wbrew ogólnie przyjętym normom. Zaangażowana w misję dziennikarską, pisze kolejne artykuły, poznaje nowych, interesujących ludzi (np. Wyspiańskiego w redakcji „Nowej Reformy”). Niestety, musi również ponosić odpowiedzialność za swoje czyny – za zbyt bliskie stosunki z socjalistami, za utratę głowy dla nieodpowiedniego mężczyzny… Klara składała się z paradoksów, bo choć bardziej niż kiedykolwiek świadoma była pragnień i marzeń, intensywnie smakowała codzienność i tylko bała się, do czego ją to zawiedzie… Czy jej obawy były uzasadnione?

Nie lepiej jest z przyjaciółką Klary, Judytą Schreiberówną. Po powrocie z Otwocka, dziewczyna nadal rozmyśla o Maurycym Stojnowskim, przebywającym w Paryżu. Kiedy ten niespodziewanie pojawia się ze swoją narzeczoną w Krakowie, Judyta przyjmuje propozycję właścicielki pracowni, Miny Ebner i wyjeżdża do Wiednia, by zapomnieć o ukochanym. Maluje i projektuje tkaniny, a obcując z wielką sztuką, ma okazję poznać: Gustava Klimta, Kolo Mosera i Maxa Henneberga. Między nią a tym ostatnim, nawiązuje się nić sympatii, która dość szybko przeradza się w coś więcej… Za granicą Judyta podejmie próbę nauki jazdy na rowerze (to początki cyklistów), ale i otrzyma możliwość stworzenia własnych prac na wystawę secesjonistów i zaprojektowania sukni na inny, również niezwykle prestiżowy konkurs (było to prawdziwe wyzwanie w tamtych czasach, sądzono bowiem, iż najlepszymi projektantami są mężczyźni…). Jak potoczą się dalsze losy nieprzeciętnie utalentowanej Judyty? Co czeka ją w dającym wielkie możliwości Wiedniu?

Tymczasem Eliza Pohorecka, bohaterka pierwszego tomu, schodzi w drugim na dalszy plan. Wciąż wiedzie dość spokojny żywot przy boku ukochanego Antona Wielbrachta, Austriaka (a więc okupanta!). Mimo iż rodzina Elizy (szczególnie jej babcia – Elżbieta Orzechowska) nie akceptuje tego związku, dziewczyna nie rezygnuje ze swego szczęścia, a narzeczony stanowi[…] dla niej swoisty punkt odniesienia we wszelkich życiowych kwestiach. Powoł[uje] się na niego nieustannie, jakby zrósł się z nią niczym pień solidnego drzewa z oplatającym go bluszczem. Jakby był niezbywalną częścią jej życia lub jego warunkiem... Jedynym problemem jest kwestia edukacji – czy Elizie uda się skończyć Studium Farmaceutyczne UJ? Czy spełni swoje marzenia i czy będzie musiała zapłacić za nie wysoką cenę?

Drugi tom „Niepokornych. Klara” jest rewelacyjną kontynuacją pierwszego i pozwala snuć przypuszczenia, że kolejna i ostatnia zarazem część przygód nieprzeciętnych przyjaciółek z młodopolskiego Krakowa, będzie równie udana. Agnieszce Wojdowicz udało się zaserwować swoim czytelnikom po raz drugi wyjątkową ucztę: pełną wiarygodnych bohaterek, intrygujących splotów wydarzeń, naznaczoną nieustanną walką o siebie, swoje przekonania i marzenia oraz o wolność, równość i prawa kobiet. Warto sięgnąć po „Niepokorne” choćby po to, by się przekonać, jakie zmiany niósł ze sobą schyłek XIX wieku w Berlinie, Wiedniu czy Krakowie i jak zmieniali się ich mieszkańcy. U Wojdowicz nie znajdziecie nudnych encyklopedycznych danych czy suchych faktów. Dzięki zmyślnie prowadzonej akcji, pełnokrwistym bohaterkom, czytelnik jest niemalże naocznym świadkiem wszelkich zmian napędzających ówczesny świat. Świadomie sięgając po źródła historyczne, z których umiejętnie czerpie bodźce do tworzenia wiarygodnych historii okraszonych cudownie fikcyjną nutą, Agnieszka Wojdowicz jest kolejną polską pisarką, której twórczość zadowoli nawet najbardziej wybrednych czytelników. Polecam gorąco!

Cytaty za: Niepokorne. Klara, Agnieszka Wojdowicz, Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

Ocena: 5+/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: The game is not over…

poniedziałek, 6 lipca 2015

Blisko ziemi, blisko nieba. Ksiądz Jan Twardowski we wspomnieniach - praca zbiorowa

Setna rocznica urodzin księdza Jana Twardowskiego to dobry moment na wszelkie podsumowania, wspomnienia, konferencje, dyskusje, wydarzenia artystyczne, edukacyjne i popularnonaukowe, a także publikacje literackie. Do tych ostatnich zalicza się bez wątpienia wyjątkowa książka „Blisko ziemi, blisko nieba. Ksiądz Jan Twardowski we wspomnieniach” Beaty, Iwony i Krzysztofa Demskich. To zapis rozmów, jakie autorzy odbyli z osobami znającymi ‘Księdza Jana od Biedronki’ i okrasili je wyjątkowymi, wcześniej nigdzie niepublikowanymi zdjęciami. Wśród rozmówców znalazły się osoby duchowne, parafianie, ludzie, którzy na co dzień towarzyszyli Twardowskiemu, ale również: artyści i lekarze. W większości nie są to nazwiska z pierwszych stron gazet. Z ich relacji wyłania się jednakże spójny portret niezwykle skromnego, dobrego, utalentowanego i oddanego Bogu księdza, poety, przyjaciela, którego osoba i działalność wzrusza, skłania do refleksji, ale i nierzadko wywołuje uśmiech na twarzy...

Ksiądz Jan Twardowski przez niemal 50 lat był rektorem warszawskiego Kościoła Sióstr Wizytek. Był kapłanem niezwykle lubianym, całym sercem oddanym swym wiernym i Panu Bogu. Kiedy spowiadał miał ‘pełne ręce roboty’, a odprawiane przez niego msze cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Wielu rozmówców państwa Demskich podkreślało krótkie, zapisywane przez siostry kazania, do których ksiądz tak sumiennie się przygotowywał: Wszędzie rozkładał karteczki, specjalnie do każdego kazania, zapisane maczkiem, jakby szyfrem. Nie do rozczytania. Na ołtarzu – ze trzy pary okularów…. Podstawą tych tekstów były anegdoty, skrupulatnie zbieranie każdego dnia. To właśnie dzięki nim kazania księdza Jana były tak oryginalne. Ale nie tylko one. Wyjątkowe były również lekcje religii prowadzone przez Twardowskiego. Tradycyjnie rozpoczynały się tekstem Ewangelii, która miała być czytana w najbliższą niedzielę. Potem w kilku zaledwie słowach ksiądz zrozumiale tłumaczył jej sens, przybliżał znaczenie, a jako zadanie domowe zlecał wykonanie ilustracji do niej. Jeśli bardzo mu się podobało – stawiał piątkę z dziesięcioma plusami, gdy trochę mniej – z dziewięcioma plusami (…) Jestem przekonana, że wymyślił te rysunki po to, żeby samemu nie nudzić się czytaniem wypracowań czy notatek. Bo ksiądz przypominał trochę dziecko... Miał odwagę ciągle się dziwić i stale zadawać pytania. Poza tym często charakterystycznie chichotał, a głośne kichanie było jego specjalnością. Był przy tym niezwykle szczery i prostoduszny. Swoim przyjaciołom radził: Jak najdłużej zachowaj cechy dziecka, nie dorastaj za szybko, i sam sumiennie się tego trzymał. Miał również ogromny sentyment do drobiazgów, które dla wielu były symbolem kiczu. On zaś lubił się nimi otaczać: Mawiał, że warto pochylić się nad nimi, bo w każdym jest cząstka naszego życia, jakiś epizod i jakiś człowiek. Być może właśnie dzięki tej nieprzeciętnej wrażliwości potrafił w swoich kazaniach łączyć patos z humorem. Owa ckliwość przejawiała się również w miłości do roślin, mającej swój początek już w dzieciństwie i trwającej całe życie: Od czternastego roku życia sam robił przyrodnicze albumy, wklejał do nich zebrane liście i podpisywał, z jakiego drzewa czy krzewu pochodziły, gdzie je znalazł… Instynktownie starał się w zielnikach używać poprawnych nazw botanicznych, obok polskiej podawał również łacińską. Jako ksiądz cieszył się, gdy mógł spędzać wakacje w pobliżu lasu, po którym lubił samotnie wędrować, najchętniej kilka godzin dziennie, wybierając się tam zaraz po śniadaniu i odprawieniu porannej mszy. Mówił, że to są jego najważniejsze rekolekcje. Zazwyczaj spokojny i cichy, niekiedy jednak i jemu zdarzało się zdenerwować. Tyle, że jak się zdenerwował – od razu przepraszał: I to jak przepraszał! Prawie po rękach chciał całować…, dodają jego przyjaciele. Miał w sobie coś takiego, ciepłego, bliskiego, dobrego. Wydawało mi się, iż znam go od bardzo dawna i że jest moją rodziną, wspominała księdza aktorka Anna Dymna. Wielu podkreślało, iż jako łagodny, subtelny i delikatny człowiek był równocześnie wspaniałym spowiednikiem, który ‘nie dręczył’, ale cierpliwie słuchał. Był również gościnny, bezpośredni i otwarty – na każdego człowieka.

Do końca życia był niezwykle zdolnym, pracowitym i pilnym uczniem: Do końca się uczył. Przychodzili do niego i lektor niemieckiego, i pani od francuskiego, a jak jeszcze mógł – sam chodził na lekcje angielskiego. Cały czas pilnie przygotowywał się do lekcji, nawet jak miał już osiemdziesiątkę. Swobodnie rozmawiał i czytał po angielsku i francusku. Nie był jednak ani prymusem, ani sztywniakiem, ani nadętym klechą. Nie przywiązywał wagi do wielu rzeczy, a szczególnie do swojego wyglądu. Choć z drugiej strony nosił przecież ten swój słynny tupecik i farbował włosy... Jak widać, księdza Jana od Biedronki nijak się zaszufladkować nie da…

„Blisko ziemi, blisko nieba”
to książka, dzięki której możemy podejrzeć kogoś, kto wielu osobom był bardzo bliski, którego poezja miała ogrom zwolenników, a kto sam o sobie mówił mało i niechętnie. Dzięki tej publikacji jawi się on swym sympatykom w pełnej krasie, nie stoi już w cieniu, nie ucieka przed zainteresowaniem. To publikacja, której największa wartość stanowią zdjęcia i relacje ludzi, którzy mieli możliwość obcować z ks. Twardowskim w różnych sytuacjach (nierzadko bardzo intymnych) i mogli rozkoszować się jego obecnością, także tą domową, kameralną, zakrytą przed wieloma. Dzięki tym krótkim wspomnieniom mamy możliwość wzruszyć się (czasem nawet do łez), ale i snuć refleksję nad kondycją współczesnego człowieka, piękną poezją, życiorysem dobrego, prostego kapłana, który zawieszony między ziemią a niebem, bliski był tak jednemu jak i drugiemu. Kapłana, w którym tkwiła siła wielkiej miłości, widoczna zarówno w jego życiorysie jak i w jego twórczości.

Cytaty za: Blisko ziemi, blisko nieba. Ksiądz Jan Twardowski we wspomnieniach, praca zbiorowa, Zwierciadło, Warszawa 2015.

Ocena: 4/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Zawieszony między ziemią a niebem

sobota, 20 czerwca 2015

Lekcja miłości. Poruszające opowieści o rodzicielstwie - Magdalena Łyczko

Na pierwszy rzut oka to książka jakich na rynku wiele. Autorką jest dziennikarka, tworząca wywiady ze znanymi z pierwszych stron gazet lub ze szklanego ekranu osobami, które opowiadają o niełatwym niekiedy ojcostwie i macierzyństwie. I choć wszystko, co napisałam wyżej, pasuje idealnie do publikacji „Lekcja miłości. Poruszające opowieści o rodzicielstwie”, to z jedną rzeczą zgodzić się nie mogę. To nie jest książka jakich wiele. To zbiór szczerych, odważnych i bardzo mądrych rozmów z(e) (nie)zwykłymi rodzicami, którzy kochają swoje dzieci ponad wszystko i zechcieli podzielić się swym doświadczeniem z innymi. Duża w tym zasługa Magdaleny Łyczko, utalentowanej dziennikarki od lat związanej z mediami (pracowała m.in. w Teleexpressie i Dzień Dobry TVN, magazynie 'Gala' oraz w onet.pl), która potrafi pytać subtelnie, nie pchając się z przysłowiowymi buciorami w najdelikatniejsze sprawy dla jej rozmówców.

Na początek słowo wyjaśnienia, jak skonstruowana jest „Lekcja…”. Każdy z czternaściorga rodziców zostaje poproszony przez Magdalenę Łyczko, by opowiedział o swoim dziecku (lub dzieciach). W ten sposób powstaje czternaście miniwywiadów, z których każdy jest inny i zawiera potężny ładunek emocji. Wszystkie zaś łączą w sobie ogrom wątków, wzruszających wspomnień i pięknych, pamiątkowych zdjęć pochodzących z archiwów rodzinnych.

To, co mnie w tej książce urzekło, to przede wszystkim to, w jaki sposób o swoich dzieciach i o tym, co im dało ojcostwo opowiadają mężczyźni. Np. Bartłomiej Bonk, polski sztangista, mistrz Europy z 2015 roku, emocjonująco opowiada o traumatycznych wydarzeniach związanych z przeprowadzonym zbyt późno porodem bliźniaczek, który dla jednej z nich zakończył się poważnymi powikłaniami, a ostatecznie śmiercią. Kiedy jego oczy wypełniają się łzami, Łyczko łapie go za przedramię i mówi: ‘Wystarczy’.

Generał Gromosław Czempiński ma dorosłą córkę oraz 33-letniego syna cierpiącego na zespół Downa. Opowiada o codzienności z chorym dzieckiem, o zmęczonej opieką nad niepełnosprawnym Piotrusiem żonie i o swojej nieobecności w jego dzieciństwie. Przyznaje się również do braku wymagań względem niego, a łamiącym się głosem wyznaje, jak boli go agresja ze strony dzieci i ich lekceważący stosunek do osób niepełnosprawnych...

Tomasz Jastrun, poeta, prozaik, eseista, reporter i krytyk literacki, wreszcie depresyjny ojciec trzech chłopców, uważa, że miłość do dziecka jest czymś trwałym, absolutnie bezinteresownym, a samo ich posiadanie koniecznością, jeśli się nie chce cierpieć z powodu samotności i egocentryzmu: Moim zdaniem nieposiadanie dziecka niesie poważne konsekwencje, ludzie stają się egotyczni, skupieni tylko na sobie. Ludzie, którzy mają dzieci, chcąc nie chcąc, żyją nie tylko dla siebie. Nie sposób odmówić panu Tomaszowi racji.

Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Marek Kościkiewicz, muzyk, gitarzysta, wokalista, kompozytor, producent, autor tekstów, a tu przede wszystkim - ojciec czwórki dzieci, w tym jednego adoptowanego. Magdalenie Łyczko zdradził, że nieustannie się dokształca, by być dobrym rodzicem: Staram się bardzo dużo czytać i wyciągać wnioski z różnych lektur. Na pewno warto je poznać, bo nikt nas tego nie uczy. To nawet dziwne, bo najważniejszą naszą funkcją, rolą, jaką w życiu mamy, w pewnym sensie pierwotną, społeczną i psychologiczną, jest wychowywanie dzieci. I to jest najważniejsze, co w życiu robimy – przekazujemy i uczymy.

Szaleńczo zakochany w swych dzieciach jest również Maciej Orłoś. Mimo, iż jego dzieci nie lubią chodzić z nim na zakupy (trudno się dziwić, kiedy wszyscy na nich patrzą…), to przekonuje, że czuje się ojcem kochanym przez swe pociechy. Trudno się dziwić, skoro to on jest w domu tym ‘dobrym’. Ojcostwo dla Orłosia jest wielką przygodą, dzięki której nieustannie dostaje solidną porcję emocji, satysfakcji i szczęścia: Brak dzieci kojarzy mi się z pustką. Natomiast na pewno mogę powiedzieć, że dzięki dzieciom mieliśmy masę wspaniałych, wspólnych przeżyć. Dzieciom pokazujemy świat. Często dzięki nim możemy zobaczyć nową odsłonę tego, co znaliśmy, smakowaliśmy w czasach, gdy ich nie było. Lista dobrych stron wynikająca z ojcostwa jest bardzo długa. Orłoś w swych dzieciach widzi również źródło inspiracji. Będąc ambasadorem kampanii ‘Cała Polska czyta dzieciom’, napisał 4 książki dla młodych czytelników: Dzieci zawsze mnie inspirowały. Miałem autentyczną potrzebę, żeby wydobyć to z siebie, przelać na papier i poszerzyć polską ofertę książkową dla dzieci. Udało się znakomicie.

Herosem wśród wszystkich tych niezwykle ciekawych postaci męskich jest Jacek Olszewski, mąż zmarłej w 2008 roku siatkarki Agaty Mróz-Olszewskiej i ojciec ślicznej, 7-letniej dziś Liliany. Wychowuje dziewczynkę sam (26-letnia Agata zmarła dwa miesiące po porodzie), ale nie uważa, że to coś nadzwyczajnego. Nie ma też pretensji do losu, Pana Boga czy kogokolwiek innego. Zdaje się być szczęśliwy i wdzięczny, że po zaostrzeniu się choroby, Agata żyła jeszcze kilka lat, zdobyła mistrzostwo i urodziła zdrową i piękną córkę. Olszewski jest bardzo dobrze zorganizowany i choć czasem musi z czegoś zrezygnować, to jak sam wyznaje, dzięki pomocy z ‘góry’, daje radę. Uważa, że gdy facet zostaje sam z dzieckiem, siłą rzeczy staje się bardziej wrażliwy, bardziej docenia inne rzeczy, nie typowo męskie: Ja teraz mówię, że mam więcej estrogenu niż testosteronu, coś w tym jest...

Oprócz wzruszających wywiadów ze znanymi tatusiami, nie sposób przejść obojętnie obok rozmów przeprowadzonych ze wspaniałymi matkami, które niejednokrotnie musiały mierzyć się z samotnym wychowywaniem dzieci, ich chorobami czy własnymi deficytami zdrowotnymi (np. niepłodnością, poronieniami, itd.). Szczególnie dwa wywiady zapadły mi głęboko w pamięć, a ostatecznie również zmusiły do łez. Chodzi o rozmowę z Renatą Przemyk i Pauliną Smaszcz-Kurzajewską.

Renata Przemyk, znana i ceniona wokalistka, kilka lat temu adoptowała 8-tygodniową dziewczynkę i tym samym spełniła swoje największe marzenie. W rozmowie z dziennikarką wspomina swoje dzieciństwo i przyznaje, że wyciąga wnioski z błędów rodziców, by jej córka była szczęśliwsza. Uważa, że kluczem do dobrego wychowania dziecka jest miłość: Zależy mi, by wychować dobrego człowieka. Robię wszystko, jak umiem najlepiej. To jest mój pierwszy raz, moje pierwsze dziecko. Obserwuję znajomych i rodzinę, czytam książki na ten temat, ciągle się uczę, jak się wychowuje. Córka Klara codziennie daje jej energię do tego, by wstać z łóżka, by iść przed siebie, choć czasami jest to niewiarygodnie trudne. To właśnie dzięki dziecku, jej życie ma sens. Bo choć Przemyk kocha swoją pracę, to ta miłość nijak ma się do uczucia, jakie łączy ją z Klarą: Dziecko jest cudownym pretekstem do zwiedzania i zabaw, na które jesteśmy już, teoretycznie, za starzy. Można oglądać kino familijne i jeździć na rolkach. No i popisywać się. Można szaleć i udawać, że to tylko ze względu na dziecko…

Historia Pauliny Smaszcz-Kurzajewskiej, dziennikarki i prezenterki, jest ogromnie smutna, choć to kobieta w której drzemie niewyobrażalna siła, miłość do dzieci, męża i życia. Urodziła pięcioro dzieci, ale tylko dwoje z nich przeżyło. Dla niej żadna ciąża nie była stanem błogosławionym. Pomimo pragnienia posiadania dużej rodziny, jej organizm za każdym razem zapierał się przed kolejnym dzieckiem. Po utracie ciąży bliźniaczej zdecydowała się podzielić swym ogromnym bólem i doświadczeniem z opinią publiczną. Zrobiła to, bo bardzo dużo ludzi myśli, że kobiety ze znanymi nazwiskami nie ponoszą porażek, nie upadają, nie są smutne i nie rodzą, nie karmią dzieci, nie bawią się z nimi… Jej szczere wyznania nie wszędzie spotkały się z aprobatą. Przez niektórych została wręcz znienawidzona za to, że przyznała się do poronienia. Koleżanki i koledzy z pracy w ogóle z nią nie rozmawiali, traktowali nie najlepiej, uciekali przed nią lub bagatelizowali jej problem. Te dramatyczne momenty scementowały związek Pauliny i Maćka, związały ich mocniej z synami i otworzyły im oczy na wiele spraw. Choćby na to, że media mamią widzów na każdym kroku, zupełnie niepotrzebnie prezentując historie o supermodelkach, które po trzech tygodniach od porodu wychodzą na wybieg z brzuchem płaskim jak deska zamiast matek, cieszących się każdego dnia swoim maleństwem, szczęściem rodziny, odkładających powrót do pracy na później. Bo przecież dzieci nie potrzebują drogich zabawek i luksusowych domów: Dziecko kocha za nic, po prostu za to, że jesteś w jego życiu. Od nas dorosłych tylko zależy, jaka ta miłość będzie. Spełniona, niepowtarzalna czy niespełniona i smutna. Dla każdego dziecka warto, ogromnie warto...

Książka Magdaleny Łyczko to spotkanie w niezwykłym gronie – gronie osób całkowicie oddanych swoim dzieciom, którzy doświadczyli radości rodzicielstwa i chcą się nią podzielić. Jestem przekonana, że to m.in. dzięki takim pozycjom, a nie wątpliwym/mało wiarygodnym/zupełnie nietrafionym/ itp. spotom różnych fundacji, jakiś procent osób bezdzietnych zdecyduje się zostać rodzicem i nie odkładać tej decyzji na później. W „Lekcji miłości” nie znajdziecie ani grama fałszu ni kokieterii. Tu nikt nie będzie Wam wciskał historii ociekających lukrem (wręcz przeciwnie: Aleksandra Kurzak szczerze dzieli się swoimi doświadczeniami z depresji poporodowej; Gromosław Czempiński opowiada o życiu z dzieckiem chorym na zespół Downa a Ałbena Grabowska o swoim autystycznym synku Franku), ani nie będzie Was przekonywał, że ciąża, poród i wychowanie dziecka to bułka z masłem. Bo przecież nawet (!) mając znane nazwisko i jakieś sukcesy na swoim koncie (nie tylko bankowym), nie mamy gwarancji na urodzenie zdrowego dziecka i bezstresowe życie. Wszyscy jesteśmy równi.

Ci, którzy mają już dzieci, znajdą w tej książce wiele cech wspólnych między nimi, a znanymi rodzicami. I po raz kolejny uświadomią sobie, że nie ma nic ważniejszego na tym świecie niż rodzina, niż posiadanie oparcia w najbliższych, w których znajdziemy także zrozumienie, prawdziwą, szczerą i dozgonną miłość i wszystko, co się z nią wiąże. „Lekcja miłości” to książka tak dla mężczyzn, jak i dla kobiet. Dla rodziców, jak i dla tych, którzy decyzję o rodzicielstwie mają jeszcze przed sobą. To publikacja dosłownie dla wszystkich. To niemalże 300 stron wypełnionych czystym uczuciem i wiarą w to, że można wszystko, mając obok siebie najbliższych.

Cytaty za: Lekcja miłości. Poruszające opowieści o rodzicielstwie, Magdalena Łyczko, Zwierciadło, Warszawa 2015.

Ocena: 5+/6


Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Bo rodzina to jest siła!