piątek, 27 marca 2015

Wiadomość - Tove Jansson

Kiedy zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach Wydawnictwa Marginesy, początkowo zwróciłam na nią uwagę jedynie ze względu na niezwykłą okładkę w przepięknej błękitno-seledynowej tonacji. Widnieje na niej kobieta z rozwianym włosem, stojąca na wyspie koło urokliwego domku, wpatrzona w dal. Patrzyłam na nią niczym zahipnotyzowana i pomyślałam, że muszę mieć tę książkę, niezależenie od tego, jaka jest jej tematyka i kto jest jej autorem. Dziś doskonale już wiem, że to był zbiór 31 opowiadań dla dorosłych Tove Jansson pt. Wiadomość. Kiedy już ją otrzymałam, od razu zabrałam się do lektury. Mój szaleńczy pośpiech sprawił, że pochłaniałam każdą stronę tej prozy w tempie błyskawicznym. To był błąd. Okazało się bowiem, że chłodna, surowa treść, choć idealnie dopasowana do obwoluty, nie pochłania z miejsca. Publikacja ta niewątpliwie wymaga czasu i skupienia. Po pierwsze, by przyzwyczaić się do stylu autorki; po drugie, by móc delektować się opisami jej zwykłej, niczym nie wyróżniającej się rzeczywistości, w której za każdym razem stara się przemycić coś niezwykłego i uniwersalnego zarazem.

Tove Jansson to osoba niezwykła. Łączyła w sobie wiele pasji – była malarką, pisarką, rzeźbiarką, rysowniczką komiksów, pisała również teksty piosenek. W każdej z tych dziedzin odnosiła sukcesy, a jej sława szybko przekroczyła granice Finlandii. W swojej twórczości zawsze niezwykle szczera w stosunku do czytelników, przez co z miejsca stawała im się bliska. W Wiadomości Jansson prezentuje odbiorcy samą siebie, choć absolutnie nie jest to żadna wiwisekcja. To raczej możliwość podejrzenia tego, jak żyła, jak wyglądała jej codzienność, co ją dotykało, w czym odnajdywała szczęście. Wszystkie teksty do tego zbioru wybrała na życzenie wydawcy sama. Miała wówczas osiemdziesiąt cztery lata. Zmarła dwa lata później, dlatego też ową Wiadomość traktuje się jako jej literackie pożegnanie z czytelnikami. W książce znajdują się opowiadania pisane na przestrzeni lat 70-, 80- i 90-tych, a cały zbiór Tove zadedykowała przyjaciółce z pracy. Warto w tym miejscu napomknąć o wspaniałym polskim przekładzie dokonanym przez dwie panie: Teresę i Justynę Chłapowskie. To ważne, bo w opowiadaniach Jansson liczy się (…) atmosfera, a nie intryga, język, a nie wydarzenia. Czytelnik nasyci się zatem: obrazami otoczenia, wrażeniami z Helsinek, upływającym czasem, ale przede wszystkim napotka człowieka, którego Jansson z czułością i zaangażowaniem mu przedstawi. Ja tymczasem spróbuję pokrótce polecić Wam kilka moich ulubionych opowiadań z tego zbioru.

Niezwykle poruszającym dla mnie tekstem okazał się Mały leśnik. Małżeństwo Axel i Hanna Fredrikson biorą na lato dziecko z miasta – bogatego chłopca imieniem Elis. Jego rodzice są rozwiedzeni, a on sam być może ze względu na to traumatyczne wydarzenie, jest dość ‘dziwny’. Problemem z akceptacją nowego kolegi mają nie tylko dzieci gospodarzy: Tom, Oswald i Mia, ale również oni sami. Elis okazuje się bowiem być niezwykle surowym obserwatorem, wytykającym Fredriksonom błędy, zwracającym uwagę na wszelkie niegodziwości świata, skutecznie zatruwając im przy tym życie. Mówi o wojnach, Bogu, zatrutej wodzie i powietrzu, marnowaniu żywności, ludziach, którzy nie mają co jeść i tych, którzy gromadzą pod bokiem rupiecie. Ten chłopiec bardzo umiejętnie wywoływał wyrzuty sumienia, nieraz wystarczyło, że patrzył na kogoś swoimi zatroskanymi, dziwnie dorosłymi oczami, i natychmiast temu komuś przypominały się wszystkie jego przewinienia… Brzmi przerażająco, brr!

Zaciekawił mnie również pełen emocji Dom dla lalek. Stanowi on wkład autorki w literaturę gejowską w Finlandii i jest pierwszym tego typu opowiadaniem. Alexander, tapicer z wieloletnią praktyką, przechodzi na emeryturę i całe dnie spędza czas ze swoim przyjacielem Erikiem (emerytowanym pracownikiem w banku). Pewnego dnia Alexander wpada na pomysł, by konstruować małe mebelki. Z czasem myśli o wykonaniu miniaturowego domku dla lalek. To zajęcie pochłania go bez reszty, wypełnia każdą jego chwilę, ale nie znajduje niestety zrozumienia u Erika. Ta patowa sytuacja powoduje szereg nieprzyjemnych sytuacji, napięć między mężczyznami, niezrozumienia, rozczarowania, a w konsekwencji poczucia osamotnienia. Co ciekawe, ten zapał do pracy, ta kreatywność i ogromne oddanie swojej pasji, charakterystyczne jest nie tylko dla Alexandra, ale również dla pełnej namiętności Tove… To najlepszy dowód na to, ile jest Jansson w jej utworach.

Ogromnie spodobały mi się Listy. Listy zresztą zdają się stanowić motyw przewodni tego zbioru, są mocnym akcentem wielu tekstów i prawdopodobnie była to jedna z najulubieńszych form autorki. Adresatką tych Listów jest pisarka z Finlandii - Jansson(!), a nadawczynią japońska dziewczynka - Tamiko Atsumi. Ta wymiana listów ubogaca dziewczynkę, poprawia jej ‘warsztat pisarski,’ pomaga jej pewne rzeczy zrozumieć, ale jest również doskonałym odwzorowania tego, co działo się w Japonii po wydaniu Muminków. Bo Japończycy kochali i kochają je wciąż ogromnie, otaczają się rzeczami z ich podobiznami, itp. Jeden z końcowych listów Tamiko kończy się taką oto puentą: To piękna myśl, że spotkanie z pisarzem powinno mieć miejsce tylko w jego książkach… Hmm, trzeba przyznać, że coś w tym jest...

Nie w formie listów, a rozmowy telefonicznej skonstruowana jest Córka, opowiadanie o niezwykle poruszającej treści. Zamiast tradycyjnego dialogu, Jansson daje nam relację jedynie ze strony córki, która ukazuje bardzo smutny obraz nie tylko ich osłabionej relacji, ale również odzwierciedla przygnębiającą sytuację schorowanej i osamotnionej matki oraz przepracowanej, chłodnej córki. I tylko nie ma między nimi tego uczucia, którego każda z nich tak bardzo potrzebuje, a jednocześnie nie jest w stanie dać go tej drugiej...

Bardzo podobało mi się, jeśli chodzi o atmosferę, króciutkie opowiadanie pt. Wiosną. Jansson świetnie oddała w nim klimat, jaki towarzyszy wciąż panoszącej się zimie, choć jej czas już minął: W nocy słyszałam odśnieżarki. Ranek był pochmurny i wyjątkowo zimny. Nie zadzwoniłam, co miałabym powiedzieć. Znowu zaczął padać śnieg, w pokoju panował przyjemny półmrok, zaspy wciąż rosły i wszędzie dookoła, zatapiając wszystkie dźwięki prócz drapania odśnieżaczy na ulicy – znów usnęłam – tak to już jest z tą długą wiosną, tu, w naszym kraju. I jeszcze jeden bardzo klimatyczny cytat z klasyki gatunku, czyli z Wiewiórki: Dzień był dżdżysty, padał równy, monotonny deszcz, który mógł trwać nie wiadomo jak długo. To dobrze, lubię deszcz. Firanki i draperie, i nowe nieskończoność i deszczu, który wciąż pada i pada (…) Prawda, że piękny? Podobnie jest z przejmującym tekstem Czarno-białe. Tu czuć wyraźnie wiszące w powietrzu niebezpieczeństwo, jakaś groza przepełnia małżeństwo architektki wnętrz i ilustratora. Każde z tych opowiadań osadzone jest w surowej przestrzeni, co jeszcze dodatkowo podkreśla chłód z nich bijący. Mimo to trudno się od nich oderwać.

Moim zdaniem najlepszym opowiadaniem jest tytułowa Wiadomość. Zawiera ona autentyczne wycinki z listów kierowanych do Tove (w ilościach hurtowych!), które pokazują z czym czytelnicy zwracają się do pisarza, jak duże są ich oczekiwania względem niego. Wiadomość pokazuje pełne oblicze popularności: absurdalne żądania, osobliwe oskarżenia lub zaskakujące pytania. Tym opowiadaniem jednoznacznie daje do zrozumienia, jak ciężkie jest życie literata...

Opowiadania Tove Jansson są dowodem jej wielkiej wrażliwości, umiejętności zachwycenia się pięknem świata i człowieka, choć często żadne z nich nie jest bez wad. Jej teksty dotykają spraw najistotniejszych dla przeciętnego człowieka (jak np. miłość, przyjaźń, samotność, niezrozumienie, odrzucenie przez społeczeństwo, wojna, podróże, itd.), ale udało jej się również uchwycić trud, z jakim na co dzień mierzą artyści (wśród nich malarze, pisarze, rysownicy, rzeźbiarze, itp.) Te dwa odległe, jakby mogło się wydawać, światy są sobie bardzo bliskie. Łączy je umiejętność odnalezienia tego, co daje szczęście, co ogołaca z poczucia bezsilności, samotności i beznadziei oraz ich prostota, zwyczajność, pospolitość. Jansson nie szafuje słowami, nie opowiada o emocjach wprost. Jej styl jest pozbawiony ozdobników, za to pełen subtelności i delikatności. Ukazuje człowieka w danym momencie jego życia, ale nie narzuca swojej interpretacji tejże sytuacji, dając czytelnikowi wolną rękę w kwestii odbioru. I tu wracamy do początku – nie da się tych tekstów czytać ‘na akord’. Choć ja początkowo tak właśnie zrobiłam. Zatem da się, ale nic z nich w nas nie zostaje, niczym nie są w stanie nas ubogacić. Trzeba dać sobie i im czas, skoncentrować się na nich, wyciszyć, by móc chłonąć wiadomości, jakie wysyła do nas ich twórczyni, by móc pojąć jej przekaz całym sobą.

Cytaty za: Wiadomość, Tove Jansson, Marginesy, Warszawa, 2015.

Ocena 4+/6

Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com Polecam gorąco!



wtorek, 17 marca 2015

Dom z witrażem - Żanna Słoniowska

Książka Żanny Słoniowskiej „Dom z witrażem” to jeden spośród prawie 1000 tekstów, nadesłanych na konkurs zorganizowany przez Wydawnictwo Znak w zeszłym roku. Jury (w składzie: Sylwia Chutnik, Justyna Sobolewska, Zofia Fabjanowska-Micyk, Jarosław Czechowicz) zadecydowało, że to właśnie ta subtelna i piękna powieść, której akcja rozgrywa się na Ukrainie, jest najlepsza i ukaże się drukiem. Początkowo miałam pewne obawy dotyczące miejsca akcji. O naszym wschodnim sąsiedzie wszędzie jest głośno z powodów oczywistych, czemu zatem czytać jeszcze o nim książki? Tymczasem opowieść Żanny Słoniowskej, nie przytłoczyła mnie, ani nie znudziła. Trudną historię własnego kraju, sztukę i miłość, autorka bardzo zręcznie osadziła w swoim tekście, sprytnie łącząc kolejne wątki z losami zaradnych bohaterek, nie przegadując ani jednej strony. To, przyznacie, jak na debiut, całkiem nieźle.

HISTORIA/POLITYKA

Powieść rozpoczyna się mocnym akcentem – śmiercią Marianny, będącej matką głównej bohaterki i lwowską śpiewaczką, za którą odpowiedzialne jest KGB. Był lipiec 1988 roku, moja matka zginęła w nierównej walce z totalitaryzmem sowieckim, wyzna 11-letnia narratorka, której imienia nie poznamy do końca książki. Ciało przyniesiono do domu owinięte ukraińską flagą. Zmarłą żegnają tłumy - wielka fala ludzi przetacza się ulicami miasta, wśród niej widoczne są kobiety niosące ikony, mężczyźni dumnie prezentujący niebiesko-żółte chorągwie. W tle słychać tłum skandujący imię Marianny, śpiew zabronionych pieśni i obietnice pomszczenia zamordowanej. Nie dziwią zatem ekipy telewizyjne transmitujące to wydarzenia, najpierw do Moskwy, a stamtąd we wszystkie zakątki imperium, łańcuchy milicjantów, a ostatecznie pochówek na Cmentarzu Łyczakowskim (największej nekropolii Lwowa). Tragiczny finał staje się głównym newsem – niestety, tylko na jeden dzień. Po tej dramatycznej historii, cała rodzina żyje w strachu, szczelnie zamyka podwójne drzwi, obawia się o swoje bezpieczeństwo: Mieszkałyśmy w samym centrum miasta i nieraz ktoś dobijał się do nas w nocy. Niespodziewany dzwonek do drzwi, gdy już się było w łóżku, grzmiał jak trąby aniołów głoszące nadejście sądu ostatecznego, jak nożem oddzielał miękką domową przeszłość – to mogli być oni, a oni mieli nad ludźmi całkowitą władzę i wolno im było zrobić wszystko: porwać, zabić, poddać torturom. Słudzy ciemności musieli być ubrani na czarno. Strach od wieków jest nieodzownym elementem tej rodziny, podobnie jak i brak mężczyzn w niej. Najbliżsi głównej bohaterki to praktycznie same kobiety. Oprócz Marianny poznajemy również jej matkę, Abę, będącą kiedyś wziętą lekarką (w 1937 w Leningradzie jej ojciec został aresztowany w czasie ‘akcji polskiej’, po czym zniknął bezpowrotnie) oraz matkę Aby – zwaną przez główną bohaterkę po prostu – Prababką. Maż mojej babci, a mój dziadek, w stopniu oficera Armii Czerwonej przeszedł całą wojnę i dotarł do Berlina, a potem zmarł w połowie lat sześćdziesiątych na skutek tego, co byśmy dziś nazwali przewlekłą depresją połączoną z marskością wątroby. Jeśli chodzi o mojego ojca, miałam wątpliwości, czy istniał naprawdę, wspominała Aba. Zaginieni, zabici czy porwani – takich właśnie mężczyzn prezentuje nam autorka.

Na przestrzeni wielu lat Żanna Słoniowska pokazuje nam, co się działo na Ukrainie, z czym musieli zmierzyć się ludzie mieszkający w wielokulturowym Lwowie. Przedstawia skomplikowane losy każdej z bohaterek. Prababka prawdopodobnie nie była zwolenniczką systemu sowieckiego, ale też nie kibicowała tym, którzy chcieli, by został obalony. Kiedy ustrój niebezpiecznie się zbliżył, zorientowała się, z czym ma do czynienia. Aba od zawsze była gotowa na spotkanie z wrogiem. Gdy miała siedem lat i mieszkała w Leningradzie, zamordowali jej ojca; gdy miała prawie sześćdziesiąt i mieszkała we Lwowie, zabili jej córkę. Pomiędzy jednym a drugim wydarzeniem nie przestała ich nienawidzić, a także mniej lub bardziej otwarcie to wyrażać. Gdy w czterdziestym czwartym trafiła do Lwowa, postanowiła zostać jednoosobową organizacją ruchu oporu – sama robiła i roznosiła ludziom do skrzynek pocztowych ulotki, w których napisane było, że Stalin jest zbrodniarzem. Jej los naznaczyła również tęsknota za ojczyzną; z tym, że nie do końca wiadomo którą: Leningradem-Petersburgiem, w którym się urodziła i mieszkała przed wojną, czy Polską, o której zawsze marzyła i która ze Lwowa się ‘wyniosła’. U niej również stopniowo budziła się świadomość, że całe życie przeżyła w kłamstwie. Marianna rok przed śmiercią zmieniła język z rosyjskiego na ukraiński i stała się Ukrainką z wyboru. Walczyła o niepodległą ojczyznę, czym wielokrotnie narażała się na śmierć. Mimo próśb najbliższych nie odwoływała wyjazdów, nie rezygnowała z prób uwolnienia aresztowanych studentów, zawsze gotowa do walki z władzą: To była moja wiara. Równość, sprawiedliwość, brak wyzysku, komunizm jeszcze za naszego życia. Represje stalinowskie – w tym śmierć mojego dziadka – tłumaczyłam błędami jego podwładnych. ‘Zdradził idee wielkiego Lenina' – tak mówiliśmy do siebie jako młodzi komuniści. Zresztą nie znaliśmy skali terroru, gułagów, tłumaczyła. Odkąd przewartościowała swoje życie, istniały dla niej tylko dwa tematy - sztuka i walka z systemem, przy czym z czasem drugi zaczął wygrywać z tym pierwszym.

SZTUKA

W życiu tych kobiet zawsze obecna była brutalna polityka, skomplikowana historia i wyjątkowa sztuka. Wszystko razem tworzyło mieszankę wybuchową. Warto wspomnieć tu wybory dróg życiowych kolejnych pokoleń, których nie akceptowała żadna z matek. Aba chciała zostać malarką, ale Prababka (jej matka) jej na to nie pozwoliła. Marianna chciała zostać śpiewaczką, ale Aba się nie zgodziła. Marianna i tak nią została, ale z Abą nie rozmawiała – jedynie jej córka widywała się z babcią po kryjomu.
I choć sztuka wydawała się być dla niektórych początkowo najważniejsza, dla wielu szybko straciła sens w zderzeniu z okrutną historią, dotykającą do żywego. Oto, co o niej mówiła Marianna: Poświęciłam swój życie sztuce. Jedynie muzyka wzrusza mnie prawdziwie, więc oddałam jej wszystko – nie robię niczego połowicznie.(…) Kiedy poznałam prawdę o systemie sowieckim, wszystko dla mnie runęło. Poczułam, że muszę z tym systemem walczyć, długo jednak nie wiedziałam jak. Teraz już wiem. Ludzie mnie potrzebują. Nie ci w teatrze, ale ci na ulicy. Zastanawiam się, czy teraz jest czas na teatr. (…) Zaczęłam tracić głos. Może później, gdy pokonamy imperium i zbudujemy nowy, wolny kraj, będę mogła na powrót…
Wyjątkowym elementem ze świata sztuki jest przepiękny, zabytkowy witraż, skryty w sercu kamienicy, w której mieszkają bohaterki, zapowiedziany już w tytule powieści. Zajmuje całą klatkę schodową, ciągnie się przez wszystkie piętra z góry na dół. Siedemdziesiąt dwa kolory, jedenaście metrów wysokości, autor nieznany: Ziemia, woda, niebo – obraz tematycznie rozwija się od dołu do góry. Brakuje najniższej części – podziemi, nie wiadomo co się z nią stało. Ten witraż jest alegorią wspinaczki życiowej. Towarzyszy każdemu, kto wchodzi lub schodzi po krętych schodach... I idealnie pasuje do ukraińskiej historii opowiedzianej przez Żannę Słoniowską.

MIŁOŚĆ

Namiętność połączyła początkowo Mariannę i Mikołaja (jego ojciec był Dyrektorem Opery, a on był tam scenografem). Warto nadmienić, iż to jedyna postać męska pojawiająca się w książce. Nie jest on typem wywrotowca, nie walczy z ustrojem, towarzyszy jedynie odważnym kobietom i przyznaje z pełną świadomością, że jest narodowości lwowskiej. Uczucie, jakie nawiązał z Marianną nie było ani wyjątkowo romantyczne ani głębokie. Ona zdecydowanie większą miłością pałała do kraju i walki z władzą niż do młodszego kochanka. On zdaje się kochał najbardziej (własne, romantyczne, wyidealizowane) wyobrażenie o niej. Później miejsce Marianny u boku (żonatego zresztą) Mikołaja zajmuje ktoś inny… Kto to taki i z jakim skutkiem? Przekonajcie się sami!

Myślenie jest naszym obowiązkiem. Jeśli nie my - to kto? Jeśli nie teraz – to kiedy?, pytają bohaterowie Słoniowskiej, która swoim tekstem potwierdza, że historia zawsze się o nas upomni, że nie pozwoli nam pozostać obojętnym. Zwłaszcza jeśli chodzi o przyszłość naszej ojczyzny. Każdy niezależnie od tego jaki ma stosunek do polityki i historii własnego narodu, musi zająć konkretne stanowisko, z którego zostanie rozliczony. Może nawet przyjdzie za nie zapłacić życiem, wszak czasy mamy bardzo niepewne...

PS Bądźcie czujni - już wkrótce pojawi się na moim blogu wywiad z panią Żanną Słoniowską, która zgodziła się odpowiedzieć na kilka moich pytań :)

Cytaty za: Dom z witrażem, Żanna Słoniowska, Znak, Kraków, 2015.

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi Oblicza Kultury


piątek, 6 marca 2015

Biografia. Mario Vargas Llosa - Tomasz Pindel

Jego życie jest doskonałym materiałem na pierwszorzędną powieść. O osiągniętym sukcesie zadecydowały m.in. upór i talent oraz zaangażowanie i powaga, z jaką traktuje swoją pracę. Jest twórcą wybitnym, rozpoznawalnym na całym świecie, do czego bez wątpienia przyczyniła się literacka Nagroda Nobla, jaką otrzymał w 2010 roku. Jorge Mario Pedro Vargas Llosa, bo o nim mowa, fascynuje swoich czytelników nie tylko za sprawą własnej twórczości, ale i nieprzeciętnej biografii. Tomasz Pindel, pracownik Instytutu Książki i były wykładowca Katedry Ameryki Łacińskiej UJ oraz tłumacz literatury hiszpańskojęzycznej, zdecydował się poświęcić właśnie tej postaci swoją najnowszą książkę. „Biografia. Mario Vargas Llosa”, wydana w listopadzie 2014 roku, to próba opisania relacji między życiem Peruwiańczyka a jego twórczością. Czy zamiar autora został osiągnięty? A jeśli tak, to z jakim efektem?

Mario Vargas Llosa urodził się na południu Peru, w Arequipie (stąd podobno jego burzliwy charakter). To człowiek o nieprzeciętnej osobowości. Posiada predyspozycję do skandali natury obyczajowej i w sferze prywatnej, jak i ewidentną skłonność do angażowania się w spory, polemiki i debaty. Nie boi się mówić tego, co myśli na wszystkie tematy: społeczne, polityczne i kulturalne, przez co regularnie naraża się na ostrą krytykę. Jego życie to nieustanna wędrówka po obu Amerykach i Europie: Mając siedemdziesiąt trzy lata, (…) obliczył, że w ciągu całego życia mieszkał jak dotąd w pięćdziesięciu domach, przyjmując jako minimalny okres zakwaterowania miesiąc. Warto podkreślić, iż podróże są impulsem i inspiracją do tworzenia kolejnych dzieł. Przykładowo: tułaczka po Peru i Boliwii okazała się doskonałą wyprawą formującą go jako przyszłego pisarza, a ekspedycję naukową do amazońskiej puszczy z 1958 roku sam literat określił jako najbardziej płodną podróż, którą odbył i która potem przywołała ogrom wspomnień. Llosa przechowuje te obrazy w sobie przez kilka dekad, zanim zostają wykorzystane w jego utworach. Jest on również człowiekiem głęboko uwikłanym w polityczne i historyczne wydarzenia XX wieku, a w jego biografii odzwierciedlają się pasjonujące dzieje Europy i Ameryki Łacińskiej. Dlatego też czerpie on z historii i z własnych doświadczeń, które zmyślnie przetwarza: Literatura nie może karmić się ludzkim szczęściem, wyrasta z nieszczęścia, z tego co na tym świecie złe, twierdzi. Ów żmudny proces pracy twórczej umilają mu najczęściej piękne owady: W okresach najbardziej intensywnej pracy do mojej pracowni – nie wiadomo skąd – tłumnie przylatują motyle. Nawet zimą! Nawet wtedy, gdy wokół nigdzie nie ma motyli! To wprost niesamowite! – przyznaje.

Llosa z wielką powagą traktuje swoją profesję. Takie podejście do tematu sprawia, że grono jego fanów systematycznie się powiększa. Od debiutu – „Miasta i psów” – praktycznie każda jego książka spotyka się z zachwytem krytyki oraz zwykłych czytelników. Wynika to przede wszystkim z podziwu dla literackiego i technicznego kunsztu pisarza oraz zaangażowania, jakie przy tym wykazuje. Ale osiągnięcie tak spektakularnego sukcesu nie byłoby możliwe bez istnienia boomu na literaturę latynoamerykańską. Vargas Llosa jest postrzegany jako ten, który ów boom rozpoczął i który wciąż wywiera największy wpływ na aktualnie piszące pokolenie Latynosów. W tym miejscu należy podkreślić, że Peruwiańczycy postrzegają go przez pryzmat polityki, chętnie rozliczając ze zmiennych poglądów politycznych, podczas gdy dla reszty świata jest przede wszystkim „jedynie” literatem…

Powołanie literackie nie jest rozrywką, sportem, uprawianą w wolnym czasie wyrafinowaną grą. Jest poświęceniem wyłącznym i wyłączającym, sprawą pierwszorzędną i przesłaniającą wszystko inne, dobrowolnie przyjętym poddaństwem, które swoje ofiary (swoje szczęśliwe ofiary) czyni niewolnikami
– twierdzi. Taka filozofia ma swoje odbicie w częstotliwości ukazywania się jego powieści. A ona robi wrażenie – Llosa naprawdę jest twórcą płodnym. Oprócz wydawania regularnie powieści, nieustannie pisuje felietony dla dziennika „El País”, publikuje tomy eseistyczne poświęcone ważnym postaciom świata literatury oraz sztuki teatralne. Z powodzeniem próbuje również swych sił z klasycznym reportażem („Dziennik z Iraku” z 2003 roku i „Izrael-Palestyna. Pokój czy święta wojna” z 2006). Doszło nawet do tego, że określa się go mianem pisarza-celebryty! Towarzyszy mu bowiem wielka machina medialnej promocji, obejmująca już etap przygotowywania książki! A pomyśleć, że dawno temu Llosa mógł porzucić swoje zamiłowanie do pisania, kiedy został posłany do szkoły wojskowej lub gdy jego ojciec, z którym nigdy nie miał dobrych relacji (którego wręcz nienawidził), twierdził, że to zajęcie niemęskie, bezsensowne i pedalskie (!) i powinien go natychmiast zaniechać. W trudnych chwilach (a było ich niemało), to właśnie książki (…) służy[ły] [mu] jako schronienie przed nieprzyjemnymi okolicznościami życiowymi (…) [C]zytał niemal zawsze, kiedy tylko się dało… głównie oni (oraz oczywiście wielu innych) sprawiali, że Llosa uciekał w inne światy, a w konsekwencji chciał tworzyć własne.

Na koniec warto wspomnieć jeszcze o fobiach, kolekcjach, plotkach związanych z Llosą oraz o osobistej bibliotece noblisty. Zacznijmy od tego ostatniego, bo to niezwykle intrygujący temat. Możecie sobie wyobrazić, że mieści się w niej około trzydzieści tysięcy tomów, panuje w niej idealny porządek, dzieli się na kilka sektorów, a księgozbioru podręcznego nikomu nie wolno dotykać? Ponadto jest tu również kolekcja wszystkich wydań jego książek we wszystkich wersjach językowych. Noblista namiętnie kolekcjonuje hipopotamy (dlaczego akurat te zwierzęta, nie wiadomo) oraz posiada ogromny skarb w postaci niewielkiej, poskładanej na cztery części karteczki. To program szkolnego przedstawienia z 1952 roku i jego pierwszy literacki triumf zarazem.

Wokół pisarza krąży też kilka niepotwierdzonych, ale chętnie publikowanych anegdot. Jedna z nich dotyczy spalenia 1000 egzemplarzy „Miasta i psów” (nie ma na to pewnych dowodów), a druga - bójki z Gabrielem Garcíą Márquezem (jej powody są nieznane - prawdopodobnie poszło o kobietę albo politykę; za to efekty były widoczne od razu - przyjaźń dwóch literackich gigantów boomu latynoamerykańskiego skończyła się gwałtownie i nieodwracalnie). Jak donosi jedna z kolorowych gazet, pisarz ma również dwie fobie: szczury i pestki. Podobno widok ludzi jedzących owoce z pestkami wywołuje u niego ogromne obrzydzenie. No cóż, każdy ma jakiegoś bzika…

„Biografia. Mario Vargas Llosa”, obok autobiografii Peruwiańczyka „Jak ryba w wodzie”, jest kolejną propozycją dla osób chcących zdobyć lub uporządkować posiadane informacje na jego temat albo zrozumieć integralny związek między życiem noblisty a jego twórczością. Książka porusza mnogość faktów, nie trzymając się kurczowo chronologii. Pindel tłumaczy różne zawiłości niezwykłej biografii tegoż literata. Np. wyjaśnia, dlaczego Llosa jest pisarzem tak bardzo znienawidzonym przez część peruwiańskiej (i nie tylko) opinii publicznej, jakie obywatelstwo posiada i jakie więzy rodzinne łączą go z jego żonami. Polityka, miłość i literatura to główne tematy obszernego dzieła Tomasza Pindla. Czy warto się z tym natłokiem wydarzeń i słów zmierzyć? Owszem, o ile jest się fanem tegoż pisarza lub przynajmniej literatury latynoamerykańskiej. Mnie zasadniczo nie przeszkadzał brak chronologii, do którego jestem przyzwyczajona w książkach biograficznych, za to brakowało mi odrobiny empatii, jaką pan Tomasz mógłby obdarzyć Peruwiańczyka i jego losy, by ta biografia porwała czytelnika. Poza tym brakowało mi trochę smakowitych kąsków z życia noblisty, wydartych siłą od bliskich i znajomych, będących nowością w konfrontacji z autobiografią Llosy. Zadanie, jakie stało przed Tomaszem Pindelem, zostało wykonane poprawnie (a nawet bardziej niż poprawnie), więc sądzę, iż mimo tych drobnych niedociągnięć, większość czytelników będzie ukontentowana.

Cytaty za: Biografia. Mario Vargas Llosa, Tomasz Pindel, Znak, Kraków 2014.

Ocena: 5/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Zaprogramowany, by tworzyć

środa, 25 lutego 2015

Regina zamyka drzwi - Jacek Melchior

„Regina zamyka drzwi”, najnowsza książka Jacka Melchiora, krytyka teatralnego, popularyzatora muzyki klasycznej oraz autora powieści „XXL” i romansu komediowego, zwróciła moją uwagę już jako zapowiedź. Po jej przeczytaniu dochodzę do wniosku, że to przykład naprawdę ciekawej literatury psychologiczno-obyczajowej. Co ważniejsze, to propozycja z rodzimego gruntu i potwierdzenie tezy, że współczesna polska proza ma się całkiem dobrze.

Tytułowa Regina Sowa Kacperska Bergner to 77-letnia niedołężna kobieta, którą choroba pozbawiła niespodziewanie wszystkiego, co do tej pory dawało jej radość i szczęście. Bez żołądka, z aparatem słuchowym, w słabej kondycji psychofizycznej, jest praktycznie zdana na pomoc innych. Skończyłam marnie i nagle, ale przynajmniej się nażyłam, przyznaje mimo wszystko z nieukrywaną satysfakcją. Zgorzkniała, czepialska, małostkowa i niemiła, a co gorsza sprawiająca wrażenie nieustannie przygnębionej. [W]raz z żołądkiem wycięli jej uśmiech. Nie, żeby stała się smutna, tylko uśmiechnąć się nie może ani zgiąć ust, ani tego w sobie co uruchamia to zgięcie. Być może dlatego Regina zamknęła drzwi przed bliskimi, by nikt nie zobaczył, w jakim jest stanie. Zawsze brylowała w towarzystwie, konsekwentnie dążyła do wyznaczanych sobie celów, była silna, energiczna i nie godziła się na szarą prozę życia. Teraz jest ledwie cieniem dawnej Reginy - w ciągu kilku dni stała się leżącą bez makijażu, pozbawioną sensu, ułomną i wymagającą pomocy staruszką. Seniorką, która nie stroni od napojów wyskokowych, a jej podstawowy posiłek to kanapki z kawiorem. Mówi, że starość to łapczywa jest. Niewiele wie o starości poza tym, że ją widziała u innych. Była młoda przez prawie siedemdziesiąt siedem lat i nagle cyk, starość z dnia na dzień, z godziny na godzinę, do szpitala poszła młoda, wyszła, ledwie wyszła, stara. Siedemdziesiąt siedem lat młodości, kilka tygodni starości i to nie na długo. Proporcje – marzenie. Już nie chce pomocy ze strony natrętnych sióstr ani obojętnego syna, nie chce też uczucia od zakochanego w niej od 20 lat Romana, męża innej kobiety. Bo skoro nigdy nie okazywała słabości, czemu teraz miałoby być inaczej?

Regina pochodzi ze wsi Hajborek. Już jako dorastająca kobieta wstydziła się nie tylko miejsca zamieszkania, ale i ubóstwa, brudu, warunków, w jakich żyła, jak wyglądała, co nosiła. Mijały lata, a ona wciąż była przekonana, że bieda, w jakiej wyrosła, wciąż z daleka i nieoczekiwanie rzuca na nią zły urok. Miała sześcioro rodzeństwa, ale była zupełnie inna niż ono. Nic jej nie trzymało w domu rodzinnym – chciała wyjechać i wrócić jako gość, który przywozi ze sobą górę prezentów i wyjeżdża naprędce zostawiając po sobie dobre wspomnienie. Jako młoda dziewczyna udała się do Szklarskiej, by gotować w kuchni. Później, po latach nieszczęśliwej tułaczki po kraju, wybrała emigrację, a Wiedeń stał się jej małą ojczyzną. Nie bała się walczyć o siebie. Szukała szczęścia i akceptacji i miała nadzieję, że pewnego dnia ją docenią: [O]na się starała. O to, by umieć rozmawiać, jakby miała trzy fakultety, bo matury nie zrobiła. O samostanowienie, ponieważ Stacho [jej pierwszy mąż] szybko okazał się dyktatorem. O podziw mamy, sympatię taty, o to, by usłyszeć ‘nasza śliczna Reginka’, a nie tylko ‘nasz śliczna Krysieńka’ [jej siostra]. I wreszcie usłyszała. Przedsiębiorcza, pożądana, zaradna i przebiegła. Zawsze czuła się lepsza od innych. Uważała, że [g]dy czujesz się kimś ważnym, biorą cię za ważnego…, i tak właśnie żyła. Reżyserowała każdy swój dzień i twierdziła, że to podstawa. Lubiła demonstrować przed innymi ‘urodę życia’, funkcjonowała według filozofii zastaw się a postaw się, a robiąc luksusowe spektakle przed mężczyznami, oczekiwała profitów. Próbowała nie gardzić ludźmi, choć w swoim mniemaniu była kimś wyjątkowym: artystką i wirtuozką życia. Dzięki sztuczkom teatralnym odgrywanym na pokaz, wychodziła bez szwanku z wielu trudnych sytuacji, ratując siebie przed przykrymi konsekwencjami własnych posunięć. Kim ona jest, zastanawiają się pielęgniarki w szpitalu. Kim ona jest, zastanawiają się ludzie w sklepie, gdy podchodzi bez kolejki i jakoś nikt jej nie zwraca uwagi. Kierowniczką w komitecie wojewódzkim? (…) Kim ona jest, przez dziesiątki lat zastanawiają się jej siostry i koleżanki, wciąż nowe i chwilowe, bo nie zwierza się, nie plotkuje, bo irytuje i onieśmiela jednocześnie. Kim, kim? Zastanawiają się znajomi, koledzy, coraz bardziej skonfundowany mąż, któremu wciąż się mentalnie wymyka, i syn, nieodmiennie zaintrygowany, nauczony, by schodzić jej z drogi… A ona jest sobą...
Dopełnieniem wizerunku nieprzeciętnej Reginy jest jej 50-letni syn, Pawełek (jak go zdrobniale nazywa), historyk sztuki, który przybywa, by prawdopodobnie pożegnać się z ciężko chorą matką. Mężczyzna zawsze był od niej całkowicie uzależniony, przekonany, że jest upart[ą], tward[ą], apodyktyczn[ą] kobiet[ą], uosobienie[m] Wszelkiej Racji o jakiejś szatańskiej energii i sile przekonywania (…) [To] [w]ilczyca w owczej skórze (…) Wilczyca, która go wyleczyła, wykarmiła, ubrała, wykształciła, nigdy nie pozwoliła biedować i wyposażyła w kapitał, jakiego nie sposób przeliczyć na żadną walutę, bezwarunkową miłość. Wilczyca, przy której ta kapitolińska – od Romulusa i Remusa – co najwyżej wilczkiem jest… Ich relacje zmieniają się - teraz to Pawełek musi zaopiekować się swą autorytarną mamusią. Choćby trzy dni...
Życie Reginy jest bez wątpienia smutne i nie napawa optymizmem. Mur jaki postawiła wokół siebie dawno temu, czy też może nawiązując do tytułu, zamknięte przed bliskim (a może i przed samą sobą) drzwi, sprawiają, że ostateczny rozrachunek z życiem boli jeszcze bardziej. Bo choć awansowała z ubogiej dziewczyny ze wsi Hajborek do rangi Austriaczki gnijącej w swym wiedeńskim apartamencie, odchodzi z kieliszkiem wina w reku, z pianą szwechatera na ustach, leżąc we własnych rzygowinach, w towarzystwie obcego jej praktycznie syna, którego porzuciła dawno temu w pogoni za swoim wymarzonym, właśnie kończącym się, życiem...

Jacek Melchior podaje czytelnikowi słodko gorzki koktajl, pełen niedopowiedzeń, prawdziwych emocji, potężnych napięć i ironii, uwieńczony licznymi retrospekcjami, wprowadzonymi za sprawą jednego słowa, jakiegoś rekwizytu, zwykłego przedmiotu, który uruchamia intrygująca opowieść Reginy o czasach minionych, o kilku epokach na przestrzeni dwóch krajów: Polski i Austrii. Warto dać Melchiorowi szansę, bo postać tej skomplikowanej kobiety obnaża zwodnicze pragnienia niektórych z nas i nie pozostawia nam złudzeń, czy warto ostentacyjnie zamykać każdemu drzwi przed nosem, by u kresu pogrążyć się w samotności, niespełnieniu, rozgoryczeniu.

Cytaty za: Regina zamyka drzwi, Jacek Melchior, Wielka Litera, Warszawa 2015.

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera.


poniedziałek, 16 lutego 2015

Życie to podróż, to ocean - Julia Hartwig, Artur Cieślar

„Życie to podróż, to ocean” to zapis rozmowy jaką Artur Cieślar odbył z Julią Hartwig, poetką, tłumaczką, eseistką. To niezwykle miła pogawędka dwojga wyważonych, pogodzonych z losem ludzi, którzy ową harmonią, spokojem i ciepłą atmosferą czarują czytelnika od pierwszych słów. Julia Hartwig początkowo nie chciała się zgodzić na ten wywiad. Jest skromna, nie lubi zamieszania wokół siebie i nie przepada za opowiadaniem o swojej osobie. Na tę publikację namówił ją dopiero jej wieloletni przyjaciel, Jerzy Illg. Powstała w ten sposób niewielkich rozmiarów książeczka, w której pani Julia robi wszystko, byle pozostać w cieniu. Żałuję ogromnie, iż autoryzując tekst, usunęła najbardziej intymne zwierzenia i pozbawiła swoich czytelników możliwości głębszego poznania. Najważniejsze jest to, czy mam coś do przekazania. Jeśli nie, to szkoda sobie i innym zabierać czas, wyznaje autorka. Widocznie jej przekaz nie musi być pokaźnych rozmiarów, by robił wrażenie. Czy zatem mamy szansę natrafić w tym tekście na jakąś pikantną informację o Julii Hartwig? Raczej nie. Wiemy tyle, iż poetka uwielbia kruche ciastka i kolor niebieski (będący ucieleśnieniem nieba i przestrzeni), a jej ulubiony środek lokomocji to pociąg. Nie cierpi zajęć domowych, kuchennej krzątaniny i ścierania kurzu. Za to kocha ocean! Mam jeszcze kilka innych rzeczy w zanadrzu, jakie Arturowi Cieślarowi udało się wydusić z tej powściągliwej osoby i zaraz się nimi z Wami podzielę.

Julia Hartwig dorastała w dużej rodzinie, miała liczne rodzeństwo, z którym się przyjaźniła. Najbliżej była ze starszym bratem Edwardem-fotografikiem. Obcowanie z nim dało jej możliwość bliskiego kontaktu ze sztuką już od najmłodszych lat. Wtedy właśnie zaczęła się kształtować w niej wrażliwość na obraz, który po latach zaczęła oddawać słowem. W szkole była uważana za osobę bardzo zdolną i od początku przepowiadano, że w przyszłości będzie pisała. Jej czasy studenckie przypadły na okres okupacji. Na tajnym uniwersytecie wybrała komplety z polonistyki, a później w Krakowie z romanistyki. Uczyła się również języka francuskiego. W 1947 roku otrzymała stypendium od rządu i wyjechała do Francji, gdzie mogła szlifować język i rozkoszować się Paryżem. Żywiłam się kulturą jak nigdy przedtem. Byłam zachłanna, ciekawska – wszystkie wystawy i muzea były moje, wspomina z uśmiechem na ustach. Kultura francuska pociągała i pociąga ją nadal, a Francję traktuje jak drugą ojczyznę. Poetka lubi też Holandię i Włochy.
Moim bodźcem do podróżowania była zawsze ciekawość, chęć sprawdzenia, co tam znajdę. Po latach wiedziałam już, że podróż jest dla mnie pomocna w sensie twórczym, że daje mi siłę do pisania (…) Kiedy podróżuję – odżywam, patrzę na świat w nowy sposób, wyznaje Julia Hartwig. Właściwie stale jest w podróży – zaczęła od tej wymuszonej wojną, później pojechała z własnej woli do Francji i USA. Słowo podróż odmieniana jest w tej książce przez wszystkie przypadki. Okazuje się bowiem, że każda wyprawa zawsze przynosi powiew świeżego, jest zetknięciem się z innością świata i porzuceniem własnego, a przeżyta w pojedynkę jest okazją do relaksu i refleksji: Oczywiście zachwycamy się miastem, architekturą, obyczajami, kuchnią. Jednak tym, co przynosi nam całkowite spełnienie i odprężenie, jest kontakt z przyrodą, z morzem, z oceanem. Mogłabym nawet śmiało powiedzieć, że synonimem słowa podróż jest ocean. A kontakt z oceanem był dla mnie jednym z największych przeżyć. Kiedy przebywam nad oceanem, czuję się jakby szersza, pojemniejsza, wyznaje poetka. I tu dotykamy sedna sprawy, tematyki jej twórczości – Hartwig w odpowiednich proporcjach zestawia piękno przyrody z człowiekiem i światem jego emocji. To poezja subtelna, skromna, pełna prostoty. W niej każdy przedmiot urasta do rangi arcydzieła, bo autorka umie zachwycić się codziennością, docenić ją i okazać wdzięczność za każdą drobnostkę! Pisze o sprawach zwyczajnych, którym nadaje głęboki sens. Dużo dostrzega i wszystko widzi wyraźnie: [N]ie szukam nadzwyczajności w życiu, a dostrzegam ją w rzeczach zwykłych, codziennych. One mnie frapują i wydają mi się poetycko ważne, bo mogą wystąpić w hierarchii istnienia. W materialnym istnieniu rzeczy występuje też aura niematerialna; zadaniem poety jest ją odnaleźć. I to się czasem udaje. Dlatego trzeba szanować rzeczy codzienne, puentuje.

Julia Hartwig ma w sobie ogromny spokój, a to dziś takie rzadkie u ludzi. W jej charakter wpisane jest samotne zmaganie się ze światem. Ze światem, który jest źle rządzony, w którym tak wiele jest do zrobienia, bo zło panoszy się po nim bezkarnie. Mimo to jest szczęśliwa i otwarta na ludzi. Obcowanie z przyrodą, dobrą literaturą i muzyką – z pięknem – uspokaja ją i koi ból. Nosimy szczęście w sobie. Tylko z odpowiednim dystansem możemy to dostrzec, inaczej, gdy będziemy zgnębieni, niczego nie dostrzeżemy, będziemy jak ślepcy, przekonuje poetka.
Autorka w tej dość krótkiej rozmowie wspomina również swoje największe miłości: Zygmunta Kałużyńskiego, Ksawerego Pruszyńskiego i ukochanego męża, Artura Międzyrzeckiego. Doskonałym warunkiem tego, by miłość przetrwała, jest wspólne pole życia, zainteresowań, pracy, twierdzi. Udało jej się odnaleźć owo pole jedynie z Międzyrzeckim. Ich związek naznaczony wspólną pasją, ‘pisaniem’, podróżami, choć i notorycznym brakiem pieniędzy. Mimo to był bardzo szczęśliwy: Byliśmy z Arturem naprawdę bardzo zajętymi ludźmi. Chwile, które spędzaliśmy razem, były miłe i pełne porozumienia. To było nasze bogactwo. Para doczekała się jednej córki, Danieli, która zaznaczyła się w twórczości obojga.
Nie da się jednak ukryć, iż Hartwig zamiast o rodzinie, woli rozprawiać z Cieślarem o malarstwie. W jej wierszach można dopatrzeć się zamiłowania do sztuki i iście malarskiej wrażliwości. Podobnie jak malarz poetka wybiera z przestrzeni fragmenty, które niosą z sobą emocje. Według Artura Cieślara poeci są na świecie po to, by budzić ludzi słowem. Oni bowiem również malują obrazy, a tomy ich wierszy to galeria. W twórczości tej obdarzonej mądrością życiową, wyobraźnią i dużą wrażliwością poetki niczym w zwierciadle mogą przejrzeć się nasze własne myśli.

„Życie to podróż…” to niespieszny i niebanalny dialog dwojga interesujących ludzi. Artur Cieślar stroniąc od przewidywalnych pytań, jakie najczęściej pojawiają się takich publikacjach, przybliża Julię Hartwig od innej strony. Wyróżniając w tekście fragmenty jej wypowiedzi przypominające aforyzmy, posiłkując się tekstami jej wierszy, dyskutując o tematach humanistycznych, obojgu udało się stworzyć liryczną atmosferę, upragniony azyl dla współczesnego czytelnika oszołomionego głośną i natrętną kulturą masową. I aż szkoda, że ta rozmowa nie mogła trwać dłużej, że nie pozwolono jej snuć się dalej…

Cytaty za: Życie to podróż, to ocean, Julia Hartwig, Artur Cieślar, Zysk i S-ka, Poznań 2014.

Ocena 5/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi Oblicza Kultury