poniedziałek, 6 lipca 2015

Blisko ziemi, blisko nieba. Ksiądz Jan Twardowski we wspomnieniach - praca zbiorowa

Setna rocznica urodzin księdza Jana Twardowskiego to dobry moment na wszelkie podsumowania, wspomnienia, konferencje, dyskusje, wydarzenia artystyczne, edukacyjne i popularnonaukowe, a także publikacje literackie. Do tych ostatnich zalicza się bez wątpienia wyjątkowa książka „Blisko ziemi, blisko nieba. Ksiądz Jan Twardowski we wspomnieniach” Beaty, Iwony i Krzysztofa Demskich. To zapis rozmów, jakie autorzy odbyli z osobami znającymi ‘Księdza Jana od Biedronki’ i okrasili je wyjątkowymi, wcześniej nigdzie niepublikowanymi zdjęciami. Wśród rozmówców znalazły się osoby duchowne, parafianie, ludzie, którzy na co dzień towarzyszyli Twardowskiemu, ale również: artyści i lekarze. W większości nie są to nazwiska z pierwszych stron gazet. Z ich relacji wyłania się jednakże spójny portret niezwykle skromnego, dobrego, utalentowanego i oddanego Bogu księdza, poety, przyjaciela, którego osoba i działalność wzrusza, skłania do refleksji, ale i nierzadko wywołuje uśmiech na twarzy...

Ksiądz Jan Twardowski przez niemal 50 lat był rektorem warszawskiego Kościoła Sióstr Wizytek. Był kapłanem niezwykle lubianym, całym sercem oddanym swym wiernym i Panu Bogu. Kiedy spowiadał miał ‘pełne ręce roboty’, a odprawiane przez niego msze cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Wielu rozmówców państwa Demskich podkreślało krótkie, zapisywane przez siostry kazania, do których ksiądz tak sumiennie się przygotowywał: Wszędzie rozkładał karteczki, specjalnie do każdego kazania, zapisane maczkiem, jakby szyfrem. Nie do rozczytania. Na ołtarzu – ze trzy pary okularów…. Podstawą tych tekstów były anegdoty, skrupulatnie zbieranie każdego dnia. To właśnie dzięki nim kazania księdza Jana były tak oryginalne. Ale nie tylko one. Wyjątkowe były również lekcje religii prowadzone przez Twardowskiego. Tradycyjnie rozpoczynały się tekstem Ewangelii, która miała być czytana w najbliższą niedzielę. Potem w kilku zaledwie słowach ksiądz zrozumiale tłumaczył jej sens, przybliżał znaczenie, a jako zadanie domowe zlecał wykonanie ilustracji do niej. Jeśli bardzo mu się podobało – stawiał piątkę z dziesięcioma plusami, gdy trochę mniej – z dziewięcioma plusami (…) Jestem przekonana, że wymyślił te rysunki po to, żeby samemu nie nudzić się czytaniem wypracowań czy notatek. Bo ksiądz przypominał trochę dziecko... Miał odwagę ciągle się dziwić i stale zadawać pytania. Poza tym często charakterystycznie chichotał, a głośne kichanie było jego specjalnością. Był przy tym niezwykle szczery i prostoduszny. Swoim przyjaciołom radził: Jak najdłużej zachowaj cechy dziecka, nie dorastaj za szybko, i sam sumiennie się tego trzymał. Miał również ogromny sentyment do drobiazgów, które dla wielu były symbolem kiczu. On zaś lubił się nimi otaczać: Mawiał, że warto pochylić się nad nimi, bo w każdym jest cząstka naszego życia, jakiś epizod i jakiś człowiek. Być może właśnie dzięki tej nieprzeciętnej wrażliwości potrafił w swoich kazaniach łączyć patos z humorem. Owa ckliwość przejawiała się również w miłości do roślin, mającej swój początek już w dzieciństwie i trwającej całe życie: Od czternastego roku życia sam robił przyrodnicze albumy, wklejał do nich zebrane liście i podpisywał, z jakiego drzewa czy krzewu pochodziły, gdzie je znalazł… Instynktownie starał się w zielnikach używać poprawnych nazw botanicznych, obok polskiej podawał również łacińską. Jako ksiądz cieszył się, gdy mógł spędzać wakacje w pobliżu lasu, po którym lubił samotnie wędrować, najchętniej kilka godzin dziennie, wybierając się tam zaraz po śniadaniu i odprawieniu porannej mszy. Mówił, że to są jego najważniejsze rekolekcje. Zazwyczaj spokojny i cichy, niekiedy jednak i jemu zdarzało się zdenerwować. Tyle, że jak się zdenerwował – od razu przepraszał: I to jak przepraszał! Prawie po rękach chciał całować…, dodają jego przyjaciele. Miał w sobie coś takiego, ciepłego, bliskiego, dobrego. Wydawało mi się, iż znam go od bardzo dawna i że jest moją rodziną, wspominała księdza aktorka Anna Dymna. Wielu podkreślało, iż jako łagodny, subtelny i delikatny człowiek był równocześnie wspaniałym spowiednikiem, który ‘nie dręczył’, ale cierpliwie słuchał. Był również gościnny, bezpośredni i otwarty – na każdego człowieka.

Do końca życia był niezwykle zdolnym, pracowitym i pilnym uczniem: Do końca się uczył. Przychodzili do niego i lektor niemieckiego, i pani od francuskiego, a jak jeszcze mógł – sam chodził na lekcje angielskiego. Cały czas pilnie przygotowywał się do lekcji, nawet jak miał już osiemdziesiątkę. Swobodnie rozmawiał i czytał po angielsku i francusku. Nie był jednak ani prymusem, ani sztywniakiem, ani nadętym klechą. Nie przywiązywał wagi do wielu rzeczy, a szczególnie do swojego wyglądu. Choć z drugiej strony nosił przecież ten swój słynny tupecik i farbował włosy... Jak widać, księdza Jana od Biedronki nijak się zaszufladkować nie da…

„Blisko ziemi, blisko nieba”
to książka, dzięki której możemy podejrzeć kogoś, kto wielu osobom był bardzo bliski, którego poezja miała ogrom zwolenników, a kto sam o sobie mówił mało i niechętnie. Dzięki tej publikacji jawi się on swym sympatykom w pełnej krasie, nie stoi już w cieniu, nie ucieka przed zainteresowaniem. To publikacja, której największa wartość stanowią zdjęcia i relacje ludzi, którzy mieli możliwość obcować z ks. Twardowskim w różnych sytuacjach (nierzadko bardzo intymnych) i mogli rozkoszować się jego obecnością, także tą domową, kameralną, zakrytą przed wieloma. Dzięki tym krótkim wspomnieniom mamy możliwość wzruszyć się (czasem nawet do łez), ale i snuć refleksję nad kondycją współczesnego człowieka, piękną poezją, życiorysem dobrego, prostego kapłana, który zawieszony między ziemią a niebem, bliski był tak jednemu jak i drugiemu. Kapłana, w którym tkwiła siła wielkiej miłości, widoczna zarówno w jego życiorysie jak i w jego twórczości.

Cytaty za: Blisko ziemi, blisko nieba. Ksiądz Jan Twardowski we wspomnieniach, praca zbiorowa, Zwierciadło, Warszawa 2015.

Ocena: 4/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Zawieszony między ziemią a niebem

sobota, 20 czerwca 2015

Lekcja miłości. Poruszające opowieści o rodzicielstwie - Magdalena Łyczko

Na pierwszy rzut oka to książka jakich na rynku wiele. Autorką jest dziennikarka, tworząca wywiady ze znanymi z pierwszych stron gazet lub ze szklanego ekranu osobami, które opowiadają o niełatwym niekiedy ojcostwie i macierzyństwie. I choć wszystko, co napisałam wyżej, pasuje idealnie do publikacji „Lekcja miłości. Poruszające opowieści o rodzicielstwie”, to z jedną rzeczą zgodzić się nie mogę. To nie jest książka jakich wiele. To zbiór szczerych, odważnych i bardzo mądrych rozmów z(e) (nie)zwykłymi rodzicami, którzy kochają swoje dzieci ponad wszystko i zechcieli podzielić się swym doświadczeniem z innymi. Duża w tym zasługa Magdaleny Łyczko, utalentowanej dziennikarki od lat związanej z mediami (pracowała m.in. w Teleexpressie i Dzień Dobry TVN, magazynie 'Gala' oraz w onet.pl), która potrafi pytać subtelnie, nie pchając się z przysłowiowymi buciorami w najdelikatniejsze sprawy dla jej rozmówców.

Na początek słowo wyjaśnienia, jak skonstruowana jest „Lekcja…”. Każdy z czternaściorga rodziców zostaje poproszony przez Magdalenę Łyczko, by opowiedział o swoim dziecku (lub dzieciach). W ten sposób powstaje czternaście miniwywiadów, z których każdy jest inny i zawiera potężny ładunek emocji. Wszystkie zaś łączą w sobie ogrom wątków, wzruszających wspomnień i pięknych, pamiątkowych zdjęć pochodzących z archiwów rodzinnych.

To, co mnie w tej książce urzekło, to przede wszystkim to, w jaki sposób o swoich dzieciach i o tym, co im dało ojcostwo opowiadają mężczyźni. Np. Bartłomiej Bonk, polski sztangista, mistrz Europy z 2015 roku, emocjonująco opowiada o traumatycznych wydarzeniach związanych z przeprowadzonym zbyt późno porodem bliźniaczek, który dla jednej z nich zakończył się poważnymi powikłaniami, a ostatecznie śmiercią. Kiedy jego oczy wypełniają się łzami, Łyczko łapie go za przedramię i mówi: ‘Wystarczy’.

Generał Gromosław Czempiński ma dorosłą córkę oraz 33-letniego syna cierpiącego na zespół Downa. Opowiada o codzienności z chorym dzieckiem, o zmęczonej opieką nad niepełnosprawnym Piotrusiem żonie i o swojej nieobecności w jego dzieciństwie. Przyznaje się również do braku wymagań względem niego, a łamiącym się głosem wyznaje, jak boli go agresja ze strony dzieci i ich lekceważący stosunek do osób niepełnosprawnych...

Tomasz Jastrun, poeta, prozaik, eseista, reporter i krytyk literacki, wreszcie depresyjny ojciec trzech chłopców, uważa, że miłość do dziecka jest czymś trwałym, absolutnie bezinteresownym, a samo ich posiadanie koniecznością, jeśli się nie chce cierpieć z powodu samotności i egocentryzmu: Moim zdaniem nieposiadanie dziecka niesie poważne konsekwencje, ludzie stają się egotyczni, skupieni tylko na sobie. Ludzie, którzy mają dzieci, chcąc nie chcąc, żyją nie tylko dla siebie. Nie sposób odmówić panu Tomaszowi racji.

Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Marek Kościkiewicz, muzyk, gitarzysta, wokalista, kompozytor, producent, autor tekstów, a tu przede wszystkim - ojciec czwórki dzieci, w tym jednego adoptowanego. Magdalenie Łyczko zdradził, że nieustannie się dokształca, by być dobrym rodzicem: Staram się bardzo dużo czytać i wyciągać wnioski z różnych lektur. Na pewno warto je poznać, bo nikt nas tego nie uczy. To nawet dziwne, bo najważniejszą naszą funkcją, rolą, jaką w życiu mamy, w pewnym sensie pierwotną, społeczną i psychologiczną, jest wychowywanie dzieci. I to jest najważniejsze, co w życiu robimy – przekazujemy i uczymy.

Szaleńczo zakochany w swych dzieciach jest również Maciej Orłoś. Mimo, iż jego dzieci nie lubią chodzić z nim na zakupy (trudno się dziwić, kiedy wszyscy na nich patrzą…), to przekonuje, że czuje się ojcem kochanym przez swe pociechy. Trudno się dziwić, skoro to on jest w domu tym ‘dobrym’. Ojcostwo dla Orłosia jest wielką przygodą, dzięki której nieustannie dostaje solidną porcję emocji, satysfakcji i szczęścia: Brak dzieci kojarzy mi się z pustką. Natomiast na pewno mogę powiedzieć, że dzięki dzieciom mieliśmy masę wspaniałych, wspólnych przeżyć. Dzieciom pokazujemy świat. Często dzięki nim możemy zobaczyć nową odsłonę tego, co znaliśmy, smakowaliśmy w czasach, gdy ich nie było. Lista dobrych stron wynikająca z ojcostwa jest bardzo długa. Orłoś w swych dzieciach widzi również źródło inspiracji. Będąc ambasadorem kampanii ‘Cała Polska czyta dzieciom’, napisał 4 książki dla młodych czytelników: Dzieci zawsze mnie inspirowały. Miałem autentyczną potrzebę, żeby wydobyć to z siebie, przelać na papier i poszerzyć polską ofertę książkową dla dzieci. Udało się znakomicie.

Herosem wśród wszystkich tych niezwykle ciekawych postaci męskich jest Jacek Olszewski, mąż zmarłej w 2008 roku siatkarki Agaty Mróz-Olszewskiej i ojciec ślicznej, 7-letniej dziś Liliany. Wychowuje dziewczynkę sam (26-letnia Agata zmarła dwa miesiące po porodzie), ale nie uważa, że to coś nadzwyczajnego. Nie ma też pretensji do losu, Pana Boga czy kogokolwiek innego. Zdaje się być szczęśliwy i wdzięczny, że po zaostrzeniu się choroby, Agata żyła jeszcze kilka lat, zdobyła mistrzostwo i urodziła zdrową i piękną córkę. Olszewski jest bardzo dobrze zorganizowany i choć czasem musi z czegoś zrezygnować, to jak sam wyznaje, dzięki pomocy z ‘góry’, daje radę. Uważa, że gdy facet zostaje sam z dzieckiem, siłą rzeczy staje się bardziej wrażliwy, bardziej docenia inne rzeczy, nie typowo męskie: Ja teraz mówię, że mam więcej estrogenu niż testosteronu, coś w tym jest...

Oprócz wzruszających wywiadów ze znanymi tatusiami, nie sposób przejść obojętnie obok rozmów przeprowadzonych ze wspaniałymi matkami, które niejednokrotnie musiały mierzyć się z samotnym wychowywaniem dzieci, ich chorobami czy własnymi deficytami zdrowotnymi (np. niepłodnością, poronieniami, itd.). Szczególnie dwa wywiady zapadły mi głęboko w pamięć, a ostatecznie również zmusiły do łez. Chodzi o rozmowę z Renatą Przemyk i Pauliną Smaszcz-Kurzajewską.

Renata Przemyk, znana i ceniona wokalistka, kilka lat temu adoptowała 8-tygodniową dziewczynkę i tym samym spełniła swoje największe marzenie. W rozmowie z dziennikarką wspomina swoje dzieciństwo i przyznaje, że wyciąga wnioski z błędów rodziców, by jej córka była szczęśliwsza. Uważa, że kluczem do dobrego wychowania dziecka jest miłość: Zależy mi, by wychować dobrego człowieka. Robię wszystko, jak umiem najlepiej. To jest mój pierwszy raz, moje pierwsze dziecko. Obserwuję znajomych i rodzinę, czytam książki na ten temat, ciągle się uczę, jak się wychowuje. Córka Klara codziennie daje jej energię do tego, by wstać z łóżka, by iść przed siebie, choć czasami jest to niewiarygodnie trudne. To właśnie dzięki dziecku, jej życie ma sens. Bo choć Przemyk kocha swoją pracę, to ta miłość nijak ma się do uczucia, jakie łączy ją z Klarą: Dziecko jest cudownym pretekstem do zwiedzania i zabaw, na które jesteśmy już, teoretycznie, za starzy. Można oglądać kino familijne i jeździć na rolkach. No i popisywać się. Można szaleć i udawać, że to tylko ze względu na dziecko…

Historia Pauliny Smaszcz-Kurzajewskiej, dziennikarki i prezenterki, jest ogromnie smutna, choć to kobieta w której drzemie niewyobrażalna siła, miłość do dzieci, męża i życia. Urodziła pięcioro dzieci, ale tylko dwoje z nich przeżyło. Dla niej żadna ciąża nie była stanem błogosławionym. Pomimo pragnienia posiadania dużej rodziny, jej organizm za każdym razem zapierał się przed kolejnym dzieckiem. Po utracie ciąży bliźniaczej zdecydowała się podzielić swym ogromnym bólem i doświadczeniem z opinią publiczną. Zrobiła to, bo bardzo dużo ludzi myśli, że kobiety ze znanymi nazwiskami nie ponoszą porażek, nie upadają, nie są smutne i nie rodzą, nie karmią dzieci, nie bawią się z nimi… Jej szczere wyznania nie wszędzie spotkały się z aprobatą. Przez niektórych została wręcz znienawidzona za to, że przyznała się do poronienia. Koleżanki i koledzy z pracy w ogóle z nią nie rozmawiali, traktowali nie najlepiej, uciekali przed nią lub bagatelizowali jej problem. Te dramatyczne momenty scementowały związek Pauliny i Maćka, związały ich mocniej z synami i otworzyły im oczy na wiele spraw. Choćby na to, że media mamią widzów na każdym kroku, zupełnie niepotrzebnie prezentując historie o supermodelkach, które po trzech tygodniach od porodu wychodzą na wybieg z brzuchem płaskim jak deska zamiast matek, cieszących się każdego dnia swoim maleństwem, szczęściem rodziny, odkładających powrót do pracy na później. Bo przecież dzieci nie potrzebują drogich zabawek i luksusowych domów: Dziecko kocha za nic, po prostu za to, że jesteś w jego życiu. Od nas dorosłych tylko zależy, jaka ta miłość będzie. Spełniona, niepowtarzalna czy niespełniona i smutna. Dla każdego dziecka warto, ogromnie warto...

Książka Magdaleny Łyczko to spotkanie w niezwykłym gronie – gronie osób całkowicie oddanych swoim dzieciom, którzy doświadczyli radości rodzicielstwa i chcą się nią podzielić. Jestem przekonana, że to m.in. dzięki takim pozycjom, a nie wątpliwym/mało wiarygodnym/zupełnie nietrafionym/ itp. spotom różnych fundacji, jakiś procent osób bezdzietnych zdecyduje się zostać rodzicem i nie odkładać tej decyzji na później. W „Lekcji miłości” nie znajdziecie ani grama fałszu ni kokieterii. Tu nikt nie będzie Wam wciskał historii ociekających lukrem (wręcz przeciwnie: Aleksandra Kurzak szczerze dzieli się swoimi doświadczeniami z depresji poporodowej; Gromosław Czempiński opowiada o życiu z dzieckiem chorym na zespół Downa a Ałbena Grabowska o swoim autystycznym synku Franku), ani nie będzie Was przekonywał, że ciąża, poród i wychowanie dziecka to bułka z masłem. Bo przecież nawet (!) mając znane nazwisko i jakieś sukcesy na swoim koncie (nie tylko bankowym), nie mamy gwarancji na urodzenie zdrowego dziecka i bezstresowe życie. Wszyscy jesteśmy równi.

Ci, którzy mają już dzieci, znajdą w tej książce wiele cech wspólnych między nimi, a znanymi rodzicami. I po raz kolejny uświadomią sobie, że nie ma nic ważniejszego na tym świecie niż rodzina, niż posiadanie oparcia w najbliższych, w których znajdziemy także zrozumienie, prawdziwą, szczerą i dozgonną miłość i wszystko, co się z nią wiąże. „Lekcja miłości” to książka tak dla mężczyzn, jak i dla kobiet. Dla rodziców, jak i dla tych, którzy decyzję o rodzicielstwie mają jeszcze przed sobą. To publikacja dosłownie dla wszystkich. To niemalże 300 stron wypełnionych czystym uczuciem i wiarą w to, że można wszystko, mając obok siebie najbliższych.

Cytaty za: Lekcja miłości. Poruszające opowieści o rodzicielstwie, Magdalena Łyczko, Zwierciadło, Warszawa 2015.

Ocena: 5+/6


Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Bo rodzina to jest siła!

piątek, 12 czerwca 2015

Mam odwagę mówić o cudzie - Janusz H. Skalski, Joanna Bątkiewicz-Brożek

Nie ma przesady w stwierdzeniu, że to człowiek na miarę Leonarda da Vinci XXI wieku. Utalentowany, niezwykle dociekliwy i głodny wiedzy. Wszechstronny. Jest zarazem kardiochirurgiem i historykiem, filozofem, wrażliwym człowiekiem (…), erudytą. To swoista laudacja na cześć profesora Janusza Skalskiego. Pod koniec zeszłego roku zrobiło się o nim głośno we wszystkich mediach w kraju i za granicą za sprawą 2-letniego Adasia, który nocą wyszedł z domu dziadków i został znaleziony nad rzeką całkowicie wyziębiony, bliski śmierci. „Mam odwagę mówić o cudzie” to zapis rozmowy, jaką z tym wybitnym kardiochirurgiem przeprowadziła Joanna Bątkiewicz-Brożek, publicystka i dziennikarka „Gościa Niedzielnego”. To bardzo ciekawa publikacja, w której jest mowa nie tylko o tym ‘cudownie ocalonym dziecku’, metodach przywracania go do życia, ale również o sytuacji polskiej służby zdrowia, o powinnościach lekarza, wreszcie o inspiracjach i pasjach samego Skalskiego.

Profesor pochodzi z inteligenckiego domu, w którym przebywali intelektualiści, artyści, prawnicy, arystokraci. Przyjaciele ojca i matki należeli do elity kraju. Katyń przewijał się w rozmowach, jak i szczere ‘obrzydzenie’ do komunistów. Nie dziwi zatem głęboka religijność profesora oraz fakt, że najukochańszym miejscem Skalskiego jest jego biblioteka i że zawsze nosi ze sobą jakąś książkę z zakresu filozofii, w której zaznacza najciekawsze fragmenty, by do nich powracać, przemyśleć... Od czterdziestu lat zbiera również starodruki (przełożył z łaciny 3 potężne prace naukowe!), ale i kamienne serca. Kardiochirurgiem został przez przypadek – zawsze chciał być dziecięcym chirurgiem ortopedą. Sądząc po wynikach osiąganych przez niego i jego zespół w prokocimskiej klinice, to wielkie szczęście, że nie zrealizował swoich zamierzeń. (Wskaźnik umieralności wszystkich operowanych noworodków jest tu niewiarygodnie niski i wynosi poniżej dwóch procent, to rekord na skalę światową - taki wynik osiągają tylko Amerykanie…)

Mówi się, że profesor Skalski to człowiek na miarę Religii i to prawda. Potwierdza to przede wszystkim fakt, że pochodzi z dobrej starej gwardii chirurgów z tak zwanej szkoły Kossakowskiego i Manteuffla (którzy notabene są dla profesora wzorcami). Z profesorem Religą Skalski napisał podręcznik „Kardiochirurgia dziecięca”, wyróżniony Nagrodą Ministra Zdrowia. Przy czym ten pierwszy jest autorem zaledwie dwóch rozdziałów, a drugi - trzydziestu dwóch.
Skalski to nie tylko wybitny specjalista, ale i pionier wielu operacji na sercu u dzieci w Polsce, na świecie. Ale nie tylko u dzieci – jest np. twórcą bardzo poważnego programu leczenia wad serca u świadków Jehowy (operacja przebiega bez przetaczania krwi). Na swoim koncie ma również kilkaset prac naukowych, wiele rozmaitych nagród, medali i odznaczeń, stanowiących potwierdzenie jego umiejętności, ukoronowanie jego dorobku, talentu i ciężkiej pracy. W roku 2000 dostał medal będący prestiżowym wyróżnieniem przyznawanym przez Polskie Stowarzyszenie na rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym za ‘wytrwałą i wierną pracę dla dobra osób z niepełnosprawnością intelektualną’. Mówiąc prościej: była to nagroda za największą liczbę zoperowanych dzieci z zespołem Downa. Dzieci, których często inni nie chcą ‘ulepszać’, bo nie warto. Jest lekarzem z powołania i człowiekiem z krwi i kości: Profesor Skalski jest uparty i konsekwentny, ale to też człowiek z fantazją, z pasją. Do życia i do pomagania innym. Kocha dzieci. I ma odwagę. Ma odwagę nie tylko przekraczać granice w medycynie, ale także zachować je, jeśli chodzi o etykę, moralność. Bo w dzisiejszych czasach, szczególnie w tym zawodzie, potrzeba nie lada odwagi, by mówić, że ostatnie słowo należy do Stwórcy...

Profesor mówi, że 1.12.2014 nad ranem dotarły do niego zwłoki człowieka: Nie było żadnych oznak życia, miał całkowicie zatrzymane krążenie, brak odruchów neurologicznych. W takiej sytuacji, w majestacie prawa, możemy odstąpić od leczenia. Wyziębiony Adaś, bo nim mowa, miał zespół umierającego serca, zatrzymane na 3 godziny, a temperatura jego ciała wynosiła 12 stopni Celsjusza. Mimo, że miał przed sobą nieżyjące dziecko, zdecydował się je zoperować, walczyć do końca: Nigdy nie wolno rezygnować, jeśli jest chociaż cień nadziei. W mojej klinice wszyscy tak myślą. Jak mój zespół odstępuje od działania, to znaczy, że doszliśmy do granicy. I dodaje po chwili: Kres życia każdego człowieka jest określony przez Stwórcę. Jest bariera, której nie przekraczajmy. Profesor przed kamerami kilkukrotnie użył słowa 'cud' w odniesieniu do Adasia, ale nikt z dziennikarzy nie zwrócił na to uwagi. Ci zaś, którzy zwrócili – wyśmiali go. Tymczasem określenia ‘cud’ użył człowiek o wysokiej inteligencji, szanowany w Polsce i w świecie lekarz, jeden z największych autorytetów kardiochirurgii dziecięcej, uczeń i przyjaciel profesora Religii: Ja mam pełną odwagę mówić o cudzie. Eksperci mogą się spierać, dla mnie to jest cud. Skalski za nic miał drwiny z własnej wypowiedzi - świadomie położył akcent na czynnik mistyczny. Wiedział, że doszedł do pewnej granicy, do nieprzekraczalnego limitu i więcej nie był w stanie zrobić. Mimo to Adaś żyje i jest w zaskakująco dobrej formie.

Przypadek 2-letniego Adasia trafił na pierwsze strony gazet nie tylko w Europie, ale i za oceanem. Przeszedł do annałów światowej medycyny, a informacja o nim została opublikowana w jednym z najbardziej prestiżowych na świecie periodyków medycznych. Skalski stał się twarzą Polski i długo nie schodził z ust całego świata. Profesor przy okazji wychwalał pod niebiosa system powiadamiania o przypadkach osób w hipotermii, bez którego jego mały pacjent bez wątpienia by nie przeżył. Choć jest prosty (aczkolwiek genialny w swej prostocie!) stanowi unikat w skali światowego ratownictwa medycznego i wielki powód do dumy dla nas, Polaków, którzy ciągle narzekamy na służbę zdrowia w naszym kraju...

J.J. Rousseau i H. Nothnagel stwierdzili, że tylko dobry człowiek może być dobrym lekarzem. Na przykładzie tego znakomitego kardiochirurga jakim jest Janusz Skalski nie sposób się nie zgodzić. Kluczem do sukcesu zdaje się być dobra decyzja, odwaga i pokora, której w profesorze mnóstwo. On sam skromnie dodaje jeszcze dwa zdania: W moim zawodzie dwie rzeczy trzeba pogodzić: z jednej strony, chcieć pomóc za wszelką cenę pacjentowi, a z drugiej, być wyciszonym i zachowywać się bardzo zbornie. Nie wolno popadać w panikę.
Zachęcam wszystkich gorąco do sięgnięcia po książkę „Mam odwagę mówić o cudzie”, żeby po pierwsze: podnieść się na duchu, że są w naszym kraju wybitni specjaliści i wielcy ludzie w jednej osobie. Po drugie: żeby się przekonać, że czasem i Polska może być pionierem w medycynie, a po trzecie: żeby sprawdzić, czy przypadek Adasia nie jest przypadkiem historią o wskrzeszeniu Łazarza z XXI wieku…


Cytaty za: Mam odwagę mówić o cudzie, Janusz H. Skalski, Joanna Bątkiewicz-Brożek, Znak, Kraków 2015.

Ocena: 6/6

Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com Polecam gorąco!



niedziela, 7 czerwca 2015

Kanada - Richard Ford

Moi rodzice byli ludźmi uciekającymi przed przeszłością, którzy nie oglądali się za siebie, bo nie mieli na nią wpływu, a jednocześnie cały czas żyli nadzieją, że kiedyś rozpoczną prawdziwe życie. Tak można w skrócie scharakteryzować protagonistów „Kanady”, powieści amerykańskiego autora, Richarda Forda, laureata Nagrody Pulitzera i Faulkner Award for Fiction. To książka słusznych rozmiarów, na której stronach próżno szukać porywających zwrotów akcji, mrożących krew w żyłach przedsięwzięć czy siarczystego języka. To proza głęboko psychologiczna i w gruncie rzeczy strasznie smutna. To historia, w której za grzechy rodziców najwyższą cenę zapłaciły dzieci. I to właśnie z perspektywy dziecka, Della, dowiadujemy się, co wydarzyło się przed laty, jakie miało to reperkusje i dlaczego w ogóle do tego doszło. I choć szczegóły tych dramatycznych dni z każdą stroną stają się bardziej przerażające, to na końcu „Kanady” jawi się światełko w tunelu… Warto go poszukać.

RODZICE

Rodzice bliźniąt - Della i Berner - nigdy nie byli dobraną parą. Ojciec, Bev Parsons, to przystojny lotnik z Alabamy. Miał otwarty umysł południowca, eleganckie maniery i skłonność do kombinowania. Z optymistycznym spojrzeniem w przyszłość i urokiem osobistym robił co mógł, by zapewnić swej rodzinie godziwy byt. Rodzice jego żony byli żydowskimi emigrantami z Polski, mieszkali w Tacomie i nie akceptowali związku córki z Bevem. (Jak się okazało po latach, mieli dobre przeczucie...) Była bowiem gruntownie wykształconą kobietą, wyznającą tradycyjne wartości. Ponadto pani Parsons czuła, iż jest wyjątkową osobą i pragnęła bardziej interesującego życia niż to, które wiodła. Chociaż rodzice Della i Berner żyli w jednym świecie, dzieląc go ze sobą od lat, byli zupełnie różni i z czasem ciężko było im znaleźć cechy łączące. Oni nigdy nie powinni byli się pobrać! Dell podkreślał dzielące ich różnice na każdym kroku: Jego optymizm i jej wyobcowanie podszyte sceptycyzmem. Jego charakter południowca i jej imigracyjne, żydowskie usposobienie. Jego brak wykształcenia i jej przytłaczające poczucie niespełnienia.
Kiedy ojciec odszedł z wojska, zajął się sprzedażą nowych samochodów marki Oldsmobile. Gdy okazało się, że praca w branży samochodowej nie szła mu najlepiej, próbował sprzedawać farmy i rancza. Matka pracowała w szkole. Kiedy brakowało pieniędzy, ojciec imał się różnych zajęć, aby je zdobyć. Warto zaznaczyć, że nie wszystkie były zgodne z prawem. Kiedyś np. uczestniczył w przekręcie polegającym na dostarczaniu kradzionej wołowiny do kantyny oficerskiej, za co otrzymywał pieniądze i świeże mięso na kartki. Kiedy jednak sprawy skomplikowały się na tyle, że trzeba się było wycofać z szemranego interesu, a potrzeby wciąż były duże, Bev Parsons wymyślił inny sposób, by je zaspokoić...

DZIECI

Prawdziwym (i jak się zdaje jedynym) życiem Della i Berner była rodzina, w której wzrastali. Niestety, bardzo często niczym piąte koło u wozu. Rodzice często mówili o konieczności wyprowadzki i wielokrotnie zmieniali miejsca zamieszkania. Dzieci żyły więc w ciągłym strachu. Każde z nich miało własne plany, które dla rodziców nie miały jednak większego znaczenia. Matka z każdym dniem sprawiała wrażenie coraz bardziej wyobcowanej, a jej tryb życia stawał się niemal pustelniczy. Bała się również nieustannie, że jej dzieci przesiąkną ‘mentalnością jarmarcznego miasteczka’, jakim było Great Falls. Poza tym fakt, że ojciec pracował w bazie wojskowej dodatkowo wszystko komplikował. Pani Parsons nie pozwalała na odwiedziny znajomym dzieci. Bliźniętom nie wolno było chodzić na zbiórki skautów i potańcówki: Matka uważała, że jeśli się przystosujemy, skończymy tu, gdzie jesteśmy. I tak, niezależnie od tego, gdzie mieszkali – zawsze mieli niewielu przyjaciół i nigdy nie znali sąsiadów. Brakowało im również poczucia, że skądś pochodzą: Dorastanie w takich warunkach mogło wywołać poczucie zagubienia i wyobcowania lub nauczyć elastyczności, umiejętności przystosowania, choć moja matka tego nie aprobowała, bo nie postępowała w taki sposób i miała nadzieję na inna przyszłość - którą sobie wyśniła, zanim poznała naszego ojca. My – moja siostra i ja – byliśmy drugoplanowymi aktorami dramatu, który rozwijał się nieprzerwanie na jej oczach. W tych niezwykle szczerych słowach, Dell wiernie opisał swoje odczucia z dzieciństwa. Dzięki nim można zrozumieć, dlaczego tak bardzo lubił szkołę, będącą jedynym stałym elementem w jego życiu. Spędzał w niej tyle czasu, ile tylko mógł: ślęczał nad książkami, z ochotą przebywał z nauczycielami i wdychał szkolne zapachy, które jako jedyne chyba wszędzie były takie same.
Dla Berner życie w domu rodzinnym stało się tak nieznośne, że postanowiła uciec z niego ze swoim, niepełnoletnim również, chłopakiem. To nie było potrzebne. Z domu wyprowadzili się najpierw rodzice. Tyle, że do więzienia…

NAPAD

Gdy zaczynam się zastanawiać, dlaczego dwie skądinąd rozsądne osoby postanowiły napaść na bank i dlaczego były razem, chociaż miłość między nimi już dawno zaczęła usychać, zawsze pojawiają się […] powody – powody, które w świetle kolejnego dnia tracą wszelki sens i trzeba wymyślić następne, podsumowuje Dell. Jego ojciec podobno zawsze mówił o napadzie. To zresztą potwierdza tezę, iż Parsons zrobił to nie z powodu pieniędzy, ale ze względu na to, co sam napad oznaczał dla niego. Potwierdzić mogą to cenne rady Beva, których ten nie szczędził synowi: Jeśli nie będziesz główkować, skończysz podziurawiony jak kawałek szwajcarskiego sera. Tyle, że jego wskazówki i tryb rozumowania okazały się bardzo zgubne...

Z czasem nabrałem nawyku myślenia, że każda sytuacja, w jakiej uczestniczą istoty ludzkie, może się całkowicie odwrócić. Że wszystkie rzeczy, o których prawdziwości nas zapewniają, mogą okazać się inne. Każdy filar wiary, na jakim wspiera się świat, może runąć (choć nie musi to nastąpić). Świat 15-letnich bliźniąt zawalił się w chwili, kiedy ich rodziców aresztowano. Nikt się dziećmi nie zajął, a co gorsze - ludzie w Great Falls nie chcieli ich znać. Byli gotowi pozwolić im zniknąć, jeśli tego chcą. Tak też się stało. Berner uciekła sama, a Dell, jako przykładny syn, zgodnie z wolą matki, trafił do brata jej przyjaciółki, Arthura Remlingera, mieszkającego w Kanadzie. Lecz niestety, także tam, jego życie nie było usłane różami. Przyszło mu zmierzyć się z obojętnością, strachem, rozczarowaniem i kolejnymi przestępstwami! Dell, ‘syn rabusiów bankowych i desperatów’, po raz kolejny boleśnie odczuł, jak blisko zło sąsiaduje z normalnymi wydarzeniami, które nie maja z nim nic wspólnego, a mimo to walczyć trzeba do końca...

„Kanada” to pozycja, w której thriller, czy krwawy kryminał ustępuje miejsca nieśpiesznej akcji, psychologicznej analizie zachowań bohaterów i stonowanemu językowi. To próba zrozumienia, jak to się dzieje, że najbliższe osoby zawodzą, że zwyk[li] lud[ie] mający[…] pecha, oszuka[ni] przez okoliczności i intuicję, którzy przekroczyli granice postrzegane jako słuszne i odkryli, że nie ma już dla nich powrotu, ściągają na swoich bliskich wszystko co najgorsze. To także opowieść, która dowodzi, że ciężkie dzieciństwo, młodość naznaczona konfliktami z prawem najbliższego otoczenia i brak solidnych więzi rodzinnych, nie muszą determinować przyszłego życia. Bo przecież mamy większa szansę w życiu – większą szansę przetrwania – jeśli umiemy sobie radzić ze stratą i podporządkowujemy jedne elementy drugim (…) aby zachować właściwą proporcję i połączyć je w całość, która sprzyja dobru, nawet jeśli, co trzeba przyznać, często trudno je znaleźć…

Cytaty za: Kanada, Richard Ford, PWN, Warszawa 2015.

Ocena: 3/6


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi Oblicza Kultury


poniedziałek, 25 maja 2015

Sweetland - Michael Crummey

Michaela Crummeya, nowofundlandzkiego poetę i prozaika, czytelnicy mieli okazję poznać już dwukrotnie: najpierw w 2013 roku za sprawą jego niezwykłej powieści „Dostatek” (jego recenzja klik), zaś rok później za przyczyną „Pobojowiska”. Tym razem gdańskie Wydawnictwo 'Wiatr od morza' uraczyło nas kolejną jego książką, p.t.: „Sweetland”. Wszystkich tych, którzy te poprzednie przeczytali z pewnością nie trzeba namawiać, by sięgnęli po tę najnowszą. Zaś tych, którzy jeszcze z twórczością pana Crummeya się nie zaznajomili, spróbuję przekonać, że mający 11 maja premierę „Sweetland” to bardzo ciekawa propozycja na te ciepłe dni, które przed nami.

Chance Cove – to niewielka osada na Nowej Fundlandii, która powoli się wyludnia ze względu na pogarszające się nieustannie warunki życia związane z zapaścią nowofundlandzkiego rybołówstwa. Stopniowo coraz mniej osób decyduje się pozostać na wyspie, szczególnie kiedy pojawia się korzystna propozycja ze strony rządu. Mieszkańcom wyspy oferuje się sowite wynagrodzenie za przeprowadzkę w inne miejsce w obrębie prowincji, ponadto pomoc przy zmianie miejsca zamieszkania i znalezienie pracy, wykwalifikowanie się lub powrót do szkoły - pod jednym tylko warunkiem - jednomyślnej zgody wszystkich mieszkańców. Już w latach 60. nastąpiły przesiedlenia do: Placentia Bay, Burgeo, Hermitage i St. John’s. Nic więc dziwnego, że prawie wszyscy przyjmują tę pomoc z wielką radością. Ale są i tacy, którzy ogromnie przywiązani do ziemi swych przodków za nic w świecie nie dają się przekonać urzędnikom rządowym, a jej opuszczenie traktują jako zdradę. Należy do nich 69-letni Moses Louis Sweetland, główny bohater książki, emerytowany latarnik i rybak (do czasu wprowadzenia moratorium na połów dorsza w dziewięćdziesiątym drugim) oraz Loveless (który dość szybko zmienia zdanie...), jego sąsiad...
Rodzina Mosesa mieszka tu od niepamiętnych czasów (Ludzie łowili tu ryby już dwieście lat temu, może wcześniej), jak sam podejrzewa, prawdopodobnie jego przodkowie dotarli na wyspę jako pierwsi, czego miałby być dowodem fakt, że zarówno wyspa jak i jego rodzina nazywają się tak samo. Jego związek z Chance Cove jest bardzo silny, dlatego też wszelkie urzędnicze próby nakłonienia go do opuszczenia osady nie przekonują go: Gdy wszyscy się wyprowadzą, nie będzie już promu. To oznacza brak zaopatrzenia. Przestaną działać telefony. Nie będzie bankowości online, nie będzie pokera. Ani prądu. Myślę, że każdego, kto zechce tutaj samotnie mieszkać, można z definicji uznać za niepoczytalnego. Decydując się na ten odważny/nieroztropny/brawurowy (?) krok, Sweetland zostałby prawdopodobnie jedynym szaleńcem na środku Atlantyku. Namowy sąsiadów i członków rodziny też nie przynoszą skutku. Nawet Reet Verge, była burmistrz miasteczka, próbuje przekonać go do wysiedlenia. Wszystko na próżno. Kiedy prośby nie przynoszą rezultatu, Verge ucieka się do ostrzeżeń i gróźb: Nie zablokujesz tego wszystkiego w imię swoich mesjańskich uczuć. Wymień cenę, a ja zobaczę, co da się zrobić. (…) Że też potrafisz przysporzyć tylu zmartwień całemu miasteczku i spać z tym spokojnie. (…) Cała ta historia skończy się tak, że komuś stanie się krzywda. A ty będziesz mógł winić za to tylko Boga lub siebie. Zapamiętaj sobie moje słowa. Cierpliwość mieszkańców zostaje wystawiona na próbę. Kiedy nie pomagają naciski i prośby o przedstawienie racjonalnego powodu, dla którego Moses nie chce opuścić wyspy, ludzie próbują zasiać w nim strach, sądząc, że być może w ten sposób uda im się go przepędzić. Pojawiają się anonimowe liściki z pogróżkami, okaleczone króliki, które Sweetland znajduje w sidłach czy podpalony składzik i odwiązana łódka. To ma go przekonać do zmiany decyzji. Nikt z mieszkańców nie próbuje nawet poddać w wątpliwość, że te wydarzenia są przypadkowe – każdy z nich ma przecież powody do zniszczenia jego majątku, bo wszyscy czują do niego urazę i nie potrafią zrozumieć jego toku myślenia. Moses sam na to zasłużył swoją postawą. Ostatecznie – kapituluje. Można by rzec, że presja przyniosła spodziewany efekt, że się udało, ale, jak pewnie niektórzy z Was się domyślają, tylko połowicznie...
Sweetland bardzo umiejętnie wszystkich zmylił. Zadeklarował, że przystępuje do programu i zgadza się na opuszczenie wyspy, po czym ukrył się na niej, a wszyscy byli przekonani, że zginął tragicznie na morzu: Uważał to za sprawę prywatną, że postanowił ukryć się w dolinie i odwrócić plecami do całego świata; sądził, że to nie dotyczy nikogo poza nim. Długo to planował i solidnie przygotowywał się do zbliżającej się zimy, którą miał przecież spędzić samotnie. Odłożył sobie całą łódź produktów spożywczych, które wcześniej przemycił z wysepki Miquelon. Zasalał ryby, robił przetwory, zapomniał jedynie o zrobieniu zapasów papieru toaletowego, ale i z tym sobie poradził. Niestety, jego decyzja wiązała się również z cierpieniem. Odkąd został sam jeden na wyspie, każdego dnia zmagał się z wyalienowaniem: [O]d czasu do czasu spadała na niego samotność tak apokaliptyczna, że zaczynał się bać, iż jej nie sprosta. Zawczasu nie rozważał świadomie, jak to będzie tkwić samemu na wyspie, mgliście wyobrażał to sobie jako przedłużenie doświadczeń z pracy w latarni, gdy większość dni spędzał w pojedynkę. Zaczynał jednak rozumieć, że w porównaniu z chwilą obecną tamte lata odosobnienia zbladły – były tylko tymczasowym stanem, zaledwie przybliżeniem samotności. Te długie, zimowe dni, dokumentują, że samotność jest okrutna, że łatwo prowadzi do obłędu, choć została wybrana świadomie i bez przymusu. To właśnie ona wymusza konkretne zajęcia, zmianę trybu życia, by nie doprowadzić do szaleństwa: Wiedział, że musi znaleźć sobie jakieś zajęcie poza pasjansem, jeśli nie chce na dobre postradać zmysłów. Zaczął czytać książki Queenie (te, którymi z czasem podcierał sobie tyłek, jak zabrakło mu papieru...), wrócił do opieki nad cmentarzem (prostował pokrzywione nagrobki, podpierał płot, kosił trawę), wciąż słuchał prognozy pogody, grał w pasjansa i spędzał czas z psem Lovelessa, który się zgubił i nie zdążył wsiąść na statek. Z czasem doszedł do wniosku, że świat ogarnia coraz głębszy zastój. Że od kiedy tak siedzi, nie dostrzegł ani jednej żywej istoty. Zdawało się, że zniknęły nawet mewy. Przez miesiące spędzone samotnie zdążył się już przyzwyczaić do ciszy i bezruchu. Nieobecność za oknem zdawał się jednak przynależeć do zupełnie odmiennego porządku, nadała całkiem inną perspektywę jego przesiedzianemu okresowi – wpatrywał się w okno, aby podważyć prawdziwość swojego spostrzeżenia. Jak zakończy historia Sweetlanda? Czy jego decyzja okaże się tragiczną pomyłką i doprowadzi do jego śmierci? Czy też niespodziewanie znajdzie swój happy end?

Michael Crummey oddaje w ręce czytelnika książkę bardzo klimatyczną, ze zdecydowanym (ostrym, soczystym wręcz, iście męskim) językiem i wyrazistymi bohaterami (odznaczają się silnym charakterem, uporem do granic możliwości, wielkim oddaniem ziemi, na której żyją od lat oraz miłością do rodziny). Wymaga przy tym od niego uwagi, bo liczne retrospekcje wybijają z rytmu, choć informują o historii wyspy i przeszłości bohaterów. To książka, która z jednej strony pokazuje, że człowieka w gruncie rzeczy trudno oderwać od korzeni; a z drugiej dowodzi, że czasem warto zrezygnować z własnego uporu i poddać się woli większości, wymuszonej choćby przez realia współczesnego świata. Bo jak twierdzi Sweetland życie rządzi się swoimi prawami. Można stawiać opór, a można zaimprowizować jakiś sposób, by się uchować. Istnieją natomiast takie prawa, które nie poddają się oporowi czy improwizacji...
Serdecznie polecam Waszej uwadze tę książkę. Warto zanurzyć się w chłodny krajobraz Nowej Fundlandii, by zrozumieć, jak wielkim uczuciem trzeba darzyć tę ziemię, by skazać siebie na całkowite osamotnienie, walkę z potężnymi siłami przyrody i wykluczeniem społeczeństwa.

Cytaty za: Sweetland, Michael Crummey, Wiatr od morza, Gdańsk 2015.

Ocena: 5/6

Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com Polecam gorąco!