środa, 25 lutego 2015

Regina zamyka drzwi - Jacek Melchior

„Regina zamyka drzwi”, najnowsza książka Jacka Melchiora, krytyka teatralnego, popularyzatora muzyki klasycznej oraz autora powieści „XXL” i romansu komediowego, zwróciła moją uwagę już jako zapowiedź. Po jej przeczytaniu dochodzę do wniosku, że to przykład naprawdę ciekawej literatury psychologiczno-obyczajowej. Co ważniejsze, to propozycja z rodzimego gruntu i potwierdzenie tezy, że współczesna polska proza ma się całkiem dobrze.

Tytułowa Regina Sowa Kacperska Bergner to 77-letnia niedołężna kobieta, którą choroba pozbawiła niespodziewanie wszystkiego, co do tej pory dawało jej radość i szczęście. Bez żołądka, z aparatem słuchowym, w słabej kondycji psychofizycznej, jest praktycznie zdana na pomoc innych. Skończyłam marnie i nagle, ale przynajmniej się nażyłam, przyznaje mimo wszystko z nieukrywaną satysfakcją. Zgorzkniała, czepialska, małostkowa i niemiła, a co gorsza sprawiająca wrażenie nieustannie przygnębionej. [W]raz z żołądkiem wycięli jej uśmiech. Nie, żeby stała się smutna, tylko uśmiechnąć się nie może ani zgiąć ust, ani tego w sobie co uruchamia to zgięcie. Być może dlatego Regina zamknęła drzwi przed bliskimi, by nikt nie zobaczył, w jakim jest stanie. Zawsze brylowała w towarzystwie, konsekwentnie dążyła do wyznaczanych sobie celów, była silna, energiczna i nie godziła się na szarą prozę życia. Teraz jest ledwie cieniem dawnej Reginy - w ciągu kilku dni stała się leżącą bez makijażu, pozbawioną sensu, ułomną i wymagającą pomocy staruszką. Seniorką, która nie stroni od napojów wyskokowych, a jej podstawowy posiłek to kanapki z kawiorem. Mówi, że starość to łapczywa jest. Niewiele wie o starości poza tym, że ją widziała u innych. Była młoda przez prawie siedemdziesiąt siedem lat i nagle cyk, starość z dnia na dzień, z godziny na godzinę, do szpitala poszła młoda, wyszła, ledwie wyszła, stara. Siedemdziesiąt siedem lat młodości, kilka tygodni starości i to nie na długo. Proporcje – marzenie. Już nie chce pomocy ze strony natrętnych sióstr ani obojętnego syna, nie chce też uczucia od zakochanego w niej od 20 lat Romana, męża innej kobiety. Bo skoro nigdy nie okazywała słabości, czemu teraz miałoby być inaczej?

Regina pochodzi ze wsi Hajborek. Już jako dorastająca kobieta wstydziła się nie tylko miejsca zamieszkania, ale i ubóstwa, brudu, warunków, w jakich żyła, jak wyglądała, co nosiła. Mijały lata, a ona wciąż była przekonana, że bieda, w jakiej wyrosła, wciąż z daleka i nieoczekiwanie rzuca na nią zły urok. Miała sześcioro rodzeństwa, ale była zupełnie inna niż ono. Nic jej nie trzymało w domu rodzinnym – chciała wyjechać i wrócić jako gość, który przywozi ze sobą górę prezentów i wyjeżdża naprędce zostawiając po sobie dobre wspomnienie. Jako młoda dziewczyna udała się do Szklarskiej, by gotować w kuchni. Później, po latach nieszczęśliwej tułaczki po kraju, wybrała emigrację, a Wiedeń stał się jej małą ojczyzną. Nie bała się walczyć o siebie. Szukała szczęścia i akceptacji i miała nadzieję, że pewnego dnia ją docenią: [O]na się starała. O to, by umieć rozmawiać, jakby miała trzy fakultety, bo matury nie zrobiła. O samostanowienie, ponieważ Stacho [jej pierwszy mąż] szybko okazał się dyktatorem. O podziw mamy, sympatię taty, o to, by usłyszeć ‘nasza śliczna Reginka’, a nie tylko ‘nasz śliczna Krysieńka’ [jej siostra]. I wreszcie usłyszała. Przedsiębiorcza, pożądana, zaradna i przebiegła. Zawsze czuła się lepsza od innych. Uważała, że [g]dy czujesz się kimś ważnym, biorą cię za ważnego…, i tak właśnie żyła. Reżyserowała każdy swój dzień i twierdziła, że to podstawa. Lubiła demonstrować przed innymi ‘urodę życia’, funkcjonowała według filozofii zastaw się a postaw się, a robiąc luksusowe spektakle przed mężczyznami, oczekiwała profitów. Próbowała nie gardzić ludźmi, choć w swoim mniemaniu była kimś wyjątkowym: artystką i wirtuozką życia. Dzięki sztuczkom teatralnym odgrywanym na pokaz, wychodziła bez szwanku z wielu trudnych sytuacji, ratując siebie przed przykrymi konsekwencjami własnych posunięć. Kim ona jest, zastanawiają się pielęgniarki w szpitalu. Kim ona jest, zastanawiają się ludzie w sklepie, gdy podchodzi bez kolejki i jakoś nikt jej nie zwraca uwagi. Kierowniczką w komitecie wojewódzkim? (…) Kim ona jest, przez dziesiątki lat zastanawiają się jej siostry i koleżanki, wciąż nowe i chwilowe, bo nie zwierza się, nie plotkuje, bo irytuje i onieśmiela jednocześnie. Kim, kim? Zastanawiają się znajomi, koledzy, coraz bardziej skonfundowany mąż, któremu wciąż się mentalnie wymyka, i syn, nieodmiennie zaintrygowany, nauczony, by schodzić jej z drogi… A ona jest sobą...
Dopełnieniem wizerunku nieprzeciętnej Reginy jest jej 50-letni syn, Pawełek (jak go zdrobniale nazywa), historyk sztuki, który przybywa, by prawdopodobnie pożegnać się z ciężko chorą matką. Mężczyzna zawsze był od niej całkowicie uzależniony, przekonany, że jest upart[ą], tward[ą], apodyktyczn[ą] kobiet[ą], uosobienie[m] Wszelkiej Racji o jakiejś szatańskiej energii i sile przekonywania (…) [To] [w]ilczyca w owczej skórze (…) Wilczyca, która go wyleczyła, wykarmiła, ubrała, wykształciła, nigdy nie pozwoliła biedować i wyposażyła w kapitał, jakiego nie sposób przeliczyć na żadną walutę, bezwarunkową miłość. Wilczyca, przy której ta kapitolińska – od Romulusa i Remusa – co najwyżej wilczkiem jest… Ich relacje zmieniają się - teraz to Pawełek musi zaopiekować się swą autorytarną mamusią. Choćby trzy dni...
Życie Reginy jest bez wątpienia smutne i nie napawa optymizmem. Mur jaki postawiła wokół siebie dawno temu, czy też może nawiązując do tytułu, zamknięte przed bliskim (a może i przed samą sobą) drzwi, sprawiają, że ostateczny rozrachunek z życiem boli jeszcze bardziej. Bo choć awansowała z ubogiej dziewczyny ze wsi Hajborek do rangi Austriaczki gnijącej w swym wiedeńskim apartamencie, odchodzi z kieliszkiem wina w reku, z pianą szwechatera na ustach, leżąc we własnych rzygowinach, w towarzystwie obcego jej praktycznie syna, którego porzuciła dawno temu w pogoni za swoim wymarzonym, właśnie kończącym się, życiem...

Jacek Melchior podaje czytelnikowi słodko gorzki koktajl, pełen niedopowiedzeń, prawdziwych emocji, potężnych napięć i ironii, uwieńczony licznymi retrospekcjami, wprowadzonymi za sprawą jednego słowa, jakiegoś rekwizytu, zwykłego przedmiotu, który uruchamia intrygująca opowieść Reginy o czasach minionych, o kilku epokach na przestrzeni dwóch krajów: Polski i Austrii. Warto dać Melchiorowi szansę, bo postać tej skomplikowanej kobiety obnaża zwodnicze pragnienia niektórych z nas i nie pozostawia nam złudzeń, czy warto ostentacyjnie zamykać każdemu drzwi przed nosem, by u kresu pogrążyć się w samotności, niespełnieniu, rozgoryczeniu.

Cytaty za: Regina zamyka drzwi, Jacek Melchior, Wielka Litera, Warszawa 2015.

Ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera.


poniedziałek, 16 lutego 2015

Życie to podróż, to ocean - Julia Hartwig, Artur Cieślar

„Życie to podróż, to ocean” to zapis rozmowy jaką Artur Cieślar odbył z Julią Hartwig, poetką, tłumaczką, eseistką. To niezwykle miła pogawędka dwojga wyważonych, pogodzonych z losem ludzi, którzy ową harmonią, spokojem i ciepłą atmosferą czarują czytelnika od pierwszych słów. Julia Hartwig początkowo nie chciała się zgodzić na ten wywiad. Jest skromna, nie lubi zamieszania wokół siebie i nie przepada za opowiadaniem o swojej osobie. Na tę publikację namówił ją dopiero jej wieloletni przyjaciel, Jerzy Illg. Powstała w ten sposób niewielkich rozmiarów książeczka, w której pani Julia robi wszystko, byle pozostać w cieniu. Żałuję ogromnie, iż autoryzując tekst, usunęła najbardziej intymne zwierzenia i pozbawiła swoich czytelników możliwości głębszego poznania. Najważniejsze jest to, czy mam coś do przekazania. Jeśli nie, to szkoda sobie i innym zabierać czas, wyznaje autorka. Widocznie jej przekaz nie musi być pokaźnych rozmiarów, by robił wrażenie. Czy zatem mamy szansę natrafić w tym tekście na jakąś pikantną informację o Julii Hartwig? Raczej nie. Wiemy tyle, iż poetka uwielbia kruche ciastka i kolor niebieski (będący ucieleśnieniem nieba i przestrzeni), a jej ulubiony środek lokomocji to pociąg. Nie cierpi zajęć domowych, kuchennej krzątaniny i ścierania kurzu. Za to kocha ocean! Mam jeszcze kilka innych rzeczy w zanadrzu, jakie Arturowi Cieślarowi udało się wydusić z tej powściągliwej osoby i zaraz się nimi z Wami podzielę.

Julia Hartwig dorastała w dużej rodzinie, miała liczne rodzeństwo, z którym się przyjaźniła. Najbliżej była ze starszym bratem Edwardem-fotografikiem. Obcowanie z nim dało jej możliwość bliskiego kontaktu ze sztuką już od najmłodszych lat. Wtedy właśnie zaczęła się kształtować w niej wrażliwość na obraz, który po latach zaczęła oddawać słowem. W szkole była uważana za osobę bardzo zdolną i od początku przepowiadano, że w przyszłości będzie pisała. Jej czasy studenckie przypadły na okres okupacji. Na tajnym uniwersytecie wybrała komplety z polonistyki, a później w Krakowie z romanistyki. Uczyła się również języka francuskiego. W 1947 roku otrzymała stypendium od rządu i wyjechała do Francji, gdzie mogła szlifować język i rozkoszować się Paryżem. Żywiłam się kulturą jak nigdy przedtem. Byłam zachłanna, ciekawska – wszystkie wystawy i muzea były moje, wspomina z uśmiechem na ustach. Kultura francuska pociągała i pociąga ją nadal, a Francję traktuje jak drugą ojczyznę. Poetka lubi też Holandię i Włochy.
Moim bodźcem do podróżowania była zawsze ciekawość, chęć sprawdzenia, co tam znajdę. Po latach wiedziałam już, że podróż jest dla mnie pomocna w sensie twórczym, że daje mi siłę do pisania (…) Kiedy podróżuję – odżywam, patrzę na świat w nowy sposób, wyznaje Julia Hartwig. Właściwie stale jest w podróży – zaczęła od tej wymuszonej wojną, później pojechała z własnej woli do Francji i USA. Słowo podróż odmieniana jest w tej książce przez wszystkie przypadki. Okazuje się bowiem, że każda wyprawa zawsze przynosi powiew świeżego, jest zetknięciem się z innością świata i porzuceniem własnego, a przeżyta w pojedynkę jest okazją do relaksu i refleksji: Oczywiście zachwycamy się miastem, architekturą, obyczajami, kuchnią. Jednak tym, co przynosi nam całkowite spełnienie i odprężenie, jest kontakt z przyrodą, z morzem, z oceanem. Mogłabym nawet śmiało powiedzieć, że synonimem słowa podróż jest ocean. A kontakt z oceanem był dla mnie jednym z największych przeżyć. Kiedy przebywam nad oceanem, czuję się jakby szersza, pojemniejsza, wyznaje poetka. I tu dotykamy sedna sprawy, tematyki jej twórczości – Hartwig w odpowiednich proporcjach zestawia piękno przyrody z człowiekiem i światem jego emocji. To poezja subtelna, skromna, pełna prostoty. W niej każdy przedmiot urasta do rangi arcydzieła, bo autorka umie zachwycić się codziennością, docenić ją i okazać wdzięczność za każdą drobnostkę! Pisze o sprawach zwyczajnych, którym nadaje głęboki sens. Dużo dostrzega i wszystko widzi wyraźnie: [N]ie szukam nadzwyczajności w życiu, a dostrzegam ją w rzeczach zwykłych, codziennych. One mnie frapują i wydają mi się poetycko ważne, bo mogą wystąpić w hierarchii istnienia. W materialnym istnieniu rzeczy występuje też aura niematerialna; zadaniem poety jest ją odnaleźć. I to się czasem udaje. Dlatego trzeba szanować rzeczy codzienne, puentuje.

Julia Hartwig ma w sobie ogromny spokój, a to dziś takie rzadkie u ludzi. W jej charakter wpisane jest samotne zmaganie się ze światem. Ze światem, który jest źle rządzony, w którym tak wiele jest do zrobienia, bo zło panoszy się po nim bezkarnie. Mimo to jest szczęśliwa i otwarta na ludzi. Obcowanie z przyrodą, dobrą literaturą i muzyką – z pięknem – uspokaja ją i koi ból. Nosimy szczęście w sobie. Tylko z odpowiednim dystansem możemy to dostrzec, inaczej, gdy będziemy zgnębieni, niczego nie dostrzeżemy, będziemy jak ślepcy, przekonuje poetka.
Autorka w tej dość krótkiej rozmowie wspomina również swoje największe miłości: Zygmunta Kałużyńskiego, Ksawerego Pruszyńskiego i ukochanego męża, Artura Międzyrzeckiego. Doskonałym warunkiem tego, by miłość przetrwała, jest wspólne pole życia, zainteresowań, pracy, twierdzi. Udało jej się odnaleźć owo pole jedynie z Międzyrzeckim. Ich związek naznaczony wspólną pasją, ‘pisaniem’, podróżami, choć i notorycznym brakiem pieniędzy. Mimo to był bardzo szczęśliwy: Byliśmy z Arturem naprawdę bardzo zajętymi ludźmi. Chwile, które spędzaliśmy razem, były miłe i pełne porozumienia. To było nasze bogactwo. Para doczekała się jednej córki, Danieli, która zaznaczyła się w twórczości obojga.
Nie da się jednak ukryć, iż Hartwig zamiast o rodzinie, woli rozprawiać z Cieślarem o malarstwie. W jej wierszach można dopatrzeć się zamiłowania do sztuki i iście malarskiej wrażliwości. Podobnie jak malarz poetka wybiera z przestrzeni fragmenty, które niosą z sobą emocje. Według Artura Cieślara poeci są na świecie po to, by budzić ludzi słowem. Oni bowiem również malują obrazy, a tomy ich wierszy to galeria. W twórczości tej obdarzonej mądrością życiową, wyobraźnią i dużą wrażliwością poetki niczym w zwierciadle mogą przejrzeć się nasze własne myśli.

„Życie to podróż…” to niespieszny i niebanalny dialog dwojga interesujących ludzi. Artur Cieślar stroniąc od przewidywalnych pytań, jakie najczęściej pojawiają się takich publikacjach, przybliża Julię Hartwig od innej strony. Wyróżniając w tekście fragmenty jej wypowiedzi przypominające aforyzmy, posiłkując się tekstami jej wierszy, dyskutując o tematach humanistycznych, obojgu udało się stworzyć liryczną atmosferę, upragniony azyl dla współczesnego czytelnika oszołomionego głośną i natrętną kulturą masową. I aż szkoda, że ta rozmowa nie mogła trwać dłużej, że nie pozwolono jej snuć się dalej…

Cytaty za: Życie to podróż, to ocean, Julia Hartwig, Artur Cieślar, Zysk i S-ka, Poznań 2014.

Ocena 5/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi Oblicza Kultury


piątek, 23 stycznia 2015

Pieśni bełkotu - Erwin Mortier

O chorobie Alzheimera mówi się i pisze coraz częściej. To oczywiste, skoro na świecie notuje się coraz większą liczbę zachorowań, a w krajach rozwiniętych przypadłość ta należy do najbardziej kosztownych dla społeczeństwa. O tym, jaka jest naprawdę, wiedzą najlepiej najbliżsi osób nią dotkniętych. Ci z nich, którzy mają odrobinę talentu, odwagi i możliwość, próbują o chorobie Alzheimera informować społeczeństwo w jakiś niekonwencjonalny sposób, by przyciągnąć jego uwagę. Erwin Mortier, flamandzki powieściopisarz i poeta, zadedykował książkę własnej, cierpiącej na to schorzenie matce. Pełne liryzmu, cierpienia i współczucia „Pieśni bełkotu” dokumentują zmagania nie tylko samej chorej, ale przede wszystkim całej jej rodziny, która jest zmuszona nucić tytułowe pieśni razem z nią.

66-letnia matka Erwina Mortiera zawsze była aktywną, kochającą życie i przyjemności kobietą. Teraz schudła, skurczyła się, brakuje jej świadomości czasu, miejsca i osób. A zaczęło się niepozornie - od niemożności przypomnienia sobie słów, obwiniania bliskich za to, że nie potrafią podpowiedzieć jej brakującego wyrazu, częstych wybuchów płaczu, branych za objaw menopauzy. Obserwacja jej dziwnych poczynań, braku kontaktu z rzeczywistością i zachowań nieadekwatnych do sytuacji, sprawia ból jej bliskim. Gorsze jest jedynie jej notoryczne milczenie, bo jak wyznaje jej syn, to co [go] u niej najbardziej uderza, co przysparza m[u] najwięcej zmartwień, to podwójna cisza jej obecności. Język spakował walizki i wyskoczył za burtę wywracającego się statku, ale w jej głowie czy wokół niej panuje jeszcze inna cisza. Nie słysz[y] już muzyki jej duszy; egzystencjalnej aury wokół niej, wibrującego sukna narracji i symboli, przez które splata się ze światem, albo na odwrót, świat splatał się z nią… Każdy dzień przynosi coraz bardziej przejmującą ciszę. Niekiedy chora porusza wargami, które zamiast nieść pełne zdania, mimowolnie drżą. Wydobywa się z nich jedynie pojedyncze westchnienie albo zająknięcie. Rodzinie coraz częściej brakuje cierpliwości, obserwując jej potworne zmagania językowe: Niemal widzę, jak zdania potykają się na jej ustach. Wokół jej dłoni na obrusie słowne rumowisko, gramatyczne ruiny. Mortierowi z trudem przychodzi rozpoznanie w niej dawnej matki. Kobieta, która zajęła jej miejsce jest niespokojna, chwilami agresywna, niekiedy trzeba przed nią nawet zamykać drzwi na klucz, bo jest zagrożeniem dla innych i siebie samej: Żaden dotyk nie przynosi już spokoju, żadna piosenka nie jest w stanie jej ukoić. Tylko „Mamo, usiądźże, do cholery” jeszcze pomaga, czasami. (Nie)matka modyfikuje nawet swoje upodobania kulinarne (wcześniej nie lubiła jajek sadzonych, teraz jada tylko sadzone), programowe (od jakiegoś czasu ogląda programy telewizyjne przeznaczone dla przedszkolaków) i nie rozpoznaje siebie w lustrze: Jej „ja” znika. To „coś”, co powoduje, że jakaś osoba tak nieodparcie jest nią samą. Zmienia się cały repertuar przyzwyczajeń, sposób mówienia, spania, chodzenia, stania. Z cech i zachowań, które u niej rozpoznaję, i z takich, które są nieznane i zdumiewające, powstaje nowa mieszanina, jakby w jej ciele przepoczwarzała się jakaś pasożytnicza świadomość. Rozgoryczenie (sarkazm?) sięga apogeum, kiedy pewnego dnia Erwin Mortier słucha opowieści o naukowcach, którym udało się porozmawiać z delfinami i wielorybami. Stwierdza wtedy z rezygnacją: Nawet wieloryby są teraz bardziej komunikatywne niż moja matka… Natomiast fizycznie kobieta nadal jest w świetnej formie - ma bardzo dobre wyniki krwi i serce 18-latki, a jedynym jej problemem jest sztywność mięśni… I choć kontakt z nią jest już właściwie niemożliwy, bo przebywa ona w swoim własnym świecie, Erwin Mortier nie wyobraża sobie życia bez niej i na myśl, że mamy mogłoby nie być, pęka mu serce: Patrzę na nią, ona odpowiada spojrzeniem tak bezradnym, że aż przenikającym do szpiku kości. Mimo tego, że choroba odebrała jej świadomość i tożsamość, cała rodzina nadal kocha ją tak mocno, jak wcześniej.

Mortier nie jest sobie w stanie przypomnieć zdrowej, rozmownej, działającej logicznie matki. Są momenty, gdy boi się, że sam zachoruje. Kiedy od razu nie przychodzi mu do głowy jakieś słowo, obawia się, że to pierwsze symptomy choroby: Kiedy po kilkuminutowych poszukiwaniach znajduję solniczkę w lodówce, serce podchodzi mi do gardła. Dzisiaj po południu sikałem na stojąco i zauważyłem, że swoje pióro włożyłem do kubka ze szczoteczkami do zębów, na półeczkę nad umywalką... By nie zatracić siebie, ćwiczy logiczne ciągi słów, pisze. Układa tytułowe pieśni bełkotu, w których dowodzi, że jemu nie brakuje logiki, bogatego słownictwa, kreatywności: Zauważam, że piszę po to tylko, aby usłyszeć zdania, które bez potknięć przepływają przez moją głowę. By słyszeć śpiew rytmu, przyspieszenia, spowolnienia, pauzy. Wypuszczam te słowa po to, aby na chwilę zawisnąć na myślnikach – trapezach składni – w stanie nieważkości u szczytu zdania. Cóż za błogość, móc jak tresowana małpa w wilgotnych lasach tropikalnych języka przeskakiwać z liany na lianę. To właśnie sprawia, że pisarz ma poczucie normalności, to daje mu nadzieję, że nie jest chory, że przebywając z matką, nie „zaraził się”, albo że to jeszcze nie jego czas…

Oniryczna, liryczna, poetycka książka z chorobą Alzheimera w tle. Czy da się tak o niej pisać? Flamandzki autor dowodzi, że jest to możliwe. Być może sekretem jest tu związek emocjonalny, jaki łączy go z matką, a może wyjątkowy talent. Pisząc oszczędnie o ciężkich emocjach i bolesnych odczuciach, dobierając eleganckie, wyszukane słowa, nie ukrył niczego z trudów sprawowania opieki nad chorą osobą. To osobiste świadectwo walki z tak nierównym przeciwnikiem od pierwszych słów budzi niezwykłe wrażenia estetyczne oraz prawdziwe emocje i nie pozwala im opaść do ostatniego z nich. Poza tym książka ma przepiękną okładkę, idealnie dopasowaną do treści. Warto przeczytać i przekonać się, czy da się gorycz choroby osłodzić eteryczną prozą.

Cytaty za: Pieśni bełkotu, Erwin Mortier, W.A.B., Warszawa 2014.

Ocena: 5/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Synowska pieśń o (nie)matce

wtorek, 6 stycznia 2015

Oriana Fallaci. Portret kobiety - Cristina De Stefano

Kiedyś na pytanie, co z siebie dała dziennikarstwu, Oriana Fallaci odpowiedziała: Mam nadzieję, że dałam dziennikarstwu przede wszystkim odwagę, bo odwaga jest jedyną z moich niewielu cnót, i temu nikt nie może zaprzeczyć. Ja mam obsesję odwagi zarówno fizycznej, jak i moralnej. Dziś wszyscy doskonale wiedzą, że ofiarowała swej pasji (jaką była dla niej praca) o wiele więcej. Niezwykła osobowość, silny charakter, nieprzewidywalność i bezkompromisowość zjednały jej wielu czytelników, a jej rozmówców nie raz wprawiły w osłupienie. „Oriana Fallaci. Portret kobiety”, autorstwa Cristiny De Stefano, to barwna biografia międzynarodowej gwiazdy żurnalizmu napisana z wielkim zaangażowaniem, będąca prawdziwą gratką nie tylko dla jej fanów, ale również dla tych, którzy cenią sobie historie ponadprzeciętnych kobiet, bo znajdują w nich motywację do działania. To publikacja, której zdecydowanie warto poświęcić swój czas, by się przekonać, co znaczy być kobietą we współczesnym świecie, w którym trzeba patrzeć władzy na ręce i każdego dnia od nowa walczyć o sprawiedliwość…

Oriana Fallaci urodziła się 29 czerwca 1929 roku w ubogiej rodzinie miłośników literatury, o czym świadczy m.in. jej imię, pochodzące od Proustowskiej księżnej Guermantes. Rodzice byli zaangażowani w ruch oporu, w którym czynnie uczestniczyła również Oriana - pełniła funkcję łączniczki, przenosiła ulotki, gazetki, wiadomości, czasem nawet broń, była zręczna i pomysłowa. To przede wszystkim ojciec swymi surowymi metodami wychowawczymi, kreował córkę na żołnierza. Dorastałam w atmosferze wojny. Zdominowała moje dzieciństwo. Wszędzie się o niej mówiło, wszędzie się ją widziało, mówiła. Okrutne czasy oraz głód, zimno i strach naznaczyły skutecznie jej młodzieńcze lata i ukształtowały ją na przyszłość…

Oriana od najmłodszych lat była otoczona literaturą. I choć rodzice musieli kupować książki na raty - pozwalali sobie na ten jedyny luksus. Fallaci szybko przeczytała wszystko, co znalazła w domowej biblioteczce. Zaczęła od autorów greckich i rzymskich, potem sięgnęła po literaturę anglosaską. Z Francuzów interesował ją tylko Proust. Czytała bardzo dużo, a pisała jeszcze więcej, a matka - Tosca Cantini - gorąco jej kibicowała. Uważała bowiem, że najgorsze ze wszystkiego to nie mieć wykształcenia. Wtedy każdy może mieć nad tobą władzę, mawiała. Wiedziała co mówi, bo doświadczyła tego na własnej skórze... Córka widząc jak traktowana jest jej ukochana matka, wzięła sobie do serca jej słowa - świetnie się uczyła, ze swoje wypracowania dostawała liczne nagrody, była zdyscyplinowana i skupiona na osiąganiu jak najlepszych wyników. Ale była też krnąbrna, kłótliwa, zamknięta w sobie i świadoma, co chce w życiu robić. Jako kilkuletnia dziewczynka zdecydowała, że chce zostać pisarką: Wszyscy starali się mnie zniechęcić; przekonywali, że kto chce pisać, musi być bogaty i stary, a ja byłam młoda i biedna. Nie ugięła się. Początkowo jednak mimo swych deklaracji, Oriana poszła na medycynę. Tak polecił jej stryj - miała tam gruntownie poznać człowieka jako całość, by umieć pisać... Niestety, okazało się, że rodziców nie było stać na opłacenie studiów i zdolna studentka musiała porzucić nauki medyczne, by pójść do pracy. Bez żalu wybrała redakcję pewnej gazety: Byłam zmuszona wybrać między medycyną, która nie dawała mi chleba a dziennikarstwem, które pozwalało mi zarobić pieniądze. Wybrałam dziennikarstwo, wspominała po latach z satysfakcją. Szybko zorientowano się, że mimo młodego wieku, Fallaci posiada wyjątkowy talent, wnikliwy zmysł obserwacji, zdolność do interpretacji zaobserwowanych faktów oraz łatwość ubierania ich w słowa. Triumfowała, bo była naprawdę zdeterminowana oraz dzięki temu, iż [z]rozumiała, że w tym zawodzie zdominowanym przez mężczyzn osiągnie sukces tylko wtedy, jeżeli pokaże, że jest od nich lepsza. Każdy artykuł przepisywała po dziesięć razy, poprawiała teksty z obsesyjną troską o szczegóły. Przed rozpoczęciem pracy przy nowym temacie zbierała wszystkie dostępne informacje. Czytała dzieła wielkich pisarzy, by nauczyć się od nich dobrego stylu. To właśnie ona wylansowała we Włoszech modę na kobiety dziennikarki, ale ponieważ była zdolna, niepospolicie inteligentna i pracowita, nie miała w tym środowisku przyjaciół. Dziennikarstwu zawdzięczam wszystko. Byłam ubogą dziewczyną – dzięki dziennikarstwu nie stałam się ubogą kobietą. Byłam ciekawa świata, chciałam dużo podróżować – dziennikarstwo mi to umożliwiło. Wychowałam się w społeczeństwie, w którym kobiety odgrywały drugoplanową rolę i były źle traktowane – jako dziennikarka mogłam żyć jak mężczyzna, pisała.
W swoich słynnych wywiadach z możnymi tego świata dała się poznać jako przenikliwa, umiejąca odsłaniać osobowości swych rozmówców dziennikarka, prowadząc przy tym narrację na najwyższym poziomie. Nie podawała jedynie pytań i odpowiedzi, ale budowała opowieści, które miały początek i zakończenie. Między nimi rozciągała akcję trzymającą czytelnika w napięciu, a w jednej z ról umieszczała siebie. Świadomość, że po tygodniu jej teksty ‘umierały’, sprawiała jej przykrość. Kiedyś zaniosła buty do szewca i odebrała je owinięte gazetą z jej własnym artykułem… Mimo to pisała dalej, bo wierzyła, że głos dziennikarza może służyć nie tylko rozrywce, ale słusznym sprawom. Była przekonana, że dzięki jej tekstom oczy świata kierowane są na niesprawiedliwości i nadużycia władzy, a nagłaśniając akty przemocy i bezprawie niesie pomoc. Oriana stanęła na pierwszej linii frontu walki o wolność i sprawiedliwość, dwa ideały, w których wyrosła, puentuje Cristina De Stefano.

Fallaci mówiła o sobie: Jestem perfekcjonistką. Maniaczką precyzji. I zawsze się boję pomylić, rzadko jestem zadowolona z tego, co piszę. Dziś postrzega się ją jako jedną z największych włoskich dziennikarek i twórczyń literatury popularnej XX wieku. Opowieści rodziły się pod jej piórem naturalnie, bez patosu. Wśród swoich czytelników widziała prostych ludzi - krawcowe, gospodynie domowe, robotników i malarzy, a nie inteligencję. Nienawidzę trudnych słów, skomplikowanych, mętnych wywodów. Nauczyła mnie tego matka, kobieta bardzo inteligentna, ale niewykształcona, bo nie posłano jej do szkół. Matka mówiła mi zawsze: ‘Pisz łatwo, proszę cię. Tak, żebym i ja mogła zrozumieć.’ Oriana podporządkowała się, pisała prostym językiem i dobrze na tym zarabiała. Ale nie lubiła pieniędzy, nie potrafiła nimi dobrze zarządzać. Nie przeszkadzało jej również to, że się starzeje, za nic miała swój wygląd: Zmarszczki są moimi medalami, odznaczeniami, na które sobie zapracowałam (…) Pięknie jest się starzeć. Wraz z wiekiem zdobywa się wolność, której się nie miało w młodości. Wolność absolutną. Była anarchistką, ale nie feministką – wyzwoliła się własnymi siłami. Uważała się za chrześcijańską ateistkę, bo doceniała spuściznę tej właśnie religii. Najbardziej podziwiała Benedykta XVI. 27 sierpnia 2005 roku spotkała się z nim w Castel Gandolfo. Pisarka, która stała się symbolem wojny z islamem, oraz przywódca Kościoła miłości. Sławna ateistka i przewodnik duchowy, tak komentowano wtedy ich spotkanie. Była ogromnie związana ze swoją małą ojczyzną: Mówię po florencku, po florencku myślę i czuję. Moja kultura i wychowanie są florenckie. Kiedy za granicą pytają mnie, skąd pochodzę, mówię: z Florencji. Nie: z Włoch. Bo to nie jest to samo. Uwielbiała gotować, pięknie haftowała ściegiem gobelinowym, kochała Amerykę. Prawie dwadzieścia lat przed 11 września 2001 roku Oriana wyraziła obawę, że wcześniej czy później radykalny islam wyjdzie z terenów walk na Bliskim Wschodzie i wystąpi przeciw Zachodowi - nie pomyliła się. W miłości krucha i delikatna, całkowicie poddana ukochanemu. W pracy dumna i niezłomna, waleczna i odważna. Jej śmierć nastąpiła zdecydowanie przedwcześnie - 15 września 2006 roku. Ileż pracy miałaby dzisiaj obserwując współczesny świat...

Biografia Oriany Fallaci napisana przez Cristinę De Stefano jest taka sama jak życie tej sławnej Włoszki- wielowymiarowa, skrupulatna i pasjonująca. Silny charakter, bezkompromisowość, błyskotliwość i dążenie do wyznaczonego celu sprawiały, że ta niezwykła dziennikarka i pisarka zarazem, zawsze osiągała to, czego chciała. Jej historia naprawdę może stanowić silną motywację do działania dla wszystkich kobiet. Szczególnie powinny wyciągnąć z niej wnioski te przedstawicielki płci pięknej, które poza pasją i talentem nie mają niczego…

Cytaty za: Oriana Fallaci. Portret kobiety, Cristina De Stefano, Sonia Draga, Katowice 2014.

Ocena: 6/6 (!!!)

Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com Polecam gorąco!


wtorek, 23 grudnia 2014

Religa. Biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirurga - Dariusz Kortko, Judyta Watoła

Obok Jana Pawła II i Lecha Wałęsy był najbardziej znanym Polakiem. Mąż, ojciec, rektor Śląskiej AM, polityk, jeden z najwybitniejszych Ślązaków i Zagłębiaków XX wieku (znalazł się w tym rankingu na 8. miejscu, choć nie pochodził ze Śląska!), ale przede wszystkim niezwykły lekarz – kardiochirurg. Życie profesora Zbigniewa Religi opisane przez Dariusza Kortko i Judytę Watołę w książce „Religa. Biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirurga” sprawia, że chcemy ponownie uwierzyć w polskich lekarzy, dla których praca to misja i służba, i którzy walczą o każde życie do końca. Bez względu na wszystko. Jak on…

Urodził się 16 grudnia 1938 roku w Miedniewicach koło Żyrardowa. Wychował się w rodzinie o sympatiach socjalistycznych, pełnym ciepła i tolerancji. Chciał zostać dziennikarzem albo filozofem, lecz to właśnie rodzice namówili go, by studiował medycynę. Zdał egzaminy już w pierwszym podejściu i jesienią 1956 roku rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Warszawie. Na początku był przekonany, że nigdy nie wybierze chirurgii jako swojej specjalizacji: Kojarzyła mi się ze strasznie nudnym rzemiosłem. Po prostu trzeba coś wyciąć, dociąć, ale nie ma w tym żadnego wyzwania, powiedziałbym intelektualnego, wspominał. Kończąc studia miał na swoim koncie 130 samodzielnych operacji, a później było już tylko lepiej. Duża w tym zasługa najbliższych, co potwierdzał sam Religa w jednym z wywiadów: Rodzice nauczyli mnie jednej niezwykle ważnej rzeczy. Cały czas zwracali mi uwagę, że nie jestem najważniejszy na świecie. Wciąż przypominali, że ludzie będący wokół nas są tak samo ważni jak ja. W ten sposób nauczyli mnie szacunku do innych. Pokazali, aby traktować bardzo poważnie sprawy naszych bliźnich, a na wszystko w życiu trzeba samemu zapracować. Tę zasadę wziął sobie do serca i uczynił ją widoczną w całym swoim życiu. Zawsze traktował pacjenta jak partnera (to wynik jego pobytu na szkoleniach w Stanach Zjednoczonych) i robił dla niego wszystko, co było możliwe. Nigdy nie pytał, kto jest kim, co robi, ani skąd pochodzi. Nie ocenia[ł] przydatności społecznej, inteligencji ani wyglądu. Serce da[wał] pacjentom, którzy umiera[li]. Miał w sobie magnetyczny urok, niezwykły dar zjednywania ludzi, charyzmę. Przy nim wszystkim rosły serca. Każdemu dawał kredyt zaufania, był bezpośredni, szczery, prostolinijny. Ale jeśli ktoś go zawiódł, nie mógł się już nigdy spodziewać z jego strony przyjaźni i sympatii. Nie wybaczał niepunktualności, zaniedbania, niedopatrzenia czegoś, niesprawdzenia - od tego zależało ludzkie życie. Nie było możliwe, żeby lekarz dyżurny nie wiedział wszystkiego o pacjentach, których zostawił pod jego opieką. Nie znosił kłamstwa, zwalania winy na kogoś innego, cwaniactwa, podkreślają znajomi profesora. W jego klinice istniała jedna, najważniejsza zasada: dbać o dobro chorego: Nie można było wyjść z pracy, bo to czy tamto. Nie. Najpierw trzeba było wykonać robotę, przytakują pracownicy. On sam nigdy nie brał dyżurów. Jak był potrzebny, zostawał na noc w szpitalu, wtedy spał na tapczanie w swoim gabinecie. Nie odżywiał się najlepiej – głównie kawą i papierosami. Nieustannie brakowało mu czasu, był szaleńczo zapracowany. Mimo to codziennie łamał zasady hierarchii, dzielnie zmagał się z problemami interpersonalnymi, zazdrością i zawiścią środowiska. Na początku swej drogi w Zabrzu miał trudności z pozyskaniem zachodniego sprzętu do kliniki, ale przede wszystkim trudno było mu przekonać wszystkich, że transplantacje serca są w naszym kraju możliwe, nawet w PRL-u. Rzucając wyzwanie naturze stwierdził: Nie czuję się lepszy od innych chirurgów ani odważniejszy. W ogóle nie chodzi o mnie, tylko o pacjenta. Był załamany, kiedy pacjenci wkrótce po przeszczepach umierali (Wchodził, wychodził, palił papierosy). Po trzecim zgonie Religa upił się na umór. Jego sekretarka, Ewa Maksymowicz, wspomina: Pił, nie zaprzeczę. Tylko że on zawsze miał powód. Inni lekarze powodu nie potrzebowali, taka była różnice. Profesor napił się w stresie, jak chory zmarł. Myślałam, że po tylu latach można się na takie zdarzenie uodpornić. Ale u niego tego nie było, on cały czas przeżywał to strasznie. Jak się napił, ludzi do niego nie wpuszczałam.

Niektórzy mieli Zbigniewowi Relidze za złe, że wykorzystywał swoje stanowisko, by pozyskać sponsorów na zbudowanie sztucznego serca oraz że flirtował z władzą. W 1988 roku gościł w swojej klinice generała Wojciecha Jaruzelskiego i przyjął jego zaproszenie do wzięcia udziału w pochodzie pierwszomajowym. Odpowiadał na to: Pójdę z każdym, byle załatwić tym setkom tysięcy biednych, chorych ludzi dostęp do najlepszego leczenia. Tak naprawdę polityka go nie interesowała. Walczył o pieniądze dla kliniki, rozwój swoich lekarzy, lepszą przyszłość chirurgii, a wszystko po to by leczyć i ratować ludzi. Po latach profesor kończąc te dywagacje stwierdził krótko: Największą pomoc miałem zawsze od czerwonych, a nie od swoich. Żeby zrealizować zamierzone cele, założył również Fundację Rozwoju Kardiochirurgii. Nigdy nie chodziło o niego (był biednym lekarzem, nigdy nie prowadził prywatnej praktyki, nie miał drogich samochodów, był też pierwszym VIP-em, który się leczył w kraju a nie zagranicą), ale zawsze o pacjenta. Szczerze przyznawał, że gdyby nie jego najbliżsi nigdy nie doszedłby tak daleko: Wszystko, co robiłem w swoim życiu zawodowym, było też dla mojej rodziny. Nigdy nie myślałem: mój sukces. Nie osiągnąłbym tak wiele, gdyby nie moja żona. Powiem więcej, gdyby była kobietą inaczej myślącą, inaczej patrzącą na świat, na mnie, to nasze małżeństwo dawno by się rozpadło. Wtedy nie miałbym siły płynącej z domu, byłoby mi o wiele trudniej…

Był wyjątkowy, w to nie wątpi nikt. Do swojej pracy podchodził z zapałem, wizją i sercem. Chorzy uważali go za świętego, bliscy współpracownicy uwielbiali z nim pracować, a rodziny pacjentów nie bały podejść się do niego na korytarzu i zapytać o zdrowie najbliższych. Był ambitny, nie miał kompleksów, a przede wszystkim nie bał się realizować własnych marzeń. I choć zdarzało mu się poświęcić dla nich swe poglądy i siebie samego, robił to mając zawsze na uwadze lepszą przyszłość polskich pacjentów. Armia świetnie wyszkolonych przez niego kardiochirurgów to największe dziedzictwo profesora – wrażliwego wizjonera. Biografia Zbigniewa Religi daje pełen obraz tego niezwykłego człowieka, który chciał reformować polską kardiochirurgię. Duża ilość zdjęć i informacji ze sfery medycznej (aby nakreślić problemy z jakimi profesor musiał się zmierzyć) dopełniają jego wizerunku i choć nie brak na nim rys, stawiają go na piedestale. Zwyczajny czy też niezwyczajny Zbigniew Religa nadal pozostaje niedościgłym wzorem dla kolejnych pokoleń młodych lekarzy…


Cytaty za: Religa. Biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirurga, Dariusz Kortko, Judyta Watoła, Agora, 2014.

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: (Nie)zwyczajny