czwartek, 23 października 2014

Kuchnia kobiet - Do podjadania podczas czytania

Czytanie i jedzenie to jedne z najprzyjemniejszych doznań i ulubionych czynności wielu osób. Większość z nas lubi je łączyć, dlatego często podczas lektury podjada sobie różne pyszności. Ja również należę do tej grupy. Nie ukrywam, że zdecydowanie wolę spędzać czas z książką niż gotować, ale od czasu do czasu nawet taki mól książkowy jak ja pędzi do kuchni, by coś pysznego przygotować, ażeby później mieć jakiś pyszny dodatek do dobrej książki.

Ten jesienny czas sprawił, że tym razem naszła mnie ochota na coś słodkiego, co sprawi, że moje endorfiny poszybują w górę. Moje myśli kłębiły się wokół ciast, a szczególnie wokół prostej i jednocześnie nieszablonowej szarlotki. To właśnie ona kojarzy mi się z poczuciem bezpieczeństwa, domowym ciepłem, długimi wieczorami i ukochaną babcią, która w kuchni umiała zdziałać cuda. W dość zaskakujący sposób znalazłam łatwy i szybki przepis, dzięki któremu przypomniały mi się najpiękniejsze chwile mojego dzieciństwa. Każdy kęs tej szarlotki dosłownie rozpływał się w ustach. To zasługa delikatnego smaku uzyskanego za sprawą: cieniutko startych pachnących jabłek (ach, ta szara reneta!) i chrupiącego wierzchu ciasta nadającego mu niepowtarzalny wygląd. Szarlotka w połączeniu z aromatyczną karmelową herbatą rooibos i lekturą najwyższych lotów (tym razem najnowszy W.G. Sebald - "Campo santo") sprawiły, że oprócz cudownych wrażeń estetycznych mogłam poczuć przysłowiowe 'niebo w gębie'. Jeśli chcecie wiedzieć, o czym piszę, podaję Wam przepis na przepyszną 'Szarlotkę Maryni zaczerpnięty z książki Moniki Zamachowskiej pt. "Kuchnia kobiet":

Składniki:
• 2 kg jabłek, najlepiej szara reneta
• 2 szklanki mąki tortowej
• 1 szklanka cukru
• 250 g miękkiego masła
• 3 jajka
• 2 łyżeczki cukru waniliowego
• 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

Przesianą mąkę, miękkie masło, żółtka, 2/3 szklanki cukru, proszek do pieczenia i cukier waniliowy umieścić w misce, zagnieść miękkie ciasto. Podzielić je na połowy. Jedną z nich wyłożyć wysmarowaną masłem tortownicę, nakłuć widelcem. Piec w temperaturze 180°C przez 15 minut. W tym czasie obrane jabłka poszatkować na tarce w prawie przezroczyste plasterki. Ułożyć je na wyjętym z piekarnika cieście. Drugą połowę ciasta pokroić w plastry lub rozwałkować na placek. Dokładnie przykryć nim jabłka. Wierzch posmarować białkiem (około 2 łyżek), posypać resztą cukru. Włożyć do piekarnika nagrzanego do temperatury 180°C na ok. 40 minut.


Na zdjęciu powyżej widnieje owa 'Szarlotka Maryni' przyrządzona według przepisu pochodzącego z książki “Kuchnia kobiet” Moniki Zamachowskiej. Jak widać, cisto idealnie wkomponowało się w mój wieczorny rytuał czytelniczy i świetnie dopełniło lekturę autorstwa wybitnego niemieckiego prozaika. Dwa talerze i dwie filiżanki mówią same za siebie - roznoszący się cudowny zapach szarlotki zwabił do kuchni największego łasucha, czyli mojego męża. Ledwo udało mi się uchwycić w obiektywie nienaruszone kawałki ciasta, z którego połowę spałaszowały dzieci... Jestem pewna, że ten przepis na stałe wejdzie do naszego menu. Polecam również Wam - warto spróbować - satysfakcja gwarantowana :-)

środa, 10 września 2014

Mundra - Sylwia Szwed

Na pierwszym planie cztery pokolenia położnych (mundrych, babek, akuszerek czy położnych - jak kto woli) towarzyszących Polkom na przestrzeni dziesiątek lat. W sumie dziesięć mundrych, z których najstarsza ma 92 lata i przyjmowała porody podczas drugiej wojny światowej, a najmłodsza liczy sobie zaledwie 26 wiosen i pomagała rodzić Tanzankom z plemienia Sukuma. Wstydliwy temat, w którego centrum nie stoi intelekt, ale ciało, a dokładniej krocze, pochwa i macica, a razem z nimi zagadnienia tak niefotogeniczne, jak samo macierzyństwo. „Mundra” Sylwii Szwed, bo o niej mowa, to książka, w której można znaleźć to wszystko i dodatkowo podejrzeć, jak to właściwie było kiedyś i jak to jest dzisiaj z tym porodem. Jaki obraz akuszerki wyłania się z tych intrygujących rozmów? Czy ów znany od lat zawód ma jeszcze szansę na rehabilitację, uznanie albo godziwą zapłatę? Z czym się wiąże ‘babienie’, jakie niebezpieczeństwa ze sobą niesie i czy w ogóle warto się nim zajmować?

Wieki temu położna była autorytetem – mistrzynią ceremonii, która nie tylko poród przyjmowała, ale i podawała do chrztu narodzone dzieci, wybierała im imiona. To była kobieta znająca jak nikt inny anatomię kobiecych narządów rodnych, posiadająca wiedzę dotyczącą metod ułatwiania porodu, potrafiąca pomóc rodzącej i godnie przywitać na świecie jej maleństwo. Dlatego szybko przylgnęło do niej określenie - mundra, czyli mądra. Pierwsza oficjalna szkoła położnych w Polsce powstała we Lwowie dopiero w 1773 roku, a za nią poszły kolejne, na przykład Szkoła Babienia w Warszawie. Akuszerstwo było domeną wyłącznie kobiet aż do XVIII wieku. Później specjalistami od porodu stali się mężczyźni – lekarze położnicy, ginekolodzy, ordynatorzy, dyrektorzy szpitali. Położne zostały wcielone w tak zwany średni personel szpitalny i straciły swą wysoką pozycję społeczną. Szkoda, bo w „Ustawie o zawodzie pielęgniarki i położnej” ich kompetencje są jasno uregulowane. Mogą one samodzielnie zajmować się ciążą, porodem i połogiem, a ich decyzje są niezawisłe, bo to jest wolny zawód, tak samo jak zawód lekarza. Za swoje decyzje odpowiadają przed samorządem zawodowym i ogólnokrajowym prawem. Mimo to ciężarne najczęściej proszą o lekarza, bo położna to ani pielęgniarka, ani salowa, więc powierzenie siebie samej i bezbronnej istoty utkanej w jej łonie byłoby nierozsądne…

Nie dziwi zatem, że dziś, kiedy dziewczyna (większość w tym zawodzie stanowią jednak kobiety) chce zostać położną, znajomi i rodzina pukają się w głowę. Na myśl przychodzą natychmiast: psie pieniądze, dyżury (ewentualnie bycie pod telefonem 24 godziny na dobę), ciągłe nieobecności w domu, niewyspanie i powszechny brak szacunku dla tej profesji. Przy okazji warto podumać o tym, jak funkcjonują rodziny mundrych. Mężowie skarżą się na brak żon w domach i deficyt pewności, co wydarzy się za pięć minut. Wszyscy jednakże podkreślają zaskakującą umiejętność organizacji swoich kobiet i jednym głosem powtarzają, że nie wiedzą, jak robi się pięćdziesiąt rzeczy naraz i mimo wszystko funkcjonuje…

Położne są różne, bo każdemu potrzebna jest inna. Ważne jest, by wierzyła w swoje umiejętności, w moc natury, siłę kobiecego ciała oraz w dziecko. Bez tej wiary jest ciężko. Zresztą, nawet z nią lekko nie jest. Bo praca położnej to obcowanie ze strachem kobiet i ich partnerów – porodu przecież nie można zaplanować. Trudno jest także przyjąć do wiadomości, że nawet w XXI wieku nie wszystko da się skontrolować i załatwić. W każdej kulturze istnieje lęk przed porodem (ten paniczny nazywamy tokofobią), bo narodziny to wydarzenie ślizgające się na granicy życia i śmierci. Można użyć różnych słów, że to jest mistyczne, że to jest duchowe, że to jest niebezpieczne, ale na granicy pierwszego i drugiego okresu porodu (…) wyrzut adrenaliny jest tak duży, jak w sytuacji zagrożenia życia. Wcześniej, kiedy była wyższa śmiertelność okołoporodowa, było też większe przyzwolenie na śmierć i na stratę niż obecnie. Inaczej także kształcono mundre – nieoficjalnie kształtowano je na królowe sali porodowej, jej ozdobę: Położna miała wyglądać świetnie, mieć odprasowany mundurek, nienaganną fryzurę i oczy wymalowane. Być może z tej przyczyny polskie położne chcą być postrzegane jako osoby bardzo kompetentne, niezwykle profesjonalne i dobrze wynagradzane za swoją pracę. My wiemy, jak jest, ale one mają potrzebę, by ów deficyt prestiżu i finansów nadrobić strojem oraz makijażem. Jesteśmy również świadomi tego, że mimo różnych akcji i rozwoju medycyny na polskiej porodówce wciąż obecna jest przemoc psychiczna i manipulacja, lobbing położnych, a cesarskie cięcie można mieć na życzenie. Podobno 1/3 dzieci rodzi się obecnie w Polsce w ten sposób – w tym co najmniej połowa na życzenie kobiet. Wciąż brakuje możliwości wyboru połączonej z wyczerpującą informacją i wsparciem. Tak, żeby kobieta świadomie wybierała to, co uważa za najlepsze dla siebie i dziecka. To byłoby zbyt piękne…

Pięknie jest w Danii, o czym opowiada jedna z rozmówczyń Sylwii Szwed, Jola Petersen. Tam położnictwo to prestiżowy kierunek, którego absolwentka zarabia tyle, iż jest w stanie bez problemu utrzymać własną rodzinę, a mąż może rzucić pracę! Duńczycy mają na wszystko procedury i doskonale wiedzą, że [i]m więcej czasu położna spędzi z rodzącą, tym bardziej naturalny będzie poród. Nie będą potrzebne znieczulenie, kroplówki czy cesarskie cięcie. Udowodniono to już w latach osiemdziesiątych. Czemu w Polsce się tego nie praktykuje i kto jest za to odpowiedzialny? Dlaczego nie czerpie się z wzorcowych doświadczeń innych państw? Takich pytań nasuwa się podczas lektury wiele…

„Mundra” to pozycja o kobietach i dla kobiet. Głównie dla matek (niezależnie od stażu) posiadających określoną wiedzę. Większość z nich po reportażu Sylwii Szwed dojdzie do wniosku, że na poród ma wpływ nie tylko fizjologia, ale również kultura i polityka. To intrygujące studium, które z jednej strony łamie tabu, odczarowuje kwestie związane z położnymi i samym rozwiązaniem, ale z drugiej pokazujące, jak ważne to wydarzenie i jak bardzo (oczywiście przeżyte w odpowiedni sposób) może nas ubogacić. Ciekawy dobór osób, dużo trafnych spostrzeżeń, możliwość zweryfikowania własnych odczuć poporodowych lub wrażeń zasłyszanych od innych, to główne zalety tej publikacji, a co ważne - wszystko napisane w bardzo przystępny, stonowany sposób, bez szokowania czy epatowania wulgarnością. „Mundra” to świetna książka – warto przeczytać.


Cytaty za: Mundra, Sylwia Szwed, czarne, Wołowiec, 2014.

Ocena 6/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Niedoceniona mistrzyni ceremonii

wtorek, 26 sierpnia 2014

Tajemnice Rutherford Park - Elizabeth Cooke

Tajemnice Rutherford Park” Elizabeth Cooke wydawca poleca fanom „Downtown Abbey”. Na początku wydawało mi się, iż to dość odważne (zuchwałe?!?) porównanie, tymczasem już po lekturze doszłam do innego wniosku. Angielska pisarka stworzyła świetny klimat, wiarygodnie oddała ówczesną sytuację polityczną, w której umiejscowiła intrygującą akcję z bohaterami z krwi i kości. Jeśli do tego dołożyć rozległe opisy krajobrazu i umiejętnie budowane napięcie, to mamy przepis na powieść obyczajową, która ma duże szanse na sukces, a z pewnością na niemałe grono zapalonych czytelników, czekających na kontynuację książki. Początkowo podeszłam do „Tajemnic…” podejrzliwie (sama nie wiem dlaczego), a ostatecznie historia rodu Cavendishów pochłonęła mnie całkowicie i żal mi było się z nim rozstawać…

Octavia i jej mąż William Cavendish to właściciele rozległej posiadłości Rutherford, wzniesionej dzięki wpływom i potędze ich przodków. Główny budynek w stylu Tudorów, leżące wokół niego farmy i wioski oraz wypielęgnowany ogród, to otoczenie małżonków, ich trojga prawie dorosłych już dzieci oraz dość licznej, choć rozproszonej wokół swych mnogich zajęć służby. Bohaterów poznajemy zimą w roku 1913, w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Owo spotkanie w gronie najbliższych staje się okazją do wyjawienia od lat skrywanych tajemnic i problemów zamożnej rodziny, których jej członkowie doświadczają mimo wysokiej pozycji społecznej i finansowej.

Octavia Cavendisch przybyła do Rutherford Park jako 19-letnia narzeczona Williama. Była wtedy szczęśliwą, pełną entuzjazmu, spontaniczną dziewczyną, którą cechowała ogromna chęć obcowania z ludźmi, poczucie humoru, sympatia z sufrażystkami oraz zapędy militarne. Marzyła, by Rutherford dało jej to, za czym tęskniła – wolność, swobodę wyboru, możliwość tworzenia i zarządzania. Zamiast tego dostała porządek i tradycję. Została obarczona wielkim ciężarem tradycji oraz mężem kurczowo uczepionym swojego statusu. Jej wrodzoną radość szybko unicestwiono, miłość małżeńska systematycznie stygła, a kłopoty z dziećmi skutecznie gasiły wszelkie pasje i nadzieje na poprawę losu. To wszystko sprawiło, że życie lady Octavii w tej okazałej rezydencji nie było nazbyt wesołe - przynajmniej do czasu pojawienia się w niej Johna Goulda...

William - 20 lat starszy od żony - był poważnym, podporządkowanym wszelkim konwenansom mężczyzną, członkiem Izby Gmin i przedstawicielem korony w hrabstwie. Brakowało mu żywiołowości, dystansu i luzu. Być może to ponure usposobienie to spadek po jego przodkach, którzy nie cieszyli się najlepszą reputacją. Jego rodzina rządziła bowiem kiedyś własną wyspą w Indiach Zachodnich i zagarniała wszystko, co tylko mogła: cukier, niewolników i podatki - bez wątpienia nie była lubiana. William wyznawał szokujące dziś poglądy - uważał, iż miejsce żon i córek jest w domu, pod wspólnym dachem. Kobieta, powinna być według niego spełniona, ale należało ograniczać jej swobodę, by nie stała się niebezpieczna. Co ciekawe, to właśnie on sam padł ofiarą tych głośno ferowanych haseł. Romans z Hélène de Montfort, jego bardzo daleką kuzynką z Paryża, która od zawsze zaprzątała mu skutecznie myśli, zaowocował bowiem nie lada niespodzianką i zaskakującym zwrotem wydarzeń…

19-letni Harry - pierworodny syn Octavii i Williama. Był w przeciwieństwie do swojej młodszej siostry Charlotty bardziej kłopotliwym i krnąbrnym dzieckiem. Na przykładzie własnej rodziny, doszedł do wniosku, że wykształcenie nie jest do niczego potrzebne: [S]ześć pokoleń Beckforthów studiowało w Oksfordzie i wszyscy skończyli uczelnię bez krztyny wiedzy, której zdobycie wymagało wszak pewnego wysiłku. Przy życiu i pieniądzach utrzymywali się dzięki inteligencji, sprytowi i okrucieństwu, a tego przecież nie wynieśli ze szkoły. Ponadto często byli zwyczajnie leniwi. Harry miał i takich przodków, którzy zadowoleni z siebie nurzali się we własnym lenistwie niczym tuczniki, żerując na okolicznej ludności, a majątek przepuszczali na intrygi na dworze królewskim i kobiety.... Nie lubił brylowania na salonach i sztywnego kołnierzyka. Od dziecka chciał podróżować, jego pasją były samoloty. Jeden poważny błąd, którego dopuścił się krzywdząc przy tym niewinną istotę, sprawił, że Harry zrozumiał, co to jest miłość i jak trudno ją ponownie znaleźć…

15-letnia Louisa żyła przygotowaniami do prezentacji w Londynie, na tzw. ‘giełdzie matrymonialnej’. Od dawna szykowała się na to wydarzenie - brała lekcje gry na pianinie, etykiety i francuskiego, po to by dobrze wypaść, a docelowo zapewnić sobie tytuł baronowej lub przynajmniej fortunę. Czy udało jej się zrealizować swój plan?

Elizabeth Cooke oprócz rzeczywistości państwa Cavendish przedstawiła czytelnikom również świat niższej kasty - służby, której życie bardzo ciekawie kontrastowało z egzystencją pracodawców lub ich gości. Do pracowników majątku Rutherford należeli m.in.: Amelie - pokojówka pani; Cooper - kamerdyner pana (oboje rządzili się swoimi prawami i rzadko spoufalali się z resztą służby); Emily Maitland - pokojówka, która próbowała popełnić samobójstwo; krnąbrna Mary - nowa pokojówka, wzięta przez baronową z przędzalni po śmierci poprzedniej; pani Jocelyn - ochmistrzyni, która od lat zakochana jest w Williamie i od zawsze niechętna Octavii oraz wiele innych. Wszyscy bez wyjątku przyglądali się państwu, żyjąc plotkami (także tymi, które dotyczą ich samych) i uczestnicząc w codziennych przypisanych im zadaniach. Prawdopodobnie zadaniem służby było pozostać niewidzialnymi dla mieszkańców domu, tak by osiągnąć wrażenie, iż olbrzymia posiadłość funkcjonuje za sprawą czarów, a nie ludzkiego potu i wysiłku, którego przecież było tam aż nadto…

Pisarka doskonale naszkicowała to, czym żył zamożny ród Cavendishów oraz reszta brytyjskiego społeczeństwa na początku XX wieku. Dość częste wyjazdy będącego na bieżąco z polityką Williama do Paryża (był nieoficjalnym kurierem Ministerstwa Spraw Zagranicznych) zestawione z niewzruszoną reakcją na ówczesną sytuację polityczną Helene, Octavii, Harry’ego, czy Louisy (która nawet w chwili poważnego zagrożenia odmówiła powrotu do domu), są wiernym odbiciem ówczesnych zachowań. Niektórzy mężczyźni wyznawali bowiem zasadę, że kobiety, a zwłaszcza żony należy chronić przed rzeczywistością - nawet jeśli świat stoi na progu I wojny światowej… Panie miały na głowie poważniejsze sprawy – zostały stworzone, by trzymać głowę do góry, i serce też (…) I wydawać, ile tylko się da, na kapelusze. Wszak lepiej być elegancką niż nieszczęśliwą. Za młodzieńcze wybryki mężczyzn należało domagać się słonej zapłaty - przynajmniej miesiąca w Monte Carlo lub okazałej biżuterii, zamiast przejmować się losami świata... Majątek Rutherford Park nadawał się do życia w błogiej nieświadomości jak mało który: Dolina leżała uśpiona i zdawało się, że nic i nigdy nie zdoła obrócić wniwecz panującej sielanki. Stojąc tu, trudno uwierzyć, że gdzieś tam w świecie istnieją miasta i konflikty. Tu rozciągało się szczęśliwe, zamknięte królestwo…

Pachnące realizmem i napisane z niezwykłą dbałością o szczegóły „Tajemnice Rutherford Park” to naprawdę książka warta uwagi. Dość dokładny opis środowiska, w jakim rozgrywa się akcja; bohaterowie będący w większości przedstawicielami danej grupy społecznej i wyróżniający się typowymi dla niej cechami; czy samo zaczerpnięcie tematu (korzenie rodziny Elizabeth Cooke sięgają miejsc, gdzie mieszkały siostry Brontë – dziadek autorki pracował kiedyś w tamtych okolicach jako lokaj. To właśnie tamten region – jego przyroda, miasta i wioski – oraz życie dziadka stały się inspiracją dla tejże publikacji), sprawiają, że tę właśnie lekturę można śmiało zaliczyć do gatunku prozy obyczajowej. Ja, ze swojej strony, gorąco polecam. To intrygująca książka, która pozwala wyobrazić sobie świat sprzed ponad stu lat, podejrzeć ówczesnych ludzi, przyłapać ich na gorącym uczynku, gdy się gubią. Wszak błądzić jest rzeczą ludzką - niezależnie od czasów w jakich żyjemy…

Cytaty za: Tajemnice Rutherford Park - Elizabeth Cooke, Marginesy, Warszawa 2014.

Ocena 5+/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Prawdziwa historia oparta na kłamstwach - Jennifer Clement

Książka „Prawdziwa historia oparta na kłamstwach” nie poraża ilością stron. Liczy ich bowiem zaledwie 160. Intryguje za to tytułem, subtelną okładką oraz pochodzeniem autorki. Jennifer Clement jest wybitną poetką i powieściopisarką meksykańsko-amerykańską, a jej nazwisko znalazło się wśród współczesnych pisarzy w zbiorze „The Encyclopedia of Contemporary Writers and Their Work”. Jest również laureatką wielu nagród literackich, w tym brytyjskiej The Canongate Prize for New Writing. Książki Clement przetłumaczono na dwadzieścia dwa języki, dzięki czemu pisarka sukcesywnie zdobywa fanów na całym świecie. To była odpowiednia zachęta, żeby przeczytać jej powieść i co nieco o niej napisać. Decyzja okazała się trafna – „Prawdziwa historia…”, choć z pozoru oryginalnością nie grzeszy, to jest powieścią naprawdę niezwykłą i zamierzam tego dowieść.

Leonora, główna bohaterka, pochodzi z wioski leżącej na obrzeżach Mexico City. Jej rodzina to: matka i sześcioro rodzeństwa: dwie siostry i czterech braci. Sama o sobie mówiła, że jest ‘miotłowym dzieckiem’, bo odkąd sięgnąć pamięcią, [jej] rodzina trudniła się wyszukiwaniem gałązek na miotły. W domu panowała bieda, dlatego mama zdecydowała się posłać swe córki do Zakonu Świętej Cecylii, gdzie dziewczynki miały nauczyć się wielu przydatnych rzeczy. Leonora mieszkała [tam] do trzynastego roku życia. Nauczyła się piec chleb, zmywać naczynia, prasować, robić na drutach, czytać i pisać. Po skończeniu prac domowych, jeśli nie uczestniczyła we mszy, spędzała czas w klasztornym sadzie. Lubiła siedzieć pod drzewami. Stamtąd przybyła do bogatej rodziny O’Connerów, gdzie opiekowała się dziećmi - dwoma chłopcami – 2-letnim Pedro i 4-letnim Francisem. I choć niektórym wydawało się, że lepiej trafić nie mogła, bo zamożni i inteligentni ludzie, przyjazne jej współpracowniczki (Sofia i Lenora), miały sprawić, że poczuje się jak w niebie, mylili się. Zamiast w niebiosach, Leonora znalazła się w piekle za sprawą pana domu, męża Lourdes Camili Fuentes de O’Conner, prawnika, któremu wierność nigdy nie była bliska… Młoda, zagubiona dziewczyna, którą matka uczyła, żeby nigdy nie mówiła „nie” oraz by nie opowiadała o tym, co myśli, i w co wierzy (to miało dać jej moc…), nie umiała obronić się przed nachalnością swego pracodawcy. Była służącą, która robiła to, czego od niej wymagano, nawet jeśli było to wymuszane przemocą. Chwila słabości jej „pana” zaowocowała niespodziewaną ciążą u młodocianej Leonory. Państwo O’Conner nie wyrzucili jej jednak z domu – pozwolili jej zostać, urodzić dziecko, odkarmić je i odejść. Samej, bez córki. Dziewczynka, nazwana przez panią O’Conner, Aurą Olivią, miała się nigdy nie dowiedzieć o swoim pochodzeniu i tego, w jaki sposób została poczęta. Oficjalnie należała przecież do rodziny bogaczy… Co zrobiła Lenora? Czy udało jej się dochować tajemnicy? Czy kiedy rozczesywała włosy siedmioma powiązanymi ze sobą patykami własnemu dziecku, przykładała mu pajęczyny do skaleczeń i otarć, śpiewała piosenki o kozie bez jednej nogi, opowiadała mu, że kamienie mogą krwawić, bo w środku każdego kamienia jest serce, nie zdradziła się niczym? Czy pani O’Conner przetrzymała ciosy, jakie na nią spadły? Jakie potoczyły się losy tej rodziny?

W tej oszczędnej prozie, warto zwrócić uwagę na trzy rzeczy. Na postać jednej z służących – Josefę, która swoje komentarze zamykała najczęściej w jednym słowie. Zachowując się niczym autystyczne dziecko, którego bez głębszej analizy nie sposób zrozumieć, celnie pointowała wybory życiowe bohaterek. Druga rzecz to wielogłosowa narracja – akcję poznajemy za sprawą Leonory, jej córki oraz narratora. Wreszcie trzecia – najciekawsza - wyróżnione kursywą krótkie fragmenty cytatów z Biblii i wierszy (podobieństwa do chóru rodem z antycznych tragedii nie da się uniknąć…), którymi komentowane są kolejne sceny. Lecz to, co jest najważniejsze w tej nieprzeciętnej książce, to jej bohaterki. Kobiety słabe, wykluczone, uciemiężone, wykorzystywane, wreszcie: zdominowane. Przez mężczyzn, kastę społeczną, seks. Co równie istotne, w tej historii czas nie gra żadnej roli – jest ona tak uniwersalna, że mogłaby zdarzyć się zarówno wiele lat temu, jak i dzisiaj. Do tego Jennifer Clement dołożyła miejscowe wierzenia połączone z ołtarzykiem Dziewicy z Guadalupe, subtelny liryzm powiązany z prostotą słowa, które informuje o rzeczach strasznych – o traktowaniu człowieka jak przedmiot, o wykorzystywaniu swej przewagi, o pokorze i łagodności, z jaką poniżany je znosi. Swoim oryginalnym stylem autorka intryguje i zmusza do myślenia. Udało jej się stworzyć klimat, który poraża prostotą i brutalnością zarazem. Dzięki temu czytelnik uświadamia sobie, że prawdziwe historie oparte na kłamstwach to codzienność, którą często próbujemy tuszować albo negować. Pora się obudzić i zacząć działać póki jest czas.

Cytaty za: Prawdziwa historia oparta na kłamstwach, Jennifer Clement, Dom Wydawniczy Mała Kurka, Piastów 2014.

Ocena: 5/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Historia ponadczasowa

niedziela, 27 lipca 2014

Dziennik - Jerzy Pilch

24 lipca tego roku Gazeta Wyborcza podała informację, iż Jerzy Pilch przeszedł poważną operację. Podobno poddał się głębokiej stymulacji mózgu, ponieważ choroba Parkinsona uniemożliwiała mu samodzielną egzystencję. W tej na pozór smutnej treści jest i nadzieja, bo pisarz rzekomo pisze już swoją nową powieść. Tego optymizmu może braknąć jednakże w dalszej części mojego tekstu. Jestem świeżo po lekturze pierwszej części Dziennika Jerzego Pilcha z 2012 roku (na którą zdecydowałam się dopiero teraz, kiedy już dawno po premierze, a wokół niej zrobiło się cicho). Podeszłam do lektury z namaszczeniem, pewna doznań literackich na odpowiednim poziomie. I choć bardzo chciałabym zapiać teraz z zachwytu – nie dam rady. Książka w żadnym momencie nie powaliła mnie na kolana, jak inne, wcześniejsze publikacje (mojego ulubionego przecież) autora. Po zamknięciu czułam wielkie rozgoryczenie i ogromny ból, bo byłam pewna, że przez ten „Dziennik” przepłynę… Tym razem autor o ‘marny[m] wiślańsko-luterański[m] rozum[ie]’, jak sam o sobie napisał, zapomniał, że intensywne zdania zawsze są mocną stroną prawdziwej literatury. W jego Tu właśnie takich tąpnięć mi brakowało...

Motywów przewodnich w tej publikacji doszukałam się pięciu: piłka nożna (przede wszystkim ukochana Cracovia, ale i polska reprezentacja na Euro 2012 z propozycją koszulek, na których początkowo zabrakło orzełka…), polityka (wyraźna sympatia PO stronie jednej partii), religia (i chęć dowiedzenia przewagi luteranizmu nad katolicyzmem), literatura (dawni pracodawcy, mistrzowie, współczesne publikacje, itp.), zdrowie (czy raczej jego ubytki – problemy z postępującą chorobą Parkinsona) – kolejność bez znaczenia. Pierwszy felieton datowany jest na 21.12.2009, ostatni na 21.11.2011.

Jak to w dzienniku, autor porusza sprawy, które w danej chwili były dla niego ważne. Wrażenia dowolnie mieszają się z odczuciami, niektóre tematy są kontynuowane na kilku kartkach, inne pisarz traktuje dość oschle. Z jednej strony szumnie odżegnuje się od polityki i polskiego futbolu, a z drugiej - namiętnie ogląda TVN 24, regularnie komentuje doniesienia sportowe w prasie i trzyma kciuki za wiecznie przegrywającą Cracovię. Nie wstydzi się mówić o momentach, w których nie pojmuje swego postępowania ([W]czoraj wyszedłem na miasto w dwu różnych butach, Przypadek? Początek? A może już środek?), o własnej chorobie, o tym, że prawa ręka zaczęła wieść kompletnie samodzielne życie, a kłopoty z pamięcią, a może nawet ze świadomością narastają. Pilch zdaje sobie sprawę, że przemija, że jego czas powoli się kończy, dlatego np. zastanawia się, jakie ubranie naszykować sobie do trumny. W obliczu odejścia z tego świata mimowolnie zaczyna wspominać – Agnieszkę Osiecką, Kornela Filipowicza (w młodości go odwiedzał - był jego przyjacielem i mistrzem), Andrzeja Nowakowskiego (kolegę ze studiów z krakowskiej polonistyki, który podarował mu kalendarz wielkości stołu pingpongowego), Adama Zagajewskiego (jego poruszającą twórczość) i imiennika tego ostatniego - Adama Małysza (jego ‘radość i piękno skakania’), itp.

Dotyka również spraw, które poruszyły całe społeczeństwo w kraju jak i za granicą, jak np. sprawę zaginięcia Iwony Wieczorek (był wtedy w Sopocie) i oczywiście katastrofę smoleńską (pisze w jej kontekście o zmarłym w tej katastrofie Adamie Pilchu - ewangelickim pastorze, który był mu bliski i wspomina słowa swojej babki pasujące do tych dramatycznych wydarzeń jak ulał: Ze wschodu nawet dobry wiatr nie wieje). Wraca pamięcią do stanu wojennego (przy okazji przyznaje, co zawdzięcza generałowi: Jaruzelski dał mi nie tylko wolność, dał mi też – jak się miało po latach pokazać - fach do ręki).

Jerzy Pilch dość często nawiązuje, co oczywiste, do literatury. Ostro wypowiada się o Januszu Rudnickim (zwłaszcza o proponowanym przez niego kanonie lektur), Jarosławie Marku Rymkiewiczu i Cormacu McCarthy’m. Wraca do kontrowersyjnej biografii Ryszarda Kapuścińskiego, wypowiada się o nowym redaktorze naczelnym Tygodnika Powszechnego, Piotrze Mucharskim, i przy okazji wspomina swoje 10 lat w tej redakcji. Po przyznaniu Nobla Mario Vargasowi Llosie, przypomina, że ten nie zawsze stał po właściwej stronie. W pamiętnym roku 1982 stał wręcz tam, gdzie stało ZOMO. A na naszym rodzimym gruncie przywołuje Nagrodę Nike dla Tadeusza Słobodzianka - dobrego znajomego Pilcha i ważn[ej] posta[ci] [jego] młodości i człowiek[a] bardzo m[u] bliski[ego]. Poza tym wielokrotnie powtarza tę samą przejmującą frazę Franza Kafki - „Sam ze sobą nie mam nic wspólnego…” Zapowiada również, że napisze kiedyś autobiografię pt. „Dusza w ekscesach” – trzymam za słowo, Panie Jerzy.

Po doniosłej tematyce, pora na lżejszy kaliber. Pilch napomyka również o rzeczach błahych dla ludzkości, ale ciekawych dla jego czytelników. Przykładowo o tym, na czym był w kinie chcąc nadrobić zaległości; co ostatnio czytał; jakie papierosy pali i dlaczego kupuje je na zapas. Kolekcjonuje zresztą nie tylko fajki, ale również gromadz[i] zapasy grubych, a nawet bardzo grubych książek (...) Grube książki są twoimi Szecherezadami, olimpiadami, mundialami, twoimi podróżami, twoją wodą życia. Tylko grube książki są w twoim zasięgu - w kosmos nie polecisz, w olimpiadzie już nie weźmiesz udziału, na mundial nie pojedziesz, w podróż dookoła świata nie ruszysz, nawet do Wenecji już ci się nie chce, masy rozmaitych rzeczy już nie dasz rady zrobić, ale nadzieję na przeczytanie grubej książki możesz mieć zawsze (…). Tu zgadzam się całkowicie, bo sama wyznaję podobną filozofię. Autor dowodzi, że Bóg istnieć musi skoro przywrócił weekendowy ekspres Warszawa-Wisła-Warszawa i chętnie rozwodzi się nad swoimi wrażeniami z podróży PKP. Wyznaje również, w jakich warunkach jest w stanie tworzyć: Nie tylko znoszę, ale wręcz przy słynnej ponadtrzydziestostopniowej apokalipsie, ‘podczas której starsi ludzie nie powinni wychodzić z domu’, dobrze mi się pracuje. Pot i duchota po paru dniach dają aurę szaleństwa, a każde szaleństwo-nawet z przegrzania-uskrzydla. Pisarz zabiera też krytyczny głos w sprawie internetu, porównuje go do jedn[ej] wielk[iej] rzek[i] gówna, baz[y] anonimowych agresorów, schronieni[a]- i co może istotniejsze – spełnieni[a] wszelkiej maści popaprańców i frustratów. Nie ma też najlepszej opinii o naszej ojczyźnie – kraju frustratów, których poznać można po nienawistnym dialogu z telewizorem. Hmm, tu się na pewno nie zgodzę...

Całymi latami marzyłem o byciu literackim urzędnikiem, a przyrosła mi cyganeryjna gęba lekkoducha, bankietowicza i Bóg wie kogo. No właśnie, kogo? Jaki obraz Jerzego Pilcha wyłania się z jego zapisków? Bez wątpienia jest ‘sekretarzem własnego umysłu’, jak o sobie mówi. Poraził mnie swoją szczerością, zaskoczył otwartością na czytelnika i ujął umiłowaniem swojej małej ojczyzny. Najbardziej jednak jestem zszokowana marazmem, który ten Dziennik naznacza. Autor intryguje czytelnika swoją logiką, kreśli swym charakterystycznym (czasem ponurym, czasem satyrycznym, ale i sarkastycznym) stylem obraz świata. Ponieważ Pilcha cenię, zajrzę do niego raz jeszcze. Liczę na to, że drugi tom, "Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 - 20 czerwca 2013" będzie inny, że nie będę się mogła od niego oderwać, że zabraknie mi tchu. Amen.

Ocena 3/6

Cytaty za: Dziennik, Jerzy Pilch, Wielka Litera, Warszawa 2012.

Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com Polecam gorąco!