czwartek, 28 kwietnia 2016

Mały przyjaciel - Donna Tartt

Mały przyjaciel Donny Tartt na pierwszy rzut oka zachwyca: twarda oprawa z obwolutą, na niej fragment pięknego obrazu Melchiora de Hondecoetera, barokowego malarza holenderskiego, pt. Zając i piękny. Jeśli dołożymy do tego jeszcze dobre tłumaczenie i staranną korektę, to mamy zestaw prawie idealny. Prawie, bo najważniejsza jest przecież treść. A z tym nie jest już tak wesoło. Wbrew szumnym rekomendacjom umieszczonym na okładce, nowo wydana powieść tej amerykańskiej autorki nie ma nic wspólnego z kryminałem ani z mrożącą krew w żyłach historią. Czym zatem jest i czy warto po nią sięgać? To trudne pytanie, ale postaram się na nie odpowiedzieć.

Mały przyjaciel to książka o tragedii, jaka spotkała pewną amerykańską rodzinę. Syn Charlotty i Dixa, ich kochany mały Robs jak go nazywali, został zamordowany przed ich własnym domem w Dniu Matki. Po tej tragedii nic już nie było takie jak dawniej. Matka do końca życia będzie miała wyrzuty sumienia i nigdy nie przestanie się obwiniać o śmierć syna. W każdą rocznicę jego śmierci wybucha płaczem, ogarnia ją irracjonalna panika (np. nie jest w stanie wyjść z domu) i zachowuje się agresywnie w stosunku do córek. Staje się zimna, obojętna i nieczuła. W domu pan[uje] ciężka, przygnębiająca atmosfera. Pokoje wypełnia[…] duszący zapach wspomnień, starych ubrań i kurzu. Dixon, zapewnia rodzinie byt materialny, ale nie wspiera córek, nie interesuje się ani nimi ani żoną. O dzieciach ma zresztą niskie mniemanie. Dość szybko po tym tragicznym wydarzeniu zmienia pracę i wyjeżdża do innego miasta. Chce zakończyć żałobę i żyć wystawnie – inaczej niż jego bystra, dumna i dominująca córka, Harriet. Dziewczynka koniecznie chce się dowiedzieć, kto przed dwunastu laty zabił jej brata. W tym celu przesłuchuje najbliższych i ludzi z miasteczka oraz spędza dużo czasu w bibliotece przeszukując gazety z tamtego okresu. Każe również swej nieśmiałej siostrze, 16-letniej Allison (która [p]rawie wcale nie myślała o przeszłości, czym znacząco różniła się od rodziny, która nie myślała właściwie o niczym innym…) spisywać sny. Wierzyła bowiem, że skoro wciąż nie natrafiła na żaden ślad, to może w snach siostry pojawi się wyjaśnienie śmierci Robina. Kiedy nic takiego się nie zdarza, razem ze swym kolegą, Hely’m, próbują prześwietlić podejrzaną rodzinę Farishów, narażając się na ogromne niebezpieczeństwo. Czy im się uda? Czy zagadkowa śmierć małego chłopca zostanie wreszcie rozwikłana?

Mały przyjaciel to powieść psychologiczna, której tematem jest śmierć ukochanego dziecka i jej skutki - odbijające się na życiu całej rodziny, zmieniające rzeczywistość każdego z jej członków. To obraz pełen cierpienia, rozpadu więzi i braku nadziei – ciągłego egzystowania bez celu. W tym zestawieniu niekorzystnie wypadają dorośli, którzy zawodzą na całej linii. Pozostawiając dzieci samym sobie, przyśpieszają proces ich dojrzewania emocjonalnego i zmuszają ich niejako, by sami poradzili sobie z traumą śmierci ich brata/ kolegi. To mogło mieć (miało?!?) negatywny wpływ na delikatną psychikę tych dzieci. Próba wyjaśnienia zagadki sprzed lat przyczynia się do tego, że Harriet (ale również Holy) doświadcza przemocy, ma kontakt z kłamstwem i środkami odurzającymi przy braku całkowitej wiedzy, interwencji czy wreszcie bierności najbliższej rodziny.

Małemu przyjacielowi daleko do literatury grozy. To przede wszystkim powieść o poszukiwaniu prawdy, która ma moc zmieniania rzeczywistości. Donna Tartt serwuje czytelnikowi wielowątkową powieść, której zakończenia nie sposób przewidzieć. Początkowo zarówno postaci jak i sama akcja są barwne, intrygujące i wciągające. Niestety, dość szybko się to zmienia. A ponieważ książka jest gruba (zdecydowanie ZA gruba!) czytelnik ma problem. Przyznam szczerze, że długie, niekończące się opisy Donny Tartt i rozwleczona do granic możliwości akcja bardzo mnie zmęczyły. Ponadto irytowały mnie szybko zmieniające się czas i miejsce akcji, na dodatek bez wyraźnego zaznaczenia. Zabrakło mi również prawdziwych emocji, pewnego rodzaju napięcia, które napędzałoby całą tę historię. Z bólem przyznaję, że czuję się rozczarowana.
Oczekiwałam książki konkretnej (powieści gotyckiej!), z mocno zarysowaną akcją i z silnym przekazem, a trzymałam ponad 600 przegadanych stron oraz miałkie zakończenie :(

Cytaty za: Mały przyjaciel, Donna Tartt, Znak Literanova, Kraków 2016.

Ocena: 2/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova

piątek, 15 kwietnia 2016

Ginekolodzy - Jürgen Thorwald

Do rąk czytelnika trafiła niedawno kolejna publikacja niemieckiego pisarza, znanego z książek z zakresu historii medycyny, Jürgena Thorvalda, pt. Ginekolodzy. To właśnie ginekolodzy [t]worzą (…)pokaźną armię uzbrojoną w kleszcze porodowe, łyżeczki chirurgiczne, skalpele, pesaria, hormony i fotele ginekologiczne. I jak każde wojsko dzielą się na szeregowców, oficerów i generałów... Zmarły w 2006 roku literat chronologicznie ukazując sylwetki najważniejszych specjalistów z tej dziedziny (także z ginekologii chirurgicznej), nie wybiela żadnego z nich, ale obiektywnie demonstruje ich dokonania; wskazuje, dlaczego niektórych ginekologów określano kiedyś mianem morderców. Już choćby ten fakt wzbudza ogrom emocji. W ich gąszczu bez wątpienia znajduje się poczucie ulgi – za to, że to właśnie dziś przyszło nam żyć…

Słowo ginekologia pochodzi od greckiego 'gyne'(gr), oznaczającego kobietę. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie była to gałąź medycyny przyjazna płci pięknej. Książka Thorvalda poraża bólem i cierpieniem, jakie musiały znosić kobiety na przestrzeni lat za sprawą ginekologów, niestety. To z jednej strony smutna opowieść o brutalności lekarzy, o chęci dowiedzenia przez nich swych (jakże często mylnych!) przekonań i racji, czy o ich całkowitym oddaniu naukom Kościoła. To także prowokacyjna historia współzawodnictwa, zabobonów, zacofania i aspektów moralnych, blokujących możliwość podejmowania decyzji przez kobiety. Z drugiej strony, to hołd złożony kilku śmiałkom, którym nie brakło wiedzy, fantazji, a przede wszystkim odwagi, by wprowadzać innowacje w leczeniu żeńskich dolegliwości.

Już na wstępie czytelnik dowiaduje się, że ginekolodzy przez okres dwustu lat unikali kwestii nagości jak ognia, stając się niewolnikami obyczajowości swoich czasów. Oto przykład: Prekursorzy ginekologii z roku 1750 i 1800, którzy wczołgiwali się do sal chorych z przewiązanymi oczyma, byli tak szczęśliwi, mogąc po jakimś czasie zdjąć przepaski, podczas gdy ich dłonie badały i operowały pod kobiecymi sukniami i kołdrami, że przez następne sto pięćdziesiąt lat nawet nie pomyśleli o zerknięciu pod przykrycia. Nie wiem, jak Was, ale mnie obowiązek rodzenia w ubraniu, będący najczęściej przyczyną urazu krocza i głębszych obrażeń, całkowicie osłabił… Podobnie zresztą jak nieodzowny palec wskazujący lekarzy nazywany wówczas okiem ginekologa. Uważano bowiem, że obnażenie kobiety nie przynosiło żadnych korzyści dla jej leczenia…

Przejdźmy do porodów. Bolesne skurcze porodowe próbowano początkowo niwelować podając duże dawki opium. Na skutek tego rodziły się martwe, odurzone opium dzieci. Później stosowano również morfinę, aplikowano eter, chloroform i skopolaminę, wywołującą stan półświadomości. Jeszcze dalej poszli Anglicy i wypróbowywali przedwczesny, sztucznie wywołany poród. Sądzili, że siedmiomiesięczne dziecko przejdzie przez wąską miednicę. Stosowali lewatywy z terpentyny, podrażniali piersi ciężarnych lub tak długo grzebali palcem w szyjce, aż następowały bóle porodowe (…) Doktor James Lucas z Londynu głodził ciężarne, które borykały się z problemem wąskiej miednicy. Uważał, że dzięki temu dziecięca główka zrobi się tak miękka, iż da się wyjąć przez wąski otwór miednicy… Szok, nieprawdaż!?!

Natomiast panie, które próbowały uniknąć ciąży, stosowały trujące napary ziołowe, modlitwy i zaklęcia. By pozbyć się spermy po stosunku, wywoływały gwałtowny kaszel lub podskakiwały energicznie. Niekiedy próbowały bardziej drastycznych metod, niestety z opłakanym skutkiem: Niektóre kobiety wsuwały w tylną część pochwy gałganki, wełnę, buraki czy ziemniaki, aby zagrodzić nasieniu drogę. Mimo to i tak zachodziły w ciążę, a w dodatku chorowały. Kiedy aborcje były zakazane dziewczęta okładały pięściami podbrzusze albo dźgały macicę drutami do robótek ręcznych!
Dołożę do tego jeszcze kilka innych przerażających faktów: brak miesiączki leczono pijawkami, a przeciw nadmiernemu miesiączkowaniu stosowano upuszczanie krwi. To jednak nie wszystko – podjęto próby wypalania raka z pochwy rozgrzanym żelazem! Z czasem, kiedy pojawiły się rad, a wraz z nim problemy z odpowiednim jego dozowaniem, dr Bell dywagował, czy włożyć fiolkę z solą radu w zrakowaciałą pochwę/ macicę, czy ‘wszyć’ ją w nowotwór i pozwolić jej promieniować… Więcej podobnych, porażających przykładów znajdziecie w książce.

Ginekolodzy napisani są w dość chłodnym, typowo męskim stylu. Książka zawiera dużo faktów, bardzo ciekawych i zaskakujących informacji, mnóstwo dat i wybitnych nazwisk, przełomowych momentów, tworzących historię ginekologii w zarysie. Jürgen Thorwald nie rozczula się nad kobietami, którym przyszło żyć w bezdusznych dla nich czasach. Oschle opisuje ich sytuację, kiedy to służyły głównie prokreacji i wychowaniu niezliczonej ilości dzieci. Więcej uwagi poświęca medykom–pionierom i eksperymentatorom. Zdaje się jednakże przekonywać, że niekiedy nie trzeba było być ani nowatorem ani rewolucjonistą, by osiągnąć sukces w tej dziedzinie. Czasem wystarczyła po prostu sumienna praca. Niestety, nawet ona nie gwarantowała zrozumienia wśród współczesnych ani powodzenia proponowanych pacjentkom kuracji.
Ginekolodzy to zdecydowanie warta uwagi, choć z pewnością bulwersująca i nieprzeznaczona dla wrażliwców, literatura faktu. Polecam!

Cytaty za: Ginekolodzy, Jürgen Thorwald, Marginesy, Warszawa 2016.

Ocena: 4/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Marginesy.


środa, 17 lutego 2016

Uległość - Michael Houellebecq

Bestsellerowa „Uległość” Michaela Houellebecq’a już zawsze będzie łączona z atakami na redakcję satyrycznego tygodnika 'Charlie Hebdo' w Paryżu 7 stycznia 2015. Książka ta - świetnie przyjęta przecz czytelników i krytyków literackich - uczyniła z autora niemalże proroka. Jego futurystyczna wizja literacka dobitnie ukazująca pustkę współczesnego człowieka Zachodu, jego samotność, utratę sensu życia, odejście od Boga, ewidentnie staje się na naszych oczach smutną rzeczywistością. Poraża bystrość spojrzenia autora i jego radykalność w krytyce nowoczesności. Houellebecq demaskuje zaślepione różnymi ideologiami francuskie społeczeństwo, a korzystając z konwencji political fiction, idealnie wpisuje się we wszechobecny strach przed islamem i trudnym do rozwiązania kryzysem migracyjnym. Pozostaje tylko pytanie, czy ta religia niesie Europie ratunek czy zagładę?

Głównym bohaterem „Uległości”, której akcja toczy się w 2022 roku we Francji, jest 44-letni François. Wielkomiejski singiel, depresyjny profesor wykładający literaturę XIX wieku na Sorbonie, specjalizujący się w twórczości dekadenckiego Jorisa-Karla Huysmansa. Żyje z dnia na dzień, nic nie planuje. Spotyka się ze studentkami (a raczej zmienia je jak rękawiczki), ogląda strony porno (Yuporn!), chadza do agencji towarzyskich i nie potrafi (nie chce?) zbudować stałego związku. Pustkę duchową wypełnia seksem. Tak, to człowiek bardzo samotny. Ze swoimi, rozwiedzionymi zresztą, rodzicami od dziesięciu lat nie miał kontaktu. Nie nawiąże go również później – nie zdąży – umrą. Jest przekonany, że jego życie się skończyło – zarówno w sferze prywatnej, jak i zawodowej nic mu nie wychodzi. Ten marazm przerywa bieżąca polityka. Nadchodzą wybory prezydenckie. Pierwsza tura okraszona zostaje licznymi aktami bezprawia - na przedmieściach dochodzi do starć między muzułmańskimi imigrantami, a rdzenną ludnością Europy. Po ulicach biegają grupy mężczyzn w kominiarkach, uzbrojonych w karabiny i pistolety automatyczne, tłuczone są witryny, a samochody - podpalane. Dochodzi również do morderstw. Kilkanaście lokali wyborczych zostaje napadniętych przez uzbrojone bandy, kradnące urny. W drugiej, spokojniejszej już, turze liczy się jedynie umiarkowany i tolerancyjny Mohammed Ben Abbes - kandydat Bractwa Muzułmańskiego oraz kontrowersyjna Marine Le Pen – niemająca dobrego PR-u liderka Ruchu Narodowego. W tych niecodziennych okolicznościach przyrody prezydentem Francji zostaje człowiek dialogu i wyznawca islamu - Mohammed Ben Abbes. Poparcia udzielają mu nawet w ramach szerokiego frontu republikańskiego: Unia na rzecz Ruchu Ludowego, Unia Demokratów i Niezależnych oraz Partia Socjalistyczna. Tym samym Francja staje się republiką islamistyczną. Nowo wybrana głowa państwa, której nie sposób łączyć z fundamentalizmem, zapowiada powrót do tradycyjnych wartości rodzinnych, renesans życia duchowego, spadek przestępczości i bezrobocia. Islamizacja początkowo dotyczy tylko edukacji i kultury, przebiega wręcz niezauważalnie. Sorbona, kupiona przez kapitał saudyjski, wymaga od swych wykładowców konwersji na islam. François odmawia i zostaje zwolniony z uniwersytetu, a tym samym kończy również karierę naukową. Nowy rektor, Robert Rediger, proponuje mu na odchodne emeryturę w takiej wysokości, jaką dostałby w wieku 65 lat. Ten zaś czuje się dziwnie. Będąc bez pracy jeszcze dobitniej odczuwa wewnętrzną pustkę. Ma dość maskowania samotności seksem i jest znudzony samym sobą. W obliczu zmian, jakie zachodzą w jego życiu, decyduje się na wyjazd do najstarszego w Europie Zachodniej chrześcijańskiego klasztoru – opactwa Ligugé. Ma nadzieję, że tam jego życie nabierze barw, że zatopiony w relacji z Bogiem odnajdzie jego sens i powróci na łono Kościoła, jak kiedyś Joris-Karl Huysmans. Czy rzeczywiście znajdzie tam ukojenie? Czy w nasiąkniętej islamem Francji, która toczy negocjacje z Algierią i Tunezją, z Libanem i Egiptem w sprawie przystąpienia do Unii Europejskiej, chrześcijaństwo może odżyć i zmienić los swoich wyznawców? A może ratunkiem stanie się islam?

[S]zczytem ludzkiego szczęścia jest bezwzględna uległość (…). [D]ostrzegam wyraźny związek między bezwzględną uległością kobiety wobec mężczyzny (…), a uległością człowieka wobec Boga, o której mówi islam, wyznaje nowy rektor Sorbony. Nowa, obca Europie religia, wprowadzona za sprawą demokratycznych wyborów ma wyplenić panoszący się laicyzm, zlikwidować państwo świeckie, zniszczyć ateistyczny materializm. Wszechobecny w powieści Houellebecqa islam ani nie kieruje się siłą niszczycielską, ani nie dokonują makabrycznych egzekucji. Okazuje się raczej wybawieniem, bo niszcząc francuską obyczajowość, ratuje pokiereszowane życie obywateli 'niewiernej córki Kościoła'. Przenikliwy autor ukazując podstawowe problemy Republiki Francuskiej, zdaje się zauważać, że bez błyskawicznej refleksji i radykalnej przemiany od zaraz, realizacja jego wizji z 2022 roku wydaje się być nieunikniona. [P]rzeszłość zawsze jest piękna, przyszłość zresztą również, tylko teraźniejszość zadaje ból, który nam towarzyszy jak ropiejący wrzód między dwiema nieskończonościami beztroskiego szczęścia…

„Uległość” to dość depresyjna, bardzo stonowana i momentami nudnawa książka. Bez wątpienia pomogła jej tragiczna promocja, która miała miejsce w redakcji 'Charlie Hebdo' w styczniu zeszłego roku. Jeśli panicznie boicie się wyznawców Mahometa, przeraża Was morze uchodźców napływających do Europy, lecz mimo to macie ochotę podejrzeć pozbawione chrześcijaństwa narody europejskie [stające się] tylko ciałami bez duszy, jak zombie, to ta powieść jest właśnie dla Was. Jeśli jednak potrzebujecie pokrzepienia zamiast mrocznych obrazków i fatalistycznych, aczkolwiek bardzo prawdopodobnych, wizji przyszłości, które serwują nam codziennie media, odpuście sobie „Uległość”. Tam nie znajdziecie ani krzty nadziei. Jak to u Houellebecq'a zazwyczaj.


Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Czy islam może być ratunkiem dla nas, Europejczyków?


czwartek, 31 grudnia 2015

Niebezpieczna biografia francuskiej projektantki mody...

Choć od śmierci Gabrielle Bonheur Chanel, francuskiej projektantki mody, minęły w tym roku czterdzieści cztery lata, wciąż mówi i pisze się o niej bardzo dużo. Życie legendarnej Coco stało się inspiracją dla wielu ludzi kultury i sztuki. Trudno się temu dziwić – jej owiana tajemnicą biografia daje artystom ogromne pole do popisu i zwyczajnie wciąga! Amerykański pisarz Christopher W. Gortner również dał się jej uwieść, a owocem tego 'zauroczenia' stała się powieść „Mademoiselle Chanel”. Jest to próba przedstawienia losów tej niezwykłej kobiety, ale opowiedziana ze szczegółami i w pierwszej osobie. Coco pełni w niej bowiem rolę narratora i powierza czytelnikowi swoje najgłębsze tajemnice: Moje dłonie, ozdobione cennymi pierścionkami, są szorstkie i suche jak dłonie kamieniarza. Sękate, oszpecone setkami ukłuć igły – to dłonie chłopki z Owernii, którą w głębi serca pozostałam. Dłonie znajdy, sieroty, marzycielki, intrygantki. Odzwierciedlają to, kim jestem. Widzę wyryty na nich odwieczny konflikt między skromną dziewczyną, którą kiedyś byłam, a legendą, którą celowo wykreowałam, żeby nikt nie mógł zajrzeć w moje serce… Oto przed Wami jedna z najciekawszych i najbardziej intrygujących biografii tego roku, która pochłania bez reszty i uzależnia niczym stworzone przez nią Chanel No.5...

Bliskie spotkanie Gabrielle z czytelnikiem pozwala jej zrzucić maskę, jaką najczęściej przybiera dla świata i ukazać prawdziwe oblicze. Już samo dzieciństwa Coco chwyta za serce. Jest naznaczone okrutną biedą i głodem, a okraszone jedynie czerstwym chlebem kupowanym za ostatnie pieniądze. Ale to właśnie one – trudne i smutne młodzieńcze lata - zahartują ją na resztę życia. W wieku dwunastu lat dziewczynka traci ukochaną matkę, a wiecznie nieobecny w domu ojciec decyduje się oddać ją wraz z resztą rodzeństwa do sierocińca prowadzonego przez siostry zakonne w Aubazine. To tam Chanel nauczy się szycia, które stanie się jej żywiołem do ostatnich dni. I choć słowa przeoryszy: W sercu skromnej dziewczyny nie ma miejsca na aspiracje. Powinniśmy dążyć do najprostszych rzeczy, będą długo wybrzmiewały w jej uszach, ona niestrudzenie pragnie być kimś i uparcie szuka swego miejsca na ziemi… Jej marzenie szybko się spełni dzięki pracowitości i odpowiednim znajomościom. Oprócz słynnych kochanków: Etienne Balsana, Arthura Capela ‘Boy’a’, Dymitra Pawłowicza (syna księcia Pawła Aleksandrowicza, kuzyna cara Mikołaja II) i niemieckiego barona von Dincklage, należy wspomnieć o osobach z pierwszych stron gazet: Misi Sert, Siergieju Pawłowiczu Diagilewie, Pablo Picasso czy choćby Igorze Strawińskim. Dzięki swemu ogromnemu talentowi i całej tej plejadzie Coco zacznie błyskawicznie wręcz triumfować. Klientki z Paryża są zachwycone jej projektami, a ona sama sukcesywnie buduje swój prestiż i rozsławia własną markę. Prostota (…) to prawdziwa elegancja. Kobieta jest najbliższa nagości, kiedy jest dobrze ubrana. Strój powinien jej tylko towarzyszyć, zwracać uwagę w drugiej kolejności, mawia. To świeże, oryginalne i niespotykane dotąd spojrzenie na modę doceniano również za oceanem. Najważniejsze amerykańskie czasopisma, takie jak „Women’s Wear Daily”, „Harper’s Bazaar” czy „Vouge” nazywają ją projektantką, którą warto obserwować, a ona sama pęka z dumy.
Sukcesy zawodowe i towarzyskie nie idą, niestety, w parze z tymi w życiu osobistym. Coco Chanel kocha tylko raz. Kiedy traci miłość swojego życia, szuka pocieszenia i prawdziwego uczucia w ramionach wielu mężczyzn - niestety na próżno. Najczęściej kładzie się do łóżka samotna, w towarzystwie swych ukochanych psów. Z biegiem czasu wie już, co jest dla niej najważniejsze. Pragnę miłości, Bóg mi świadkiem. Ale kiedy muszę wybierać między mężczyzną a swoimi sukienkami, wybieram sukienki…

To, co w książce Christophera W. Gortnera zasługuje na obowiązkową, końcową już, wzmiankę, to próba przedstawienia ówczesnej sytuacji historycznej Francji. Próba notabene udana. Sytuacja polityczna Paryża, kryzys ekonomiczny w 1929 roku i zamieszki wiosną 1936 roku, nastroje antysemickie oraz tłumy nazistów w ukochanym przez Gabriellę hotelu Ritz, oddają klimat tamtych lat i są rewelacyjnym tłem dla wydarzeń z życia wybitnej Francuzki. Bardzo mnie zawsze cieszy, kiedy autor decyduje się na historyczny research i umiejętnie wplata zdobyte przez siebie informacje w tworzoną akcję. Taka opowieść nabiera wiarygodności i ma szansę usidlić czytelnika na długie godziny.

„Madmoissele Chanel” to wyjątkowo udana biografia: dokładnie przemyślana, oparta na licznych źródłach, podanych zresztą przez autora na końcu publikacji. Twarda oprawa, świetne tłumaczenie i korekta w połączeniu z ciekawą historią o tajemniczej niczym sfinks, wspaniałej, walecznej i wiecznie samotnej kobiecie, tworzą niezwykle apetyczną, wartą polecenia całość. Co warte uwagi nie tylko dla kobiet i zdecydowanie nie tylko dla pasjonatów mody. Jeśli będziecie mieli okazję sięgnąć po tę publikację - nie wahajcie się ani chwili.

PS Na zdjęciu u góry strony dumnie prezentuje się recenzowana powieść w komplecie z piękną, płócienną torbą. W sam raz na małą czarną lub Chanel No.5. Albo na coś zupełnie innego - jak wolicie :)

Cytaty za: Madmoissele Chanel, Christopher W. Gortner, Wydawnictwo Między słowami, Kraków 2015.

Ocena: 6/6


Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com.pl Polecam gorąco!



czwartek, 12 listopada 2015

Sposób na powrót do zdrowia według Grażyny Jagielskiej

Ona wraca na dobre. Podróż terapeutyczna to kolejna książka w dorobku Grażyny Jagielskiej. Dziennikarki, podróżniczki, pisarki i tłumaczki, ale przede wszystkim kobiety latami borykającej się z pasją męża. Pasją, która przez długi czas (nieświadomie) ją zabijała, paraliżowała obawą o jego życie, podstępnie kradła jej własną tożsamość. Teraz nadszedł czas myślenia o sobie, próby odnalezienia własnego ja oraz tego, co sprawia, że jest szczęśliwa. W młodości dużo podróżowałam, jestem z rodziny podróżników, ale potem poszłam inną drogą i sądziłam, że to nie szkodzi, tak też będzie dobrze. Ludzie mówili, że na tym polega dorosłość: idzie się taką drogą, jaką wytycza życie. Najnowsza powieść Jagielskiej to ostateczne dążenie do uzyskania równowagi psychicznej i próba powrotu do pełnego zdrowia. Czy udana - nie powiem.

Urodziłam się w 1962 roku w rodzinie podróżników. Mam pięćdziesiąt lat i nie wiem, co poszło nie tak w moim życiu (…), przyznaje Grażyna Jagielska. Coś jednak rzeczywiście zaszwankowało, skoro znalazła się w szpitalu psychiatrycznym. To właśnie tam poznała Ewę – kobietę zmagającą się ze stresem pourazowym, z którą przez pół roku będą próbowały wprowadzić zmiany we własnym życiu, by uczynić je na nowo szczęśliwym. To nie było proste zadanie - obie ‘lękowe’, poddawane terapii behawioralno-poznawczej, bojące się dosłownie wszystkiego. W życiu podobno chodzi o szczęście, ale w życiu moim i Ewy nie chodziło o szczęście, tylko o ustalenie tożsamości, jakbyśmy były narodem narażonym na wyginięcie, czeczeńskim albo czerkieskim. Miałyśmy znaleźć odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, i dzięki temu przetrwać. Po wyjściu ze szpitala Grażyna była świadoma, że rozpoczyna nowe życie. Zdecydowała się na ryzykowny, samotny rejs statkiem w górę rzeki Rio Negro, mający być dla niej swoistą terapią. Niestety, przybyła do miasta Manaus wtedy, gdy nadciągnęła fala powodziowa. Cała wyprawa stanęła pod znakiem zapytania. Ona jednak nie dała za wygraną – wiedziała, po co przyjechała i o co walczy. Zawsze ciągnęło mnie ku rzekom. Pradziadek podróżnik mówił, że u ludzi odmiennych psychicznie to zupełnie naturalne, rzeki mają cudowną moc. Już wtedy musiał wiedzieć, kim będę, i znał miejsca, które oczyszczały umysł, zmywały obłęd, i takie, które wzmacniały jego siłę. Pod wpływem rodzinnych wspomnień i obecnych, silnych doznań Jagielska dochodzi do wniosku, że jest szczęśliwa tylko wtedy, gdy jest w drodze. Dlatego, gdy ktoś zasugerował jej, że powinna opuścić hotel, bo wkrótce rzeka wedrze się do miasta i lotnisko przestanie funkcjonować, odmówiła: Powiedziałam, że całe życie dążyłam do tej rzeki i nareszcie jestem na miejscu. Przeszłam niewyobrażalną drogę, zanim tu dotarłam: wychowałam dzieci, budowałam domy, ugotowałam cztery tysiące dwieście pięć obiadów, pisałam książki. Byłam sekretarką, przewodniczką turystyczną, tłumaczką literatury, może jeszcze kimś, nie pamiętam. Teraz byłam w podróży i nie mogłam pozwolić, żeby coś mi w tym przeszkodziło. Chciała pozostać w Manaus. Nie miała wrażenia, że powinna jechać dalej. Czuła też, że prawdopodobnie nie musi też płynąć w górę rzeki. To brazylijskie miasto nadawało się do celu, z jakim wyruszyła w podróż: leżało w głębi dżungli i nie znała w nim nikogo. Takie wyprawy zmieniają wszystko, nie chce się z nich wracać, mówiła.

Grażyna i Ewa złączone z sobą poprzez chorobę i leczenie szpitalne, bojące się, iż kiedy się rozdzielą, zniknie wszystko, co udało się im osiągnąć podczas terapii, chcą wrócić na dobre. Dążą do tego, by nie zapomnieć, kim są i by nie stracić jasności widzenia. Mają w zanadrzu zmienione schematy myślenia i pragną iść dalej z podniesioną głową – to niełatwe z wielu powodów. Życie w zgodzie z sobą to skomplikowana sprawa. Wymaga dokonania zmian, które prawie zawsze są bolesne i budzą strach. Lęk przed zmianą i tym, co przyniesie, jest tak silny, że życie w niezgodzie z sobą wcale nie wydaje się takie złe, przeciwnie – wydaje się do zniesienia. Czasem to właśnie ta potężna obawa powoduje, że życie nie układa się tak, jak byśmy sobie tego życzyli...

Grażyna Jagielska to kobieta, która po raz kolejny udowadnia swą siłę. Siłę, która doskonali się i wzrasta w bólu, chorobie i osamotnieniu. Postanawia zmierzyć się z samą sobą i dowiedzieć się, jak rozpocząć kolejny etap swojego skomplikowanego życia. Subtelnie i niemal bezboleśnie prowadzi czytelnika przez zakamarki amazońskiej dżungli i ludzkiej psychiki. Choć sama potrzebuje wsparcia, z czułością i zrozumieniem pochyla się nad losem drugiego, równie zagubionego człowieka. Czy ta egzotyczna wyprawa pomoże jej ostatecznie pozbyć się poczucia klęski i ogólnego bezsensu? Czy nie przyjechała tu za późno? Czy ma szansę wreszcie wrócić na dobre – sama bądź z Ewą? Nie powiem. Przekonajcie się sami.

Cytaty za: Ona wraca na dobre. Podróż terapeutyczna, Grażyna Jagielska, Znak, Kraków 2015.

Ocena: 4+/6


Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com.pl Polecam gorąco!