czwartek, 30 kwietnia 2015

Listy na wyczerpanym papierze - Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora

Zastanawiałem się, co zrobić z jej listami, i doszedłem do wniosku, że nie jestem w stanie tego zniszczyć. Myślę, że literatura polska, by nam tego nie wybaczyła. Zaopiekuj się tym. Takie słowa skierował do Magdy Umer, Jeremi Przybora, jeden z najwybitniejszych twórców w historii polskiej sztuki estradowej, współzałożyciel legendarnego 'Kabaretu Starszych Panów'. Następnie podał swojej przyjaciółce owe listy w kopercie z napisem ‘Agnieszka’. To była sławetna korespondencja, jaką Przybora prowadził z Osiecką (wybitną poetką, autorką niezapomnianych tekstów piosenek, pisarką, reżyserką teatralną i telewizyjną, dziennikarką) przez około dwa lata. Umer chciała ją opublikować za 50 lat, kiedy nikt z bliskich obojga kochanków nie poczułby się nią urażony. Tymczasem niespodziewanie odezwała się do niej córka Osieckiej, Agata Passent, z informacją, że znalazła listy pisane przez Jeremiego do jej mamy i zastanawia się nad ich wydaniem. Wiesz, bo to taka piękna literatura, przekonywała. Udało się - za zgodą dzieci sławnych kochanków czytelnik może wziąć do reki jedną z najbardziej osobistych i najliryczniejszych publikacji, jakie powstały kiedykolwiek. „Listy na wyczerpanym papierze”, bo o nich mowa, są pięknym świadectwem burzliwego uczucia, opisanego poetyckim językiem. Mamy w nich do czynienia z wachlarzem prawdziwych emocji dwóch wybitnych postaci, których teksty śpiewały i śpiewać będą kolejne pokolenia. Listy (ewentualnie telegramy lub kartki pocztowe) zostały ułożone chronologicznie, a redaktor ingerował w tekst minimalnie. Niektóre z nich są pozbawione zakończenia. Przypuszcza się, iż w ten właśnie sposób zostały ocenzurowane przez ich bohaterów. Są tu także notatki z kalendarzyka Agnieszki, przypisy ich obojga oraz komentarze Umer. Ponadto publikacja zawiera: audiobook (listy czytają Magda Umer i Piotr Machalica), mnóstwo zdjęć, 'Piosenki z miłości' Agnieszki i Jeremiego oraz 'Po słowie o sobie', a także kopie listów tudzież kartek. To jednak nie wszystko. Nietypowy format, piękna, stylizowana okładka, listy ze znaczkami z podobiznami Jeremiego i Agnieszki idealnie wpisują się w klimat ten publikacji. To naprawdę książka niezwykła, przepełniona czystą poezją i takim pięknem, od którego trudno się oderwać, bo coraz go mniej we współczesnym świecie...

Uczucie między Jeremim a Agnieszką ‘wybuchło’ 1 lutego 1964 i trwało do czerwca 1966 roku. On miał 49 lat, był już po raz drugi żonaty. Miał małego synka Konstantego (Kota), i dorastającą, piękną córkę z pierwszego małżeństwa – Martę. Był w rozkwicie swojego talentu. Sławny, uwielbiany, czczony nie tylko przez inteligencję. Telewizyjny Kabaret Starszych Panów stworzony przez niego i Jerzego Wasowskiego osiągnął właśnie apogeum popularności. Wszyscy śpiewali ich piosenki. Ona także. Ale i pisała własne. I to jak! Była piękną 28-letnią rozwódką po przejściach. Płakał po niej niejeden odtrącony adorator, ona po nich także, z tym, że ona jedynie w piosenkach... Teksty, które Jeremi adresował do Agnieszki od początku naznaczone są czułością i dużym zaangażowaniem. Widać to choćby w sposobie, w jaki zwracał się w nich do swej ukochanej. Pisał np. ‘Śpiewaczko moja ucieszna; 'Safo Słowieńska’; 'Moja Ty Nieprawdopodobna'; ‘Moja Nawiedzona Panienko’. Szczerze wyznawał, że lubił wymawiać jej imię, że całował ją w uszy (!), które uwielbiał: Chyba ja się w Tobie zakochałem, czy co?! Agnieszko! Bądź dla mnie pobłażliwa i dbaj o uszy! Ona była ostrożniejsza. Wchodziła w ten związek spokojniej, roztropnie ważyła słowa i powściągliwiej deklarowała uczucia. Niektóre z jej wypowiedzi, noszące znamiona zaangażowania, w porównaniu ze słowami Przybory, brzmią wręcz zabawnie (być może to również zasługa odmiennego usposobienia): Choć Tyś orzeł jest a jam – reszka – na wieki twoja jest Agnieszka.
Każdy przejaw jej większego zaangażowania był mocno podkreślany przez Jeremiego. Ono go cieszyło, pozawalało poczuć się pewniej i uświadamiało mu, że nie tylko on dużo zaryzykował, a jeszcze więcej poświecił dla tej miłości: Podpisałaś się na telegramie ‘Twoja Agnieszka’… I napisałaś ‘Bardzo za Tobą tęsknię’… Telegramu to jeszcze nigdy w życiu nie czytałem tyle razy – a jeszcze ile razy będę go czytał... Jeremi dość często miewał momenty ogromnej tęsknoty, kiedy czytał całą korespondencję od swej ukochanej, jakby chciał nasycić się jej słowami podczas częstych nieobecności Agnieszki. Bo ona notorycznie wyjeżdżała (kochała podróże), co nie podobało mu się i co w większości przypadków było przyczyną kłótni. Po jej wyjeździe do Anglii, Przybora przeżył ‘psychiczny kryzys’: Odkąd Cię tu nie ma, przestaję trochę wierzyć, że mogłaś mi się w ogóle przytrafić, że tyle rzeczy pięknych i niezasłużonych może nagle spaść na człowieka. W kolejnym liście pisał: O, jakże Ty mi jesteś nieodzowna Śpiewaczko Moja Ucieszna! Strasznie się w Ciebie wczepiłem – nie czujesz tego? By następnie dojść do zaskakujących wniosków: Agnieszko, wiesz, zauważyłem, że moja tęsknota za Tobą przybiera różne formy, zależnie od pozycji. Inaczej zupełnie tęsknię, chodząc lub stojąc, inaczej siedząc, a jeszcze zupełnie inaczej, leżąc na strasznie pustym tapczanie… Przybora odczuwał straszną pustkę bez Osieckiej, nawet miasto pozbawione jej obecności wydawało mu się inne, bardziej obce. Był pewien, że darzy ją wielkim uczuciem i nie miał obaw przed wyznaniem jej tego: Kocham Cię. Niczego w życiu nie chcę mieć więcej poza Tobą, ja już swoją karierę zrobiłem - może i za dużą, i nade mną też unosi się aura, nie mam żadnych pretensji o nic, byle nie spadać poniżej, ale o Ciebie mam pretensje, i to jeszcze jakie! Moje Północna, Jasna, zupełnie Rewelacyjna, Nienagladnaja (…), Pięknoimienna Agnieszko o uszach jak skrzydełka motyla – wiesz jakiego. Całuję Cię strasznie natrętnie – tak jak nawet nie przypuszczasz, że potrafię. Agnieszce, choć zupełnie inaczej, też bywało ciężko bez niego. Mimo to znajdywała siłę pewnym niezwykle silnym przekonaniu : Ale mam w sobie to, co zawsze, to, co czuję cały czas, odkąd wyjechałeś: wiarę w przeznaczenie. Po prostu wierzę w nas. Wierzę, że ‘to się musiało tak skończyć.

Oprócz wiary oboje mieli również wielki podziw, szacunek i podziw dla swojej pracy. Dzielili się wrażeniami po przeczytaniu tekstów, obejrzeniu przedstawień, spektakli, itp. Agnieszka tak pisała o twórczości Jeremiego: Lubię całą Twoją poezję, Twoją wyobraźnię, Twój ‘sposób’. Jest to część Ciebie, tego, co kocham. Jeremi odwdzięczał jej się podobnymi komplementami: Wiesz Agnieszko, im dłużej słucham tych Twoich piosenek na płycie, tym bardziej mi się podobają – pięknie Ty piszesz, biorąc obiektywnie, a subiektywnie, to strasznie pode mnie (źle to określiłem, ale wiesz, o co mi chodzi – trafiasz w to, na co jestem wrażliwy). Bardzo Ciebie podziwiam i uwielbiam, i nie czuję się (…) ekwiwalentem dla Ciebie, ale nie chciałbym ogromnie, żebyś sobie inny znalazła.
Z czasem jednak pojawiły się na ich idealizowanym związku pierwsze rysy. Widoczne stały się duże różnice temperamentów kochanków: No popatrz: ujawniły się między nami straszliwe różnice charakterów… Jeszcze ciągle nie mogę przyjść do siebie po ostatnim cyklu rozmów. Brr… Okazało się, że jesteśmy do siebie niepodobni jak pies do kota. Myślę, że na to jest jedyna rada: Kochaj mnie! Kochaj mnie, Jeremi, a wszystko będzie fajnie! Ja ze swej strony postaram się wypełnić czas za Kanałem rozmyślaniami i pokutą. Nauczę się osobiście prać koszule i kupować jajka u Tomczyka. Zrobię ci sweterek na drutach i wyhaftuję ręcznik z napisem: ‘Komu Pan Bóg daje, ten rano wstaje…’. Itd. 30.8.1964 roku Agnieszka poprosiła, by Jeremi już więcej nie dzwonił, bo wszystkie formy pośrednie [byy] między n[imi] niemożliwe. Jeremi życzył jej wtedy na odchodne: Rośnij duża, Agnieszko i szczęśliwsza ode mnie!

„Listy na wyczerpanym papierze” to świadectwo związku dwóch niezwykłych osobowości, które na krótko zachłysnęły się najsilniejszym z uczuć. Ich wyznania pełne sympatii, miłości, podziwu, tęsknoty i niezrozumienia, a więc emocji, które nimi wtedy targały, dają kompletny obraz ich samych - osób inteligentnych, wyjątkowo utalentowanych, z poczuciem humoru i autoironią, które w połączeniu z lotnością pióra dostarczają czytelnikowi niezwykłych wrażeń literackich. Warto po te listy sięgnąć, zwłaszcza teraz, kiedy za oknem wiosna w rozkwicie, a w sercu maj…


Cytaty za: Listy na wyczerpanym papierze, Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora, Agora SA, Warszawa 2010.

Ocena: 5+/6

Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com Polecam gorąco!



piątek, 24 kwietnia 2015

Nauczycielka - Judith W. Taschler

„Nauczycielka” Judith. W. Taschler jest książką pyszną. Pod każdym względem. Zaskakuje formą, zakończeniem, mnogością wątków i pięknymi kreacjami psychologicznymi bohaterów. Dawno nie czytałam książki tak przemyślanej, dopracowanej, która sprytnie łączy miłość do literatury z kondycją współczesnego człowieka oraz kwestią komunikacji międzyludzkiej. Miłość, zdrada i śmierć. Stracone szanse i (nie)wypowiedziane słowa. Misternie skonstruowana układanka przeszłości z teraźniejszością trzymająca w napięciu od pierwszego do ostatniego zdania i pochłaniająca bez reszty. Nie dajcie się zwieźć skromnej, eleganckiej okładce – ukryta w niej treść buzuje od emocji. Ta książka wciśnie Was w fotel, sprawi, że poczujecie się jakbyście oglądali świetny film i tylko jedno przypomni Wam, że nie jesteście w kinie – brak popcornu…

Matylda Kamiński pochodziła z małego miasteczka. Była zakompleksioną, nieśmiałą i nieszczęśliwą dziewczyną. W domu brakowało rodzinnego ciepła: ojciec odszedł do innej kobiety, a matka była w stosunku do niej okrutna. To właśnie ona, rodzona córka, była jej regularnym piorunochronem, rozładowywała na niej całą zgromadzoną frustrację, mówiła jej, że jest brzydka, gruba, głupia jak gęś, że nic z niej nie będzie. W dzieciństwie Matylda bała się matki, później, kiedy miała mniej więcej dwanaście lat, zaczęła jej nienawidzić. Chcąc zamknąć za sobą ten tragiczny czas, jako 18-latka wyprowadziła się do innego miasta i rozpoczęła studia na germanistyce (bo zawsze lubiła czytać, bo nie przyszedł jej do głowy żaden inny kierunek i dlatego, że niemiecki zawsze w szkole przychodził jej bez trudu…). Każdego dnia obawiała się, że nigdy nie pozbędzie się smrodu małego i ciasnego mieszkania socjalnego, w którym dorastała, ale było coś jeszcze gorszego. Wciąż prześladował ją lęk, że brzydko pachnie, że nie tylko usta, stopy i okolice intymne, lecz także jej skóra silnie trąci stęchlizną, a ludzie się jej brzydzą…

Pewnego dnia na wykładzie z literatury przełomu wieków Matylda poznaje Xavera Sanda, początkującego pisarza. Młodzi zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Początkowo prowadzą bardzo intensywne życie towarzyskie. Z niezwykle obowiązkowej i pilnej studentki, Matylda staje się wciąż niewyspaną, tygodniami zaniedbującą studia, zakochaną po uszy nastolatką. Dziewczyna traktuje Xavera bardzo poważnie i nim się spostrzeże całkowicie się od niego uzależnia: Kochała, i to jak kochała; kochała tak bardzo, że z czasem całkiem się zapomniała. Początkowo ‘jej’ mężczyzna też zdaje się być zaangażowany w związek, wzrusza go życiowa zaradność partnerki, jej pracowitość, energia i to, że dzięki własnej pracy zarabia konkretne pieniądze (w przeciwieństwie do niego). Matylda pracuje jako nauczycielka. Ma powołanie, czuje się w szkole szczęśliwa, jest ogromnie zaangażowana w jej sprawy i lubi swoich uczniów.

Związek z Xaverem staje się dla niej wybawieniem i daje jej nadzieję na nowe, lepsze życie oraz szansę stworzenia własnej szczęśliwej rodziny, zdecydowanie lepszej niż ta, z której pochodził. Tymczasem szybko okazało się, że jej wybranek ma inne pomysły na (wspólną?) przyszłość. Życie jest dla Xavera nędzne i bezsensowne, budziło w nim obrzydzenie. Nie potrafi ponosić odpowiedzialności za siebie, a co dopiero za dziecko! Jest próżny, niechętny do ciężkiej pracy fizycznej, nastawiony na szybki sukces, uzyskany niewielkim kosztem. Dlatego zajął się pisaniem, ograniczając kontakty z ludźmi do minimum: Nie potrzebuję ludzi, ale potrzebuję historii, które pisze ich życie, w przeciwnym razie nie miałbym przecież o czym pisać, zatem bez ludzi nie ma historii i bez ludzi nie ma czytelników, to oczywiste (…). Zamiast zabawy w dom, Xaver chciał tworzyć. Razem z Matyldą kochali literaturę, odznaczali się skłonnością do fantazjowania, nieustanną chęcią słuchania historii i pisania opowiadań. Mężczyzna przeczuwał, że dziewczyna może się przysłużyć jemu i jego karierze i nie mylił się – skutecznie motywowała go do pisania i pomogła mu napisać trylogię. Kiedy pojawił się długo oczekiwany sukces, jej ukochany bardzo się zmienił i nie potrzebował jej więcej. Po latach wyznała mu, jak się wtedy czuła: Wyglądało to tak, jakbyś się wstydził swojego dotychczasowego ‘drobnomieszczańskiego’ życia u boku zaściankowej nauczycielki niemieckiego (…) Nagle zacząłeś mnie lekceważyć. Niespodziewanie po 16 wspólnych latach Xaver odchodzi od Matyldy bez słowa i szybko związuje się z inną kobietą, która rodzi mu dziecko. Błyskawicznie osiągają to, o czym tak bardzo marzyła Matylda przez całe swoje życie. Niestety, pewnego dnia synek Xavera i jego nowej żony Denise, Jakob, zostaje skradziony z wózka i słuch o nim ginie…

Nieoczekiwane spotkanie po latach dawnych kochanków podczas warsztatów pisarskich w ramach projektu ‘Uczeń/uczennica spotyka autora/autorkę’ w szkole Matyldy daje szansę na wyjaśnienie wszystkich spornych kwestii sprzed lat i spojrzenie na zamierzchłe czasy z dystansem. Pomaga też rozwikłać współczesne dylematy i skończyć z niedopowiedzeniami. Czy dawna miłość Xavera ma coś wspólnego ze zniknięciem Jakoba? Czy związek z inną kobietą dał pisarzowi to, czego szukał? Czy Matylda założyła upragnioną rodzinę i realizuje się w swej pracy zawodowej? Czy jest szansa na porozumienie obu zranionych stron a może nawet coś więcej?

Forma, w jakiej została przedstawiona relacja Matyldy i Xavera, bardzo przypadła mi do gustu. Przeplatając wymieniane ze sobą maile, wymyślone historie czy wreszcie rozmowy prowadzone na żywo, Judith. W. Taschler ukazuje, w jak odmienny sposób ludzie odbierają i interpretują te same fakty. (Co istotne, to czytelnik sam musi odpowiedzieć na pytanie, czy jest to uzależnione od płci, czy też od posiadanych doświadczeń, wychowania, a może jeszcze czegoś innego). Dość oszczędnie, choć niezwykle sugestywnie naznaczony jest również wątek trudnych relacji dziecko-rodzic, w których to ten drugi jest siłą niszczycielską, stygmatyzującą na całe życie. Skrzywdzeni za młodu zapomnienia szukają np. w ramionach obcych praktycznie kobiet lub w wymarzonej pracy, dającej prawdziwe spełnienie i satysfakcję oraz stanowiącej źródło inspiracji dla innych. Bo zajęcie wykonywane z prawdziwą pasją, nie grozi rutyną, nawet po latach. Brawurowo udało się oddać autorce smutną prawdę, którą tak trudno zaakceptować – czasu nie da się cofnąć, niezależnie od tego, jak bardzo się tego pragnie. Jedynym pocieszeniem zdaje się być fakt, że to właśnie literatura niesie ukojenie w każdej sytuacji - może dawać wytchnienie, łagodzić ból, być substytutem, itp. Dowodem na to, niech będzie dość realistyczne (niestety) stwierdzenie Xavera: Samo życie nigdy nie jest ważne, rozpływa się w naszym wszechświecie jak tchnienie, ważne są historie, które zostają. Im bardziej wzruszająca i porywająca jest jakaś historia, tym bardziej warte życia jest to życie. Takie historie potem często potrafią przetrwać wiele pokoleń, pozostają na świecie dłużej, niż trwało samo życie! Czy to nie obłęd? I ostatnia rzecz, jaką warto podkreślić na koniec - Taschler udało się połączyć w „Nauczycielce” wiele gatunków literackich i stworzyć powieść, którą czyta się niczym gotowy scenariusz filmowy. W nim fikcja miesza się z rzeczywistością, przeszłość z teraźniejszością, a skromna nauczycielka zdaje się być genialną psychoterapeutką i bezlitosną sędziną w jednym.

Polecam, to naprawdę świetna książka, w której nie ma ani grama kiczu lub melodramatu, ani jednego zbędnego słowa czy przypadkowego wątku. Po prostu musicie to przeczytać i tyle!

Cytaty za: Nauczycielka, Judith W. Taschler, W.A.B., Warszawa 2015.

Ocena 6/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Zupełnie tak jak w kinie

piątek, 17 kwietnia 2015

Boginie z Žítkovej - Kateřina Tučková

„Boginie z Žítkovej” to książka ze wszech miar niezwykła. Jej autorką jest młoda Czeszka (ur.1980), Kateřina Tučková, która za sprawą tejże właśnie publikacji stała się najpoczytniejszą współczesną pisarką u naszych południowych sąsiadów. Nie jest to typowa czeska literatura, którą najczęściej kojarzymy z ‘hrabalovską’ aurą, humorem czy dystansem do rzeczywistości. To bardzo precyzyjnie opracowana powieść historyczno-obyczajowa, oparta na wielu źródłach i zakorzeniona w dokumentach historycznych (wśród nich dokumenty gestapowskich i komunistycznych służb bezpieczeństwa, do których sięgała autorka). To wyjątkowa literacka podróż do świata, który już nie istnieje. Obok barwnego (i jakże modnego dzisiaj) folkloru i wielowiekowej tradycji (do której współcześnie chętnie się powraca) królują tu siły nadprzyrodzone. Jest również szczypta realizmu magicznego. To wszystko stanowi jednakże tylko tło dla płci pięknej. Bo „Boginie…” to książka o nieprzeciętnych kobietach: tych dobrych i tych złych. Tych, które chciały pomagać ludziom niosąc im nadzieję i cudowne uzdrowienie i tych, które praktykując czarną magię, zwiastowały innym klątwę, zniszczenie lub śmierć. To historia silnych bogiń i praktycznie niewidocznych wśród nich mężczyzn. Podobno ile w (…) rodzinie było wyjątkowych kobiet, tylu w niej było zagubionych mężczyzn. Ich matki i siostry ponoć wysysały z nich siłę, którą zmieniały w umiejętność bogowania... I właśnie dlatego na Žítkovej prym wiodły boginie…

Bogowanie

Bogowanie jest stare jak świat, a boginie i andzjele były tu od zawsze, mówi jedna z bogiń, Surmena Terézie. Tu, czyli na wzgórzach Žítkovej, wsi położonej nieopodal Starego Hrozenkova, na Kopanicach Morawskich leżących w Białych Karpatach. Nie było na świecie człowieka, który nie padłby z nabożną czcią na twarz przed kobietą, która ledwo go ujrzała, już potrafiła odczytać wszystkie jego troski, choć ani słowem się nie odezwał. Jedna z członków rodziny Surmeny, Baglárka, tak mówiła o boginiach – Ja tam ino jedno wim. Że boginie jak świat światem miały pecha. Jak pamiętam, żadna z nich dobrze nie skończyła… Podobno, im większy miały dar, tym cięższe życie i jeszcze gorszą śmierć. Mimo to wiele kobiet próbowało bogować nawet wtedy gdy nie miały mocy. Boginią bowiem trzeba się było urodzić. Te prawdziwe, posiadające dar, nieustannie ze sobą konkurowały. Ludzie uważali, że jedna drugiej zazdrościła, że zaciekle walczyły o swoją klientelę, a każda robiła, co mogła, żeby pokazać, że to ona jest najlepsza. O boginiach nie miał najlepszego zdania proboszcz ze Starego Hrozenkova, Josef Hoser. Błyskawicznie zasiał wśród parafian źródło nienawiści, tłumacząc ile zarabiają na swoim bogowaniu. W jednym ze swych kazań mówił: Boginie to esencja waszej głupoty! Pasą się na niej, wykorzystują ją i powodzi im się lepiej niż tym z was, którzy ciężko pracują! Mieszkańcy szybko nabrali dystansu do bogiń. Rozniosła się wieść, że żerują na nieszczęściu innych i wiele osób przestało po nie posyłać. Ksiądz z uporem maniaka [p]iętnował je (…), szkalował, nie chciał chrzcić ich dzieci ani przyjmować do wspólnoty Kościoła, odmawiał im nawet ostatniego namaszczenia, co dla głęboko wierzących bogiń oznaczało katastrofę. Nagle zabrakło dla tych kobiet szacunku i wdzięczności, a zamiast nich pojawiła się wrogość, nieżyczliwość, a często zazdrość i pukający do drzwi stróż prawa…

Dora Idesová - strażniczka pamięci czy bogini?

Dora Idesová, jako 8-letnia dziewczynka była świadkiem ogromnego dramatu rodzinnego. Widziała jak jej ojciec-alkoholik zabił matkę siekierą. Dziećmi zaopiekowała się wówczas siostra zamordowanej, potężna bogini – Surmena. Wzięła pod opiekę Dorę oraz jej niepełnosprawnego brata, Jakubka (cierpiał na zespół Aperta). Jednak sielanka nie trwała długo. Ciotka została niesłusznie oskarżona o wykonanie aborcji niezgodnie ze sztuką, w wyniku czego jej 'pacjentka' zmarła. Oskarżono ją o wykonywanie niedozwolonej praktyki lekarskiej, poprzez którą zagrażała zdrowiu obywateli czechosłowackich, za co otrzymywała ukrywane wynagrodzenie, poprzez co okradała gospodarkę czechosłowacką oraz czechosłowacki lud, czym dopuszczała się przestępstwa (…). Kobieta została aresztowana, a następnie celowo umieszczona w szpitalu psychiatrycznym, ponieważ uznano, iż jej zachowania podyktowane były rzekomo chorobą psychiczną i zalecono jej leczenie w zamknięciu. Rodzeństwo zostało rozdzielone. Dora przeszła prawdziwą szkołę życia w internacie, później walczyła o sprawowanie opieki nad chorym bratem, możliwość odwiedzenia ciotki w szpitalu, aż wreszcie dorosła i ponownie zbliżyła się do świata bogiń. Będąc ostatnią żyjącą boginią w prostej linii (która nie praktykowała), stała się dla czytelnika wnikliwą przewodniczką po ich tajemniczym świecie.
Idesová posiadała jedynie ‘wątłe sztuczki bogowania’ w postaci zbyt bujnych snów, będących prawdopodobnie resztką daru, jakim dysponowały jej poprzedniczki. Nie znała się na ziołach, nie potrafiła przewidywać przyszłości, nie umiała leczyć. Czuła wstręt do przestrzegania wszystkich bezsensownych zasad, którymi kierowali się Surmena i ludzie z Kopanic. Ona zawsze była inna niż boginie – nieufna i pełna podejrzliwych pytań. Uważała, że żyje w innych czasach niż jej matka i ciotka, że nadszedł nowy wiek, że po górach nie tułają się nieochrzczone dzieciny, baba-jaga nie poluje na zbłąkane dzieci, a czarny kot nie przynosi pecha. Mimo to pragnęła odkryć losy wszystkich kobiet z rodu z mroków przeszłości, poinformować świat o ich wyjątkowości i sztuce, którą ich wrogowie brutalnie próbowali wymazać z oblicza Kopanic. Nie chciała, by słuch o nich zaginął, a tkwiąc na granicy dwóch tak odległych światów, po uszy w nauce, a zarazem w samym środku zadziwiającego życia bogiń, miała duże szanse na zrealizowanie swego planu. Przez lata rozbierała na części pierwsze los Surmeny i reszty bogiń, poświęciła im również pracę magisterską. Dzięki niej dostała posadę w Instytucie Etnografii i Folklorystyki Akademii Nauk w Brnie. Później zaczęła pisać doktorat, do którego materiały zbierała latami; korzystała również z opowieści rodziny i krewnych, będącymi strażnikami pamięci. Spędziła dziesiątki godzin w zakurzonych archiwach, wydreptała dziesiątki kilometrów ścieżynkami w Białych Karpatach (…) Wspomnienia dawały jej siłę. I były pełniejsze, barwniejsze, za każdym razem, gdy odkrywała jakiś nowy element układanki o rodzie bogiń z Žítkovej (…). Historię bogowania Dora rozpoczęła od 1630 roku (z którego pochodzi pierwsza wzmianka o działalności bogiń z Zitkovej), a skończyła na roku 1925, kiedy nadszedł kres ich zasadniczej działalności.

Idesová wykazywała się ogromną determinacją w kwestii poznawania prawdziwych losów bogiń. Przeszukiwała archiwa w kraju i za granicą (np. niemieckie archiwa SS-Hexen Sonderkommando czy poznańskie Archiwum Państwowe, w którym znajduje się Hexenkarthothek–kartoteka procesów o czary). Uzupełniała swoją wiedzę czytając kazania i pamiętniki proboszcza Hofera, korespondencję nazistów. Próbowała także uzyskać potrzebne jej informacje u najstarszych mieszkańców Hrozenkova, ale często brakowało jej reszty źródeł, w których mogłaby znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Opisywała m.in. proces Katarzyny Szperaczki – jej brutalne przesłuchania i oględziny. Takie jak te widoczne na rycinach ze scenami z tortur: [t]ortura zgniatania kciuków. Torturowanie hiszpańskimi butami. Torturowanie na madejowym łożu. Tortura podpalania ciała. Ogromnym zaskoczeniem dla Dory stała się obecność Surmeny na liście osób współpracujących z komunistami, która w Czechach budziła wielkie emocje. Czy to możliwe, by jej ciotka była tajnym współpracownikiem? Czy aby nie znalazła się tam przez przypadek? Może była jedynie osobą rozpracowywaną i inwigilowana przez tajniaków jako wróg ustroju? Pytania mnożyły się w nieskończoność, a ona po latach swych badań niespodziewanie doszła do wniosku, iż boginie [p]rzestały funkcjonować w jej głowie jako zapamiętane z dzieciństwa dobroduszne kobieciny, które pomagały każdemu kto zapuka do ich drzwi. Okazało się, że boginie stanowiły melanż indywidualności, że były wśród nich tez osoby niebezpieczne, niemające oporów przed skrzywdzeniem kogoś, kogo w ogóle nie znały…

Wnioski końcowe

To, co rzuca się w oczy od samego początku „Bogiń…”, to świetny klimat, który nie ulega zmianie do samego końca tej dość długiej powieści. To książka, poruszająca ogrom oryginalnych wątków, tak jakby autorce wyskakiwały one z kapelusza na życzenie. I choć publikacja ta ma znamiona historyczne i liczy wiele stron, nie nudzi. Kolejną mocną stroną tej prozy są niezwykle ciekawe zagadnienia etnograficznie. Sama (wartka) akcja umiejscowiona w intrygującej scenerii – wśród malowniczej wsi praktycznie odciętej od świata, w obliczu magicznych rytuałów, mnogości ludzkiego cierpienia, po nazizm i komunizm naznaczający te ziemie i ich mieszkańców, na nienawistnym polowaniu na boginie kończąc. To piękny przykład szukania własnych korzeni, nie bacząc na odnajdywane (niekiedy niewygodne) fakty. To próba zmierzenia się z historią własnej rodziny opowiedziana pięknym językiem na przestrzeni kilku wieków (przy okazji gratulacje dla tłumaczki -p. Julii Różewicz). Trzymam mocno kciuki za Kateřinę Tučkovą i wierzę, że czytelnicy tak w Czechach jak i poza ich granicami docenią tę wybitną twórczość, odznaczającą się ciekawą tematyką, chęcią uwiarygodnienia tworzonych historii, zapałem do pracy i fascynacją badanymi zagadnieniami.

Cytaty za: Boginie z Žítkovej, Kateřina Tučková, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2014.

Ocena: 5+/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi Oblicza Kultury



środa, 8 kwietnia 2015

Campo santo - W.G. Sebald

W.G. Sebald to jeden z najważniejszych i najwybitniejszych pisarzy niemieckich XX wieku i jak mówiono – niemal pewny kandydat do Nobla. Niestety, nigdy go nie otrzymał. W 2001 roku zmarł w wyniku obrażeń, jakich doznał w wypadku samochodowym. Jego utwory zostały brawurowo przetłumaczone na nasz rodzimy język przez Małgorzatę Łukasiewicz, bo jego twórczość ma u nas wielu zagorzałych fanów. Zalicza się do nich również Julia Hartwig, która zanotowała w swoim „Dzienniku”: Sebald jest wielkim pisarzem, umie wypowiedzieć niewypowiedziane, zdobył mnie i coś we mnie odmienił, coś, z czym nie chciałabym się rozstać. To ‘coś’ ma w sobie bez wątpienia również „Campo Santo”, ostatnia publikacja tegoż prozaika, która ukazała się już po jego tragicznej śmierci. Autor daje się w niej poznać jako historyk i krytyk literatury oraz jako (nie)zwykły czytelnik. Zawarte w tej książce teksty to m.in.: cztery fragmenty prozy stanowiące niedokończoną książkę o Korsyce (nazywane 'projektem korsykańskim'), eseje i przemówienia. Odzwierciedlają one erudycję Sebalda, jego wielką wrażliwością i uwagę, jaką poświęcał badanemu tematowi. Był człowiekiem niezwykle oddanym zagadnieniom takim jak: śmierć, zniszczenie, pamięć oraz sztuka, literatura i natura. I one wszystkie znajdują swoje odbicie w „Campo santo”. W pierwszej części tej publikacji autor niezachwianie szukał związków przeszłości z teraźniejszością, a także przedstawił korsykańskie impresje. W drugiej części rozprawił się z niemiecką literaturą powojenną, a uczynił to w tekstach krytyczno-eseistycznych na podstawie twórczości i losów konkretnych twórców. Wśród nich znajdziemy: Kafkę, Handkego, Hildesheimera, Grassa oraz Weissa.

Sebald spędził na Korsyce dwa tygodnie, swoje wrażenia zamierzał udokumentować książką. Niestety, przerwał nad nią pracę i już nie zdążył do niej wrócić. Z jego zamysłów zostały jedynie cztery teksty, w których relacjonował, gdzie był i co przeżył. Jawi się w nich jako drobiazgowy odkrywca historii i obyczajów wyspy. Pierwszy z nich to „Mała wycieczka do Ajaccio” - jest to miejsce urodzenia Napoleona, obecnie znajduje się tam również jego muzeum. Tytułowe „Campo Santo” to krótkie ‘sprawozdanie’ z pobytu na niewielkim cmentarzu w Pianie, gdzie pełno jest zapomnianych, zarośniętych mogił (włoskie ‘camposanto’, to dosłownie ‘święte pole, oznaczające cmentarz). Autor początkowo dokonywał przeglądu nazwisk zmarłych, stopniowo zwracając uwagę czytelnika na korsykańskie zwyczaje pogrzebowe, a ostatecznie rozważając kluczowe dla siebie kwestie - przemijanie, tożsamość i pamięć. Przenikliwie pisał o świecie, w którym żył i tym, który miał nadejść. W tym przyszłym pamięć nie miała znaczenia – w przeludnionych metropoliach miał żyć anonimowy, łatwy do zastąpienia człowiek, który prawdopodobnie kiedyś rozpłynie się w świecie wirtualnym. A w pozbawionej pamięci teraźniejszości i w obliczu nieuchwytnej już dla jednostkowego rozumu przyszłości na koniec będziemy porzucali życie, nie czując potrzeby, by dano nam przynajmniej chwilę jeszcze pozostać albo przy okazji powrócić, tak skończył swój tekst, czym idealnie wpasował się w drugą części książki zawierającą eseje, ułożone chronologicznie według dat ich powstawania.

W tekście „Między historią a historią naturalną” na przykładzie tekstów Hansa Ericha Nossacka i Hermanna Kasacka pisarz zastanawiał się, dlaczego zniszczenie niemieckich miast w trakcie alianckich nalotów pod koniec II wojny światowej nie stało się tematem powojennej literatury niemieckiej, czemu nie przerobiła ona w dostatecznym stopniu doświadczeń z tym związanych. To rzeczywiście zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, iż można by przecież zakładać, że systematycznie przez parę lat prowadzone naloty, od których bezpośrednio ucierpiała znaczna część ludności niemieckiej, jak również uwarunkowana destrukcją radykalna zmiana form życia społecznego wręcz musiały prowokować do napisania czegoś o takim doświadczeniu. Problem niemieckiej literatury nie kończy się jednak na tym. Sebald usiłował wytłumaczyć kolejną kłopotliwą kwestię - ‘niezdolność do żałoby’ na przykładzie eseju pt. „Konstrukcje żałoby”. To zjawisko ukazujące uderzając[ą] nieczułość w odpowiedzi na stosy trupów w obozach koncentracyjnych, nieznany los wziętych w niewolę oddziałów niemieckich, doniesienia o wymordowaniu milionów Żydów, Polaków, Rosjan, o mordowaniu politycznych przeciwników z własnych szeregów. Ów deficyt spowodował deformacje nowego społeczeństwa, które dopiero dziś, po wielu latach wychodzą na jaw. Literatura powstała po dziesięciu-dwunastu latach od reformy walutowej ignorowała kontekst zbiorowej winy oraz konieczność opisania nieszczęść spowodowanych przez Niemcy. Powieści lat pięćdziesiątych nie zajmowały się krzywdami, jakie ów nacja wyrządziła innym narodom, a jedynie powściągliwie krytykowały nowe społeczeństwo, zamiast reprezentować jego sumienie. Alexander Mitscherlich, niemiecki lekarz, wykładowca uniwersytecki i pisarz, stwierdził w połowie lat sześćdziesiątych, iż w naszym kraju nadal utrzymuje się przepaść między literaturą a polityką (…) [D]otychczas żaden z naszych pisarzy nie zdołał jeszcze, jak się zdaje, swoimi utworami uzyskać poważniejszego wpływu na świadomość polityczną, na kulturę społeczną naszej Republiki Federalnej. Sebald uważał, że literatura wzbraniała się przed próbami zrozumienia tej ogromnej narodowej katastrofy, co bez wątpienia było dużym dużym błędem. Podobnie zresztą Heinrich Böll, który w „Frankfurter Vorlesungen” dodał, iż wina, skrucha, pokuta, zrozumienie nie stały się kategoriami społecznymi, a co dopiero politycznymi.

W „Skruszonym sercu” W.G. Sebald rozprawiał o pamięci i okrucieństwie w twórczości wielkiego moralisty, Petera Weissa. Pisał o jego dziełach plastycznych, w których mnożyły się obrazy najstraszliwszych występków, upadku cywilizacji, której ‘ukoronowaniem’ stało się najgorsze z możliwych barbarzyństwo. To właśnie Weiss w „Dochodzeniu” przypominał, że wszyscy znaliśmy społeczeństwo, z którego wyłonił się reżim zdolny tworzyć nowe obozy (…) Masowe mordy były przecież tylko skrajnym wariantem wyniszczenia przez pracę (…) perwersja faszystowskich obozów koncentracyjnych nie polegała na rodzaju i rozmiarach popełnianych tam zbrodni, ale przede wszystkim na tym, że pożytki ekonomiczne, jakie system czerpał z wykorzystywania ludzkiej miazgi (…) nawet w przybliżeniu nie usprawiedliwiały nakładu środków.

W „Próbie restytucji”, swoim programowym tekście, W.G. Sebald dał się poznać swoim odbiorcom bliżej. Wspominał własne dzieciństwo, manię krajoznawczą i grę „Kwartet Miast”, dzięki której nauczył się geografii. W talii Kwartetu Miast Niemcy były jeszcze niepodzielone, ale też niezniszczone, ponieważ te utrzymane w jednym, ciemnobrunatnym tonie wizerunki miast, które zaszczepiły mi ideę ponurej ojczyzny - te obrazki ukazywały niemieckie miasta bez wyjątku w postaci sprzed wojny (…). Autor zastanawiał się, jakie to niewidzialne relacje determinują nasze życie, którędy przebiegają nici i nieustannie nawiązywał do trudnej historii, do pamięci o tym, co choć wydarzyło się dawno, nadal istnieje w jego pamięci: Dlaczego, jadąc kolejką miejską do centrum, przy stacji Feuersee za każdym razem myślę, że nad nami wciąż jeszcze pali się i że od grozy ostatnich lat wojny żyjemy jak gdyby w podziemiu, choć przecież wszystko wokół tak pięknie odbudowaliśmy? Jest tu także wyraz wiary pisarza w literaturę i wielka chęć dotarcia do szczegółu, do konkretu, tak charakterystyczna dla tegoż prozaika.

Sebald w swoim przemówieniu z okazji przyjęcia go do Akademii Niemieckiej bezlitośnie demaskował program edukacji. Krytykował fakt, że ani w szkole ani na uniwersytecie nie dowiedział się niczego o najnowszej historii. Zamiast tego uczono go wypraw Aleksandra Wielkiego i Napoleona: Germanistyka w tych latach była nauką niemal z premedytacją dotkniętą ślepotą i jechała na bladym koniu, jak powiedziałby Hebel (…) Dopiero gdy w 1965 roku pojechałem do Szwajcarii, a rok później do Anglii, z odległości w mojej głowie zaczęły formować się myśli o ojczyźnie i te myśli w ciągu ponad trzydziestu lat, bo od tak dawna mieszkam za granicą, coraz bardziej się skomplikowały…

Sebald w swych tekstach wspominał również o „Kasparze” Handkego; o braku kompromisu Jean’a Améry’ego; o antropomorficznych wizerunkach zwierząt w wierszach Ernesta Herbecka’; o Nabokovie i jego najbardziej znanej pasji – lepidopterologii. Przywoływał Bruce’a Chatwina oraz Kafkę, którego wiązał z kinem. W jakiś niezwykły sposób zmyślnie wybierani przez tego niemieckiego pisarza autorzy tekstów, stają się tu bohaterami tychże esejów, tzn. z twórców stają się postaciami, z którymi możemy się identyfikować, a Sebald sam jest jakby ich towarzyszem. To bez wątpienia również niezwykła wręcz umiejętność tego prozaika.

Jest wiele form pisania, ale tylko w formie literackiej, poza rejestracją faktów i naukowym poznaniem, chodzi o próbę restytucji, pisał W.G. Sebald w jednym ze swych tekstów. Jeśli chodzi o tę próbę, on zdaje się być w niej mistrzem. Wzorem jest również, jeśli chodzi o dążenie do rozstrzygnięcia kwestii niezgody na zacieranie pamięci i refleksji nad ograniczeniami możliwości literatury. Bo choć Sebald nie dowierzał literaturze, to był również przekonany, że tylko ona może dostrzec pewne prawdy niewidoczne dla innych dyscyplin.

Cytaty za: Campo santo, W.G. Sebald, W.A.B., Warszawa 2014.

Ocena: 5/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Nieodżałowany archeolog pamięci i jego ‘program’

piątek, 3 kwietnia 2015

O gruzińskim szampanie, kobietach z ZSRR oraz przedwojennym Lwowie - wywiad z Żanną Słoniowską

Mam przyjemność zaprezentować Wam wywiad jakiego udzieliła mi Żanna Słoniowska, autorka książki Dom z witrażem, Ukrainka o polskich korzeniach, dziennikarka i tłumaczka. W konkursie zorganizowanym przez Wydawnictwo Znak Literanova na najlepszą powieść, zostawiła konkurencję daleko w tyle. Subtelną historią o ciemiężonej Ukrainie, gdzie miłość przeplata się z nienawiścią, strach z pragnieniem wolności, a miłość ze sztuką, zachwyciła m.in. Sylwię Chutnik i Justynę Sobolewską. Kim zatem jest ta utalentowana i niezwykle sympatyczna autorka? Podam jedynie kilka faktów: urodziła się w 1978 roku we Lwowie. W jej domu idealnie odzwierciedlała się wielokulturowość miasta rodzinnego – mówiono w nim po rosyjsku, ukraińsku i polsku. Dziś Słoniowska posługuje się nienagannym językiem polskim, którego nie nauczyła się w szkole, ale dzięki babci. Obecnie mieszka w Krakowie, ma męża Polaka, rozwija swój intrygujący projekt - 'Żywy podręcznik historii' i już pisze kolejną książkę!


• Agnieszka Biczyńska: Jaka była Pani pierwsza myśl, kiedy usłyszała Pani, że to właśnie Pani tekst wygrał w konkursie organizowanym przez Wydawnictwo Znak?

Żanna Słoniowska: Bardzo się ucieszyłam, zadzwoniłam do męża i poprosiłam, aby wstawił do lodówki butelkę gruzińskiego szampana. Cieszyłam się z wygranej, a nade wszystkim z wydania książki, bo przez lata pracy nie miałam gwarancji, że nie piszę do szuflady.

• A.B.: Czy należy Pani do grona ludzi pióra, którzy czytają każdą recenzję, skrupulatnie sprawdzają, na którym miejscu na liście bestsellerów znajduje się ich publikacja? Czy podchodzi Pani raczej do tego z dystansem, pisząc dla siebie samej, realizując swoją pasję bez (aż tak) wielkich emocji?

Ż.S.: To jest odwieczny spór: czy istnieje pisarz bez czytelnika? Ja piszę dla ludzi, im chcę opowiadać bardzo ważne dla mnie historie. Kiedy miałam, czy mam złe dni i nachodzą mnie wątpliwości czy moja praca ma sens, wyobrażam sobie którąś z tych wspaniałych, mądrych, myślących i głębokich kobiet, które są moimi czytelniczkami, które żyją literaturą, przeżywają ją bardzo głęboko, a potem chcą się dzielić przemyśleniami. Otóż, ważna jest dla mnie moja „praca w podziemiu“ czyli próby wydobycia własnego, niezależnego głosu w sztuce, a równocześnie ważny jest odbiór, czyli spotkania autorskie, opinie czytelników, ilość sprzedanych egzemplarzy.

• A.B.: Do kogo Pani pisze? Kim jest Pani czytelnik/czytelniczka? Jak sobie Pani jego/ją wyobraża?

Ż.S.: Częściowo odpowiedziałam na to pytanie wcześniej. Piszę dla ludzi, którzy nie szukają w życiu i w sztuce łatwych odpowiedzi, bo w mojej prozie ich nie ma. Wydaje mi się, że Dom z witrażem ma tak, jakby kilka warstw: historię kraju i historię rodziny, osobistą mapę Lwowa, przewodnik po emocjonalności bohaterek. Zauważyłam, że czytelnicy w zależności od kraju pochodzenia (tu mam na myśli, na przykład to czy ktoś się wychował w Polsce czy w ZSSR), oczytania, zawodu czy wrażliwości skupiają się na tej warstwie, która jest im bliższa. I to mi się bardzo podoba. Uwielbiam słuchać o tym, co kto odkrył w mojej książce, bo każdy czyta przecież przez siebie. Widzę, że jest sporo ludzi, którym moje pisanie otwiera w życiu to czy owo, dla nich chcę pisać.

• A.B.: Mówiła Pani w jednym z wywiadów: W trakcie pisania tej książki krew przelana za wolną Ukrainę była fikcją. Niestety w lutym 2014 roku przestała nią być. Czy podświadomie czuła Pani, że Rosja posunie się aż tak daleko?

Ż.S.: Wszystko, co się podziało w Ukrainie w latach 2013-2014 było dla mnie wstrząsem. Majdan przeżyłam jako głębokie katharsis, chociaż oglądałam go przecież tylko na ekranie komputera. Co do wojny z Rosją, to pamiętam, jak w poprzednich latach żartowaliśmy w rodzinie: 'A co, jeśli Rosja napadnie Ukrainę...' Nikt chyba nie był w stanie wziąć tego na poważnie. Moja przyjaciółka mówi tak: 'Dobrze, że dziadek umarł wcześniej, bo wraz z Rosjanami przeszedł II wojnę światową i wieść o rosyjskiej agresji mogłaby go zabić'.

• A.B.: Obraz kobiet, który Pani proponuje czytelnikowi w swojej pierwszej powieści, nie jest bynajmniej stereotypowy. Ani Prababka, ani Aba, ani tym bardziej Marianna, nie mają możliwości, by ich kobiecość rozkwitła, by miały szansę zająć się ‘babskimi’ sprawami. One nawet chyba nie mają czasu, by o nich pomyśleć. Pani bohaterki są skoncentrowane na polityce, historii, ewentualnie sztuce, którą i tak sytuacja w kraju przyćmiewa. Czy Ukrainki/Lwowianki zajmują jedynie sprawy najwyższej wagi?

Ż.S.: Sądzę, że chodzi o fenomen kobiet na całym terenie byłego ZSSR, kobiet należących do tak zwanej inteligencji pracującej. Przeważnie żyły w straszliwych warunkach bytowych – na śmiesznie małym metrażu, kiedy każda najprostsza rzecz - mleko, rajstopy, lampa czy krzesło była nie zdobycia bez znajomości, łapówki czy wyjątkowego fartu. Ta wymuszona asceza sprawiła, że skupiły się na wartościach i ideach, na książkach i obrazach. Aż do przesady gardziły drobnomieszczańskimi przyjemnościami. Ten duch wciąż obecny jest u współczesnych ukraińskich intelektualistek, chociaż wiele z nich już ma dostęp do pięknych sukienek czy eleganckich kawiarni.

• A.B.: Do której z bohaterek jest Pani najbliżej? Czy może Pani identyfikować się z którąś z nich?

Ż.S.: W każdej z nich jest jakaś część mnie.

• A.B.: Czy na Ukrainie są nadal domy z witrażami – takie jak ten, który Pani opisuje w książce?

Ż.S.: Secesyjne witraże w kamienicach na terenie obecnej Ukrainy powstawały na przełomie XIX i XX wieku czyli musiały przetrwać wielokrotne przesunięcia granic, kilka wojen, a właściciele i mieszkańce tych kamienic byli w tym czasie zabici, deportowani czy ekspatriowani. Trudno się dziwić, że po tym wszystkim z witraży pozostały szczątki...

• A.B.: Gdyby miała Pani opisać ‘swój’ Lwów jednym zdaniem, to jak by ono brzmiało?

Ż.S.: Piękno, historia, twórczy chaos.

• A.B.: Czy planuje Pani kontynuację Domu z witrażem? A może już pisze Pani coś nowego?


Ż.S.: Piszę teraz powieść, której bohaterami są Ukraińcy mieszkający w Krakowie.

• A.B.: Proszę opowiedzieć nam o swojej inicjatywie, która mnie osobiście bardzo zaintrygowała, a mianowicie o projekcie 'Lwów przedwojenny oczami świadków historii'.


Ż.S.: Jest to projekt historii mówionej, który zrealizowałam w dwóch turach: w latach 2011 i 2013. Nagrałam na kamerę wspomnienia 35 lwowian, którzy pamiętali miasto przed 1939 rokiem, spotkałam się z nimi we Lwowie, Krakowie, Warszawie, pomniejszych polskich miastach, a także w Wiedniu. Każdy wywiad przebiegał według tego samego schematu, pytałam m.in. o współżycie różnych narodowości, o dwie okupacje sowieckie i okupację niemiecką, o Lwowie sowieckim. Rozmawiałam z Polakami, Ukraińcami, Żydami, Ormianami i jednym Niemcem, ponadto byli to ludzie o bardzo różnym wykształceniu i poglądach, stąd relacje o tych samych wydarzeniach nie zawsze były podobne, a nieraz sprzeczne. Mój pomysł był taki, żeby te sprzeczności (zazwyczaj oddzielone od siebie murem nie do przebicia, na który składa się nieznajomość języków obcych i skupianie się na własnej perspektywie narodowej) połączyć 'pod jednym dachem'. Nazywam to 'Żywym podręcznikiem historii', wszystkie relacje są dostępne w internecie na stronie lwowprzedwojenny.eu.

• A.B.: Jak i gdzie widzi siebie Pani za 10 lat?

Ż.S.: Chciałabym nadal móc pisać powieści. Poza tym moje dzieci już będą duże więc być może uda mi się trochę więcej pojeździć po świecie.

A.B.: Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę Pani kolejnych sukcesów oraz wielu wiernych czytelników.

Moją recenzję Domu z witrażem możecie przeczytać tutaj