niedziela, 14 grudnia 2014

Kryptonim Verity - Elizabeth Wein

„Kryptonim Verity” nie miał być z założenia podręcznikiem historii. Jego autorka, Elizabeth Wein, nie pozostawiła czytelnikowi złudzeń, informując go, iż ta publikacja to wytwór jej wyobraźni. Starała się jednakże zrobić wszystko, by realia stworzone przez nią były wiarygodne, toteż jak sama przyznała [z]a każdym szczegółem i epizodem tej książki kryje się jakaś prawdziwa historia. Świadoma, że wyczulony odbiorca może doszukać się ewentualnych pomyłek czy niezamierzonych niedokładności, w końcowych uwagach prosiła o wyrozumiałość. Nie tropiłam błędów i nieścisłości historycznych. Zasiadłam do „Kryptonimu…” zachęcona pozytywnymi opiniami i samą tematyką utworu. Nie zawiodłam się, choć nie ukrywam, że początkowo chciałam zaniechać lektury…

Julia Lindsay MacKenzie Wallace Beaufort-Stuart (w skrócie: Julie) i Margaret Brodatt (Maddie) to dwie młode Brytyjki, które zaprzyjaźniły się ze sobą podczas drugiej wojny światowej. Zatrwożone losem własnego kraju, pełne odwagi, ochoty do działania oraz pasji, bez wahania rzuciły się na pomoc ojczyźnie. Pozbawione kompleksów, nie bojące się walczyć ramię w ramię z mężczyznami, rewelacyjnie uzupełniały siebie nawzajem. WAAF (Ochotnicza Służba Lotnicza), ATA (Air Taxi), SOE (Kierownictwo Operacji Specjalnych), to organizacje, z którymi związały swe losy, udowadniając, że płeć piękna w niczym nie ustępuje brzydkiej. Początkowo Maddie majstrowała przy silnikach, impregnowała brezentowe skrzydła i zawierała nowe przyjaźnie. Samoloty jednakże szybko stały się jej największą pasją. Była świetna w nawigacji powietrznej, ukończyła kurs obsługi radaru i awansowała do stopnia oficerskiego. Przełożeni szybko dostrzegli ponadprzeciętne zdolności kobiety i jej ‘najbystrzejsze oczy na całym Oakway’, a w konsekwencji tego zaproponowali kolejne tajne szkolenia. Razem z Julie przerywała naloty bombowców i naprowadzała obce samoloty. Jej wymagające zadania, którym poświęcała się całkowicie, w cięższych chwilach budziły wątpliwości natury moralnej: Każdy bombowiec, który dostarczam, wykonuje zadania operacyjne i zabija ludzi. Cywilów, takich jak moi dziadkowie, dzieci. Chociaż nie robię tego własnymi rękami, ale jakąś odpowiedzialność ponoszę. Przywiozłam też ciebie…

Julie pracowała w wywiadzie, miała kilka tożsamości (była np. Evą Seiler, Scottie, Qunnie): Uwielbiałam grę aktorską, udawanie, a związaną z tym tajemniczością, pochlebiałam sama sobie, że jestem taka ważna. Od czasu do czasu wyciągałam od moich klientów Bardzo Istotną Informację. Jak lokalizacja lotnisk, typy samolotów i takie tam. Praca dawała jej satysfakcję, ale było w nią wkalkulowane duże ryzyko. 11 października 1943 roku brytyjski samolot szpiegowski pilotowany przez Maddie rozbił się w okupowanej przez Niemców Francji. Na jego pokładzie była również Julie, która przeżyła wyskakując z niego ze spadochronem, będąc przekonaną, iż jej droga przyjaciółka nie przeżyła tej katastrofy. Być może właśnie ze względu na tę tragedię, tak łatwo wpadła w ręce gestapo na jednej z francuskich ulic. By ocalić swe życie, miała napisać, wszystko, co pamięta[…], na temat tak zwanego brytyjskiego wysiłku wojennego. Dostała papier i dwa tygodnie czasu, by spisać swoje wspomnienia, w których celowo sięgała pamięcią daleko wstecz. Początkowo czytelnik nie wie, czy to, co pisze Julie w swym 'pamiętniku' jest prawdą czy nie. Szczególnie, kiedy natrafia fragmenty takie jak ten: Nie bierzcie na serio żadnego podanego przeze mnie kierunku, po którym podaje lokalizację kolejnych tajnych lotnisk. To wzmaga irytację i nasuwa pytania, czy Julie jest kolaborantką czy jednak nie i czy hitlerowcy pozwolą jej przeżyć... Wyjaśnienia tych zawiłości, szukać należy w drugiej części książki, zawierającej zapiski Maddie.

Autorka opisując przyjaźń między kobietami, ich zmagania podczas wojennej zawieruchy, subtelnie ukazuje ówczesną rzeczywistość. Dotyczy ona nie tylko straszliwych tortur, jakim była poddawana Julie, kiedy trafiła do niewoli (przez prawie miesiąc głodzili ją w ciemności i pozbawili ubrania, wymiotowała i wycierała nos we własne włosy, nadziewano ją na rożen i przypiekano, itd.), ale sygnalizując wcześniejsze przejawy antysemityzmu w Manchesterze jeszcze przed wybuchem wojny (kiedy na ulicy faszyści mówili Maddie, że jej dziadek sprzedaje motory Żydom, albo że motor jego wnuczki jest żydowski). Już wtedy widać stopniowy wzrost niepokojących nastrojów, które z czasem osiągną apogeum i poprowadzą świat ku zagładzie. Chwile nieustannej grozy to większość wspomnień Maddie i Julie. Cała ich młodość przypadła na nieludzki czas wojny, toteż zamiast się bawić i beztrosko używać życia, młode kobiety musiały stać na posterunku bez względu na wszystko: Nagła groza spadających bomb nie da się porównać z nieustannym, dojmującym strachem przed wykryciem i aresztowaniem. To uczucie nigdy mnie nie opuszcza. Nie ma żadnego momentu ulgi, nigdy nie odezwie się wyczekiwany sygnał odwołanego alarmu. Zawsze ma się lekkie mdłości, widząc, że w każdej chwili może się zdarzyć to najgorsze. Po wypadku, kiedy Maddie trafiła do przedstawicieli francuskiego ruchu oporu i ukrywała się w stodole miała świadomość tego, na co narażają się ludzie, którzy ofiarowali jej odzież, jedzenie i dach nad głową (to świetna lekcja dla młodzieży, obrazująca oblicze prawdziwego humanitaryzmu i ludzkiej solidarności ponad narodami) - Stanowię wielki ryzyko - zagrażam nie tylko sobie samej, ale też całemu mojemu otoczeniu. Bo przecież ludzie w momencie zagrożenia życia zachowywali się różnie, przy okazji nieświadomie ukazując swoje prawdziwe ja. Przeważnie chcieli chronić siebie, swoich najbliższych, więc przykładowo kiedy na ulicy wybuchała jakaś bójka, odwracali wzrok, żeby uniknąć kłopotów. Różnie radzili sobie również najbliżsi osób bezpośrednio zaangażowanych w walkę zbrojną czy wywiadowczą. Czasem ich zachowania mogły wydawać się irracjonalne, dopiero z upływem czasu pojmowano je i odnajdowano w nich sens. Teraz rozumiem, dlaczego […] matka [Julie] bawi się w panią Darling i pod nieobecność swoich dzieci zostawia w ich sypialniach otwarte okna. Dopóki możesz udawać, że wrócą, masz nadzieję, pisała Maddie o matce nieodżałowanej przyjaciółki. Każdy radził sobie z koszmarem wojny jak potrafił, co nie znaczy, że od razu załamywał ręce i zapominał o (choćby mikroskopijnych) przyjemnościach… Margaret Brodatt nawet podczas wojny czuła się kobietą i dostrzegała swoje niemodne ubranie, otrzymane od dobrotliwych opiekunów we Francji: Mitraillette ma inny wymiar talii i bioder, jej rzeczy na mnie nie pasują, więc muszę nosić sukienkę jej matki – niemodną, prostą, w jakiej żadna szanująca się dziewczyna z mojego pokolenia nie chciałaby umrzeć. Oczywiście, to nie rzeczy tak powierzchowne i błahe były najważniejsze. Ludzie czynni w obronie kraju, kiedy zostawali pozbawieni swych zadań, czuli się jak pasożyty, cierpieli z powodu braku zajęć, a w głowie pojawiał im się natłok myśli i strach przed konsekwencjami swych działań: [C]zuję się taka bezużyteczna! Całymi dniami się skrywam, wszyscy koło mnie skaczą, ryzykując życie, obsługują mnie, karmią, chociaż sami muszą liczyć każdy okruszek… Nie mogę nawet uprać własnych majtek… I co będzie, jak wrócę do kraju? Pewnie i tak wsadzą mnie do paki za oszukiwanie przełożonych, podprowadzenie samolotu RAF-u i rozbicie go we Francji… , martwiła się Maddie. I choć widząc jej zdolności i zaangażowanie mówiono jej, że urodziła się by być żołnierzem, ona odrzucała ten tok rozumowania, twierdząc: Nie urodziłam się na żołnierza, po prostu toczy się wojna, więc transportuję samoloty. Ale nie rozglądam się za przygodami, nie szukam ani dreszczyku sensacji, ani zwady. Po prostu lubię, żeby wszystko działało, jak należy. I kocham latać. Bo przecież czasów, w jakich przychodzi nam żyć nikt nie wybiera, a naszych pasji nie może (na szczęście!) pozbawić nas żaden okupant…

„Kryptonim Verity” to lektura trzymająca w napięciu do samego końca. To historia nieprzewidywalna, wyraźnie dopracowana i ciekawa. Nawet jeśli nie jest prawdziwa, to i tak staje się hołdem dla mężnych kobiet, które odegrały wielką rolę podczas drugiej wojny światowej, a o których (bohaterskich, a jakże!) czynach tak często zapominamy czy też tak łatwo je deprecjonujemy. Książka ta ma jeszcze jedną istotną zaletę – widać w niej pasję, pełne zaangażowanie, ogromną pracę oraz oryginalny pomysł jej twórczyni - Elizabeth Wein. To właśnie dla takich publikacji warto zarywać noce :-) Polecam gorąco!

Cytaty za: Kryptonim Verity - Elizabeth Wein, PWN, Warszawa 2014.

Ocena 5/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu PWN





wtorek, 2 grudnia 2014

Niżyński. Bóg tańca - Lucy Moore

Urodziliśmy się jako artyści tańca. Nasze tańczące ciała, dziedzictwo po rodzicach, przyjęliśmy bez zastrzeżeń. Teatr i taniec od urodzenia były dla nas naturalnym sposobem życia. Zupełnie jakby teatr stanowił nasz żywioł, w którym wszystko współgrało z naszą duszą. Tak o dzieciństwie swoim i swego brata pisała Bronisława Niżyńska, siostra człowieka, który zrewolucjonizował balet – genialnego Wacława. „Niżyński. Bóg tańca” Lucy Moore to rzetelnie spisana historia legendy, geniusza, skandalisty, biseksualisty i wreszcie schizofrenika. To biografia, która przenika czytelnika na wskroś, która pozwala obserwować rozkwit niezwykłego talentu, cieszyć się sukcesami wspaniałego tancerza, a następnie każe mu cierpieć razem z artystą pogrążającym się w odmętach szaleństwa…

Urodził się 12 marca 1889 w Kijowie. Jego rodzice, Tomasz i Eleonora byli zawodowymi tancerzami, choć żadne z nich nie pochodziło z artystycznej rodziny. Wacław nie miał lekko w życiu. Rodzice z racji wykonywanego zawodu mieli ciągłe kłopoty finansowe. Żeby móc się utrzymać, nie odrzucali żadnej oferty pracy (także tej w cyrku). Dzieci zabierali oczywiście ze sobą, dlatego też dzieciństwo upłynęło im głównie w teatrach (co nie jest bez znaczenia w przypadku dróg, jakie obrali). Rodzinę dość wcześnie i zupełnie niespodziewanie opuścił mąż i ojciec w jednej osobie, Tomasz Niżyński, by związać się z inną kobietą. Młody Wacław ogromnie przeżył jego występek, nigdy mu nie wybaczył, że zostawił rodzinę na pastwę losu. Od tej pory to matka musiała walczyć z całych sił, by jej ukochane dzieci miały wszystko, co najlepsze. To dla nich przeniosła się do Petersburga, gdzie mieściła się Carska Szkoła Teatralna mogąca zapewnić im przyszłość. Początki w elitarnej placówce nie były łatwe – szybko dostrzeżono obcy akcent i ubóstwo nowego ucznia. [Wacław] spotykał się z pogardą rówieśników, był pomijany we wszystkich szkolnych zabawach i przy każdej okazji dawano mu do zrozumienia, że jest gorszy. Pomiatano nim, lekceważono go i wykpiwano, nikt nie chciał z nim siedzieć w jednej ławce czy wspólnie zjeść obiadu. Wrażliwy młodzieniec czuł się outsiderem i dostrzegał w sobie chęć walki z obojętnym i nieczułym światem, co zostanie mu już do końca życia... Ale wykładowcy darzyli go specjalnymi względami, bo znakomicie sobie radził na lekcjach tańca, muzyki i rysunku (gorzej szło mu jedynie z przedmiotami ogólnymi). Błyskawicznie znalazł uznanie w oczach krytyków, którzy uznali go za najbardziej wyróżniającego się debiutanta, a jego taniec określali jako ‘zwizualizowaną muzykę’. Podkreślano, iż Wacław odznaczał się rzadką, wręcz nieziemską cechą. Nie tracąc naturalności, przemieniał się w tańcu, stawał się ‘podniosły, dynamiczny, wolny i jakże pełen uniesienia.’ Cudowny skok, podczas którego wydawał się wisieć w powietrzu, to było znacznie więcej niż techniczna doskonałość (…). Niektórzy nazywali go ‘młodym dzikusem’ (na ogół porozumiewał się bowiem za pomocą gestów, a nie słów i nie patrzył w oczy rozmówcy), ale to właśnie ów dziwak był najjaśniejszą gwiazdą teatrów carskich. On sam był zresztą przekonany, że jest największym tancerzem swojej epoki (a nawet że tańczy jak Bóg!). Jego celem była doskonałość - maksymalnie napinał mięśnie, ćwiczył z przesadną mocą każdy ruch, jaki miał wykonać na scenie, budując 'rezerwę siły’, żeby w trakcie występu wszystkie ruchy zdawały się łatwe i niewymagające wysiłku. Uważał, iż taniec powinien być tak prosty jak oddychanie i chociaż każdy krok jest odrębnym ruchem, musi się wydawać naturalną i harmonijną konsekwencją wszystkich wcześniejszych ruchów i realizował to na scenie. Był przy tym jednocześnie wielką 'dumą i radością impresaria'. Nie dziwi zatem jego odurzenie sukcesem: Czekało na niego wszystko, o czym mógł marzyć: zachwyceni widzowie, przychylne recenzje, twórcze spełnienie (…). Lucy Moore konsekwentnie ukazuje, jak się zmieniał, jak cieszył się sukcesami swojej pracy, jak dojrzewał, jak niestrudzenie dążył do perfekcji oraz jak bardzo emocjonalnie przeżywał każdą najmniejszą nawet porażkę: Jeśli czuł, że jego występ nie był doskonały, potrafił pozostać w ciemnym teatrze, który wszyscy już opuścili, i wciąż od nowa powtarzać kroki. Nawet kiedy był z siebie zadowolonym nie przestawał tańczyć jeszcze przez chwilę po ukłonach (…). Kiedy niespodziewanie został zwolniony za nieodpowiedni i nieprzyzwoity kostium prezentowany w obecności Jej Cesarskiej Mości Marii Fiodorowny, matki cara, natychmiast stał się artystą Baletów Rosyjskich pod wodzą ich impresario - Siergieja Pawłowicza Diagilewa. Cała trupa wyjechała do Paryża i rzuciła urok na paryską publiczność. Bywalcy tamtejszych salonów prześcigali się w pochwałach, a kariera Niżyńskiego kwitła w najlepsze. Już w wieku 24 lat zadebiutował jako choreograf. Jego pierwszym dziełem było "Popołudnie fauna", w którym wystąpił w tytułowej roli (co ciekawe, zawsze sam się charakteryzował, a kostium i makijaż uważał za istotną część tworzonej przez siebie postaci). Skonstruował balet, który odbierał piękno, wdzięk i był sprzeczny z obowiązującym kanonem, czym narażał się współczesnym. Szokował nowoczesnością, doborem muzyki, która nie ‘wiązała tańca’, raczej stanowiła jego siłę napędową, a wielu postrzegało pełen wyzwań styl rzeźbiarskiej wręcz choreografii Niżyńskiego jako obelgę dla tradycji. Kiedy pracował z tancerzami nie brał pod uwagę ludzkich ograniczeń, a próby ciągnęły się w nieskończoność: Taniec nie może być pracą, taką jak chodzenie do biura. Jest wszystkim, mówił. Pozbawiony temperamentu, oddany ideałom, które wyznawał, był ‘prawdziwym artystą, kroplą czystej sztuki’ i tylko ona miała znaczenie…

Niżyński jak każdy prawdziwy artysta od dziecka wykazywał się ogromną wrażliwością. Autorka kreśli ramy społeczno-historyczne, dzięki czemu czytelnik rozumie, w jakiej rzeczywistości żył ‘bóg tańca’. Obracał się w homoseksualnym towarzystwie rozwiązłych książąt i mecenasów sztuki, którzy porównywali poderwanych przez siebie chłopców, mieli wspólnych kochanków i wymieniali się nimi (wymiana lub przekazywanie sobie kochanków były czymś zwyczajnym w grupie ważnych homoseksualistów). Nieśmiały i nieobyty Niżyński najpierw został kochankiem księcia Pawła Lwowa, a następnie Diagilewa, swego impresario. W dramatycznym wpisie w dzienniku Wacława znajdziemy takie oto wyznanie dotyczące tego drugiego: Nienawidziłem go za zbyt stanowczy głos, ale poszedłem szukać szczęścia. Znalazłem tam szczęście, gdyż od razu go pokochałem. Drżałem jak liść osiki. Nienawidziłem go, ale udawałem, gdyż wiedziałem, że moja matka i ja umrzemy z głodu. Poznałem się na Diagilewie od pierwszej chwili i dlatego udawałem, że zgadzam się ze wszystkimi jego poglądami. Zrozumiałem, że żyć trzeba, i dlatego było mi wszystko jedno, na jakie poświecenie się godzę. Dzięki wpływowemu kochankowi Wacław tańczył wszystkie główne role. Z czasem okazało się, że przemęczony, oszołomiony baletmistrz potrzebuje odpoczynku i poczucia stabilizacji, żeby tworzyć nowe dzieła. Nieustanne przenosiny i ciągłe przebywanie pośród obcych posługujących się nieznanymi językami wyczerpywały go. Niestety, nie znalazł zrozumienia. Diagilew, by kontrolować każdy ruch Niżyńskiego, zbudował wokół niego mur, przez który nikt nie mógł się przebić. Wśród osób, z którymi mógł się kontaktować byli jedynie znajomi twórcy Baletów Rosyjskich, wśród których Niżyński nie czuł się dobrze - uważali, że jest dziecinny, zamknięty w sobie i nie zna dobrych manier. [D]ozwolony był tylko jeden wszechpotężny cel-nieśmiertelność. Dozwolony był też szampan, ale Wacław rzadko pił. Tancerz poczuł się osaczony i zmęczony. Ciężko i dużo pracował, miewał humory, był notorycznie podenerwowany i wszystko doprowadzało go do furii. Przyczyn takiego stanu rzeczy należy doszukiwać się w fakcie, iż nie miał domu, ani czasu na odpoczynek, brakowało mu ojczyzny i przyjaciół. Ale to samotność bolała najdotkliwiej. Prawdopodobnie nieobecność Diagilewa oraz wspomniane wyalienowanie wykorzystała węgierska tancerka, Romola de Paluszky, by zostać jego żoną. Zakochanej kobiecie Enrico Cecchetti radził: Uważaj, Niżyński jest jak słońce, które mocno świeci, ale nigdy nie grzeje, ale nie odstraszył jej od zamiaru zamążpójścia tym stwierdzeniem. Niestety, to właśnie od tego momentu zaczyna się najtragiczniejszy i najsmutniejszy okres w życiu Wacława. A świadomość, że zniszczyli sobie nawzajem życie, wszystko dodatkowo pogarszała…

Na krótkie wspomnienie zasługuje bez wątpienia jeszcze wątek związany z ojcostwem. Wacław był ogromnie szczęśliwy, kiedy w Wiedniu na świat przyszła jego córka Kira. Kiedy mamka nie chciała dłużej karmić Kiry, Wacław przejął opiekę nad dzieckiem, nauczył się sterylizować butelki, przygotowywać mleko i sam ją karmił. Pomalował wielki pokój dziecinny oraz meble na jasne kolory, tak że przypominał ‘zaczarowaną chatę z rosyjskiej bajki’. Spędzał z nią długie godziny, bawił się jak dziecko, a ona nazywała go ‘Tataką’ i kochała ponad wszystko. Niżyński przyznawał otwarcie, iż uwielbiał życie domowe, zabawy z Kirą, rąbanie drewna na opał, wylizywanie miski, w której przygotowywano ciasto. Kocham życie rodzinne. […] Lubię bawić się z dziećmi. Rozumiem dzieci. Jestem ojcem. Jestem człowiekiem żonatym. Niestety, nawet ukochane córki (miał jeszcze drugą - Tamarę) nie ustrzegły go przed chorobą psychiczną…

Wacław Niżyński postrzegany był najczęściej wśród ówczesnych elit towarzyskich jako niezdarna istota, która jedynie na scenie stawała się kimś innym. Uważano go za ‘genialnego idiotę’, a jedyny geniusz, jaki mu przyznawano, był podświadomy. On sam nie potrafił żyć w normalnym świecie (nie umiał np. zarezerwować sobie pokoju w hotelu) i właśnie dlatego potrzebował pomocy kogoś, kto zadbałby o jego interesy. Kogoś takiego jak Diagilew. Wyprzedzał nas o całe stulecia. Potrzebował kogoś, kto mówił jego własnym językiem. [Ale] tylko nieliczni [go] rozumieli, zgodnie twierdzili inni baletmistrze po jego śmierci. Łączył seksualność tancerza ze sztuką absolutną, a na scenie otaczała go niewidoma, acz wyczuwalna aureola. Zdawał się należeć do ‘odrębnej rasy, był z innego tworzywa niż inni, całkowicie identyfikował się ze swoją sztuką. Nie wyróżniał się niczym w życiu prywatnym, ale miał bardzo wyrazistą osobowość sceniczną (tak, wybierał niezwykłe role, niemal zwierzęcopodobne, mitologiczne czy nierealne), dzięki czemu stał się obsesją publiczności. To za pośrednictwem własnego ciała komunikował się z widzami, a oszczędne gesty wyrażały złożone emocje. W każdej roli inny, każdą całkowicie pochłonięty, nie tylko zewnętrznie, ale i duchowo.

Biografia Wacława Niżyńskiego pióra Lucy Moor to publikacja niezwykle ciekawa, okraszona obszerną bibliografią i zawierająca libretto do baletu (oparte na życiu genialnego baletmistrza, w trzech aktach). Autorka nie tylko przedstawiła fakty, wypowiedzi różnych osób czy fragmenty dziennika Wacława, ale z tego materiału sama próbowała wysnuć wnioski, często podważając lub demaskując niektóre epizody z życia tancerza i ludzi, którzy gromadzili się wokół niego. Jestem przekonana, że nie trzeba być fanem Wacława Niżyńskiego, by sięgnąć po „Boga tańca”. To rzetelnie napisana biografia człowieka, którego talent, pasja oraz tragiczny splot wydarzeń doprowadziły do choroby psychicznej i smutnego końca. Polecam gorąco.

Cytaty za: Niżyński. Bóg tańca, Lucy Moore, Marginesy, Warszawa 2014.

Ocena 5+/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Marginesy.


środa, 26 listopada 2014

Dyskretny bohater - Mario Vargas Llosa

„Dyskretny bohater” to druga powieść Mario Vargasa Llosy napisana po otrzymaniu literackiej Nagrody Nobla. U niektórych czytelników znów skutecznie wzrosły literackie apetyty i obudziły się wielkie oczekiwania, którym niełatwo sprostać nawet nobliście. Czy wydana właśnie na polskim rynku powieść obyczajowa z wyczuwalną nutą rozrywki, w której króluje wątek sensacyjno-miłosny spełni pokładane w niej nadzieje? Czy równolegle opowiedziane dwie historie (które na końcu pięknie się łączą), ze znanymi z poprzednich książek Llosy barwnymi bohaterami (z "Zielonego domu", "Pochwały macochy", "Kto zabił Palomina Molero?", "Litumy w Andach"), napisane żywym językiem zadowolą nawet najbardziej wybrednych recenzentów? Wreszcie, czy wartka akcja, wielkie pieniądze, ogromne namiętności i bolesne zdrady wystarczą, by ta proza nie pozostawiła ich rozczarowanymi? Najnowszej powieści daleko do genialnej „Rozmowy w katedrze”, ale kto odważny, niechaj czyta…

55-letni Felicito Yanaque ma dwóch dorosłych synów - Miguela i Tiburcio oraz żonę – Gertrudis i jest dumnym właścicielem Przedsiębiorstwa Transportowego Narihuala w Piurze. To człowiek powszechnie szanowany, energiczny, pełen zapału do pracy. Pewnego dnia znajduje na drzwiach swego domu kopertę z listem od szantażystów, którzy żądają pieniędzy w zamian za ochronę jego, jego rodziny i firmy. Mężczyzna jest tym faktem oburzony, nie zamierza zapłacić haraczu, a sprawę niezwłocznie zgłasza sierżantowi Litumie. Po drugim anonimie zamieszczonym na drzwiach domu jego kochanki, Mabel, dzielny pan Yanaque posuwa się o krok dalej i zamieszcza w gazecie ogłoszenie, w którym informuje szantażystów, iż nie da im ani grosza. W głowie ma wciąż słowa ukochanego ojca wypowiedziane tuż przed śmiercią: Nigdy nikomu nie pozwól się sponiewierać, synu. Ta rada to jedyny spadek, jaki ci zostawiam, i to one utwierdzają go w przekonaniu, że dobrze postępuje nie uginając się przed złoczyńcami i rozpoczynając otwartą walkę z przestępczością. Mieszkańcy Piury uważają go za bohatera, bo jest jedynym, który ma odwagę głośno zaprotestować, podczas gdy prawie wszystkie firmy przewozowe w tym mieście po cichu płacą mafii. Czy Felicito pozostanie niezłomny nawet wtedy, gdy przestępcy spalą jego biuro i porwą jedyną kobietę, którą kocha? Czy stróżom prawa uda się wyjaśnić, kto stoi za tymi aktami terroru i ochronić rodzinę pana Yanaque?

Druga historia związana jest z postacią 62-letniego don Rigoberto i jego rodziną (żoną Lukrecją i synem Fonsito) oraz Ismaelem Carrerą, z którym od ponad 30 lat łączy go serdeczna przyjaźń. Do tej pory mężczyzna zarządzał firmą ubezpieczeniową przyjaciela, ale teraz chce odejść na wcześniejszą emeryturę, by móc spełniać swoje marzenia – oddawać się swoim pasjom, móc bez przeszkód podróżować do ukochanej Europie, zgłębiać tajniki wiedzy, itp. Jego plany niespodziewanie krzyżują synowie Ismaela. Po tym jak Rigoberto zostaje świadkiem na ślubie Carrery z jego własną, dużo od niego młodszą służącą, młodzieńcy robią wszystko, by zmusić go do złożenia zeznań, w których miałby przyznać, iż ich ojciec nie był w pełni władz umysłowych, żeniąc się z kobietą spoza ich kasty. Kiedy ich groźby nie przynoszą efektu, a świeżo upieczony małżonek niespodziewanie umiera i istnieje realna możliwość, że macocha sprzątnie im sprzed nosa duży majątek, sięgają po inne środki. Wstrzymują procedurę emerytalną don Rigoberta i uruchamiają nowe śledztwo w sprawie domniemanej działalności na niekorzyść firmy ich ojca. To niestety nie koniec kłopotów bohatera. Również jego ukochany syn, Fonsito, przysparza mu zmartwień. Chłopiec od dłuższego czasu informuje rodziców, iż regularnie widuje tajemniczego starszego mężczyznę - Edilberta Torresa, którego niestety nikt inny poza nim nie dostrzega. Don Rigoberto natychmiast identyfikuje go z diabłem, ale czy rzeczywiście są powody do obaw? Kim jest Torres, czy w ogóle istnieje i jak potoczą się losy krnąbrnych synów Ismaela i ich macochy?

W „Dyskretnym bohaterze” pośród dwóch wiodących historii Mario Vargas Llosa sprytnie portretuje również swoją ojczyznę - Peru. I choć na pierwszy rzut oka kraj miewał się dobrze, prawo było stabilne, a inwestycje rosły, to nie wszystko zdaje się być tak różowe. Noblista dość krytycznie przedstawia młodzież z porządnych domów, która nie stroni od używek, ‘małpiego żargonu i połykania sylab’. Poza tym autora boli rasizm panujący w Limie, mierżą go relacje społeczne przesycone uprzedzeniami klasowymi, mająca się dobrze przestępczość, liczne intrygi i rodzinne konflikty. Obraz tego kraju tworzą również niebezpieczne ulice i skrzyżowania, na których nie przestrzega się przepisów drogowych, gdzie kierowcy je[żdżą] (…) tak, jakby ich głównym celem było rozjechanie pieszego czy rowerzysty, a nie doprowadzenie pojazdu do bezpiecznego portu, ale i jego zwykłe, codzienne oblicze - w kinach w repertuarze znaleźć można „Piratów z Karaibów” i „Skrzynię umarlaka”, młodzież kupuje płyty Justina Bibera, a wiadomości szerzą się poprzez blogi czy portale społecznościowe. Autor wyraża się również krytycznie w stosunku do świata mediów i dziennikarzy peruwiańskich, którzy zamiast informować, zaciera[ją] wszelki[e] różnic[e] między kłamstwem a prawdą, zastęp[ują] rzeczywistoś[ć] fikcją, w której przelewa[..] się oceaniczny bezmiar kompleksów, frustracji, nienawiści i traum publiczności zżeranej resentymentem i zazdrością. Należy w tym miejscu wspomnieć, iż w "Dyskretnym bohaterze" zaznaczony jest również wątek podróży do Europy (drugiego domu Llosy) jako nagrody dla jednego z bohaterów po wielu latach ciężkiej pracy i wytchnienia od problemów własnych i własnego kraju. Dla don Rigoberto, podobnie jak dla twórcy tejże powieści, Europa to sztuka, idee i wartości, do których obu wyraźnie ciągnie...

Mario Vargas Llosa przyzwyczaił swoich wiernych czytelników do tego, że od czasu do czasu serwuje im książkę o tematyce lżejszej, mniej wymagającej niż te, które weszły na trwałe do kanonu najważniejszych publikacji XX i XXI wieku. Nie jest to bynajmniej zarzut. Najnowsza powieść Peruwiańczyka wciąga dzięki dobrej konstrukcji oraz żywemu, ale nie przekombinowanemu, językowi, który sprawia, że możemy w pełni rozkoszować się lekturą. To przykład literatury popularnej (co nie znaczy, że banalnej!), skierowanej do wszystkich i dającej czytelnikowi duże pole do popisu. Można ją czytać różnie - bezkrytycznie wielbić, dobrze się przy niej bawić, analizować dogłębnie lub szukać w niej niedociągnięć. To absolutnie nie jest lektura, która ogłupia, wręcz przeciwnie. Pisarz nie boi się przedstawiać PR-owsko ryzykownych i mocno paradoksalnych sytuacji – kiedy przykładowo jedna z najuboższych kobiet w Peru z dnia na dzień staje się jedną z najbogatszych. Momentami można odnieść wrażenie, że te ‘niezwykłe przypadki’ żywcem wzięto z telenoweli. Co ciekawe, sami bohaterowie dopatrują się podobnych nawiązań: Mój Boże, jakież to historie układało samo życie; bynajmniej nie arcydzieła, raczej wenezuelskie, brazylijskie, kolumbijskie, meksykańskie telenowele niż Cervantes czy Tołstoj, to pewne. Ale nie tak dalekie od Dumasa, Zoli, Dickensa czy Pereza Galdosa. Bez obaw - Peruwiańczykowi daleko do prześmiewcy czy twórcy przewidywalnych oper mydlanych. Poruszający wątek więzów krwi oraz relacji ojciec-syn, przy marginalizacji roli matki, to poważniejsze (ale i nie jedyne!) akcenty tej prozy. Mario Vargas Llosa rezygnując ze skomplikowanej narracji, eksperymentów z formą i językiem czy wątków politycznych, stworzył realistyczną prozę, otwierając tym samym drzwi dla szerokiego grona odbiorców. I chwała mu za to! Na koniec mała zachęta dla uważnych czytelników. Warto się dobrze wczytać, by nie przegapić śladowego akcentu polskiego oraz tytułowego dyskretnego bohatera. Zatem cicho sza! Ja zmykam, a Was serdecznie zapraszam do lektury…

Cytaty za: Dyskretny bohater, Mario Vargas Llosa, Znak, Kraków 2014.

Ocena 5/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Peruwiańska telenowela made by Llosa


środa, 19 listopada 2014

Drugi dziennik - Jerzy Pilch

Latem tego roku sięgnęłam po pierwszą część pięknie wydanych przez Wielką Literę osobistych zapisków Jerzego Pilcha pt. „Dziennik”. Ci, którzy czytali moją recenzję tejże publikacji (zaś ci, którzy przegapili, mogą nadrobić zaległości klikając TUTAJ), zauważyli, że nie oceniłam jej wysoko. Co gorsze – ogromnie się zawiodłam, wszak autor ów od lat należy do moich ulubionych i sięgam po jego twórczość w zasadzie w ciemno. Obiecałam sobie wtedy, że koniecznie muszę przeczytać drugą część tych notatek, żeby się przekonać, że to jednorazowa ‘wpadka’. Tak też zrobiłam i „Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013”, tym razem wydany przez Wydawnictwo Literackie, skończyłam kilka dni temu. Jeśli chcecie wiedzieć jak wrażenia, odpowiem Wam błyskawicznie krótkim cytatem z przeczytanej właśnie publikacji: Dziennik może być polem żenad. Reszta, moi Drodzy, jest (prawie) milczeniem…

Jak się dobrze domyślacie „Drugi dziennik” rozpoczyna się 21.6.2012, a kończy 20.6.2013. Od samego początku dużo w nim opisów stanu zdrowia autora. Pilch jest w złej formie fizycznej (tym, którzy nie wiedzą przypominam, że cierpi na chorobę Parkinsona) i to widać, a nawet czuć (może stąd taki poziom? Kto wie…), zresztą on sam notorycznie o tym wspomina: Choroba to nie jest kraksa zdrowia. Choroba to jest byt osobny, autonomia czysta. Ile warte zdrowie - wiadomo po stracie. Co znaczy choroba – zaczynasz pojmować, gdy żadnych odniesień do zdrowia już nie ma, gdy poprzednie zdrowe wcielenie do szczętu zapomniane, wymazane, nigdy nieistniejące. Empatyczny czytelnik bez problemu wyobraża sobie trud, jaki sprawia mu wykonywanie codziennych czynności, takich jak: zapinanie koszuli i wdziewanie obuwia zimowego, próba zakręcenia butelki coca-coli czy zjedzenie talerza zupy łyżką. Pilch w swojej dość nędznej formie znajduje mimo wszystko jeden powód do radości. Otóż za sprawą własnych dolegliwości człowiekowi się zdaje, że żyje w normalnym kraju. Być może będąc znanym pisarzem, który nie musi się martwić o fundusze i posiada rozległe kontakty tak właśnie jest, ale gdyby zapytać szarych pacjentów zebranych w pierwszej lepszej przychodni, opinia byłaby zgoła inna, zapewniam Pana, Panie Jerzy… Nie dziwi zatem kolejny sarkastyczny pomysł - ktoś listownie poleca autorowi czytanie ‘Gazety Polskiej’ jako leku na chorobę Parkinsona… Pilch zdaje się, nie zamierza z rady skorzystać, bo od dawna wie, że pomóc może mu jedynie operacja. Wspominał o niej w „Dzienniku” i właściwie wtedy był na nią zdecydowany. Był, bo już nie jest. Kiedy wyobraził sobie, jak to może wyglądać, oprócz odwagi stracił chyba nawet wiarę w jej powodzenie: Z niesłychaną finezją rozpierdolą mi czaszkę, z niebywałą zręcznością pogrzebią mi w mózgu, niezwykłą precyzją dotkną końcem lutownicy fatalnego miejsca, zainstalują elektrody, zaszyją, zakleją – operacja się udała – pacjent jednakowoż w popłochu. Niby wszystko okej: nie trzęsie się, cały niewzruszony; ręka, noga głowa – nawet nie drgną; niestety nie wszystko okej… Swoją drogą w tym momencie wiemy już doskonale, że autor nękany swymi przypadłościami jednak zdecydował się na zabieg chirurgiczny. Być może dlatego, że był pełen obaw o dalszy rozwój kariery literackiej. Ogromnie się bał, iż zapomni polszczyzny, przestanie się zachwycać literaturą polską oraz że stanie się niezdolny do tworzenia choćby od strony technicznej – będzie miał problem z obsługą komputera, zapomni, jak stawia się litery, itp. Póki co ma dużo zapału i jest przekonany, że kiedy człowiek czyta dużo dobrych książek, będzie też dobre rzeczy pisał, wszak literatura obchodząca się bez literatury skazana jest na klęskę, aż mi się ciśnie na usta pytanie, co i czy w ogóle Pilch czytał pisząc oba dzienniki... Zdając sobie sprawę, że pisze ciągle o swoich dolegliwościach, chory autor założył sobie, że spróbuje bezwzględnie wykluczyć z "Drugiego dziennika" słowo ‘choroba’ i jej synonimy. Niestety, nie udało się. Temat ten, co skądinąd zrozumiałe, pisarz wałkuje non stop: [M]iała po mnie zostać kronika dymania, zostanie kronika zdychania, niby szlachetniej, ale jednak wolałbym na odwrót. Świadomy jest również tego, że w tym momencie został mu ‘tylko Pan Jezus’, i wie, że niby powinien się cieszyć, ale nie potrafi. Bo choć odwieczne marzenie o samotności niczym niezmąconej, monolitycznej jak marmur i niezłomnej jak sen doktrynera się spełniło – sam się budzisz, sam zasypiasz, sam jesz, sam robisz zakupy, sam oglądasz TV, etc., etc., ale to nie o to chodziło. Choroba bierze nad nim górę, co moim skromnym zdaniem widocznie wpływa na jego twórczość pamiętnikarską. Nie wyszedł mu przykładowo opis ‘niekłamanego w niczym jednego dnia życia J.P’ ani garść wspomnień z dzieciństwa, kiedy całą rodziną szydzili z pytających o kwaterę letników, wyzywali ich od bolszewików (sic!). Pilch natomiast tradycyjnie wspomina krewnych, znajomych i ludzi, którzy mieli na niego wpływ - co ciekawe najczęściej w nawiązaniu do rzeczy ostatecznych. Duże wrażenie wywarła na nim śmierć przyjaciela z wiślańskiej szkoły - Jerzego Cieślara, który w młodości zapowiadał się świetnie, a skończył dość marnie: Przed nami wszystko, ale przed Jurkiem już nic, a za nim marność, przestrzelone szanse. On już ostatnią datę ma, ale jej nie zna. Co uduszonemu we śnie powiedzieć? Co on mówi? Co o nim można napisać? Że miał rację, bo cokolwiek zdziałamy albo czegokolwiek nie zdziałamy, i tak zdechniemy? Że życie jest absurdem?

Tym smutnym akcentem zakończmy sprawy osobiste i przejdźmy szybko do literatury, o której w „Drugim dzienniku” również jest mowa. Znajdziemy tu na pewno wspomnienie książki Güntera Grassa „W drodze z Niemiec do Niemiec”, której autorowi Pilch zarzuca autotematyzm (w kontekście tego spisuje ‘pięć elementarnych diarystycznych lapsusów rzetelnie spisanych, krótko skomentowanych i należycie uogólnionych przez dyplomowanego diarystę profesjonalistę’). Autor porównuje również Lechonia i Herberta; wspomina o Szymborskiej i Adamie Włodku (i o jej namowach, by wstąpili do partii) oraz próbuje dowieść, że Nabokov nie lubił Manna i że jego ojciec nie jest fizycznie podobny do niemieckiego noblisty (choć był ogromnie zafascynowany „Faustusem”, którego pod koniec życia czytał na okrągło). Pisarz wyznaje za to, iż jest pełen fascynacji Camusem. Zaś pod wpływem Sandora Marai pisze o grafomanie, cytując fragmenty jego dzieł, a dla podniesienia ciśnienia układa ‘pierwszą jedenastkę tych, co osiągnęli pełnię’, w skład której wchodzą m.in.: Mann, Dostojewski, Tołstoj, Proust, Poe, Nabokov, Schulz, Conrad i inni. Następnie sięga odważnie do patriotyzmu: A fakt pozostaje faktem: dziś Polski nikt nie kocha. Dziś Polskę kochają wyłącznie pojedynczy, mniej lub bardziej ekscentryczni cudzoziemcy. Owym obcokrajowcem jest bez wątpienia Albrecht Lempp, Niemiec szczerze wielbiący nasz kraj, doktor nauk humanistycznych, menadżer kultury i tłumacz literatury polskiej na język niemiecki (tłumaczył z sukcesem m.in. książki Pilcha), o którym kilka zdań przeczytamy również w „Drugim dzienniku”. Następnie jak zwykle u tegoż literata znajdziemy przysłowiowe trzy grosze w sprawie religii (do stałych tematów Pilcha należą jeszcze polityka i piłka nożna). Tym razem autor z Wisły wspomina o tym, że przodkowie Jana Pawła II byli ewangelikami (chyba po to, by tak po raz kolejny dowieść przewagi luteran nad katolikami…). Pisze również o olimpiadzie (że to dziś wydarzenie marginalne a kiedyś stało w centrum zainteresowania wszystkich); o przełożonym z powodu ulewy meczu- Polska-Anglia i o nierozłożonym dachu, a w konsekwencji o straconej możliwości wygrania ze słabą Anglią. Tymczasem jego błyskotliwy cytat Piłka nożna to jest gra, w której bierze udział 22 mężczyzn, a i tak zawsze przegrywają Polacy w obliczu obecnych sukcesów naszej reprezentacji staje się nieaktualny…

Owszem, „Drugi dziennik” miał być w założeniu intymniejszy, tak nawet w pierwszym odruchu miał brzmieć pełny tytuł: „Drugi dziennik, intymniejszy”, chwalebnie odpuściłem tę dziecinadę; z intymnością jak to z intymnością: same kłopoty, pisze Jerzy Pilch w drugiej części swych zapisków. Ja za to nie z intymnością, a z tym autorem mam problem. Co się stało? Pilch zmienił styl czy to ja się zmieniłam? W moim mniemaniu jego dzienniki to klapa. Wielka klapa, nuda i strata czasu. Oto rzeczowniki, które przychodzą mi na myśl, kiedy sięgam pamięcią do obu ostatnich autobiograficznych publikacji mojego ulubionego autora. Oprócz nich pojawia się pytanie: gdzie się podział ten zmysł obserwacji, cięte riposty, intrygujące wtrącenia, intelektualne zaczepki, tak charakterystyczne dla jego pisarstwa? Zabrakło, ale może jeszcze warto mieć nadzieję. Wszak ona umiera ostatnia...

Cytaty za: Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013, Jerzy Pilch, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

Ocena: 2/6

Tę oraz inne, ciekawsze książki znajdziecie na www.gandalf.com Polecam gorąco!



czwartek, 6 listopada 2014

W powietrzu - Inga Iwasiów

Po autobiograficznej książce Umarł mi (jej recenzja: klik), w której Inga Iwasiów mierzyła się z bólem po nagłej stracie ukochanego ojca, autorka wraca z nową, zaskakująco odważną publikacją, która, jak sama podkreśla, stała się dla niej idealną terapią na czas żałoby. W powietrzu, bo o niej mowa, jest książką erotyczną (!), jednak daleko jej do Pięćdziesięciu twarzy Greya czy jej podobnych. Ta odmienność widoczna jest przykładowo w niejednoznacznym przesłaniu, które niesie. Czy jest nim próba przełamania tabu, dowód, że seks nie jest zły i że nie trzeba go na siłę demonizować? Czy raczej zakamuflowana krytyka nastawionego na hedonizm współczesnego świata, który mimo przekraczania kolejnych barier i łamania skostniałych stereotypów nie przynosi szczęścia? Sprawdźmy.

Główna bohaterka W powietrzu to dojrzała, inteligentna kobieta, wydawczyni literackiego pisma i samotna matka, która otwarcie dzieli się z czytelnikiem swoimi bogatymi doświadczeniami seksualnymi w pierwszej osobie, co dodatkowo uwiarygodnia je i dodaje im pikanterii. Od początku do końca jest szczera do bólu i bezpruderyjna. Pewna siebie, wiedząca czego chce, od dziecka chorobliwie potrzebowała bliskości: Kiedy skończyłam czternaście lat, zaczęłam polowanie. Lubiła kobiety i mężczyzn, chętnie się łasiła, łaknęła uwagi drugiego człowieka, brnęła w związki bez przyszłości, choć wiedziała, że miłość boli. Jej jednak nie o uczucie chodziło. Zamiast stać się nudną gospodynią domową czy przykładną żoną (do porządnych kobiet miała straszną awersję), chciała używać życia. Wydawała się do tego stworzona: miałam podkręcony iloraz inteligencji. Przeczytane na trzy lata w przód lektury szkolne, obejrzane wszystkie dostępne w kinach filmy. W wieku trzynastu lat znałam smak fajek, wina, nawet wódki, podkradanej rodzicom z barku i spijanej z kieliszków imieninowych gości, nosiłam spodnie, pisałam najładniejsze wypracowania w szkole, zaniedbywałam grę na pianinie, jeździłam przez całą Polskę na wakacje do dziadków, a nawet próbowałam autostopu. Umiejętnie dobierała ludzi do swojej kolekcji, dołączała do wszystkich możliwych szkolnych grup towarzyskich i konfiguracji erotycznych, jakie istniały. Z jednej strony imponowała rówieśnikom odwagą, tym, że się nie krygowała, była prawdziwa, ale z drugiej jej wyzwolenie napawało ich lękiem (Erotycznie ich przerażałam, bo manifestowałam po prostu wolę. Brałam ich, dając za dużo. Za szybko, za bardzo wprost, za mocno). Miała sentymentalne podejście do seksu, kochała się często i chętnie. Doskonale wiedziała, że nie ma honoru. Nie znała umiaru i nie dbała o swoją wartość. Była przecież samotna, a nie mało inteligentna. Kolejne związki tylko to potwierdzały – z nauczycielem muzyki, (który brał na siebie rolę ojca, ale ostatecznie ją zostawił), z kolegą ze szkoły – Alkiem, narzeczonym ze studiów, wiejskim adoratorem Zenkiem, biznesmenem Jarkiem (z którym dorobiła się córki i połowy bliźniaka) czy Bogdanem, kolegą z pracy otwartym nie tylko na trójkąty... Oprócz postaci męskich w jej łóżku gościły również panie. Wymienię tylko kilka: Iwona, Renata, Gośka, J.A. Po latach zrozumiała, po co to robiła: wymuszałam miłość - sposobem na bezdomnego psa, opuszczone dziecko, rychły zgon. Obiecywałam rzeczy, których nie miałam. Zbliżałam się do ludzi przez łóżko i niemal wyłącznie przez łóżko. Nie wierzyłam, że ktoś może mnie lubić po prostu. Za co? Jaką mogłam mieć wartość, krótko obcięta, niewyjątkowa? W rezultacie nie zadawałam się z cnotkami płci obojga, dzięki czemu unikałam odmowy. Nie chodziło o miłość ani o ciepło, ale o seks. On rekompensował jej to, czego nigdy nie miała: wzmacniał poczucie własnej wartości, chwilowo wynagradzał brak bezpieczeństwa, pomagał na moment zapomnieć o dysfunkcyjnej rodzinie. Zdaje się, że właśnie najbliższym w dużej mierze zawdzięczała to, jakie życie wiodła. Ojciec żył gdzieś na marginesie rodziny (notabene notorycznie krytykowany przez matkę), a innych wzorców męskich nie było. Matka z kolei ‘polepszała’ sobie swój smutny los alkoholem, praktycznie nie prowadziła domu, siedziała w centrum mieszkania i odsuwała od siebie rzeczywistość. Być może to właśnie brak zgody na życie podobne do tego, jakie prowadzili rodzice i kobiety z jej otoczenia (a więc okryte śmieszną podomką, po uszy w depresji, spędzające czas w wyszorowanych kuchniach sąsiadek), popchnęło ją w kierunku seksualnych uniesień. Można też dopatrywać się chęci pokolorowania własnej rzeczywistości, jaka była jej udziałem. Smutne, szare, nostalgiczne PRL-owskie realia oswojone zostały tu za pomocą dobrze znanych, powszechnych w tamtym czasie przedmiotów: Alek pachniał Brutalem z fabryki Polleny Lechii; matka poprawia urodę perłową szminką Celii lub cieniami z palety Polleny, po czym zakładała kieckę z Zakładów Przemysłu Odzieżowego „Dana”; koleżanki z klasy chwaliły się na WF-ie enerdowską bielizną; ojciec miał w zanadrzu żyletki Polsilver, a Jarek brandy z Peweksu; za to na kiepski nastrój w nudnym świecie tandetnych półkotapczanów i meblościanek pomagały lody Cassate - hit spółdzielni Społem. Czy to jedynie sentymentalna podróż autorki do krainy własnego dzieciństwa czy powód do usprawiedliwienia postępowania swej bohaterki, której przyszło żyć w takich czasach - trudno powiedzieć. Faktem jest, że te banalne drobiazgi tworzą niepowtarzalny klimat i ciekawie współgrają z tematyką tej publikacji.

Szkołę przeleżałam w łóżku nauczyciela, ćwicząc wyobraźnię. Studia przebalowałam, bawiąc się w narzeczeństwo. Próbowałam wszystkiego oprócz bycia obiektem starań - bez obłudy ocenia swoje dotychczasowe życie bohaterka W powietrzu. Nie obawiajcie się jednak, nie jest to powieść dekadencka, wręcz przeciwnie - momentami jest nawet zabawna. Czy historia polskiej kobiety chodzącej swoimi drogami od dziecka, seksem proszącej o akceptację społeczeństwa, która sama sobie jest sterem, żeglarzem i okrętem (mężczyźni w tej prozie grają jedynie rolę gumowych lalek), nie może być napisana ciekawie, z klasą choćby po to, by rozbudzić w nas emocje, refleksje i kontrowersje? Dla jednych jednak obcowanie z książką, w której na pierwszy plan wybija się pomysł przejścia przez życie z szeroko rozłożonymi udami będzie nie do zaakceptowania; podczas gdy inni znajdą w nim potwierdzenie własnych tez, iż seks to nic złego, warto o nim rozmawiać bez hipokryzji, bo towarzyszy nam od zawsze. Problem w tym, że zaspokajanie pragnień związanych ze sferą seksualną, będące z założenia wyzwoleniem, tutaj zniewala. Nie przynosi spełnienia, nie kładzie kresu samotności, nie prowadzi do długotrwałego szczęścia, nawet jeśli partnerów i partnerek ma się na pęczki. Kim zatem jest nasza bohaterka? Pozbawioną granic, wyzwoloną feministką czy tuszującą swą depresję nimfomanką? Ta książka daje pole do popisu czytelnikowi, rozpościera przed nim interpretacyjny raj i choćby z tego powodu warto do niej sięgnąć.

Reasumując: W powietrzu Ingi Iwasiów to powieść, której akcja toczy się nieśpiesznie, która nie jest schematyczna ani żenująca, która pokazuje życie współczesnej kobiety walczącej z przeciwnościami losu (jedną nich jest też o dziwo własne ciało). Jeśli chcecie się przekonać, jaki będzie wynik tego starcia – sięgnijcie po najnowszą powieść szczecińskiej profesorki i przekonajcie się, jak pisze się o erotyzmie inaczej, na poziomie akademickim.

Ocena: 4/6

Cytaty za: W powietrzu, Inga Iwasiów, Wielka Litera, Warszawa 2014.

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Rzecz o 'kobiecie z ochotą na przejścia'