niedziela, 6 lipca 2014

Niepokorne. Eliza - Agnieszka Wojdowicz

Niepokorny to z jednej strony: nieposłuszny, hardy, zadziorny, krnąbrny, buntowniczy, a z drugiej: ciekawy, kontrowersyjny, wart uwagi. Takie są właśnie bohaterki pierwszej części trylogii Agnieszki Wojdowicz „Niepokorne. Eliza”. Zacznijmy od tego, kim jest autorka. Wojdowicz to nauczycielka języka polskiego w warszawskim liceum, mieszkająca na Mazowszu. Do tej pory ukazała się jej saga fantasy w trzech tomach: „Serce Suriela”, „Łowcy aniołów”, „Korona Mandalich”. „Niepokorne” to zapowiedź kolejnej serii, tym razem niemającej z fantastyką nic wspólnego.

Młodopolski Kraków, kolebka modernizmu, rok 1895. Miejsce, do którego ciągnęli uzdolnieni ludzie, w którym kształtowały się kultura i sztuka, gdzie zaciekle walczono o ich kult. W takich okolicznościach pojawiają się trzy niezwykle postępowe jak na owe czasy młode kobiety: tytułowa Eliza Pohorecka, jej koleżanka Klara Stojnowska i przyjaciółka tejże - Judyta Szreiberówna. Wszystkie pełne zapału do wiedzy i chęci, jeśli nie do zrewolucjonizowania rzeczywistości, to przynajmniej do kształtowania jej według własnego uznania. Czas, w którym przyszło im żyć niestety nie dawał dużego pola do popisu. Wszelkie odstępstwa od normy były surowo ocenianie przez konserwatywnych rodziców, którzy próbowali tuszować wyskoki niepokornych córek, wprowadzając tradycje z dziada pradziada, wedle których to oni szukali odpowiedniej partii dla swoich dzieci; kobiety jako bogini świętego ogniska domowego nie wolno było odrywać od rodzinnych obowiązków, bo zamiast myśleć samodzielnie miała rodzić dzieci, modlić się i czekać na męża, od którego była uzależniona finansowo. Waleczne bohaterki „Niepokornych” chciały żyć inaczej, pragnęły realizować swoje pasje, ulegać niegasnącym namiętnościom a nie sztywnym konwenansom. Za tę swoją postępowość płaciły wysoką cenę…

Klara Stojnowska była córką szanowanego profesora. Nie myślała o zamążpójściu, nie liczyła się ze słowami, pozwalając sobie na dużo więcej niż konserwatywny Kraków mógł znieść. Cygaretki, krótkie fryzury, suknie reformowalne to była jej codzienność. I choć uczyła się na kursach w Baraneum, to ciągle się dokształcała, publikowała pod pseudonimem (żeby nie szargać nazwiska ojca) w lwowskim „Przedświcie”. Mimo to nie zapominała o potrzebach bliźnich. Z żebrakami dzieliła się groszem, działała na rzecz wyzwolenia kobiet, organizowała kwesty, odczyty, wystawy, zbierała datki na ochronki, czytelnie, szpitale i domy dla ubogich. Miała potężną charyzmę, której niekiedy brakuje współczesnym nam feministkom…

Judyta Szreiberówna - żydówka, córka antykwariusza, przyzwyczajona do wygodnego, wolnego od trosk życia. Zamiast wyjść za mąż za proponowanego przez rodziców kandydata, po kryjomu spotykała się z malarzem Szymonem Hellerem. Już jako nastoletnia panienka wywalczyła u ojca zgodę na samotne spacery i naukę w szkole. Później marzyły jej się kursy malarstwa w Domu Nauczycielek, gdzie mieściła się siedziba Wyższych Kursów dla Kobiet im. Adriana Baranickiego, jedna z niewielu instytucji pozwalająca kształcić się młodym kobietom w czasach, gdy drzwi krakowskich uczelni były przed nimi zatrzaśnięte. Najbliżsi jednakże nie godzili się ani na malarstwo ani na zięcia kobieciarza, na dodatek bez dochodów. To właśnie dlatego dziewczyna uciekła z domu. Tylko upór i szczęśliwy zbieg okoliczności sprawiły, że udało jej się zrealizować swoje marzenia - rozpocząć studia w Baraneum (gdzie jej wykładowcą był m.in. Jacek Malczewski; brała również lekcje u Stanisława Wyspiańskiego). Pojawiające się kłopoty powoli studziły jej zapał, oddalając ją od ukochanej sztuki. Wciąż nie wiedziała, jak ostatecznie zerwać z przeszłością. Miotała się między skrajnościami, komplikowała najprostsze sprawy, co porządnej, bogobojnej żydówce nie powinno się zdarzyć…

Eliza Pohorecka miała wyższe uprawnienia nauczycielskie, prowadziła z mamą pensjonat w Kongresówce, praktykowała w aptece, ostatecznie zdecydowała się na studia. Została hospitantką Studium Farmaceutycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim, co było bardzo dużym osiągnięciem, większym niż było dane osiągnąć jej koleżankom z gimnazjum. W Galicji walczyła o zgodę wykładowców na udział w zajęciach, bo nie każdy chciał widzieć na nich kobietę. Tylko dzięki profesorowi higieny na Uniwersytecie Jagiellońskim, bakteriologu, zwolenniku praw kobiet, Odo Bujwidowi (postać autentyczna, autorka wspomina również o jego żonie, jednej z najważniejszych postaci ruchu feministycznego w Polsce), udało jej się dostać na zajęcia u konserwatywnego profesora Kopczyńskiego. Prostolinijna i silna Eliza uwikłana w sprawę kryminalną doświadczyła kradzieży, włamania, a nawet porwania, nie tracąc przy tym zimnej krwi. Gdyby jej losy potoczyły się inaczej, nie miałaby szansy na spotkanie miłości swojego życia. Siła charakteru, niezależność, wolność od zobowiązań, zaradność i samodzielność, to bez wątpienia cechy charakteru, które pomogą jej walczyć o to uczucie w kolejnych tomach trylogii.

„Niepokorne” są bardzo dopracowaną i niezwykle ciekawą propozycją na nadchodzące lato. Książka urzekła mnie od pierwszych zdań, nie znudziła nawet na moment, a wręcz przeciwnie – trzymała w napięciu do końca. Widać ogromną dbałość Agnieszki Wojdowicz o język (pisarka jak na polonistkę przystało posługuje się piękną polszczyzną, widać również jej twórczy stosunek do słowa) oraz o oddanie charakteru epoki. Byłam pod wrażeniem starannych opisów różnych miejsc: np. pleneru, w którym uczestniczyła Judyta z kursantkami oraz profesorem Siedleckim; domu Elizy, z jego ciepłą atmosferą, kuszącym zapachem domowych posiłków i napojów (np. gruszek w miodzie nadziewanych tłuczonymi migdałami ze skórką pomarańczową czy herbaty z malinami); ówczesnych uczelni i kawiarenek, gdzie Eliza spotkała się z naklejonymi na blacie karteczkami z napisem 'Tylko dla pań' oraz miała (…) do czynienia z wyzwolonymi zwolenniczkami równości płci, które manifestowały swój bunt męskim style bycia i ostentacyjnym łamaniem anachronicznych norm społecznych. Autorka uwiarygodniła swoją opowieść umieszczając wśród bohaterów postaci historyczne oraz realne problemy ówczesnych ludzi – wszystko na tle politycznym. Na uwagę zasługuje sprytnie przemycony wątek religijny związany z Judytą - ograniczenia, które na żydowskie dziewczęta nakładała tradycja, a które ona nieustannie ignorowała - portretując ludzi, nie jedząc koszernych potraw, buntując się przeciwko władzy rodziców oraz nadmieniony wyżej wątek historyczny, ukazujący znaczne różnice między życiem w Galicji i Królestwie Kongresowym. I tak na zmianę przeplatają się losy Elizy i Judyty z relacjami o Klarze, zmyślnie łączącej obie bohaterki. Wojdowicz łączy miłość ze zbrodnią; radość, podniecenie i nadzieje Elizy ze smutkiem, rozczarowaniem i samotnością Judyty oraz przebojowością i odwagą Klary-idealistki. Wszystkie kobiety są nietuzinkowe, nie boją się wyzwań, dokonują trudnych wyborów i walczą (z różnym skutkiem) o swoje szczęście, idąc dzielnie pod prąd.

Na koniec krótkie podsumowanie: przemyślana, dobrze skonstruowana powieść obyczajowa, oddająca ducha epoki, prezentująca postępowe osobowości płci żeńskiej, naznaczona ich silnymi emocjami pozbawionymi lukru. Jeśli pozostałe dwie zapowiadane przez wydawnictwo części będą równie dobre jak „Eliza”, wróżę pani Agnieszce rzesze czytelników, a razem z nimi duży sukces wydawniczy. Już dziś trzymam za nią mocno kciuki.

Cytaty za: Niepokorne. Eliza, Agnieszka Wojdowicz, Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.

Ocena: 6/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Walka niepokornych serc

czwartek, 26 czerwca 2014

Małżeństwo we troje - Éric-Emmanuel Schmitt

Éric-Emmanuel Schmitt - francuski dramaturg, eseista i powieściopisarz, z wykształcenia filozof. Niekwestionowany mistrz krótkiej formy i jeden z najpoczytniejszych francuskojęzycznych autorów na świecie zarazem. W swojej twórczości porusza tematy trudne, bolesne i kontrowersyjne. Z zamiłowania analizuje stosunki międzyludzkie, unikając moralizatorskiego tonu. Mimo iż często poziom tworzonych przez niego opowiadań jest nierówny, to trudno odmówić im wiarygodności i szczególnej dbałości o słowo. Ten Francuz czaruje swoich czytelników, sięgając po nieskomplikowany przekaz, nie stosując dłużyzn i stroniąc od poetyckiego nadęcia. To sprawia, że po książki Érica-Emmanuela Schmitta sięgamy, również my, Polacy, nader chętnie. Ja, oczarowana „Oskarem i panią Różą”, tym razem wybrałam zbiór pięciu opowiadań „Małżeństwo we troje”. Zawiodłam się, niestety. Książka kończy się zdecydowanie za szybko. Jest tak świetna, że aż żal się z nią rozstawać.

Éric-Emmanuel Schmitt rozpoczyna ten tom niezwykle mocnym opowiadaniem o gejach, pt. „Dwóch panów z Brukseli”. Historia akceptowanej, usankcjonowanej w Kościele Katolickim miłości małżeńskiej Geneviéve i Édouarda Grenier, zostaje skonfrontowana z uczuciem nieprawowitym, skazanym na pozostanie w ukryciu Jeana Daemensa i Laurenta Delphina. Schmitt bardzo zręcznie ukazuje bolączki obu związków, ich namiętności, pragnienia i problemy. Pokazuje komu łatwiej zaakceptować zdradę partnera, kto jest bardziej gotowy do poświęceń, a kto boi się zarazić cierpieniem. Pozostaje przy tym niezwykle subtelny, nie epatuje erotyzmem, nie szuka sensacji. To bardzo dobry tekst, mogący stanowić intrygujący punkt wyjściowy do gorącej dyskusji…

„Pies” to drugie opowiadanie. Jego bohaterem jest osobliwy lekarz-samotnik Samuel Heymann, który od 40 lat jest wierny jednej rasie psa (owczarek francuski) i każdemu kolejnemu zwierzęciu nadaje zawsze to samo imię – Argos. Obaj tworzą niezwykły związek: Pan i pies byli jakby na nieustającym koncylium, od wieków spędzali wspólnie dni i noce, zawsze nie nudzili się sobą, zadowoleni z każdej chwili, jaką dzielili, jakby nie istniało dla nich na tym świecie nic doskonalszego od możliwości oddychania ramię przy ramieniu. Ktokolwiek się u nich pojawiał, przerywał ich wspólne chwile, pełne, mocne, bogate, nasycone treścią. Ten fragment jest nie tylko po to, byście się przekonali o głębi tej więzi, ale również po to, byście zobaczyli, że momentami tłumaczenie „Małżeństwa...” nie jest niestety idealne… Jeśli postaracie się te niedociągnięcia puścić mimo uszu, bez wątpienia na końcu opowiadania będziecie wzruszeni zadawali sobie jedno pytanie: kogo łatwiej kochać, człowieka czy psa? I kto lepiej potrafi odwzajemnić miłość?

„Małżeństwo we troje”, tytułowy tekst, zaskoczyło mnie kolejnym już w twórczości Schmitta nawiązaniem do wielbionego przez niego Mozarta. Nie jest to odniesienie, które rzuca się od pierwszych zdań w oczy, ale później, można by rzec, w nie kłuje. Pisarz opisuje w niej osobliwą historię pewnej ubogiej wdowy z dwójką dzieci, która po ponownym wyjściu za maż nie jest w stanie uwolnić się od pierwszego małżonka… Jesteśmy małżeństwem we troje. Gdziekolwiek pójdę, mam ze sobą dwóch mężów: pierwszego, o którym mówi mi drugi, i drugiego, który mówi mi o pierwszym. Jeśli chcecie się dowiedzieć, co stoi za tym zagadkowym sformułowaniem, koniecznie zajrzyjcie do książki!

„Serce w popiele” to skomplikowany utwór, którego bohaterka kocha siostrzeńca bardziej niż własnego syna. Dociera to do niej dopiero wtedy, gdy jej dziecko ginie w wypadku. Jej emocje z niej kipią - przechodzi od wielkiej miłości do ogromnej nienawiści – niczym lawa z wybuchającego w tym samym czasie na Islandii wulkanu. To wzajemne dopasowanie człowieka i natury (noszące znamiona romantyzmu), początkowo budzi strach i grozę, później jednak przynosi zbawienną ciszę, oczyszczenie i ukojenie… Pisarz nawiązuje tu do szczytnej idei transplantologii, zachęca do bycia świadomym, pełnym empatii a nie roszczeń dawcą narządów. Wszak śmierć to mądrość życia. To istotne dla nas wszystkich sprawy, warto się nad nimi pochylić nieco dłużej.

Ostatnia opowieść już samym tytułem sieje grozę – „Dziecko upiór”. To historia Séverine i Benjamina Trouzac, wcześniej ludzi sukcesu, obecnie ludzi-cieni. Małżeństwo to ma za sobą dramatyczne wydarzenia – zdecydowali się na aborcję, bo ich dziecko miało cierpieć na nieuleczalną chorobę- mukowiscydozę. Ich związek przeszedł wielką próbę, prawie zabiły go wzajemne oskarżenia. Po udanej terapii ponownie zaczęli żyć beztrosko. Niestety, tylko do czasu spotkania z młodą, uroczą dziewczyną Melissą, która uratowała im życie w górach...

Eric-Emmanuel Schmitt posiada bez wątpienia klucz do pisania chwytliwych książek. Posługuje się nieprzeciętnymi bohaterami, posiadającymi tajemnice, które determinują nie tylko ich życie, ale również ich najbliższych. Każdy z tych sekretów niesie z sobą gigantyczny ładunek emocjonalny. Dotykając spraw bolesnych i złożonych na kilku kartach opowiadania, francuski autor naraża się na niebezpieczeństwo potraktowania tych zagadnień zbyt pobieżnie, bez odpowiednio głębokiej analizy. Mimo to zaryzykuję stwierdzenie, iż większość odbiorców będzie urzeczona ciągłym ich zaskakiwaniem przez autora i poczuje się zaintrygowana poruszaną tematyką. Na końcu książki Schmitt zawarł swój dziennik, w którym opowiada o kulisach powstania wszystkich tych materiałów oraz dzieli się z czytelnikami ich interpretacją. To może przeszkadzać niektórym, bo do odkrywania ukrytych sensów na własną rękę zostaje niewiele miejsca. Ja przymknęłam oko na te drobne niedociągnięcia i byłam w siódmym niebie. Oczywiście ze Schmittem. We dwoje.


Cytaty za: Małżeństwo we troje, Éric-Emmanuel Schmitt, Znak Literanova, Kraków 2013.

Ocena 5+/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Człowieczy los


sobota, 21 czerwca 2014

Jeszcze jeden dzień - Mitch Albom

Jeszcze jeden dzień”, najnowsza książka Mitcha Alboma, znanego amerykańskiego pisarza, dziennikarza, prezentera i muzyka w jednej osobie, sprzedającego miliony książek, z których trzy zostały już zekranizowane, ukazała się w Polsce 19 maja, a więc tydzień przed Dniem Matki. Jest to o tyle istotne, że ten bestsellerowy autor zadedykował ową publikację swojej matce i obrał jako motyw przewodni utraconą miłość matczyną. Tak więc to lektura jak najbardziej na czasie. Każda mama jest wyjątkowa, najukochańsza, najlepsza, ale niestety, nie zawsze o tym pamiętamy na co dzień. Uświadamiając sobie ten fakt po czasie, kiedy jej już nie ma wśród nas, wiele dalibyśmy za jeden jedyny dzień, w którym moglibyśmy powiedzieć jej wszystko to, czego nie zdążyliśmy lub z czym zwlekaliśmy zbyt długo. Ku przestrodze, by nie marnować czasu i na każdym kroku przypominać rodzicielce, ile dla nas znaczy, powstał właśnie „Jeszcze jeden dzień”. To dziełko o niewielkiej objętości, za to o uniwersalnym charakterze, jasnym przesłaniu i mocnej sile rażenia. Bez sentymentalizmu, kiczu, zbytecznej dramaturgii.

Charles ‘Chick’ Benetto był synkiem tatusia Leonarda (zwanego Lenem). Zapatrzony w niego, realizujący wszelkie jego pomysły i plany, pewnego dnia boleśnie się rozczarował. Idealizowany ojciec bez słowa pożegnania odszedł, zostawiając syna, młodszą córkę Robertę i zdezorientowaną matkę Paulinę (Posey) na pastwę losu. Niepełna rodzina musiała szybko odnaleźć się w nowej sytuacji. Chick nie miał wyjścia i z dnia na dzień stał się synkiem walecznej, odważnej mamusi. Mamusi, która kochała go całym sercem, powtarzała mu nieustannie, że jest mądry; nalegała, by czytał jedną książkę tygodniowo i zabierała go do biblioteki, żeby być pewną, że jej nie oszukuje. Posey była zabawna i zaradna. Robiła wszystko, by dzieci nie odczuły zbyt boleśnie rozstania rodziców. Początkowo pracowała jako pielęgniarka w szpitalu, gdzie swoim ciepłem, cierpliwością, wrażliwością i dobrym słowem urzekała pacjentów, o których zdrowie i wygląd pieczołowicie dbała. Choć po rozwodzie straciła wielu znajomych – kobiety bały się, że zabierze im męża i odwracały się od niej – nie załamała się. Nawet wtedy, gdy musiała odejść z pracy, bo rzekomo rozpraszała lekarzy, nie pokazywała dzieciom, jak boleśnie została zraniona przez los… Charles widział jej trud i rzucane pod nogi kłody (na które nigdy się nie skarżyła), ale jako nastolatek odpychał ją. Nie chciał jej pocałunków, wspólnych wizyt w kinie. Drażniły go czułe liściki matki, które pisała do niego za każdym razem, gdy gdzieś go zostawiała i to jej uporczywe matkowanie. Był także zły, że jest jedyną rozwiedzioną kobietą w okolicy, że ciągle o niej mówią, że jest atrakcyjną, zadbaną kobietą, a nie bezbarwną kurą domową. Brakowało mu ‘przeciętności’ i ojca... Dopiero po czasie zrozumiał, jak wyjątkową miał mamę i jak blado na jej tle wypadał tata. Nie tylko dlatego, że nigdy nie wyjawiła mu, czemu rozwiodła się z mężem, i nigdy nie nastawiała dzieci przeciwko ojcu. Z biegiem lat dotarło do niego, że nikt nie kocha tak, jak matka, że kiedy patrzysz na swoją matkę, masz przed oczami najczystszą miłość, jakiej kiedykolwiek zaznasz... A kiedy mama odchodzi, zabiera ze sobą nie tylko to uczucie, ale i niewzruszone góry troski, których tak bardzo brakowało Charlesowi po jej nagłej śmierci. Kiedy Posey umarła, jej syn był dojrzałym mężczyzną, miał własną rodzinę, a jego córka była uroczą 14-latką. Mimo to nie mógł poradzić sobie ze swym bólem, ani z tym, że nie zdążył się pożegnać. Wydawało mu się, że obecność matki jest oczywista, naturalna i dana raz na zawsze, a śmierć nie ma do niej dostępu. Chciał jej tyle powiedzieć… Prawdą jest, iż można przejść przez całe życie, kolekcjonując dni, ale żaden nie dorówna temu, który chcielibyśmy odzyskać. Dlatego też rozczarowanie było bolesne – Chick został sam ze swoimi myślami i ogromnym cierpieniem. Coraz więcej pił, wyrzucono go z pracy, po kilku latach odszedł od żony, a córka nie zaprosiła go na własny ślub. Szybko wpadł w depresję i stał się wrakiem człowieka: Źle sypiałem. Źle się odżywiałem. Starzałem się w oczach. Nie mógł znieść nie tylko utraty matki, ale i oderwania od dorosłej już córki: Zostajesz odcięty od życia swojego jedynego dziecka i czujesz, jakby zatrzasnęły się za tobą stalowe drzwi; walisz w nie, ale nikt cię nie słyszy. A być niesłyszalnym to pierwszy krok do poddania się, a poddanie się to pierwszy krok do samobójstwa. Był zdecydowany pożegnać się z życiem, zwalić się Panu Bogu na głowę. Zrobił to – tyle, że nieudolnie. Zamiast umrzeć, narodził się na nowo. Dzięki matce. Trudno jednoznacznie określić, co wydarzyło się po wypadku, którego sprawcą był Charles i po upadku z wieży ciśnień. Pewne jest, że przeżył, choć nie miał na to szans i że spotkał się z matką. Zmarłą matką, żywą matką, jej duchem – trudno powiedzieć. Jak sam przyznał: Kiedy ukazuje ci się zmarła bliska osoba, walczy z tym umysł, nie serce. Dlatego nie dochodził, jak to możliwe, że mama była obok, że opatrywała mu rany, przygotowywała jego ulubione potrawy, odwiedzała swoje dawne klientki i przyjaciółki. Uwierzył jej na słowo, że: Jeśli ktoś jest w twoim sercu, nigdy tak naprawdę nie odchodzi. I może do ciebie wrócić, nawet w mało prawdopodobnych sytuacjach… Chick, lawirując miedzy snem i jawą, spędził z Posey jeden dzień, który dał mu to, czego potrzebował i który ukazał mu właściwy kierunek oraz pozwolił zrozumieć to, czego jako dziecko nie mógł pojąć. Wszak jeden dzień spędzony z ukochaną osobą może zmienić wszystko...

Historia Charlesa ‘Chicka’ Benetto jest złożona z osobistych notatek pisarki (będącej kimś więcej niż tylko zwykłą dziennikarką…), która tę opowieść rozpoczyna, fragmentów jego dziennika (realnych wspomnień, w których on nie stawał po stronie matki, a kiedy ona brała go w obronę) oraz liścików od Posey. Łączy ona w sobie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Mimo zaburzonej chronologii i dość oryginalnego toku zdarzeń, ta niezwykła przygoda sprawia wrażenie bardzo autentycznej. Wykreowani bohaterowie są wiarygodni, a ich sposób postępowania podyktowany jest wieloma problemami natury psychologicznej. Książka Mitcha Alboma nie jest naiwną, płytką pisaniną tegoż bestsellerowego autora. Nie jest też obyczajową lekturą dla nadambitnych, którzy doszukują się w niej drugiego dna, filozoficznych prądów czy nowatorskich tez. To krótka, prosta w przekazie i wzruszająca historia niedocenionej za życia matczynej miłości i niewykorzystanych chwil, która chwyta za serce. „Jeszcze jeden dzień” to publikacja, która wyraźnie uświadamia nam, że notorycznie tracimy czas. Wydaje nam się, że mamy go dużo, że zdążymy ze wszystkim, a rzeczywistość jest mniej kolorowa i pełna niekiedy smutnych niespodzianek. Historia Charlesa ‘Chicka’ Benetto pokazuje, że nie warto niczego odkładać na później, bo nie ma nic ważniejszego niż szczęście naszej rodziny i zapewnienie jej o naszej nieustającej miłości.

Cytaty za: Jeszcze jeden dzień, Mitch Albom, Znak Literanova, Kraków 2014.

Ocena: 5/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Carpe diem

wtorek, 17 czerwca 2014

Tsunami - Sonali Deraniyagala

Grudzień 2004, południowe wybrzeże Sri Lanki: Fala miała (…) ponad dziewięć metrów wysokości. Przetaczała się po ziemi z prędkością czterdziestu kilometrów na godzinę. Wdarła się na ponad trzy kilometry w głąb lądu, a potem cofnęła do oceanu. Podwodne trzęsienie ziemi spowodowane przemieszczeniem się płyt tektonicznych i największa klęska żywiołowa zarazem - tsunami. Ogromna skala zniszczenia, wszechobecna śmierć, cierpienie, smutek, żal i pustka. Pustka, której nikt i nic nigdy nie zapełni. O własnej tragedii opowiedziała Sonali Deraniyagala, która podczas tsunami straciła męża, dwóch synów i rodziców. Jej „Tsunami” to przede wszystkim powrót do dramatycznych chwil, próba przezwyciężenia traumy, jakiej doświadczyła po śmierci ukochanych osób oraz hołd złożony ich pamięci.

Sonali Deraniyagala razem z całą rodziną (8-letnim synem Vikramem i 5-letnim Mallim, mężem oraz rodzicami) przebywała w Yali, parku narodowym na południowo-wschodnim wybrzeżu Sri Lanki, kiedy nadciągnęło tsunami. Praktycznie niczego złego nie przeczuwali, czuli się bezpiecznie w przytulnym pokoju hotelowym, mieli plany, chcieli je realizować, itd. W ułamku sekundy zamiast raju, jakim wydawało się miejsce ich pobytu, autorka miała przed oczyma ‘krajobraz zniszczenia’: Otoczenie było tu tak samo zdeformowane jak ja. Moje miejsce było tutaj, myślała. Jej najbliżsi zaginęli i nie było praktycznie żadnych szans na ich uratowanie. Nadzieja autorki stopniowo gasła, kiedy docierał do niej rozmiar klęski: Musiałam się skurczyć. Znikłam w ciemnościach. Zamknęłam się w pokoju. Nawet gdy zasłony były zaciągnięte, cała nakrywałam się kołdrą, razem z głową. Sonali była rozchwiana emocjonalnie, bezsilna, nie mogła uwierzyć, że to nieszczęście zdarzyło się właśnie jej, nie potrafiła pogodzić się z odejściem najbliższych. Nie mówiła, co się stało, bo stałoby się to dla niej wreszcie realne: Chciałam zostać w nierzeczywistym świecie, w nieświadomości. Dlatego nie rozmawiałam z nikim i o nic nie prosiłam. Pogrążona w depresji miała myśli samobójcze, dlatego rodzina i przyjaciele pilnowali jej w dzień i w nocy. A ona wciąż szukała w internecie, jak skutecznie się zabić. Zaczęła pić, z czasem popijała alkoholem tabletki nasenne, co powodowało halucynacje. Momentami zachowywała się jak osoba niespełna rozumu, uprzykrzała życie najemcom ich domu w Kolombo, żyła w amoku i jak sama twierdziła wałęsa[ła] się po peryferiach [ich] dawnego życia. Obraz jej cierpienia, to przykład, w jaki sposób człowiek reaguje na zjawiska nieprawdopodobne, na coś, co wydaje się snem, ale niestety jest rzeczywistością. Wracała w myślach do wspomnień, a właściwie wciąż żyła przeszłością. Przypominała sobie codzienne, zwyczajne sytuacje, wyświetlane notorycznie niczym film w jej głowie. Wszystko kojarzyło się jej z ich dawnym życiem. Nawet po 3-4 latach od tragedii nie potrafiła zakończyć żałoby. Śmiejąc się podczas spotkania ze swoimi przyjaciółkami, miała wyrzuty i nieustannie się strofowała, że czuje się zbyt lekko i swobodnie, że wszelka radość w jej położeniu nie przystoi. Podróżuję nieustannie między tym życiem a tamtym. Jeszcze teraz, po siedmiu latach, przyznawała szczerze. Niestety, im więcej wspominała, tym bardziej cierpiała, a ja z biegiem lektury zdawałam sobie sprawę, że to nie jest opowieść o tsunami, ale o stracie. O człowieku, który za sprawą wielkiej fali traci wszystko co dla niego najważniejsze, pozostając na świecie sam jak palec: Jakież marne jest moje życie. Pozbawiona miłości i blasku moich najbliższych mam wrażenie, że schnę. Bez ich wsparcia, piękna, uśmiechu robię się mała i blada. Zupełnie nie przypominam siebie z dnia przed wielką falą (…). Poczułam się lekko rozczarowana, bo marzył mi się tekst (quasi reportaż), głębiej dotykający przeżyć w trakcie i zaraz po tsunami. Dostałam jednakże książkę, w której autorka składa hołd swoim najbliższym, głównie wspominając ich życie sprzed tragicznych wydarzeń. To być może przynosi jej ukojenie, staje się formą terapii, ale niekoniecznie musi fascynować czytelnika. Scenki z ich londyńskiego domu, narodziny dzieci, poznanie męża, a nawet jej własne dzieciństwo, to momentami za dużo, jak na książkę, której punktem wyjściowym było tsunami...
Przyznam, że jestem zaskoczona przyznaniem akurat tej pozycji tytułu najlepszej książki roku 2013 przez magazyn „New York Times”. Być może ten długi proces wychodzenia ze stanu odrętwienia, próba zrozumienia siebie w momencie straty czy wreszcie potrzeba zachowania rodziny w żywej pamięci (Jestem zanurzona w innej rzeczywistości. W naszym życiu, ale takim, jakim byłoby dzisiaj. (…) Jestem gotowa doznawać ‘nas teraz’ tak bezpośrednio, jakbym została wyrwana z naszego wspólnego życia zaledwie przed chwila), zaważyło na ocenie. Mnie pierwsza połowa przypadła do gustu, ale druga zmęczyła. No cóż, o gustach się nie dyskutuje, a opinie nie zawsze się pokrywają, choćby te dotyczące bestsellerów New York Timesa. A może zwłaszcza one...

Cytaty za: Tsunami, Sonali Deraniyagala, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Ocena 4/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi Oblicza Kultury


sobota, 7 czerwca 2014

Antologia 100/XX - red. Mariusz Szczygieł - cz. 1

Spełniło się moje marzenie – „Antologia polskiego reportażu XX wieku” pod redakcją Mariusza Szczygła znalazła się wreszcie na moim (nieuporządkowanym) biurku. Robi wrażenie nie tylko ilością stron (2000!), czy wagą (ok. 3,5 kg), ale i pięknym, eleganckim wydaniem – twarda oprawa, stonowane kolory, porządny papier. Solidne przygotowanie i wysmakowany dobór tekstów sprawia, iż mówi się o niej w kategorii ‘biblii polskiego reportażu’. Takie nawiązanie, podobnie jak i sama antologia, powinna zaskakiwać, obezwładniać, szokować, wreszcie – porażać. I poraża. O wrażenia z najwyższej półki zadbał reporter i pisarz, który jest dla mnie gwarantem wielkiej wrażliwości na rzeczywistość, na człowieka, wreszcie - na bohatera (jego) tekstu. Mariusz Szczygieł, bo o nim mowa, będący bacznym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości, wykonał kawał dobrej roboty. Czuję się oszołomiona nadmiarem tych pochwał, tych ochów i achów, które płyną nie tylko z mojej strony, ale i ze wszelkich innych źródeł. Dlatego dziś chcę się zatrzymać jedynie na wstępie i ogólnikach. Na omówienie poszczególnych reportaży zostawiam sobie kolejny wpis, a może i dwa, w końcu teksty podzielono na dwa pokaźne tomiszcza (tom 1 zawiera teksty z lat 1901-1965, tom 2 - 1966-2000). Jak widać, „Antologia” to potężny materiał, toteż ja chcę do niego podchodzić z pewnego rodzaju namaszczeniem. Zamierzam się nią delektować, by widzieć dokładnie, jak zmieniały się typy reportaży i one same, jak przekształcał się kraj, jak ewoluowała rzeczywistość, jak żyli ludzie. Pośpiech, to ostatnia rzecz, która by tutaj pasowała.

Teksty zawarte w „Antologii” to według Mariusza Szczygła, najciekawsze, najlepsze, najbardziej odkrywcze, najbardziej kontrowersyjne i najważniejsze polskie reportaże XX wieku. Do ich wyboru przyczyniła się rada programowa, w skład której weszli: Hanna Krall, Elżbieta Sawicka, Małgorzata Szejnert i profesor Kazimierz Wolny-Zamorzyński. Materiały były dobierane (oczywiście) według gustu Szczygła, ale wyżej wymienieni dawali wskazówki, mające zapewnić publikacji wysoki poziom bez zbędnych sentymentów. Każdy członek rady proponował od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu tekstów, przy czym wszyscy sięgali do ważnych opracowań na temat polskiego reportażu, a Szczygieł wraz ze swoją współpracownicą odwiedził nawet mieszkanie legendarnej redaktorki Iskier Krystyny Goldbergowej. Czytanie i wybór trwał ponad pół roku, materiału mieli w bród. Wybrane prace są różnorodne, idealnie się dopełniają, kontrastują ze sobą, prowadzą swoisty dialog. Ich autorzy są często dla współczesnego czytelnika zupełnie anonimowi. W przypadku twórców bardzo znanych, często czytywanych, w antologii znalazły się ich mniej znane teksty: A więc przy oczywistych autorach-nieoczywiste teksty. A poza tym - mnóstwo autorów nieoczywistych, jak się dowiadujemy. Sylwetkę każdego reportera i jego dzieło opatrzyłem małym szkicem, w którym staram się odtworzyć okoliczności powstania reportażu i opowiedzieć o jego twórcy. Bardzo rzadko dotykam życia prywatnego autorów - tylko tam, gdzie wydawało się to istotne dla treści, zdradza Szczygieł. O tym, jak trudny miał wybór, niech świadczy fakt, iż na końcu znalazły się nazwiska osób, które powinny się w „Antologii” pojawić, a które niestety z różnych przyczyn się nie zakwalifikowały.

Prof. Kazimierz Wolny-Zamorzyński w posłowiu opowiada o reportażu jako gatunku. Ta odrobina łatwo przyswajalnej teorii, jest świetnym uzupełnieniem wiedzy czytelnika lub też jej podsumowaniem. Profesor przypomina, iż ojcem reportażu światowego jest Egon Erwisch Kisch, zaś w Polsce twórcą nowoczesnego reportażu był Melchior Wańkowicz. Czym jest sam ‘reportaż’? W skrócie to historia, która wydarzyła się naprawdę i ma dawać do myślenia. Powinien mieć on funkcję sprawozdania, dbać o obrazowość, o ‘plastykę’, o język artystyczny. Tak, by odbiorca potrafił wyobrazić sobie opisywanych bohaterów i przedstawiane zdarzenia, po to by wczuć się w ich przeżycia. Ważne przy tym jest, jak się coś opowiada, a nie co się opowiada. Reportaż stoi więc wyraźnie na granicy literatury i dziennikarstwa: obrazowość i plastyka przekazu przechylają go w stronę literatury, a prezentowanie faktów, brak fikcji – w stronę dziennikarstwa, dodaje profesor Wolny-Zamorzyński. W swoim podsumowaniu wyróżnia również okresy w rozwoju polskiego powojennego reportażu oraz nadmienia, iż zainteresowanie polskim reportażem w świecie wzrasta. Dzieje się tak ze względu na świetny warsztat naszych reportażystów. Potrafią oni opowiadać interesująco o otaczającej ich rzeczywistości i umieją się dzielić swoimi informacjami. Są odważni, wierni zasadom swojego zawodu i wzorują się na sprawdzonych wzorcach, dzięki czemu ich teksty poruszają do głębi pod każdą szerokością geograficzną.

Egon Erwon Kisch w "Powieści i reportażu" w roku 1929 pisał, iż reportaż jest literacką strawą przyszłości. Był zdania, że pewnego dnia, ludzie zechcą czytać jedynie prawdę o otaczającym ich świecie. Zdaje się, że te czasy powoli nadchodzą, spychając telewizyjną, ogłupiającą papkę w kąt. Dobra sprzedaż „Antologii”, jest tego wyrazem i optymistyczną zapowiedzią nowych, bardziej ‘reporterskich’ czasów jednocześnie .
Na drugą część recenzji zapraszam wkrótce – pierwszy tom już czeka…


Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com Polecam gorąco!