niedziela, 27 lipca 2014

Dziennik - Jerzy Pilch

24 lipca tego roku Gazeta Wyborcza podała informację, iż Jerzy Pilch przeszedł poważną operację. Podobno poddał się głębokiej stymulacji mózgu, ponieważ choroba Parkinsona uniemożliwiała mu samodzielną egzystencję. W tej na pozór smutnej treści jest i nadzieja, bo pisarz rzekomo pisze już swoją nową powieść. Tego optymizmu może braknąć jednakże w dalszej części mojego tekstu. Jestem świeżo po lekturze pierwszej części Dziennika Jerzego Pilcha z 2012 roku (na którą zdecydowałam się dopiero teraz, kiedy już dawno po premierze, a wokół niej zrobiło się cicho). Podeszłam do lektury z namaszczeniem, pewna doznań literackich na odpowiednim poziomie. I choć bardzo chciałabym zapiać teraz z zachwytu – nie dam rady. Książka w żadnym momencie nie powaliła mnie na kolana, jak inne, wcześniejsze publikacje (mojego ulubionego przecież) autora. Po zamknięciu czułam wielkie rozgoryczenie i ogromny ból, bo byłam pewna, że przez ten „Dziennik” przepłynę… Tym razem autor o ‘marny[m] wiślańsko-luterański[m] rozum[ie]’, jak sam o sobie napisał, zapomniał, że intensywne zdania zawsze są mocną stroną prawdziwej literatury. W jego Tu właśnie takich tąpnięć mi brakowało...

Motywów przewodnich w tej publikacji doszukałam się pięciu: piłka nożna (przede wszystkim ukochana Cracovia, ale i polska reprezentacja na Euro 2012 z propozycją koszulek, na których początkowo zabrakło orzełka…), polityka (wyraźna sympatia PO stronie jednej partii), religia (i chęć dowiedzenia przewagi luteranizmu nad katolicyzmem), literatura (dawni pracodawcy, mistrzowie, współczesne publikacje, itp.), zdrowie (czy raczej jego ubytki – problemy z postępującą chorobą Parkinsona) – kolejność bez znaczenia. Pierwszy felieton datowany jest na 21.12.2009, ostatni na 21.11.2011.

Jak to w dzienniku, autor porusza sprawy, które w danej chwili były dla niego ważne. Wrażenia dowolnie mieszają się z odczuciami, niektóre tematy są kontynuowane na kilku kartkach, inne pisarz traktuje dość oschle. Z jednej strony szumnie odżegnuje się od polityki i polskiego futbolu, a z drugiej - namiętnie ogląda TVN 24, regularnie komentuje doniesienia sportowe w prasie i trzyma kciuki za wiecznie przegrywającą Cracovię. Nie wstydzi się mówić o momentach, w których nie pojmuje swego postępowania ([W]czoraj wyszedłem na miasto w dwu różnych butach, Przypadek? Początek? A może już środek?), o własnej chorobie, o tym, że prawa ręka zaczęła wieść kompletnie samodzielne życie, a kłopoty z pamięcią, a może nawet ze świadomością narastają. Pilch zdaje sobie sprawę, że przemija, że jego czas powoli się kończy, dlatego np. zastanawia się, jakie ubranie naszykować sobie do trumny. W obliczu odejścia z tego świata mimowolnie zaczyna wspominać – Agnieszkę Osiecką, Kornela Filipowicza (w młodości go odwiedzał - był jego przyjacielem i mistrzem), Andrzeja Nowakowskiego (kolegę ze studiów z krakowskiej polonistyki, który podarował mu kalendarz wielkości stołu pingpongowego), Adama Zagajewskiego (jego poruszającą twórczość) i imiennika tego ostatniego - Adama Małysza (jego ‘radość i piękno skakania’), itp.

Dotyka również spraw, które poruszyły całe społeczeństwo w kraju jak i za granicą, jak np. sprawę zaginięcia Iwony Wieczorek (był wtedy w Sopocie) i oczywiście katastrofę smoleńską (pisze w jej kontekście o zmarłym w tej katastrofie Adamie Pilchu - ewangelickim pastorze, który był mu bliski i wspomina słowa swojej babki pasujące do tych dramatycznych wydarzeń jak ulał: Ze wschodu nawet dobry wiatr nie wieje). Wraca pamięcią do stanu wojennego (przy okazji przyznaje, co zawdzięcza generałowi: Jaruzelski dał mi nie tylko wolność, dał mi też – jak się miało po latach pokazać - fach do ręki).

Jerzy Pilch dość często nawiązuje, co oczywiste, do literatury. Ostro wypowiada się o Januszu Rudnickim (zwłaszcza o proponowanym przez niego kanonie lektur), Jarosławie Marku Rymkiewiczu i Cormacu McCarthy’m. Wraca do kontrowersyjnej biografii Ryszarda Kapuścińskiego, wypowiada się o nowym redaktorze naczelnym Tygodnika Powszechnego, Piotrze Mucharskim, i przy okazji wspomina swoje 10 lat w tej redakcji. Po przyznaniu Nobla Mario Vargasowi Llosie, przypomina, że ten nie zawsze stał po właściwej stronie. W pamiętnym roku 1982 stał wręcz tam, gdzie stało ZOMO. A na naszym rodzimym gruncie przywołuje Nagrodę Nike dla Tadeusza Słobodzianka - dobrego znajomego Pilcha i ważn[ej] posta[ci] [jego] młodości i człowiek[a] bardzo m[u] bliski[ego]. Poza tym wielokrotnie powtarza tę samą przejmującą frazę Franza Kafki - „Sam ze sobą nie mam nic wspólnego…” Zapowiada również, że napisze kiedyś autobiografię pt. „Dusza w ekscesach” – trzymam za słowo, Panie Jerzy.

Po doniosłej tematyce, pora na lżejszy kaliber. Pilch napomyka również o rzeczach błahych dla ludzkości, ale ciekawych dla jego czytelników. Przykładowo o tym, na czym był w kinie chcąc nadrobić zaległości; co ostatnio czytał; jakie papierosy pali i dlaczego kupuje je na zapas. Kolekcjonuje zresztą nie tylko fajki, ale również gromadz[i] zapasy grubych, a nawet bardzo grubych książek (...) Grube książki są twoimi Szecherezadami, olimpiadami, mundialami, twoimi podróżami, twoją wodą życia. Tylko grube książki są w twoim zasięgu - w kosmos nie polecisz, w olimpiadzie już nie weźmiesz udziału, na mundial nie pojedziesz, w podróż dookoła świata nie ruszysz, nawet do Wenecji już ci się nie chce, masy rozmaitych rzeczy już nie dasz rady zrobić, ale nadzieję na przeczytanie grubej książki możesz mieć zawsze (…). Tu zgadzam się całkowicie, bo sama wyznaję podobną filozofię. Autor dowodzi, że Bóg istnieć musi skoro przywrócił weekendowy ekspres Warszawa-Wisła-Warszawa i chętnie rozwodzi się nad swoimi wrażeniami z podróży PKP. Wyznaje również, w jakich warunkach jest w stanie tworzyć: Nie tylko znoszę, ale wręcz przy słynnej ponadtrzydziestostopniowej apokalipsie, ‘podczas której starsi ludzie nie powinni wychodzić z domu’, dobrze mi się pracuje. Pot i duchota po paru dniach dają aurę szaleństwa, a każde szaleństwo-nawet z przegrzania-uskrzydla. Pisarz zabiera też krytyczny głos w sprawie internetu, porównuje go do jedn[ej] wielk[iej] rzek[i] gówna, baz[y] anonimowych agresorów, schronieni[a]- i co może istotniejsze – spełnieni[a] wszelkiej maści popaprańców i frustratów. Nie ma też najlepszej opinii o naszej ojczyźnie – kraju frustratów, których poznać można po nienawistnym dialogu z telewizorem. Hmm, tu się na pewno nie zgodzę...

Całymi latami marzyłem o byciu literackim urzędnikiem, a przyrosła mi cyganeryjna gęba lekkoducha, bankietowicza i Bóg wie kogo. No właśnie, kogo? Jaki obraz Jerzego Pilcha wyłania się z jego zapisków? Bez wątpienia jest ‘sekretarzem własnego umysłu’, jak o sobie mówi. Poraził mnie swoją szczerością, zaskoczył otwartością na czytelnika i ujął umiłowaniem swojej małej ojczyzny. Najbardziej jednak jestem zszokowana marazmem, który ten Dziennik naznacza. Autor intryguje czytelnika swoją logiką, kreśli swym charakterystycznym (czasem ponurym, czasem satyrycznym, ale i sarkastycznym) stylem obraz świata. Ponieważ Pilcha cenię, zajrzę do niego raz jeszcze. Liczę na to, że drugi tom, "Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 - 20 czerwca 2013" będzie inny, że nie będę się mogła od niego oderwać, że zabraknie mi tchu. Amen.

Ocena 3/6

Cytaty za: Dziennik, Jerzy Pilch, Wielka Litera, Warszawa 2012.

Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com Polecam gorąco!


czwartek, 24 lipca 2014

Kurator - Zbigniew Kruszyński

Autor powieści i opowiadań, rocznik 1957. Urodził się w Radomiu, a studiował na Uniwersytecie Wrocławskim. Jest absolwentem filologii polskiej i romańskiej. Przez wiele lat mieszkał w Szwecji, niedawno wrócił do kraju, do Kotliny Kłodzkiej. Najnowsza powieść Zbigniewa Kruszyńskiego, bo o nim mowa, pt. „Kurator”, to bez wątpienia nie literatura emigracyjna i nie chwytliwe czytadło. Literat nie jest bowiem prozaikiem dla mas. Najprawdopodobniej większa część nastawionego na komercję społeczeństwa nie sięgnie po jego teksty, w których na próżno szukać banałów czy radosnego la dolce vita. Bohater „Kuratora” to człowiek, który nawet we własnym kraju, ba we własnej skórze (!) czuje się emigrantem. Męki, jakich doświadcza zapadną cierpliwemu i wrażliwemu czytelnikowi w pamięci na długo…

Rozwodnik w średnim wieku, głęboko naznaczony samotnością. Człowiek, który notorycznie nie ma co ze sobą zrobić, dokąd pójść, z kim porozmawiać. Jako substytut wybiera więc sen i sponsoring, ale szczególnie to pierwsze wychodzi mu świetnie. Kiedy nie pada w objęcia Orfeusza, przegląda oferty kobiet gotowych spędzić z nim kilka chwil, pod warunkiem, że im za to zapłaci. Za każdym razem zdaje sobie sprawę ze swego położenia. Nie jest naiwny i nie wierzy, że z tych opłacanych spotkań stworzy stały związek. Jest realistą o pesymistycznym usposobieniu. Przy okazji również doskonałym obserwatorem - prawie wszystko widzi, a co mu umknie - sam sobie dopowiada. Dzieli ludzi ze względu na zawarte w anonsach informacje i zdjęcia, a każdą napotkaną kobietę (choćby ekspedientkę czy kelnerkę) postrzega jako osobę, z którą mógłby dokądś pójść, coś jej kupić, ofiarować jej cząstkę siebie. Na pozór szalone, lecz w obliczu tego, jak żyje, staje się zrozumiałe: je poza domem, by nie popaść w bulimię i alkoholizm oraz by nie dołować się jeszcze bardziej smutnym życiem singla. Z kobietami nie wychodziło mu od zawsze. W szkole kochał się w nauczycielce, którą odprowadzał do domu, brał czule za rękę; później związał się z mężatką, a następnie z dziewczyną z biblioteki; ostatecznie został rozwodnikiem. Wszystkie te relacje bardzo szybko się kończyły, najczęściej to on zostawał porzucony (może to wina ‘cholerycznych rodziców’?). Wszystko to sprawia, że momentami jest surowy w stosunku do siebie i innych. Cechuje go cięty dowcip i sarkazm. Bez ogródek wspomina o własnych problemach zdrowotnych – o powszechnych, dla wielu wstydliwych, dolegliwościach u mężczyzn po pięćdziesiątce. Niczego nie upiększa mówiąc o prostacie (przez moment w obecności kobiety jest nawet ‘facetem sikającym do worka przez rurkę’) i egzemie oraz o fakcie bycia narkoleptykiem. Jego fizjonomia, której elementy składowe to: nadwaga, łysina, łupież, również nie poraża. Dlatego też samotność aż z niego kipi w jego czterech pustych ścianach: Nikt nie czekał, kot nie miauknął, pies się nie rzucił na mnie z radością, drapiąc pazurami o kafle, żona nie spojrzała z wyrzutem za nieobecność nocą. Pewnego dnia, nie bez oporów, umawia się z Martą, urokliwą nastolatką. W jego głowie natychmiast pojawia się mętlik, ale i skrywana nadzieja i nieśmiałe plany: A zatem miałem zostać kuratorem, wychowawcą licealistki, może powinienem dbać o jej lektury i przejrzeć bibliotekę. Ku jego zaskoczeniu to dziewczyna chce się z nim spotykać częściej, jeździć na weekendy w góry, żyć jak stare, dobre małżeństwo. On daje jej nawet klucze do swego domu, Marta pożycza jego ubrania i nasyca je swoim zapachem, a on cieszy się jak dziecko, bo w końcu może kogoś obdarować nie tylko upominkiem, ale przede wszystkim sercem: Pierwszy raz od lat – od ilu, od ilu? – będę musiał wymyślić prezent pod choinkę, a potem może jeszcze ustawić nad nim drzewko. Co można kupić maturzystce, wszechstronnie uzdolnionej, chyba kompendium wszystkiego... Czy tym razem mu się uda? Czy związek samotnego mężczyzny z dużym bagażem doświadczeń z naiwną, a może i odrobinę wyrachowaną nastolatką ma jakieś szanse?

Lektura „Kuratora” sprawia czytelnikowi ból. Ta bardzo oszczędna w opisy proza, z ewidentnie męską narracją, pozbawioną ozdobników, która pokazuje dobitnie, dokąd współczesny świat doprowadza człowieka. Nasza rzeczywistość zabija nie tylko uczucia, ale i emocje, wycisza prawdziwe potrzeby, kierując myśli w stronę pozornych i chwilowych jedynie uciech. Życie z dnia na dzień, bez celu, sensu i przyczyny – oto spuścizna naszych czasów. Egzystencja, w której brakuje ciepła, rodziny, przyjaciół oraz spełnienia to przykry, choć prawdziwy obraz, jaki maluje przed nami Zbigniew Kruszyński w swojej najnowszej powieści. Bez patosu, nadęcia, w niemej ciszy, autor wiedzie swego czytelnika tam, gdzie rozpadły się więzi międzyludzkie, gdzie klęskę poniosła komunikacja i właśnie tam każe mu sobie samemu spojrzeć w twarz... Czy zechcemy poświęcić chwilkę tej krótkiej książce i zadumać się nad smutną refleksją snutą nieśpiesznie przez jej bohatera, emocjonalnego bankruta XXI-wieku – oto jest pytanie. Dla Was. Ja już dokonałam wyboru.

Cytaty za: Kurator, Zbigniew Kruszyński, W.A.B., Warszawa 2014.

Ocena 5+/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi Oblicza Kultury



niedziela, 6 lipca 2014

Niepokorne. Eliza - Agnieszka Wojdowicz

Niepokorny to z jednej strony: nieposłuszny, hardy, zadziorny, krnąbrny, buntowniczy, a z drugiej: ciekawy, kontrowersyjny, wart uwagi. Takie są właśnie bohaterki pierwszej części trylogii Agnieszki Wojdowicz „Niepokorne. Eliza”. Zacznijmy od tego, kim jest autorka. Wojdowicz to nauczycielka języka polskiego w warszawskim liceum, mieszkająca na Mazowszu. Do tej pory ukazała się jej saga fantasy w trzech tomach: „Serce Suriela”, „Łowcy aniołów”, „Korona Mandalich”. „Niepokorne” to zapowiedź kolejnej serii, tym razem niemającej z fantastyką nic wspólnego.

Młodopolski Kraków, kolebka modernizmu, rok 1895. Miejsce, do którego ciągnęli uzdolnieni ludzie, w którym kształtowały się kultura i sztuka, gdzie zaciekle walczono o ich kult. W takich okolicznościach pojawiają się trzy niezwykle postępowe jak na owe czasy młode kobiety: tytułowa Eliza Pohorecka, jej koleżanka Klara Stojnowska i przyjaciółka tejże - Judyta Szreiberówna. Wszystkie pełne zapału do wiedzy i chęci, jeśli nie do zrewolucjonizowania rzeczywistości, to przynajmniej do kształtowania jej według własnego uznania. Czas, w którym przyszło im żyć niestety nie dawał dużego pola do popisu. Wszelkie odstępstwa od normy były surowo ocenianie przez konserwatywnych rodziców, którzy próbowali tuszować wyskoki niepokornych córek, wprowadzając tradycje z dziada pradziada, wedle których to oni szukali odpowiedniej partii dla swoich dzieci; kobiety jako bogini świętego ogniska domowego nie wolno było odrywać od rodzinnych obowiązków, bo zamiast myśleć samodzielnie miała rodzić dzieci, modlić się i czekać na męża, od którego była uzależniona finansowo. Waleczne bohaterki „Niepokornych” chciały żyć inaczej, pragnęły realizować swoje pasje, ulegać niegasnącym namiętnościom a nie sztywnym konwenansom. Za tę swoją postępowość płaciły wysoką cenę…

Klara Stojnowska była córką szanowanego profesora. Nie myślała o zamążpójściu, nie liczyła się ze słowami, pozwalając sobie na dużo więcej niż konserwatywny Kraków mógł znieść. Cygaretki, krótkie fryzury, suknie reformowalne to była jej codzienność. I choć uczyła się na kursach w Baraneum, to ciągle się dokształcała, publikowała pod pseudonimem (żeby nie szargać nazwiska ojca) w lwowskim „Przedświcie”. Mimo to nie zapominała o potrzebach bliźnich. Z żebrakami dzieliła się groszem, działała na rzecz wyzwolenia kobiet, organizowała kwesty, odczyty, wystawy, zbierała datki na ochronki, czytelnie, szpitale i domy dla ubogich. Miała potężną charyzmę, której niekiedy brakuje współczesnym nam feministkom…

Judyta Szreiberówna - żydówka, córka antykwariusza, przyzwyczajona do wygodnego, wolnego od trosk życia. Zamiast wyjść za mąż za proponowanego przez rodziców kandydata, po kryjomu spotykała się z malarzem Szymonem Hellerem. Już jako nastoletnia panienka wywalczyła u ojca zgodę na samotne spacery i naukę w szkole. Później marzyły jej się kursy malarstwa w Domu Nauczycielek, gdzie mieściła się siedziba Wyższych Kursów dla Kobiet im. Adriana Baranickiego, jedna z niewielu instytucji pozwalająca kształcić się młodym kobietom w czasach, gdy drzwi krakowskich uczelni były przed nimi zatrzaśnięte. Najbliżsi jednakże nie godzili się ani na malarstwo ani na zięcia kobieciarza, na dodatek bez dochodów. To właśnie dlatego dziewczyna uciekła z domu. Tylko upór i szczęśliwy zbieg okoliczności sprawiły, że udało jej się zrealizować swoje marzenia - rozpocząć studia w Baraneum (gdzie jej wykładowcą był m.in. Jacek Malczewski; brała również lekcje u Stanisława Wyspiańskiego). Pojawiające się kłopoty powoli studziły jej zapał, oddalając ją od ukochanej sztuki. Wciąż nie wiedziała, jak ostatecznie zerwać z przeszłością. Miotała się między skrajnościami, komplikowała najprostsze sprawy, co porządnej, bogobojnej żydówce nie powinno się zdarzyć…

Eliza Pohorecka miała wyższe uprawnienia nauczycielskie, prowadziła z mamą pensjonat w Kongresówce, praktykowała w aptece, ostatecznie zdecydowała się na studia. Została hospitantką Studium Farmaceutycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim, co było bardzo dużym osiągnięciem, większym niż było dane osiągnąć jej koleżankom z gimnazjum. W Galicji walczyła o zgodę wykładowców na udział w zajęciach, bo nie każdy chciał widzieć na nich kobietę. Tylko dzięki profesorowi higieny na Uniwersytecie Jagiellońskim, bakteriologu, zwolenniku praw kobiet, Odo Bujwidowi (postać autentyczna, autorka wspomina również o jego żonie, jednej z najważniejszych postaci ruchu feministycznego w Polsce), udało jej się dostać na zajęcia u konserwatywnego profesora Kopczyńskiego. Prostolinijna i silna Eliza uwikłana w sprawę kryminalną doświadczyła kradzieży, włamania, a nawet porwania, nie tracąc przy tym zimnej krwi. Gdyby jej losy potoczyły się inaczej, nie miałaby szansy na spotkanie miłości swojego życia. Siła charakteru, niezależność, wolność od zobowiązań, zaradność i samodzielność, to bez wątpienia cechy charakteru, które pomogą jej walczyć o to uczucie w kolejnych tomach trylogii.

„Niepokorne” są bardzo dopracowaną i niezwykle ciekawą propozycją na nadchodzące lato. Książka urzekła mnie od pierwszych zdań, nie znudziła nawet na moment, a wręcz przeciwnie – trzymała w napięciu do końca. Widać ogromną dbałość Agnieszki Wojdowicz o język (pisarka jak na polonistkę przystało posługuje się piękną polszczyzną, widać również jej twórczy stosunek do słowa) oraz o oddanie charakteru epoki. Byłam pod wrażeniem starannych opisów różnych miejsc: np. pleneru, w którym uczestniczyła Judyta z kursantkami oraz profesorem Siedleckim; domu Elizy, z jego ciepłą atmosferą, kuszącym zapachem domowych posiłków i napojów (np. gruszek w miodzie nadziewanych tłuczonymi migdałami ze skórką pomarańczową czy herbaty z malinami); ówczesnych uczelni i kawiarenek, gdzie Eliza spotkała się z naklejonymi na blacie karteczkami z napisem 'Tylko dla pań' oraz miała (…) do czynienia z wyzwolonymi zwolenniczkami równości płci, które manifestowały swój bunt męskim style bycia i ostentacyjnym łamaniem anachronicznych norm społecznych. Autorka uwiarygodniła swoją opowieść umieszczając wśród bohaterów postaci historyczne oraz realne problemy ówczesnych ludzi – wszystko na tle politycznym. Na uwagę zasługuje sprytnie przemycony wątek religijny związany z Judytą - ograniczenia, które na żydowskie dziewczęta nakładała tradycja, a które ona nieustannie ignorowała - portretując ludzi, nie jedząc koszernych potraw, buntując się przeciwko władzy rodziców oraz nadmieniony wyżej wątek historyczny, ukazujący znaczne różnice między życiem w Galicji i Królestwie Kongresowym. I tak na zmianę przeplatają się losy Elizy i Judyty z relacjami o Klarze, zmyślnie łączącej obie bohaterki. Wojdowicz łączy miłość ze zbrodnią; radość, podniecenie i nadzieje Elizy ze smutkiem, rozczarowaniem i samotnością Judyty oraz przebojowością i odwagą Klary-idealistki. Wszystkie kobiety są nietuzinkowe, nie boją się wyzwań, dokonują trudnych wyborów i walczą (z różnym skutkiem) o swoje szczęście, idąc dzielnie pod prąd.

Na koniec krótkie podsumowanie: przemyślana, dobrze skonstruowana powieść obyczajowa, oddająca ducha epoki, prezentująca postępowe osobowości płci żeńskiej, naznaczona ich silnymi emocjami pozbawionymi lukru. Jeśli pozostałe dwie zapowiadane przez wydawnictwo części będą równie dobre jak „Eliza”, wróżę pani Agnieszce rzesze czytelników, a razem z nimi duży sukces wydawniczy. Już dziś trzymam za nią mocno kciuki.

Cytaty za: Niepokorne. Eliza, Agnieszka Wojdowicz, Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.

Ocena: 6/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Walka niepokornych serc

czwartek, 26 czerwca 2014

Małżeństwo we troje - Éric-Emmanuel Schmitt

Éric-Emmanuel Schmitt - francuski dramaturg, eseista i powieściopisarz, z wykształcenia filozof. Niekwestionowany mistrz krótkiej formy i jeden z najpoczytniejszych francuskojęzycznych autorów na świecie zarazem. W swojej twórczości porusza tematy trudne, bolesne i kontrowersyjne. Z zamiłowania analizuje stosunki międzyludzkie, unikając moralizatorskiego tonu. Mimo iż często poziom tworzonych przez niego opowiadań jest nierówny, to trudno odmówić im wiarygodności i szczególnej dbałości o słowo. Ten Francuz czaruje swoich czytelników, sięgając po nieskomplikowany przekaz, nie stosując dłużyzn i stroniąc od poetyckiego nadęcia. To sprawia, że po książki Érica-Emmanuela Schmitta sięgamy, również my, Polacy, nader chętnie. Ja, oczarowana „Oskarem i panią Różą”, tym razem wybrałam zbiór pięciu opowiadań „Małżeństwo we troje”. Zawiodłam się, niestety. Książka kończy się zdecydowanie za szybko. Jest tak świetna, że aż żal się z nią rozstawać.

Éric-Emmanuel Schmitt rozpoczyna ten tom niezwykle mocnym opowiadaniem o gejach, pt. „Dwóch panów z Brukseli”. Historia akceptowanej, usankcjonowanej w Kościele Katolickim miłości małżeńskiej Geneviéve i Édouarda Grenier, zostaje skonfrontowana z uczuciem nieprawowitym, skazanym na pozostanie w ukryciu Jeana Daemensa i Laurenta Delphina. Schmitt bardzo zręcznie ukazuje bolączki obu związków, ich namiętności, pragnienia i problemy. Pokazuje komu łatwiej zaakceptować zdradę partnera, kto jest bardziej gotowy do poświęceń, a kto boi się zarazić cierpieniem. Pozostaje przy tym niezwykle subtelny, nie epatuje erotyzmem, nie szuka sensacji. To bardzo dobry tekst, mogący stanowić intrygujący punkt wyjściowy do gorącej dyskusji…

„Pies” to drugie opowiadanie. Jego bohaterem jest osobliwy lekarz-samotnik Samuel Heymann, który od 40 lat jest wierny jednej rasie psa (owczarek francuski) i każdemu kolejnemu zwierzęciu nadaje zawsze to samo imię – Argos. Obaj tworzą niezwykły związek: Pan i pies byli jakby na nieustającym koncylium, od wieków spędzali wspólnie dni i noce, zawsze nie nudzili się sobą, zadowoleni z każdej chwili, jaką dzielili, jakby nie istniało dla nich na tym świecie nic doskonalszego od możliwości oddychania ramię przy ramieniu. Ktokolwiek się u nich pojawiał, przerywał ich wspólne chwile, pełne, mocne, bogate, nasycone treścią. Ten fragment jest nie tylko po to, byście się przekonali o głębi tej więzi, ale również po to, byście zobaczyli, że momentami tłumaczenie „Małżeństwa...” nie jest niestety idealne… Jeśli postaracie się te niedociągnięcia puścić mimo uszu, bez wątpienia na końcu opowiadania będziecie wzruszeni zadawali sobie jedno pytanie: kogo łatwiej kochać, człowieka czy psa? I kto lepiej potrafi odwzajemnić miłość?

„Małżeństwo we troje”, tytułowy tekst, zaskoczyło mnie kolejnym już w twórczości Schmitta nawiązaniem do wielbionego przez niego Mozarta. Nie jest to odniesienie, które rzuca się od pierwszych zdań w oczy, ale później, można by rzec, w nie kłuje. Pisarz opisuje w niej osobliwą historię pewnej ubogiej wdowy z dwójką dzieci, która po ponownym wyjściu za maż nie jest w stanie uwolnić się od pierwszego małżonka… Jesteśmy małżeństwem we troje. Gdziekolwiek pójdę, mam ze sobą dwóch mężów: pierwszego, o którym mówi mi drugi, i drugiego, który mówi mi o pierwszym. Jeśli chcecie się dowiedzieć, co stoi za tym zagadkowym sformułowaniem, koniecznie zajrzyjcie do książki!

„Serce w popiele” to skomplikowany utwór, którego bohaterka kocha siostrzeńca bardziej niż własnego syna. Dociera to do niej dopiero wtedy, gdy jej dziecko ginie w wypadku. Jej emocje z niej kipią - przechodzi od wielkiej miłości do ogromnej nienawiści – niczym lawa z wybuchającego w tym samym czasie na Islandii wulkanu. To wzajemne dopasowanie człowieka i natury (noszące znamiona romantyzmu), początkowo budzi strach i grozę, później jednak przynosi zbawienną ciszę, oczyszczenie i ukojenie… Pisarz nawiązuje tu do szczytnej idei transplantologii, zachęca do bycia świadomym, pełnym empatii a nie roszczeń dawcą narządów. Wszak śmierć to mądrość życia. To istotne dla nas wszystkich sprawy, warto się nad nimi pochylić nieco dłużej.

Ostatnia opowieść już samym tytułem sieje grozę – „Dziecko upiór”. To historia Séverine i Benjamina Trouzac, wcześniej ludzi sukcesu, obecnie ludzi-cieni. Małżeństwo to ma za sobą dramatyczne wydarzenia – zdecydowali się na aborcję, bo ich dziecko miało cierpieć na nieuleczalną chorobę- mukowiscydozę. Ich związek przeszedł wielką próbę, prawie zabiły go wzajemne oskarżenia. Po udanej terapii ponownie zaczęli żyć beztrosko. Niestety, tylko do czasu spotkania z młodą, uroczą dziewczyną Melissą, która uratowała im życie w górach...

Eric-Emmanuel Schmitt posiada bez wątpienia klucz do pisania chwytliwych książek. Posługuje się nieprzeciętnymi bohaterami, posiadającymi tajemnice, które determinują nie tylko ich życie, ale również ich najbliższych. Każdy z tych sekretów niesie z sobą gigantyczny ładunek emocjonalny. Dotykając spraw bolesnych i złożonych na kilku kartach opowiadania, francuski autor naraża się na niebezpieczeństwo potraktowania tych zagadnień zbyt pobieżnie, bez odpowiednio głębokiej analizy. Mimo to zaryzykuję stwierdzenie, iż większość odbiorców będzie urzeczona ciągłym ich zaskakiwaniem przez autora i poczuje się zaintrygowana poruszaną tematyką. Na końcu książki Schmitt zawarł swój dziennik, w którym opowiada o kulisach powstania wszystkich tych materiałów oraz dzieli się z czytelnikami ich interpretacją. To może przeszkadzać niektórym, bo do odkrywania ukrytych sensów na własną rękę zostaje niewiele miejsca. Ja przymknęłam oko na te drobne niedociągnięcia i byłam w siódmym niebie. Oczywiście ze Schmittem. We dwoje.


Cytaty za: Małżeństwo we troje, Éric-Emmanuel Schmitt, Znak Literanova, Kraków 2013.

Ocena 5+/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Człowieczy los


sobota, 21 czerwca 2014

Jeszcze jeden dzień - Mitch Albom

Jeszcze jeden dzień”, najnowsza książka Mitcha Alboma, znanego amerykańskiego pisarza, dziennikarza, prezentera i muzyka w jednej osobie, sprzedającego miliony książek, z których trzy zostały już zekranizowane, ukazała się w Polsce 19 maja, a więc tydzień przed Dniem Matki. Jest to o tyle istotne, że ten bestsellerowy autor zadedykował ową publikację swojej matce i obrał jako motyw przewodni utraconą miłość matczyną. Tak więc to lektura jak najbardziej na czasie. Każda mama jest wyjątkowa, najukochańsza, najlepsza, ale niestety, nie zawsze o tym pamiętamy na co dzień. Uświadamiając sobie ten fakt po czasie, kiedy jej już nie ma wśród nas, wiele dalibyśmy za jeden jedyny dzień, w którym moglibyśmy powiedzieć jej wszystko to, czego nie zdążyliśmy lub z czym zwlekaliśmy zbyt długo. Ku przestrodze, by nie marnować czasu i na każdym kroku przypominać rodzicielce, ile dla nas znaczy, powstał właśnie „Jeszcze jeden dzień”. To dziełko o niewielkiej objętości, za to o uniwersalnym charakterze, jasnym przesłaniu i mocnej sile rażenia. Bez sentymentalizmu, kiczu, zbytecznej dramaturgii.

Charles ‘Chick’ Benetto był synkiem tatusia Leonarda (zwanego Lenem). Zapatrzony w niego, realizujący wszelkie jego pomysły i plany, pewnego dnia boleśnie się rozczarował. Idealizowany ojciec bez słowa pożegnania odszedł, zostawiając syna, młodszą córkę Robertę i zdezorientowaną matkę Paulinę (Posey) na pastwę losu. Niepełna rodzina musiała szybko odnaleźć się w nowej sytuacji. Chick nie miał wyjścia i z dnia na dzień stał się synkiem walecznej, odważnej mamusi. Mamusi, która kochała go całym sercem, powtarzała mu nieustannie, że jest mądry; nalegała, by czytał jedną książkę tygodniowo i zabierała go do biblioteki, żeby być pewną, że jej nie oszukuje. Posey była zabawna i zaradna. Robiła wszystko, by dzieci nie odczuły zbyt boleśnie rozstania rodziców. Początkowo pracowała jako pielęgniarka w szpitalu, gdzie swoim ciepłem, cierpliwością, wrażliwością i dobrym słowem urzekała pacjentów, o których zdrowie i wygląd pieczołowicie dbała. Choć po rozwodzie straciła wielu znajomych – kobiety bały się, że zabierze im męża i odwracały się od niej – nie załamała się. Nawet wtedy, gdy musiała odejść z pracy, bo rzekomo rozpraszała lekarzy, nie pokazywała dzieciom, jak boleśnie została zraniona przez los… Charles widział jej trud i rzucane pod nogi kłody (na które nigdy się nie skarżyła), ale jako nastolatek odpychał ją. Nie chciał jej pocałunków, wspólnych wizyt w kinie. Drażniły go czułe liściki matki, które pisała do niego za każdym razem, gdy gdzieś go zostawiała i to jej uporczywe matkowanie. Był także zły, że jest jedyną rozwiedzioną kobietą w okolicy, że ciągle o niej mówią, że jest atrakcyjną, zadbaną kobietą, a nie bezbarwną kurą domową. Brakowało mu ‘przeciętności’ i ojca... Dopiero po czasie zrozumiał, jak wyjątkową miał mamę i jak blado na jej tle wypadał tata. Nie tylko dlatego, że nigdy nie wyjawiła mu, czemu rozwiodła się z mężem, i nigdy nie nastawiała dzieci przeciwko ojcu. Z biegiem lat dotarło do niego, że nikt nie kocha tak, jak matka, że kiedy patrzysz na swoją matkę, masz przed oczami najczystszą miłość, jakiej kiedykolwiek zaznasz... A kiedy mama odchodzi, zabiera ze sobą nie tylko to uczucie, ale i niewzruszone góry troski, których tak bardzo brakowało Charlesowi po jej nagłej śmierci. Kiedy Posey umarła, jej syn był dojrzałym mężczyzną, miał własną rodzinę, a jego córka była uroczą 14-latką. Mimo to nie mógł poradzić sobie ze swym bólem, ani z tym, że nie zdążył się pożegnać. Wydawało mu się, że obecność matki jest oczywista, naturalna i dana raz na zawsze, a śmierć nie ma do niej dostępu. Chciał jej tyle powiedzieć… Prawdą jest, iż można przejść przez całe życie, kolekcjonując dni, ale żaden nie dorówna temu, który chcielibyśmy odzyskać. Dlatego też rozczarowanie było bolesne – Chick został sam ze swoimi myślami i ogromnym cierpieniem. Coraz więcej pił, wyrzucono go z pracy, po kilku latach odszedł od żony, a córka nie zaprosiła go na własny ślub. Szybko wpadł w depresję i stał się wrakiem człowieka: Źle sypiałem. Źle się odżywiałem. Starzałem się w oczach. Nie mógł znieść nie tylko utraty matki, ale i oderwania od dorosłej już córki: Zostajesz odcięty od życia swojego jedynego dziecka i czujesz, jakby zatrzasnęły się za tobą stalowe drzwi; walisz w nie, ale nikt cię nie słyszy. A być niesłyszalnym to pierwszy krok do poddania się, a poddanie się to pierwszy krok do samobójstwa. Był zdecydowany pożegnać się z życiem, zwalić się Panu Bogu na głowę. Zrobił to – tyle, że nieudolnie. Zamiast umrzeć, narodził się na nowo. Dzięki matce. Trudno jednoznacznie określić, co wydarzyło się po wypadku, którego sprawcą był Charles i po upadku z wieży ciśnień. Pewne jest, że przeżył, choć nie miał na to szans i że spotkał się z matką. Zmarłą matką, żywą matką, jej duchem – trudno powiedzieć. Jak sam przyznał: Kiedy ukazuje ci się zmarła bliska osoba, walczy z tym umysł, nie serce. Dlatego nie dochodził, jak to możliwe, że mama była obok, że opatrywała mu rany, przygotowywała jego ulubione potrawy, odwiedzała swoje dawne klientki i przyjaciółki. Uwierzył jej na słowo, że: Jeśli ktoś jest w twoim sercu, nigdy tak naprawdę nie odchodzi. I może do ciebie wrócić, nawet w mało prawdopodobnych sytuacjach… Chick, lawirując miedzy snem i jawą, spędził z Posey jeden dzień, który dał mu to, czego potrzebował i który ukazał mu właściwy kierunek oraz pozwolił zrozumieć to, czego jako dziecko nie mógł pojąć. Wszak jeden dzień spędzony z ukochaną osobą może zmienić wszystko...

Historia Charlesa ‘Chicka’ Benetto jest złożona z osobistych notatek pisarki (będącej kimś więcej niż tylko zwykłą dziennikarką…), która tę opowieść rozpoczyna, fragmentów jego dziennika (realnych wspomnień, w których on nie stawał po stronie matki, a kiedy ona brała go w obronę) oraz liścików od Posey. Łączy ona w sobie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Mimo zaburzonej chronologii i dość oryginalnego toku zdarzeń, ta niezwykła przygoda sprawia wrażenie bardzo autentycznej. Wykreowani bohaterowie są wiarygodni, a ich sposób postępowania podyktowany jest wieloma problemami natury psychologicznej. Książka Mitcha Alboma nie jest naiwną, płytką pisaniną tegoż bestsellerowego autora. Nie jest też obyczajową lekturą dla nadambitnych, którzy doszukują się w niej drugiego dna, filozoficznych prądów czy nowatorskich tez. To krótka, prosta w przekazie i wzruszająca historia niedocenionej za życia matczynej miłości i niewykorzystanych chwil, która chwyta za serce. „Jeszcze jeden dzień” to publikacja, która wyraźnie uświadamia nam, że notorycznie tracimy czas. Wydaje nam się, że mamy go dużo, że zdążymy ze wszystkim, a rzeczywistość jest mniej kolorowa i pełna niekiedy smutnych niespodzianek. Historia Charlesa ‘Chicka’ Benetto pokazuje, że nie warto niczego odkładać na później, bo nie ma nic ważniejszego niż szczęście naszej rodziny i zapewnienie jej o naszej nieustającej miłości.

Cytaty za: Jeszcze jeden dzień, Mitch Albom, Znak Literanova, Kraków 2014.

Ocena: 5/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Carpe diem