piątek, 18 kwietnia 2014

Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich

Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich zbliża się wielkimi krokami. 23 kwietnia po raz 19 odbędą się akcje w całej Polsce mające na celu promowanie czytelnictwa, edytorstwa i ochronę własności intelektualnej prawem autorskim. Święto to, ustanowione przez UNESCO, zawsze budzi nadzieję, że ci, którym z książką nie jest po drodze, wreszcie dadzą się przekonać i rozpoczną najpiękniejszą zabawę, jaką sobie ludzkość wymyśliła (Wisława Szymborska), czyli dadzą się porwać w świat fantazji i będą chcieli poznawać kolejne. Księgarnia Gandalf, którą bardzo cenię (bynajmniej nie tylko dlatego, że to łódzka księgarnia), i z którą mam przyjemność współpracować od kilku lat, postanowiła pomóc tym niezdecydowanym i zaproponować konkretne pozycje, konkretnym sylwetkom osób, które czytać nie lubią, albo jeszcze nie wiedzą, że lubią i trzeba im dopomóc, aby się dowiedziały :-) Wśród tych postaci znalazły się np. KANAPOWIEC TELEWIZYJNY, WIELBICIELKA SERIALOWYCH TASIEMCÓW, KIBIC, DZIECKO TECHNOLOGII, ZAKUPOHOLICZKA, PAKER oraz MŁODZIEŻ ZBUNTOWANA. Ponieważ sam pomysł bardzo mi się spodobał i ja postanowiłam pomóc trzem wybranym przeze mnie typom. Oto moje podpowiedzi, być może komuś się przydadzą. Wszystkie książki jeszcze pachną nowością, zapowiadają się bardzo ciekawie. Spójrzcie, co wybrałam:

DLA ZAKUPOHOLICZKI


Kuchenne rewolucje. Magda Gessler


Rok w Jemenie
Jennifer Steil


Ja, kobieta - Cameron Diaz
DLA WIELBICIELKI SERIALOWYCH TASIEMCÓW


Zapach truskawek.
Anna Włodarczyk


Tylko mnie uwiedź
Sylvia Day


Lato bez mężczyzn
Siri Hustvedt
DLA KIBICA


Polowanie na Snowdena
Luke Harding


Profesor
John Katzenbach


Deyna.
Wiktor Bołba

Jest w czym wybierać, prawda? A najważniejsze jest to, że niezależnie od tego, czy reprezentujemy, któryś z wymienionych wyżej typów czy nie, po książkę zawsze warto sięgnąć. Nie tylko od święta. Książki, rzecz jasna :-)

***

Na koniec zostawiłam sobie życzenia świąteczne. Życzę Wam wszystkim (czytającym i tym jeszcze się przed czytaniem opierającym) zdrowych, spokojnych Świąt Wielkanocnych, pełnych miłości, uśmiechu i zadumy, spędzonych wśród rodziny i przyjaciół.
Ściskam wiosennie - Agnieszka


* obrazek wielkanocny pochodzi ze strony: http://www.edycja.pl/, a okładki książek z http://www.gandalf.com.pl/, a obrazek z drzewkiem z profilu Świata Książki na FB

czwartek, 17 kwietnia 2014

W domu innego - Rhidian Brook

Są takie książki, od których zwyczajnie nie można się oderwać. Najpierw skutecznie przykuwają uwagę czytelnika intrygującą okładką, a dalej jest tylko lepiej – pojawia się wyjątkowa, niebagatelna i nieprzegadana treść. Jak skonstruować taki tekst? Co jest potrzebne, by osiągnął sukces? Wystarczy utalentowany pisarz (może być przy okazji scenarzystą), dobry temat (np. oparty na zaskakujących faktach z życia kogoś z rodziny) i trochę czasu, żeby to wszystko ubrać w odpowiednio dobrane słowa. Gotowe! A teraz doprecyzujmy szczegóły: Rhidian Brook, wspomnienia jego dziadka trzymające w napięciu do końca, napisane dość oszczędnie – jednym słowem „W domu innego” - historia osnuta wokół powojennego Hamburga wśród Niemców i Anglików. Powieść obyczajowa pięknie ukazująca losy zwycięzców i zwyciężonych bez faworyzowania żadnej grupy, za to ze zrozumieniem i współczuciem... Fakt, że trwają prace nad ekranizacją tej publikacji w produkcji Ridleya Scotta, tylko potwierdza wyjątkowość tego dzieła.

Akcja toczy się we wrześniu 1946 roku w brytyjskiej strefie okupacyjnej, w Hamburgu – obecnie mieście popiołów, duchów i ruin. Prostolinijny Lewis Morgan, pełniący funkcję gubernatora, jest sumiennym pułkownikiem, ciężko pracuje i jest wierny swoim wartościom. Wie po co przyjechał do Niemiec, ma plan, który konsekwentnie realizuje. Nieustannie kieruje swe myśli ku zaspokojeniu podstawowych potrzeb tysięcy bezimiennych Niemców i odbudowy ich ojczyzny. Morganowi, zostaje zaproponowany do zamieszkania dom Stefana Luberta, niemieckiego architekta, który nie miał związków z nazistami. Toteż Brytyjczyk nie zamierza wysiedlać właściciela, ale proponuje pozostanie w posiadłości jemu, jego córce Friedzie oraz służbie. Pomysłem wspólnego zamieszkania z Niemcem nie jest zachwycona małżonka Lewisa, Rachel oraz ich syn Edmund, którzy właśnie przybyli do Hamburga. Ich niechęć podsycona jest dodatkowo propagandą alianckiej broszury „Wyjazd do Niemiec”, w myśl której bezwzględnie nie należało bratać się z Niemcami. Kobieta tak właśnie postanawia – jest niemiła dla właściciela domu przy Ellbchaussee i na każdym kroku okazuje mu wyższość. Jest również głęboko nieszczęśliwa, bo musi mieszkać pod jednym dachem z wrogiem, i rozczarowana, bo jej mąż jest stale nieobecny i co gorsza nieustannie troszczy się o losy nieprzyjaciół. Choć minęło już trochę czasu, Rachel nie może pogodzić się z faktem, że podczas wojny utraciła starszego syna (zginął przez zabłąkaną bombę). Także to, iż rodzina nie przebolała śmierci chłopca, której winni są Niemcy, odbija się na stosunku pani Morgan do współlokatora. Ale nie jest ona jedyna w swoim cierpieniu, przecież wiele osób jest załamanych obecną sytuacją. Np. zbuntowana córka Luberta, Frieda. Dziewczyna oskarża aliantów o śmierć matki, która zginęła w burzy ogniowej i dlatego nie akceptuje wspólnego mieszkania z brytyjską rodziną. Jedynie Lubert zdaje się być pogodzony z zaistniałą sytuacją - rozumie, że jako członek nacji przegranej, musi się poddać woli zwycięzców. Momentami sam zdziwiony jest faktem, że dość łatwo przystosował się do skromnych warunków życia i był gotowy do znacznego obniżenia standardów. Jest otwarty na Morganów i przyjaźnie do nich nastawiony. Podobnie Edmund, który polubił pierwotnego właściciela domu, jak i jego dość osobliwą córkę. Jednak Rachel skutecznie go zniechęca, by się z nimi nie spoufalać. Syn nie podporządkowuje się jej woli - namiętnie wykrada papierosy dla niemieckich ‘małych dzikusów’ (Chłopców bez Matek) oraz swojego niemieckiego nauczyciela, by ten mógł kupić ‘Persilschein’, który umożliwiłby mu wyjazd do brata, do Ameryki. Cechuje go ta sama idealistyczna postawa, co ojca… To również dlatego wielkoduszny Lewis cieszy się wśród Niemców dobrą opinią, zaś wśród swoich rodaków jest często obiektem kpin. Momentami nie rozumie swoich kolegów wydających np. rozkaz strzelania do nieuzbrojonych demonstrantów, cywilów, pracowników zamykanych fabryk. Ów demontaż jest szczególnie dla niego niepojęty, zresztą nie tylko dla niego - powoduje protesty w Kolonii, Hanowerze, Bremie i Zagłębiu Ruhry. Napięcie wzmaga dodatkowo zła pogoda i niedobory żywności. Niemcy zaczynają nienawidzić Brytyjczyków. Trudno się dziwić, skoro jak relacjonuje Morgan [w]ysadzają [oni] w powietrze fabrykę proszków i mydła zatrudniającą dwa tysiące robotników, która wytwarzała towar pierwszej potrzeby i z punktu widzenia wojskowego nie miała żadnego znaczenia, a w zamian Rosjanie wyślą Niemcom chleb. Kompletny idiotyzm. Czy niechęć obywateli niemieckich dotknie także rodzinę pułkownika? Jaką niespodziankę przygotował los Stefanowi Lubertowi, Friedzie i Rachel?

Rhidian Brook postawił na bardzo ciekawych bohaterów z krwi i kości. Tu każdy, niezależnie od pochodzenia, ma coś na sumieniu i bynajmniej nie jest kryształowy. Wojna jako sytuacja ekstremalna wystawia człowieka na wiele pokus, jest niejako egzaminem z człowieczeństwa. To właśnie w zderzeniu z tak skrajną rzeczywistością, człowiek ma szansę poznać prawdę o sobie samym. W powojennym Hamburgu nie tylko nauczyciel Edmunda zawiódł (współpracował z SS). Pokładanych w nich oczekiwań nie spełniło więcej osób, jak choćy Albert (fanatyk pracujący dla ruchu oporu), żona brytyjskiego majora Burnhama i on sam (on był alkoholikiem jakich zresztą wielu w armii; ona wywoziła z Niemiec łupy wojenne), a nawet plejada głównych bohaterów Lubert, Rachel i transparentny wprost Lewis! I choć rozczarowanie drugim człowiekiem bolało w tamtych czasach być może bardziej niż dziś, to szlachetny pułkownik Morgan świadomy swoich ułomności nie skreślał nikogo, znajdując nawet w przykrej sytuacji promyk nadziei na przyszłość: Pomyliłem się, ale to nie znaczy, że nie warto ufać ludziom. Czasami trzeba zaufać tym złym, żeby im pomóc. Nawet jeśli cię zawiodą…

Niezwykły jest również obraz miasta roztaczany przez Brooka. Autor subtelnie przemyca atmosferę panującą w odbudowującym się Hamburgu. Tzw. ‘przesiewcy dusz z Komisji Kontroli Wywiadu’ zajmują się ocenianiem czystości, czyli wnikliwie sprawdzają, czy obywatele Niemiec kolaborowali z hitlerowcami, decydując tym samym o ich przyszłym losie. Pisarz wspomina Stunde Null (‘Godzinę Zero’) i pomagające przy odgruzowywaniu miasta Trümmerkinder (należy do nich także Frieda) oraz ‘małych dzikusów’ (Chłopców bezMatek). W książce znalazła się też wzmianka o powstaniu Ośrodka Informacyjnego w centrum miasta - 'Die Brücke' (‘Most’), który miał przybliżyć Niemcom główne instytucje oraz osiągnięcia Wielkiej Brytanii (Niemcy wydawali się spragnieni informacji o świecie i chcieli poznać brytyjski styl życia. Z chęcią chłonęli wiedzę o brytyjskich rzekach i prawach kobiet, ale tak naprawdę chcieli posiedzieć w cieple, a przy okazji uszczknąć jakiś kupon albo dwa. Wszyscy rozsądni Niemcy wiedzieli, że die Brücke to miejsce służące zarówno wymianie kulturowej, jak i towarowej). Brook wspomina też inne inicjatywy podejmowane przez Anglików: np. anglo-niemiecki klub dyskusyjny, utworzony z inicjatywy kapelana, pułkownika Huttona, mający zachęcić Niemki do uczestniczenia w wolnej debacie. Te wszystkie szczegóły, nakreślone na marginesie drobne informacje składają się na atmosferę Hamburga i oddają charakter rozgrywających się tam ludzkich radości i smutków.

„W domu innego” to książka, która ukazuje dramat zagubionego człowieka w powojennej niemieckiej rzeczywistości. To opowieść o ludziach, którzy zmagając się z przeciwnościami losu i historii, poznają siebie i często dokonują zaskakujących wyborów. Nie stronią przy tym od przemocy, nałogów czy namiętności. Rhidian Brook udowadnia, że życie nie jest czarno-białe, a człowiek niezależnie od obywatelstwa popełnia błędy. Zawsze jednakże ma szansę czegoś się na nich nauczyć. Czy wyciągnie wnioski z tej nauki, zależy jedynie od jego samego.

Cytaty: W domu innego, Rhidian Brook, Wielka Litera 2014.

Ocena 6/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera


wtorek, 1 kwietnia 2014

Ogród wieczornych mgieł - Tan Twan Eng

Malezyjski pisarz Tan Twan Eng jest autorem niezwykle eterycznej książki, „Ogrodu wieczornych mgieł”. Ta bardzo wyważona lektura, w której brak akcji połączony z orientalnym miejscem, w którym się toczy, daje subtelne, wręcz enigmatyczne wrażenie. Co ciekawe, czytelnik podczas tej stonowanej lektury nie ma szans na relaks. Dlaczego? Po pierwsze - opowieść nie jest chronologiczna, od czytającego wymagana jest więc ciągła uwaga. Po drugie - bohaterowie kryją wiele tajemnic, które skutecznie zaprzątają głowę mola książkowego. Po trzecie - delikatna okładka może sugerować jakieś ckliwe romansidło, ale nie w tym przypadku – ta historia jest smutna, więcej tu cierpienia i bólu niż radości czy porywów serca. Zaintrygowani? Zapraszam do recenzji.

Główną bohaterką i narratorką „Ogrodu…” jest obecnie już emerytowana sędzia, Teoh Yun Ling, która urodziła się w 1923 roku na półwyspie Penang u północno-zachodniego wybrzeża Półwyspu Malajskiego. Była drugą kobietą w historii, która otrzymała powołanie do Sądu Najwyższego. Swój urząd sprawowała przez czternaście lat, z sentymentem wspominając własne początki: Praca adwokatki, a potem sędzi, dawała mi ukojenie; odnalazłam radość w operowaniu słowem, stosowaniu prawa, przyznawała. Potrzebowała wytchnienia po traumie, jaką przeżyła będąc 19-letnią więźniarką japońskiego obozu pracy przymusowej. Jej kondycja po jego opuszczeniu (przeżyła jako jedyna) była wstrząsająca, a dramatyczne przeżycia dawały o sobie znać jeszcze długo po nim (jak choćby obozowy rozkład dnia). Kobieta była słaba psychicznie i fizycznie, boleśnie naznaczona piekłem obozu (kompletnie wycieńczona, wyglądająca na starszą, cierpiąca na zanik miesiączki i przede wszystkim pozbawiona palców lewej dłoni). Nigdy nie wróciła już do pełni zdrowia: Jako więźniarka bałam się otworzyć rano oczy; teraz, po wyjściu z obozu, kiedy byłam już wolna, bałam się je wieczorem zamknąć, w obawie przed koszmarami, które tylko na to czekały. Teoh Yun Ling trafiła do obozu ze swoją siostrą, Yun Hong, ale ona go niestety nie przeżyła. Aby zasięgnąć informacji, gdzie ją pochowano, i gdzie w ogóle znajdowało się miejsce, w którym je przetrzymywano (była to dla więźniów informacja niejawna), kobieta zdecydowała się na pracę w Trybunale do spraw Zbrodni Wojennych. Zrobiła to, mimo iż było to związane z powrotem do bardzo bolesnych wspomnień. Kiedy jej zamierzenia spełzły na niczym i niczego się nie dowiedziała, postanowiła upamiętnić siostrę w dość niezwykły sposób – chciała założyć ogród będący miejscem pamięci o niej. W niewoli to właśnie miłość do ogrodów utrzymywała je przy życiu; chroniły się w wyobrażonych światach i to podtrzymywało je na duchu. Kiedy Yun Hong opowiadała ze szczegółami o japońskich ogrodach - w myślach były wolne... Pomóc w tym dość trudnym dla sędzi przedsięwzięciu, miał Japończyk (!) - Nakamura Arimoto - sensei - cesarski ogrodnik, artysta drzeworytu, autor tatuaży horimono, właściciel i twórca przepięknego ogrodu o nazwie „Yugiri” (pol. ‘wieczorne mgły’). Przyjechała do niego na Malaje 6 października 1951 roku, by się z nim spotkać i poprosić, żeby zaprojektował upragniony zieleniec. Ale on nie był zainteresowany jej propozycją. Zaoferował jedynie, iż Teoh Yun Ling może się od niego uczyć i wkrótce sama założyć ogród. Zgodziła się, pracowała z Aritmo w jego uroczym królestwie roślin, a on dbał o to, by nie brakowało jej zajęć. Prace, choć wyczerpujące, sprawiały jej radość, dawały okazję, by uczyć się nazw starodawnych i specjalistycznych narzędzi. Sędzia rozwijała swoje umiejętności, ale wciąż żyła wśród bolesnych wspomnień: polecenia wydawane przez jej przełożonego przywodziły na myśl rozkazy japońskiej armii, gdy była jej niewolnicą. I wciąż miała wyrzuty sumienia i ogromnie tęskniła za siostrą: Idąc przez ogród, o którym usłyszałam w pierwszej połowie mojego życia, marzyłam o tym, żeby Yun Hong była tu ze mną. Czerpałaby z tego dużo więcej przyjemności niż ja. Zaczęłam się zastanawiać, co ja właściwie tu robię, prowadząc życie, które powinno należeć do mojej siostry… W tym miejscu trzeba wspomnieć, iż ogród Aritmo był niezwykły – tu każdy przedmiot miał sens i swoje miejsce. Całość miała też do spełnienia konkretne zadania: Ogród powinien docierać do głębi. Odmienić serce, zasmucić je, uszlachetnić. Jego rolą jest skłonić nas do zadumy nad przemijalnością wszystkiego, co nas otacza (…) Ten szczególny punkt w czasie, kiedy ostatni liść już-już ma opaść, gdy ostatni płatek już-już ma się osypać, ten moment zawiera wszystko, co w życiu piękne i bolesne. Tak zgodnie twierdzili i ostatecznie swój cel osiągnęli. Oboje też coraz lepiej się poznawali, przyzwyczajali do swojej obecności, wykazywali więcej zrozumienia dla siebie nawzajem i rozmyślali nad przeszłością, nad swoim smutnym losem, który nie oszczędzał żadnego z nich. Im więcej rzeczy wychodziło na jaw o Aritmo, tym Teoh Yun Ling częściej dochodziła do wniosku, że jego życie (…) zda[wało] się odzwierciedlać [jej]; byli[…] jak dwa liście spadające z tego samego drzewa i spotykające się raz po raz w spiralnym locie. Tymczasem do głosu zaczynała dochodzić okrutna teraźniejszość - informację o kolejnych morderstwach plantatorów przez komunistycznych terrorystów budziły grozę. Kiedy emerytowana sędzia została pobita przez zamachowców (mimo iż Aritmo płacił komunistom, by trzymali się z daleka od Yuiguri i coraz bliższej mu współpracowniczki), jej ojciec naciskał na nią, by wróciła do Kuala Lumpur. Ale ona nie chciała. Jedyne, na co wyraziła zgodę, to wspólne zamieszkanie z ogrodnikiem, żeby nie narażać się na jeszcze większe niebezpieczeństwo. To jednakże mogło okazać się niewystarczające, bo ataki nasilały się, a ludzie systematycznie ginęli. Pewnego dnia zniknął też Aritmo – kto stał za tym nieszczęśliwym wydarzeniem? Terroryści? A może tajemnicza przeszłość ogrodnika odezwała się niespodziewanie dla wszystkich?

Książka Tan Twan Enga to nie tylko (sentymentalny?) zapis próby przezwyciężenia demonów przeszłości, będący momentami niezwykle smutny, wręcz przejmujący. To także, a może przede wszystkim, ciekawe studium ludzkiej pamięci. Teoh Yun Ling traciła umiejętność czytania i pisania, a także zdolność rozumienia języka i to dlatego wróciła po latach na Malaje. Wkrótce miała nie być w stanie wyrazić własnych myśli ani niczego przeczytać. Jej sprawność intelektualna była zagrożona demencją, która niebawem miała zaćmić jej umysł całkowicie. W niebezpieczeństwie znalazły się także jej wspomnienia, dlatego zaczęła spisywać swoją biografię, w której wracała myślami do pojawienia się na Malajach i do czasów obozowych – stąd ta zaburzona chronologia. Ten swoisty związek pamięci z niepamięcią symbolizuje bardzo wyraziście Mnemosyne-bogini pamięci, stojąca w ogrodzie Magnusa (zaprzyjaźnionego właściciela plantacji herbaty), obok której znajdowała się jej prawie identyczna siostra-bogini zapominania: Rysy Mnemosyne były wyrazistsze, nos i kości policzkowe wydatne, a wargi pełne. Twarz jej siostry była jakby nieostra, nawet fałdy jej szaty nie były tak wyraźnie zaznaczone jak u Mnemosyne, która musiała być starsza, bo pamięć musi przecież poprzedzać zapominanie... Skoro siostry bogini pamięci nie jesteśmy w stanie sobie przypomnieć, to czyż to nie jawny dowód jej istnienia? Pamięć z niepamięcią przeplatała się również na każdym kroku w Yugiri. Z jakim skutkiem?

„Ogród wieczornych mgieł”
nikogo nie pozostawi obojętnym, zaręczam. Czytelnicy albo będą nim zachwyceni (jego subtelnym językiem, powolną akcją, eteryczną wymową, możliwością przyjrzenia się piekłu drugiej wojny światowej w Azji Południowo-Wschodniej oraz jej następstwu - malajskiemu kolonializmowi) albo rzucą go w kąt po kilkunastu stronach (bo zabraknie im konkretów, od których ważniejsze są niedopowiedzenia, nieobiektywne doznania, niejednoznaczne refleksje, wspomnienia, itp.). Męczące mogą się również okazać dłużyzny, wspomniany wcześniej brak chronologii oraz spowodowany nim chaos. Bez wątpienia plusem jest lokalizacja dużej części akcji rozgrywająca się w tradycyjnym, mającym za zadanie naśladowanie przyrody, ogrodzie japońskim, założonym przez Aritmo. Ten magiczny skrawek ziemi nie manipul[ował] emocjami, on je budzi[ł] do czegoś wyższego, czegoś poza czasem. Każdy krok po Yugiri m[iał] służyć temu, żeby otwierać umysł i wprowadzać spacerującego w stan głębokiej kontemplacji. Bohaterowie Tan Twan Enga zdecydowanie mieli możliwość, by porozmyślać o swoim losie. Czy zechcecie przyjrzeć się wynikom tych rozważań, a przy okazji podumać nad zagadnieniami być może własnej (nie)pamięci – zdecydujcie sami.

Ocena 4/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Cud (nie)pamięci w japońskim ogrodzie

poniedziałek, 24 marca 2014

Królowa. Nieznana historia Elżbiety Bowes-Lyon - Colin Campbell

Zdecydowana, uparta i złośliwa od dziecka. Miała żywy temperament i bujną wyobraźnię odziedziczoną po matce. Cechowały ją silny charakter i nieugięta wola. Lubowała się w przyjemnościach. Pyszałkowata, sentymentalna, niepunktualna. Emocjonalnie oziębła, choć pełna wdzięku. Budziła podziw i strach zarazem. Twarda i nieugięta, a postrzegana jako dobrotliwa i łagodna. Pewnie dlatego, że miała talent do tworzenia wokół siebie pozytywnego rozgłosu. Oto Królowa-Matka, Elżbieta Aniela Małgorzata Bowes-Lyon. Żona Jerzego VI, matka królowej Elżbiety II i księżniczki Małgorzaty, ukochana babcia księcia Karola, prababcia księcia Williama i Henryka. Jestem świeżo po lekturze niezwykle obszernej biografii tej nieprzeciętnej kobiety. „Królowa. Nieznana historia Elżbiety Bowes-Lyon” została napisana przez Colin Campbell, brytyjską pisarkę, dziennikarkę, autorkę książek i artykułów o tematyce związanej z brytyjską rodziną królewską. Trzeba przyznać, że autorka włożyła w swoją publikację mnóstwo pracy i niezwykle drobiazgowo opisała nie tylko samą Elżbietę, ale i jej otoczenie. Wynotujmy zatem kilka interesujących informacji i sprawdźmy, czy w ogóle warto sobie nią zaprzątać głowę.

Urodziła się 4.8.1900 roku. Jej matką podobno była kucharką, stąd złośliwi nadali jej przydomek ‘Cookie’ (‘Kuchareczka’). Była dziewiątym dzieckiem w rodzinie, która choć nie miała najwyższej pozycji wśród arystokracji, to należała do najbogatszych w królestwie. Od dziecka czuła, że jej przeznaczeniem nie jest przeciętniactwo, ale międzynarodowa sława, mimo iż nie dokonała niczego, by na ową sławę zasłużyć, ani też nie przejawiała żadnych talentów w dziedzinach, które mogłyby ją do sławy wynieść. W rodzinie znana pod pseudonimem ‘Psotnik’ i ‘Urwis’, uwielbiała spiskować z młodszym bratem. By potwierdzić własną wartość i umocnić pozycję poprzez nawiązywanie koneksji, chętnie i często udzielała się w towarzystwie. Była kokieteryjna, ale miała opinię flirciary zachowującej zasadę cnotliwości i obyczajowości. Podobali jej się mężczyźni w mundurach. Zacięcie polowała na ‘dobrą partię’. Początkowo chciała usidlić księcia Walii. Kiedy się nie udało, zadowoliła się jego młodszym bratem, jąkającym się, nijakim Albertem Fryderykiem Arturem Jerzym (Bertim), późniejszym królem Jerzym VI. On ją uwielbiał (oświadczał się aż trzy razy!), zaś dla niej to było małżeństwo z rozsądku. Bez wątpienia najpierw zakochała się w roli księżnej Yorku, potem królowej Anglii, a następnie we własnym mężu, choć zdania co do tego ostatniego są podzielone. Bez wątpienia z całego serca pragnęła wieść szczęśliwe życie rodzinne. Dość szybko oczarowała teściów. Swoją osobą przełamała rutynę panującą na dworze, a jej obecność odmieniła sztywną atmosferę, śmiertelną nudę i dojmującą monotonię tegoż miejsca. Wyłamała się z rodziny królewskiej i udzieliła prasie wywiadu tuż po ogłoszeniu zaręczyn - tym samym pokazała jak wiele przyjemności sprawia jej rozgłos i otworzyła drogę innym koronowanym głowom, by stały się bardziej przystępne dla prasy. Już w pierwszych latach swojej kariery w kręgach monarszych ustanowiła wiele precedensów. Pragnęła cały czas być w centrum uwagi i nie znosiła, gdy ktoś ją przyćmiewał: Była mistrzynią skrywania pewności siebie pod maską pokory i skromności. Cechowała ją niewyobrażalna pewność siebie, chłodne opanowanie, pozwalające jej zachować zimną krew w każdej sytuacji. Mówiono o niej, że ‘w aksamitnej rękawiczce kryje żelazną rękę’. A ona była bystra, zaradna i niezłomna, wprost urodzona władczyni, tyle że o narcystycznym usposobieniu, domagająca się uwielbienia i upajająca się widokiem ludzi padających przed nią na twarz. Nazywana ‘Uśmiechniętą Księżną’ ze względu na goszczący na jej ustach ciągły uśmiech. Traktowała życie osobiste jako scenę, na której należy popisać się wdziękiem i talentem. Nie potrafiła przestać odgrywać roli księżnej/królowej i być po prostu sobą. Nawet w domowym zaciszu nigdy nie zrzucała teatralnej maski, czym narażała się na śmieszność.

Bez skrupułów pozbywała się osób, które były dla niej niewygodne, zręcznie manipulowała faktami (mówili o niej ‘rozpuszczona manipulatorka’ tudzież ‘mściwa królowa’). To ona doprowadziła do dymisji kilku doświadczonych osób z otoczenia rodziny królewskiej, a nawet udało jej się spowodować abdykację Edwarda VIII. Później, gdy już osiągnęła swój cel, zacierała ślady swych haniebnych występków w tak skuteczny sposób, że śmiało można by nadać jej przydomek ‘niewidzialna ręka’. Jak ulał pasowała do niej opinia Adolfa Hitlera, który nazwał ją ‘najniebezpieczniejszą kobietą świata’. Churchill natomiast podziwiał ją za jej inteligencję, ikrę, roztropność i przenikliwość. Zaś według pani Roosvelt, która uważała Elżbietę za pozerkę, nieprzerwanie płynący potok uprzejmości [Elżbiety] m[ógł] zmęczyć każdego! No cóż, chyba wszystkie te opinie o królowej Elżbiecie są prawdziwe…

Nie miała urody ani gustu, choć było widać, że chce uchodzić za elegantkę. Po drugim dziecku zaczęła gwałtownie przybywać na wadze. Dopiero po krytyce jej znienawidzonej szwagierki (podobno nazwała ją ‘zaniedbaną księżną’), zmieniła styl. Uwagi na temat higieny osobistej podczas wizyty w Paryżu także nie stawiają Elżbiety Bowes-Lyon i jej męża w najlepszym świetle: dwie wspaniałe łazienki wyposażone w wanny i mozaiki i złote krany, które podczas pobytu Ich Królewskich Mości ani razu nie zostały użyte…

Elżbieta kochała życie, uwielbiała przebywać z ludźmi i dobrze się bawić. Nawet po skończeniu stu lat zachowała przytomność umysłu i poczucie humoru. Przez 79 lat sprawowała funkcje publiczne, a w tym czasie pod lukrową powłoką skutecznie kryła swój stalowy charakter. Umarła 30.3.2002 roku, a jej śmierć była niczym zainscenizowane wydarzenie.

Na podstawie tej wnikliwej biografii dowiecie się mnóstwa rzeczy o Królowej Matce, o które nigdy byście jej nie posądzili. Nie bez kozery ta recenzja nosi taki tytuł jaki nosi – dzieje się w niej wiele - zapewniam! Colin Campbell zdradzi Wam m.in., czy jedna z najbardziej wpływowych postaci światowej sceny politycznej XX wieku, w trakcie wojny nieustannie była na lekkim rauszu, jaki miała stosunek do swych córek i księżnej Diany. Naturalnie autorka ujawni o wiele więcej pikantnych szczegółów, z których sami będziecie mogli ułożyć własny portret Królowej Matki. Jeśli jesteście zainteresowani brytyjską rodziną królewską i tajemnicami, jakie skrywają jej członkowie, koniecznie sięgnijcie po tę książkę. Pomimo swoich potężnych rozmiarów jest tego warta. Po jej lekturze już nigdy nie dacie się nabrać na PR-owe sztuczki koronowanych tudzież arystokratycznych głów.

Cytaty za: Królowa. Nieznana historia Elżbiety Bowes-Lyon, Colin Campbell, Znak, Kraków 2013.

Ocena 5+/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Pozory mylą - szczególnie na dworze królewskim

poniedziałek, 17 marca 2014

Flirtując z życiem - Danuta Stenka, Łukasz Maciejewski

Kiedy pojawia się na czerwonym dywanie, trudno odwrócić od niej wzrok. Elegancka, zmysłowa, temperamentna i czarująca swoim niezwykle szczerym uśmiechem. Danuta Stenka – aktorka filmowa, teatralna i radiowa. Kobieta, którą podziwiam nie tylko jako wspaniałą artystkę, ale i jako osobowość pozasceniczną. „Flirtując z życiem” to wywiad rzeka, jakiego udzieliła Łukaszowi Maciejewskiemu, wybitnemu recenzentowi i krytykowi teatralnemu. Książkę przeczytałam jednym tchem, nie tylko dlatego, iż dotyczy tej właśnie nieprzeciętnej, cenionej wysoko przeze mnie postaci; przede wszystkim dlatego, że jest zapisem niezwykle wyrównanej rozmowy – mądrej, skromnej i doświadczonej rozmówczyni, z inteligentnym, wytrwale drążącym temat pytającym. Mieszanka idealna.

Danuta Stenka dorastała w Gowidlinie - kaszubskiej wsi nieopodal Kartuz. Jak sama przyznaje te najwcześniejsze lata głęboko ją naznaczyły: [d]zieciństwo moja kraina bezpieczeństwa. Tam [miały] swój początek najważniejsze marzenia. Z tego okresu doskonale pamięta skąpaną w słońcu pasiekę rodziców, przy której dzielnie pomagała razem z bratem. Mimo tych dzisiejszych uroczych wspomnień, bohaterka tejże publikacji miała początkowo trudności, kiedy musiała się przyznać do swego pochodzenia. To były kompleksy, które po latach pracy nad sobą zniknęły. Z czasem zrozumiała[…], że odcinając się od [jej] wsi na Kaszubach, od [jej] korzeni, odcina[…] się od źródła, z którego czerpi[e] siłę (…) Dzisiaj wie[…], że [jej] siła bierze się z wewnętrznej prawdy o [niej] samej i zgody na nią – a składa[…] się przecież również z [jej] wioski, której się przez tyle lat wstydziła[…]. I z tego wstydu również się składa[…]. Jej mama (jej mentorka i przyjaciółka po dziś dzień) była nauczycielką rosyjskiego; ojciec-elektromonter w wieku 28 lat spadł z drabiny i od tego czasu był na rencie. To właśnie on zaszczepił w ukochanej córce ambicję i perfekcjonizm, pozostając przy tym bardzo wymagającym w stosunku do swoich dzieci. Oczekiwał, że będą najlepsze, tak w szkole, jak i w pracy. W podstawówce Danusia była prymuską, a w liceum bywało różnie (wybrała klasę o profilu matematyczno-fizycznym!). Nigdy nie ciągnęło jej do aktorstwa; to polonistka zachęcała ją do niego. Tymczasem skromna Kaszubka zdawała na filologię rosyjską, idąc w ślady mamy. Jak tylko okazało się, że to nie jest dobry wybór (szybko, bo już w trakcie egzaminów), zrezygnowała. Przeznaczenia nie dało się oszukać – ostatecznie skromna, nieśmiała i płochliwa Stenka trafiła do studium aktorskiego przy Teatrze Wybrzeże w Gdańsku - nie do końca z własnej woli, głównie dzięki staraniom innych ludzi. Tak zaczęła się jej kariera, która powoli, ale dość systematycznie zaczęła przyśpieszać. Jan Banucha, scenograf teatralny i filmowy, powiedział o niej kiedyś: Opłacało się to studium założyć, choćby tylko po to, żeby Stenka je skończyła. Co to jest za ścierwo, nic nie wie, nic nie umie, a rzucasz toto na scenę i gra! Ale pani Danuta jest odporna na komplementy (podobnie jak i pochlebne recenzje) i nikomu nie daje się nimi omamić. Z uśmiechem na ustach przyznaje: Swoje wiem. Ja jestem: średnia krajowa, która ma czasem dobry dzień. Wracając do teatru: najpierw był Szczecin, chwilę później Poznań, ale oba te miejsca wpisały się głęboko w jej życie osobiste: Teatr był w domu, dom był w teatrze. Do stolicy nigdy jej nie ciągnęło, ale ostatecznie i tak do niej trafiła. Warszawa jej nie zmieniła. Nawet po latach w niej spędzonych aktorka nadal cierpi na chroniczny brak wiary w siebie: W moim przypadku nawet kiedy pojawił się ów (często pozorny) sukces czy nagrody, mimowolnie uruchamiały się we mnie wątpliwości. Jestem surowa wobec siebie, szukam dziury w całym, a każdy sukces potrafię przekłuć w porażkę. Dostaję propozycję i od razu lękam się, że się nie nadaję i nie udźwignę zadania, a jeśli nawet usłyszę od kogoś, że wyszło świetnie, to jakoś podskórnie nie do końca w to wierzę. Walczą w niej dwa żywioły: wielkie ambicje i niepewność siebie, dlatego nigdy nie planuje, nie wymyśla przyszłości, pozwala się zaskakiwać: Ścierają się we mnie dwie skrajne potrzeby, logicznego poukładania klocków i nieustannego zrywania się ze smyczy logiki. Porządku i szaleństwa. Ta jej spontaniczne przyjmowanie od losu tego, co przynosi, procentuje. Stenka zagrała łącznie w 113 produkcjach (filmach fabularnych, teatrach telewizji, serialach, etiudach szkolnych). W kinie przeważnie jest neutralna, gra drugi plan, w teatrze - dramatyczna i cierpiąca (współpracowała z największymi osobowościami polskiego teatru: Krzysztofem Warlikowskim, Grzegorzem Jarzyną, Mają Kleczewską, Izabellą Cywińską), a w dubbingu podkłada głos głównie pod czarownice i wiedźmy. Od 22 lat jest radiową Jolą w „Jezioranach” i naprawdę lubi pracować w radio: Gest, mimika, wyraz oczu tutaj są niedostępne, możesz bazować jedynie na swoim głosie. Fantastyczna lekcja wyobraźni. Maciejewski wspomina także genialną rolę pani Danuty w „Bożej podszewce”, ale i jej udział w kiepskich produkcjach. Aktorka odpowiada, czemu się na nie zdecydowała: Kiedy zaczyna się robić zbyt bezpiecznie, uciekam w niewiadome i nawet jeśli projekt do końca nie rokuje, ale jest odważny, uruchamia się zbawienny niepokój. W martwym cielsku znowu zaczyna krążyć krew. Tkwi w kredytach, ale nie ma i nigdy nie miała problemu z dzieleniem się, dawaniem czy pożyczaniem: Zarabianie pieniędzy na pewno nie jest moim życiowym celem, dodaje. Podobnie jak strojenie się w kolorowe piórka. Jest miła i naturalna - na co dzień się nie maluje, chodzi w jeansach i nie lubi jak piszą o niej ‘gwiazda’. Jest za to bardzo wrażliwa, nie wstydzi się wzruszeń i tego, że notorycznie płacze w kinie. Nie ma też problemu, by się przyznać, że jest osobą wierzącą i praktykującą. No i ma poczucie humoru, także a może przede wszystkim w stosunku do siebie, co często pomaga jej w wielu trudnych sytuacjach. Mimo iż nie jest asertywna, a raczej zbyt uległa, uważa, że lepiej być łatwowierną niż nieufną. Bez wątpienia jest szczęściarą - ma przy swoim boku wspaniałego męża, nieustannie ją wspierającego, który usypia ją w nocy, gdy nie może zasnąć, pociesza, gdy leje morze łez; dwie cudowne córki oraz dwa psy. Może liczyć również na pomoc teściowej, która z nimi mieszka. Wsparcie przydaje się zwłaszcza w kuchni, bo pani Danusia nie umie gotować. Namiętnie za to zbiera wszelakie ‘skorupy’. A jej marzenia? Zawsze pragnęła domu z ogrodem - udało się (jej sąsiadem i przyjacielem zarazem jest Artur Żmijewski!). Teraz zawodowo chciałaby zagrać schwarzcharakter albo charakterystyczną wiejską babę; prywatnie - marzy o posprzątaniu strychu… Jest bardzo oryginalna. Stwierdzeniem, iż [wolałaby] tańczyć flamenco, niż dostać Oscara, rozłożyła mnie na łopatki.

Książka „Flirtując z życiem” to również niezwykle cenny i odważny głos w sprawie depresji. Danuta Stenka, kobieta posągowa, postrzegana często jako ideał, przyznała otwarcie w jednym z kobiecych magazynów, iż bezsenność, lęki, brak poczucia bezpieczeństwa i niepewność były także jej udziałem, bo cierpiała na depresję: Budziłam się rano i zanim otworzyłam oczy, chciało mi się płakać. Jakbym straciła sens życia. Smutek się nasilał, czułam jak spadam na dno. Maciejewski wracając do tego wywiadu, znalazł potwierdzenie, iż po nim redakcja została zasypana listami czytelników z podziękowaniami. Okazało się, że nie tylko zwykli śmiertelnicy zmagają się z takimi zaburzeniami - to była dla nich nadzieja i wsparcie jednocześnie. Tym razem to odważne wyznanie ma szanse trafić do jeszcze szerszego grona wielbicieli jej talentu. Prawdopodobnie i wśród nich znajdą się osoby walczące z poważniejszym przejawem chandry...

Wywiad rzeka Łukasza Maciejewskiego z Danutą Stenką sprawił mi wiele radości. To inteligentnie poprowadzona rozmowa, zawierająca w sobie ogrom piękna i prostoty oraz mnóstwo zmysłowych zapachów z dzieciństwa aktorki (m.in. wyrabianego z mąki kleju, świątecznych potraw, choinki prosto z lasu z ręcznie wykonanymi ozdobami, miodu). Miałam wrażenie, że siedzę z tą otwartą, bezpośrednią, niczego nie udającą przepiękną i utalentowaną kobietą, słuchając jej ciepłych, pełnych spokoju i mądrości zwierzeń, jakbyśmy były przyjaciółkami, które dawno się nie widziały. Czuję się utwierdzona w przekonaniu, że za tą zapierającą dech w piersiach aparycją, stoi nietuzinkowa osoba, dla której flirt z życiem to codzienność...
Na koniec zostawiam Wam ostatnie zdanie z tej wyjątkowej książki, mogące stanowić nie tylko jej pointę, ale i liryczne przesłanie pani Danuty dla jej fanów: Dzień się kończy, coś się zamyka, jednocześnie otwiera się jakaś tajemnicza przestrzeń. Niezwykła.


Cytaty za: Flirtując z życiem, Danuta Stenka, Łukasz Maciejewski, Znak, Kraków 2013.

Ocena 6/6

Recenzowaną książkę Danuty Stenki oraz Łukasza Maciejewskiego znajdziecie w przyjaznej swoim klientom Księgarni Gandalf :-) Polecam gorąco!