środa, 20 maja 2015

Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda - Sy Montgomery

Jesteśmy przyzwyczajeni do pięknych i wzruszających opowieści o przyjaźni łączącej człowieka z psem, kotem, może jeszcze z papużką, królikiem, ewentualnie chomikiem lub rybką, choć te ostatnie propozycje brzmią dość egzotycznie. Przyznam szczerze, że nigdy nie przyszło mi do głowy, by obdarzyć miłością świnię (nie, nie świnkę morską – taką domową, z chlewika). Prawdopodobnie z powodu, iż jako wieczny mieszczuch nie miałam okazji poznać, jak wyjątkowe są to zwierzęta; ale niewykluczone również, że bliższe było mi po prostu szczekanie niż chrumkanie. Książka Sy Montgomery, amerykańskiej przyrodniczki, pisarki i scenarzystki, „Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda”, pozwala mi nadrobić deficyt wiedzy i zrewidować własne poglądy. Otóż tytułowy prosiaczek zawojował nie tylko samą autorkę i jej najbliższych, ale również sąsiadów, znajomych, radio, prasę i telewizję. Moje serce ostatecznie też podbił, choć nie do tego stopnia, bym nosiła się z zamiarem zakupu prosiaczka. Poza tematyką, która naprawdę mnie urzekła (pomimo początkowych wątpliwości), ogromnie przypadła mi do gustu bardzo energiczna narracja oraz niezwykła ilość ciekawych informacji ze świata fauny. Montgomery w swojej książce przekonuje, że jej życie diametralnie zmieniło się dzięki jednemu, cherlakowatemu prosiakowi. Świni, która odniosła niebywały sukces – cudem uniknęła chłodni i przyniosła Sy łaski, które od wieków kojarzono z tym właśnie gatunkiem: siłę, przyjaciół, a nawet rodzinę…

Autorka na podstawie własnych doświadczeń krok po kroku dowodzi, że świnie to wyjątkowe zwierzęta. Ich mądrość podziwiano od wieków, a niebywała inteligencja została potwierdzona przez samego Karola Darwina. Są one tak samo bystre jak psy, równie rezolutne, silne i odważne. Ze względu na siłę i spryt dzikich świń naśladowali je wojownicy, czarownicy powoływali się na nie, a wróżbici zasięgali ich rady. Przedchrześcijańskiej Europie zaglądano w świeże wieprzowe wątroby, aby zobaczyć przyszłość, ponieważ mówiło się, że organy świń odbijają cudowne światło zsyłane przez bogów.

Nie inaczej było z Christopherem Hogwoodem. Przybył do domu Sy i jej męża, Howarda, z farmy znajomych George’a i Mary Iselinów, w pudełku po butach. Nie wyglądał jak typowy prosiak: miał wielką, niemal zbyt ciężką głowę, ogromne, puszyste uszy, biało-czarne łaty i był wyjątkowym pieszczochem. Mimo to sprawiał wrażenie niezwykle kruchego i wiotkiego osobnika, ponieważ miał problemy zdrowotne. Nie rósł, nie tył i niektórzy sugerowali, że humanitarniej byłoby go zabić niż skazywać na cierpienie. Tymczasem on, na przekór wszystkim, po podaniu odpowiednich leków zaczął rosnąć. Masowo zaczęli również napływać przyjaciele i sąsiedzi Sy, ot, tak, by na niego popatrzeć. Zupełnie tak, jak wpada się obejrzeć noworodka. Z tego, jak się z nami witał, radośnie pochrumkując, z iskierkami w oczach, wywnioskowaliśmy, że cieszy go (..) towarzystwo. Kiedy siła jego drobnego ryjka została uwolniona, zaczął ryć (To siła natury. Kiedy dotykał nosem ziemi, tworzyła się imponująca dziura (…), a Chris stawał się miniaturowym buldożerem). Z czasem zaczął też uciekać – najpierw nauczył się rozwiązywać sznurek zabezpieczający drzwi stodoły, później otwierał już rygiel (Musieliśmy też zmierzyć się z faktem, że nasza świnka jest niebezpiecznie, być może wręcz diabolicznie, genialna). Poza tym uwielbiał piwo, więc gdy zobaczył[…] kogokolwiek z butelką w dłoni, jakąkolwiek, gonił[…] go, aż ten ktoś się poddawał i pozwalał [mu] wszystko wypić. Montgomery przyznaje bez ogródek: Byłam z niego dumna. Fascynowało mnie w zasadzie wszystko, co robił. Howard twierdził, że dałam się ‘zdziczyć’. A ona dodaje z radością, że ich życie stało się ‘świniocentryczne’, przede wszystkim dlatego, że spędzali z Chrisem mnóstwo czasu (Średnio raz na godzinę sprawdzaliśmy, co u niego). Poza tym każdy ich dzień dzięki tej niepozornej śwince stawał się lepszy, przynosił chwile wytchnienia i towarzystwo ludzi. Hogwood zmieniał ich samych. Czy to dziwne, że Sy i Howard rozmawiali o nim nawet na przyjęciach? Kochali go i ze swadą przyznawali, że ich świnia jest mądrzejsza od nich, bo wykombinował[a], jak z dwojga wykształconych ludzi zrobić darmowy personel zasuwający na pełen etat…

Podczas swoich ‘wędrówek’, Chris spotykał wiele osób i wywierał na nich niezatarte wrażenie. W przeciwieństwie do właścicielki, prosiak był towarzyski i łatwo zyskiwał przyjaciół: Podczas swoich wypraw był ambasadorem naszego podwórka. Jego popularność spływała na mnie. I nawet kiedy sprawiał kłopoty, prawie wszyscy go lubili, przyznawała. Oprócz splendoru, nieodzowna była przede wszystkim odpowiednia ilość pożywienia. A potrzeby Chrisa rosły równie szybko jak jego waga. I równie szybko przybywało [im] chętnych do pomocy: krewnych i przyjaciół. Ludzie ochoczo odprowadzali go do domu (co stanowiło nie lada wyzwanie!), poznawali jego zwyczaje, lubili go głaskać, zapewniali mu ‘świńskie spa’ lub traktowali go jako powiernika swoich tajemnic. Od sąsiadów, przyjaciół lub z miejscowej restauracji, dostawał resztki jedzenia, tzw. zlewki. Chris unikał roślin cebulowych, w tym dymki, pora i szalotki. Nie przepadał za cytrusami i nie dostawał mięsa. Poza tym jadł wszystko, a jego dobroczyńcy uwielbiali patrzeć, jak konsumuje przyniesione przez nich dary: Patrzenie na jedzącą świnkę daje niesamowitą możliwość przeżywania cudzej rozkoszy. Rzadko ma się tyle przyjemności z czyjegoś szczęścia. Oto ktoś, kto podąża za tym, co sprawia mu radość. Świnie są stworzone do jedzenia – zostały wyhodowane, aby jeść i szybko rosnąć…

Historia Chrisa łapie z serce. Oto przedstawiciel gatunku, który bez wątpienia częściej gości na naszym stole niż w przydomowym ogródku. Był mądry, subtelny i niezwykle inteligentny. Delikatny, słynący z cierpliwości do dzieci, dobrze radzący sobie z ludźmi na wózkach. Doskonale pamiętał ludzi, rozpoznawał ich po głosie i po wyglądzie, nawet tych, których bardzo rzadko widywał. Poruszył serca wszystkich swoim niebywałym urokiem: Ludzie kochali Chrisa, ponieważ był taki szczęśliwy. Ludzie kochali go, ponieważ był taki zachłanny. Ludzie kochali go, ponieważ był tak bardzo świński – i kochali go, ponieważ był tak ludzki. Kochali jego delikatność i poczucie humoru. Wiele osób podkreślało, że to właśnie on nauczył ich kochać, że sam był czystą miłością. To z pewnością dlatego nadesłano tak wiele kartek i maili z kondolencjami po jego odejściu, a automatyczną sekretarkę Sy i Howarda szybko zapchano, itp.

W „Dobrej śwince” Sy Montgomery udało się również coś niebywałego – przedstawiając swojego ukochanego Chrisa, z którym przeżyła wspólnie 14 lat, dowiodła, że nie zawsze należy myśleć praktycznie, podporządkować się społeczeństwu, rodzinie czy skostniałym prawom. Bo czasem warto pójść na przekór wszystkiemu i zamiast rozumu posłuchać serca. Zamiast śmierci, wybrać życie. Pojawienie się Christophera w rodzinie Sy i jej miłość do niego stały się przeciwwagą dla złego traktowania świń na świecie. (…) Oczywiście historia Christophera nie wymazuje wszystkich okropieństw wycierpianych przez świnie na całym świecie w ciągu stuleci (…) Ale Montgomery i Christopher stworzyli inną rzeczywistość: dzięki temu, że Chris mógł przeżyć całe życie, uhonorowali[…] [niejako]życie wszystkich świń.

„Dobra świnka, dobra” to wyjątkowa książka o nieprzeciętnej relacji człowiek-zwierzę. To wzruszająca historia kobiety, która dzięki obecności przeciętnego jakby się mogło zdawać cherlaka otworzyła się na drugiego człowieka i przezwyciężyła swoją nieśmiałość. Dzięki rozkoszy czerpanej z jego towarzystwa zrozumiała, że niezależnie od tego, co się dostanie od losu czy natury, kiedy się kocha, wszystko jest możliwe. Warto pamiętać, że to właśnie zwierzęta mogą nas zmienić, poprowadzić z powrotem do edenu i przypomnieć nam, że zawsze możemy zacząć od nowa…

Cytaty za: Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda, Sy Montgomery, Marginesy, Warszawa 2015.

Ocena: 5+/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Mój najlepszy przyjaciel prosiak (?!?)

niedziela, 10 maja 2015

Sweetland - Michael Crummey

Michaela Crummeya, nowofundlandzkiego poetę i prozaika, czytelnicy mieli okazję poznać już dwukrotnie: najpierw w 2013 roku za sprawą jego niezwykłej powieści „Dostatek” (jego recenzja klik), zaś rok później za przyczyną „Pobojowiska”. Tym razem gdańskie Wydawnictwo 'Wiatr od morza' uraczyło nas kolejną jego książką, p.t.: „Sweetland”. Wszystkich tych, którzy te poprzednie przeczytali z pewnością nie trzeba namawiać, by sięgnęli po tę najnowszą. Zaś tych, którzy jeszcze z twórczością pana Crummeya się nie zaznajomili, spróbuję przekonać, że mający jutro, tj. 11 maja premierę „Sweetland” to bardzo ciekawa propozycja na majowe dni.

Chance Cove – to niewielka osada na Nowej Fundlandii, która powoli się wyludnia ze względu na pogarszające się nieustannie warunki życia związane z zapaścią nowofundlandzkiego rybołówstwa. Stopniowo coraz mniej osób decyduje się pozostać na wyspie, szczególnie kiedy pojawia się korzystna propozycja ze strony rządu. Mieszkańcom wyspy oferuje się sowite wynagrodzenie za przeprowadzkę w inne miejsce w obrębie prowincji, ponadto pomoc przy zmianie miejsca zamieszkania i znalezienie pracy, wykwalifikowanie się lub powrót do szkoły - pod jednym tylko warunkiem - jednomyślnej zgody wszystkich mieszkańców. Już w latach 60. nastąpiły przesiedlenia do: Placentia Bay, Burgeo, Hermitage i St. John’s. Nic więc dziwnego, że prawie wszyscy przyjmują tę pomoc z wielką radością. Ale są i tacy, którzy ogromnie przywiązani do ziemi swych przodków za nic w świecie nie dają się przekonać urzędnikom rządowym, a jej opuszczenie traktują jako zdradę. Należy do nich 69-letni Moses Louis Sweetland, główny bohater książki, emerytowany latarnik i rybak (do czasu wprowadzenia moratorium na połów dorsza w dziewięćdziesiątym drugim) oraz Loveless (który dość szybko zmienia zdanie...), jego sąsiad...
Rodzina Mosesa mieszka tu od niepamiętnych czasów (Ludzie łowili tu ryby już dwieście lat temu, może wcześniej), jak sam podejrzewa, prawdopodobnie jego przodkowie dotarli na wyspę jako pierwsi, czego miałby być dowodem fakt, że zarówno wyspa jak i jego rodzina nazywają się tak samo. Jego związek z Chance Cove jest bardzo silny, dlatego też wszelkie urzędnicze próby nakłonienia go do opuszczenia osady nie przekonują go: Gdy wszyscy się wyprowadzą, nie będzie już promu. To oznacza brak zaopatrzenia. Przestaną działać telefony. Nie będzie bankowości online, nie będzie pokera. Ani prądu. Myślę, że każdego, kto zechce tutaj samotnie mieszkać, można z definicji uznać za niepoczytalnego. Decydując się na ten odważny/nieroztropny/brawurowy (?) krok, Sweetland zostałby prawdopodobnie jedynym szaleńcem na środku Atlantyku. Namowy sąsiadów i członków rodziny też nie przynoszą skutku. Nawet Reet Verge, była burmistrz miasteczka, próbuje przekonać go do wysiedlenia. Wszystko na próżno. Kiedy prośby nie przynoszą rezultatu, Verge ucieka się do ostrzeżeń i gróźb: Nie zablokujesz tego wszystkiego w imię swoich mesjańskich uczuć. Wymień cenę, a ja zobaczę, co da się zrobić. (…) Że też potrafisz przysporzyć tylu zmartwień całemu miasteczku i spać z tym spokojnie. (…) Cała ta historia skończy się tak, że komuś stanie się krzywda. A ty będziesz mógł winić za to tylko Boga lub siebie. Zapamiętaj sobie moje słowa. Cierpliwość mieszkańców zostaje wystawiona na próbę. Kiedy nie pomagają naciski i prośby o przedstawienie racjonalnego powodu, dla którego Moses nie chce opuścić wyspy, ludzie próbują zasiać w nim strach, sądząc, że być może w ten sposób uda im się go przepędzić. Pojawiają się anonimowe liściki z pogróżkami, okaleczone króliki, które Sweetland znajduje w sidłach czy podpalony składzik i odwiązana łódka. To ma go przekonać do zmiany decyzji. Nikt z mieszkańców nie próbuje nawet poddać w wątpliwość, że te wydarzenia są przypadkowe – każdy z nich ma przecież powody do zniszczenia jego majątku, bo wszyscy czują do niego urazę i nie potrafią zrozumieć jego toku myślenia. Moses sam na to zasłużył swoją postawą. Ostatecznie – kapituluje. Można by rzec, że presja przyniosła spodziewany efekt, że się udało, ale, jak pewnie niektórzy z Was się domyślają, tylko połowicznie...
Sweetland bardzo umiejętnie wszystkich zmylił. Zadeklarował, że przystępuje do programu i zgadza się na opuszczenie wyspy, po czym ukrył się na niej, a wszyscy byli przekonani, że zginął tragicznie na morzu: Uważał to za sprawę prywatną, że postanowił ukryć się w dolinie i odwrócić plecami do całego świata; sądził, że to nie dotyczy nikogo poza nim. Długo to planował i solidnie przygotowywał się do zbliżającej się zimy, którą miał przecież spędzić samotnie. Odłożył sobie całą łódź produktów spożywczych, które wcześniej przemycił z wysepki Miquelon. Zasalał ryby, robił przetwory, zapomniał jedynie o zrobieniu zapasów papieru toaletowego, ale i z tym sobie poradził. Niestety, jego decyzja wiązała się również z cierpieniem. Odkąd został sam jeden na wyspie, każdego dnia zmagał się z wyalienowaniem: [O]d czasu do czasu spadała na niego samotność tak apokaliptyczna, że zaczynał się bać, iż jej nie sprosta. Zawczasu nie rozważał świadomie, jak to będzie tkwić samemu na wyspie, mgliście wyobrażał to sobie jako przedłużenie doświadczeń z pracy w latarni, gdy większość dni spędzał w pojedynkę. Zaczynał jednak rozumieć, że w porównaniu z chwilą obecną tamte lata odosobnienia zbladły – były tylko tymczasowym stanem, zaledwie przybliżeniem samotności. Te długie, zimowe dni, dokumentują, że samotność jest okrutna, że łatwo prowadzi do obłędu, choć została wybrana świadomie i bez przymusu. To właśnie ona wymusza konkretne zajęcia, zmianę trybu życia, by nie doprowadzić do szaleństwa: Wiedział, że musi znaleźć sobie jakieś zajęcie poza pasjansem, jeśli nie chce na dobre postradać zmysłów. Zaczął czytać książki Queenie (te, którymi z czasem podcierał sobie tyłek, jak zabrakło mu papieru...), wrócił do opieki nad cmentarzem (prostował pokrzywione nagrobki, podpierał płot, kosił trawę), wciąż słuchał prognozy pogody, grał w pasjansa i spędzał czas z psem Lovelessa, który się zgubił i nie zdążył wsiąść na statek. Z czasem doszedł do wniosku, że świat ogarnia coraz głębszy zastój. Że od kiedy tak siedzi, nie dostrzegł ani jednej żywej istoty. Zdawało się, że zniknęły nawet mewy. Przez miesiące spędzone samotnie zdążył się już przyzwyczaić do ciszy i bezruchu. Nieobecność za oknem zdawał się jednak przynależeć do zupełnie odmiennego porządku, nadała całkiem inną perspektywę jego przesiedzianemu okresowi – wpatrywał się w okno, aby podważyć prawdziwość swojego spostrzeżenia. Jak zakończy historia Sweetlanda? Czy jego decyzja okaże się tragiczną pomyłką i doprowadzi do jego śmierci? Czy też niespodziewanie znajdzie swój happy end?

Michael Crummey oddaje w ręce czytelnika książkę bardzo klimatyczną, ze zdecydowanym (ostrym, soczystym wręcz, iście męskim) językiem i wyrazistymi bohaterami (odznaczają się silnym charakterem, uporem do granic możliwości, wielkim oddaniem ziemi, na której żyją od lat oraz miłością do rodziny). Wymaga przy tym od niego uwagi, bo liczne retrospekcje wybijają z rytmu, choć informują o historii wyspy i przeszłości bohaterów. To książka, która z jednej strony pokazuje, że człowieka w gruncie rzeczy trudno oderwać od korzeni; a z drugiej dowodzi, że czasem warto zrezygnować z własnego uporu i poddać się woli większości, wymuszonej choćby przez realia współczesnego świata. Bo jak twierdzi Sweetland życie rządzi się swoimi prawami. Można stawiać opór, a można zaimprowizować jakiś sposób, by się uchować. Istnieją natomiast takie prawa, które nie poddają się oporowi czy improwizacji...
Serdecznie polecam Waszej uwadze tę książkę. Warto zanurzyć się w chłodny krajobraz Nowej Fundlandii, by zrozumieć, jak wielkim uczuciem trzeba darzyć tę ziemię, by skazać siebie na całkowite osamotnienie, walkę z potężnymi siłami przyrody i wykluczeniem społeczeństwa.

Cytaty za: Sweetland, Michael Crummey, Wiatr od morza, Gdańsk 2015.

Ocena: 5/6

czwartek, 30 kwietnia 2015

Listy na wyczerpanym papierze - Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora

Zastanawiałem się, co zrobić z jej listami, i doszedłem do wniosku, że nie jestem w stanie tego zniszczyć. Myślę, że literatura polska, by nam tego nie wybaczyła. Zaopiekuj się tym. Takie słowa skierował do Magdy Umer, Jeremi Przybora, jeden z najwybitniejszych twórców w historii polskiej sztuki estradowej, współzałożyciel legendarnego 'Kabaretu Starszych Panów'. Następnie podał swojej przyjaciółce owe listy w kopercie z napisem ‘Agnieszka’. To była sławetna korespondencja, jaką Przybora prowadził z Osiecką (wybitną poetką, autorką niezapomnianych tekstów piosenek, pisarką, reżyserką teatralną i telewizyjną, dziennikarką) przez około dwa lata. Umer chciała ją opublikować za 50 lat, kiedy nikt z bliskich obojga kochanków nie poczułby się nią urażony. Tymczasem niespodziewanie odezwała się do niej córka Osieckiej, Agata Passent, z informacją, że znalazła listy pisane przez Jeremiego do jej mamy i zastanawia się nad ich wydaniem. Wiesz, bo to taka piękna literatura, przekonywała. Udało się - za zgodą dzieci sławnych kochanków czytelnik może wziąć do reki jedną z najbardziej osobistych i najliryczniejszych publikacji, jakie powstały kiedykolwiek. „Listy na wyczerpanym papierze”, bo o nich mowa, są pięknym świadectwem burzliwego uczucia, opisanego poetyckim językiem. Mamy w nich do czynienia z wachlarzem prawdziwych emocji dwóch wybitnych postaci, których teksty śpiewały i śpiewać będą kolejne pokolenia. Listy (ewentualnie telegramy lub kartki pocztowe) zostały ułożone chronologicznie, a redaktor ingerował w tekst minimalnie. Niektóre z nich są pozbawione zakończenia. Przypuszcza się, iż w ten właśnie sposób zostały ocenzurowane przez ich bohaterów. Są tu także notatki z kalendarzyka Agnieszki, przypisy ich obojga oraz komentarze Umer. Ponadto publikacja zawiera: audiobook (listy czytają Magda Umer i Piotr Machalica), mnóstwo zdjęć, 'Piosenki z miłości' Agnieszki i Jeremiego oraz 'Po słowie o sobie', a także kopie listów tudzież kartek. To jednak nie wszystko. Nietypowy format, piękna, stylizowana okładka, listy ze znaczkami z podobiznami Jeremiego i Agnieszki idealnie wpisują się w klimat ten publikacji. To naprawdę książka niezwykła, przepełniona czystą poezją i takim pięknem, od którego trudno się oderwać, bo coraz go mniej we współczesnym świecie...

Uczucie między Jeremim a Agnieszką ‘wybuchło’ 1 lutego 1964 i trwało do czerwca 1966 roku. On miał 49 lat, był już po raz drugi żonaty. Miał małego synka Konstantego (Kota), i dorastającą, piękną córkę z pierwszego małżeństwa – Martę. Był w rozkwicie swojego talentu. Sławny, uwielbiany, czczony nie tylko przez inteligencję. Telewizyjny Kabaret Starszych Panów stworzony przez niego i Jerzego Wasowskiego osiągnął właśnie apogeum popularności. Wszyscy śpiewali ich piosenki. Ona także. Ale i pisała własne. I to jak! Była piękną 28-letnią rozwódką po przejściach. Płakał po niej niejeden odtrącony adorator, ona po nich także, z tym, że ona jedynie w piosenkach... Teksty, które Jeremi adresował do Agnieszki od początku naznaczone są czułością i dużym zaangażowaniem. Widać to choćby w sposobie, w jaki zwracał się w nich do swej ukochanej. Pisał np. ‘Śpiewaczko moja ucieszna; 'Safo Słowieńska’; 'Moja Ty Nieprawdopodobna'; ‘Moja Nawiedzona Panienko’. Szczerze wyznawał, że lubił wymawiać jej imię, że całował ją w uszy (!), które uwielbiał: Chyba ja się w Tobie zakochałem, czy co?! Agnieszko! Bądź dla mnie pobłażliwa i dbaj o uszy! Ona była ostrożniejsza. Wchodziła w ten związek spokojniej, roztropnie ważyła słowa i powściągliwiej deklarowała uczucia. Niektóre z jej wypowiedzi, noszące znamiona zaangażowania, w porównaniu ze słowami Przybory, brzmią wręcz zabawnie (być może to również zasługa odmiennego usposobienia): Choć Tyś orzeł jest a jam – reszka – na wieki twoja jest Agnieszka.
Każdy przejaw jej większego zaangażowania był mocno podkreślany przez Jeremiego. Ono go cieszyło, pozawalało poczuć się pewniej i uświadamiało mu, że nie tylko on dużo zaryzykował, a jeszcze więcej poświecił dla tej miłości: Podpisałaś się na telegramie ‘Twoja Agnieszka’… I napisałaś ‘Bardzo za Tobą tęsknię’… Telegramu to jeszcze nigdy w życiu nie czytałem tyle razy – a jeszcze ile razy będę go czytał... Jeremi dość często miewał momenty ogromnej tęsknoty, kiedy czytał całą korespondencję od swej ukochanej, jakby chciał nasycić się jej słowami podczas częstych nieobecności Agnieszki. Bo ona notorycznie wyjeżdżała (kochała podróże), co nie podobało mu się i co w większości przypadków było przyczyną kłótni. Po jej wyjeździe do Anglii, Przybora przeżył ‘psychiczny kryzys’: Odkąd Cię tu nie ma, przestaję trochę wierzyć, że mogłaś mi się w ogóle przytrafić, że tyle rzeczy pięknych i niezasłużonych może nagle spaść na człowieka. W kolejnym liście pisał: O, jakże Ty mi jesteś nieodzowna Śpiewaczko Moja Ucieszna! Strasznie się w Ciebie wczepiłem – nie czujesz tego? By następnie dojść do zaskakujących wniosków: Agnieszko, wiesz, zauważyłem, że moja tęsknota za Tobą przybiera różne formy, zależnie od pozycji. Inaczej zupełnie tęsknię, chodząc lub stojąc, inaczej siedząc, a jeszcze zupełnie inaczej, leżąc na strasznie pustym tapczanie… Przybora odczuwał straszną pustkę bez Osieckiej, nawet miasto pozbawione jej obecności wydawało mu się inne, bardziej obce. Był pewien, że darzy ją wielkim uczuciem i nie miał obaw przed wyznaniem jej tego: Kocham Cię. Niczego w życiu nie chcę mieć więcej poza Tobą, ja już swoją karierę zrobiłem - może i za dużą, i nade mną też unosi się aura, nie mam żadnych pretensji o nic, byle nie spadać poniżej, ale o Ciebie mam pretensje, i to jeszcze jakie! Moje Północna, Jasna, zupełnie Rewelacyjna, Nienagladnaja (…), Pięknoimienna Agnieszko o uszach jak skrzydełka motyla – wiesz jakiego. Całuję Cię strasznie natrętnie – tak jak nawet nie przypuszczasz, że potrafię. Agnieszce, choć zupełnie inaczej, też bywało ciężko bez niego. Mimo to znajdywała siłę pewnym niezwykle silnym przekonaniu : Ale mam w sobie to, co zawsze, to, co czuję cały czas, odkąd wyjechałeś: wiarę w przeznaczenie. Po prostu wierzę w nas. Wierzę, że ‘to się musiało tak skończyć.

Oprócz wiary oboje mieli również wielki podziw, szacunek i podziw dla swojej pracy. Dzielili się wrażeniami po przeczytaniu tekstów, obejrzeniu przedstawień, spektakli, itp. Agnieszka tak pisała o twórczości Jeremiego: Lubię całą Twoją poezję, Twoją wyobraźnię, Twój ‘sposób’. Jest to część Ciebie, tego, co kocham. Jeremi odwdzięczał jej się podobnymi komplementami: Wiesz Agnieszko, im dłużej słucham tych Twoich piosenek na płycie, tym bardziej mi się podobają – pięknie Ty piszesz, biorąc obiektywnie, a subiektywnie, to strasznie pode mnie (źle to określiłem, ale wiesz, o co mi chodzi – trafiasz w to, na co jestem wrażliwy). Bardzo Ciebie podziwiam i uwielbiam, i nie czuję się (…) ekwiwalentem dla Ciebie, ale nie chciałbym ogromnie, żebyś sobie inny znalazła.
Z czasem jednak pojawiły się na ich idealizowanym związku pierwsze rysy. Widoczne stały się duże różnice temperamentów kochanków: No popatrz: ujawniły się między nami straszliwe różnice charakterów… Jeszcze ciągle nie mogę przyjść do siebie po ostatnim cyklu rozmów. Brr… Okazało się, że jesteśmy do siebie niepodobni jak pies do kota. Myślę, że na to jest jedyna rada: Kochaj mnie! Kochaj mnie, Jeremi, a wszystko będzie fajnie! Ja ze swej strony postaram się wypełnić czas za Kanałem rozmyślaniami i pokutą. Nauczę się osobiście prać koszule i kupować jajka u Tomczyka. Zrobię ci sweterek na drutach i wyhaftuję ręcznik z napisem: ‘Komu Pan Bóg daje, ten rano wstaje…’. Itd. 30.8.1964 roku Agnieszka poprosiła, by Jeremi już więcej nie dzwonił, bo wszystkie formy pośrednie [byy] między n[imi] niemożliwe. Jeremi życzył jej wtedy na odchodne: Rośnij duża, Agnieszko i szczęśliwsza ode mnie!

„Listy na wyczerpanym papierze” to świadectwo związku dwóch niezwykłych osobowości, które na krótko zachłysnęły się najsilniejszym z uczuć. Ich wyznania pełne sympatii, miłości, podziwu, tęsknoty i niezrozumienia, a więc emocji, które nimi wtedy targały, dają kompletny obraz ich samych - osób inteligentnych, wyjątkowo utalentowanych, z poczuciem humoru i autoironią, które w połączeniu z lotnością pióra dostarczają czytelnikowi niezwykłych wrażeń literackich. Warto po te listy sięgnąć, zwłaszcza teraz, kiedy za oknem wiosna w rozkwicie, a w sercu maj…


Cytaty za: Listy na wyczerpanym papierze, Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora, Agora SA, Warszawa 2010.

Ocena: 5+/6

Tę oraz inne, warte polecenia książki znajdziecie na www.gandalf.com Polecam gorąco!



piątek, 24 kwietnia 2015

Nauczycielka - Judith W. Taschler

„Nauczycielka” Judith. W. Taschler jest książką pyszną. Pod każdym względem. Zaskakuje formą, zakończeniem, mnogością wątków i pięknymi kreacjami psychologicznymi bohaterów. Dawno nie czytałam książki tak przemyślanej, dopracowanej, która sprytnie łączy miłość do literatury z kondycją współczesnego człowieka oraz kwestią komunikacji międzyludzkiej. Miłość, zdrada i śmierć. Stracone szanse i (nie)wypowiedziane słowa. Misternie skonstruowana układanka przeszłości z teraźniejszością trzymająca w napięciu od pierwszego do ostatniego zdania i pochłaniająca bez reszty. Nie dajcie się zwieźć skromnej, eleganckiej okładce – ukryta w niej treść buzuje od emocji. Ta książka wciśnie Was w fotel, sprawi, że poczujecie się jakbyście oglądali świetny film i tylko jedno przypomni Wam, że nie jesteście w kinie – brak popcornu…

Matylda Kamiński pochodziła z małego miasteczka. Była zakompleksioną, nieśmiałą i nieszczęśliwą dziewczyną. W domu brakowało rodzinnego ciepła: ojciec odszedł do innej kobiety, a matka była w stosunku do niej okrutna. To właśnie ona, rodzona córka, była jej regularnym piorunochronem, rozładowywała na niej całą zgromadzoną frustrację, mówiła jej, że jest brzydka, gruba, głupia jak gęś, że nic z niej nie będzie. W dzieciństwie Matylda bała się matki, później, kiedy miała mniej więcej dwanaście lat, zaczęła jej nienawidzić. Chcąc zamknąć za sobą ten tragiczny czas, jako 18-latka wyprowadziła się do innego miasta i rozpoczęła studia na germanistyce (bo zawsze lubiła czytać, bo nie przyszedł jej do głowy żaden inny kierunek i dlatego, że niemiecki zawsze w szkole przychodził jej bez trudu…). Każdego dnia obawiała się, że nigdy nie pozbędzie się smrodu małego i ciasnego mieszkania socjalnego, w którym dorastała, ale było coś jeszcze gorszego. Wciąż prześladował ją lęk, że brzydko pachnie, że nie tylko usta, stopy i okolice intymne, lecz także jej skóra silnie trąci stęchlizną, a ludzie się jej brzydzą…

Pewnego dnia na wykładzie z literatury przełomu wieków Matylda poznaje Xavera Sanda, początkującego pisarza. Młodzi zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Początkowo prowadzą bardzo intensywne życie towarzyskie. Z niezwykle obowiązkowej i pilnej studentki, Matylda staje się wciąż niewyspaną, tygodniami zaniedbującą studia, zakochaną po uszy nastolatką. Dziewczyna traktuje Xavera bardzo poważnie i nim się spostrzeże całkowicie się od niego uzależnia: Kochała, i to jak kochała; kochała tak bardzo, że z czasem całkiem się zapomniała. Początkowo ‘jej’ mężczyzna też zdaje się być zaangażowany w związek, wzrusza go życiowa zaradność partnerki, jej pracowitość, energia i to, że dzięki własnej pracy zarabia konkretne pieniądze (w przeciwieństwie do niego). Matylda pracuje jako nauczycielka. Ma powołanie, czuje się w szkole szczęśliwa, jest ogromnie zaangażowana w jej sprawy i lubi swoich uczniów.

Związek z Xaverem staje się dla niej wybawieniem i daje jej nadzieję na nowe, lepsze życie oraz szansę stworzenia własnej szczęśliwej rodziny, zdecydowanie lepszej niż ta, z której pochodził. Tymczasem szybko okazało się, że jej wybranek ma inne pomysły na (wspólną?) przyszłość. Życie jest dla Xavera nędzne i bezsensowne, budziło w nim obrzydzenie. Nie potrafi ponosić odpowiedzialności za siebie, a co dopiero za dziecko! Jest próżny, niechętny do ciężkiej pracy fizycznej, nastawiony na szybki sukces, uzyskany niewielkim kosztem. Dlatego zajął się pisaniem, ograniczając kontakty z ludźmi do minimum: Nie potrzebuję ludzi, ale potrzebuję historii, które pisze ich życie, w przeciwnym razie nie miałbym przecież o czym pisać, zatem bez ludzi nie ma historii i bez ludzi nie ma czytelników, to oczywiste (…). Zamiast zabawy w dom, Xaver chciał tworzyć. Razem z Matyldą kochali literaturę, odznaczali się skłonnością do fantazjowania, nieustanną chęcią słuchania historii i pisania opowiadań. Mężczyzna przeczuwał, że dziewczyna może się przysłużyć jemu i jego karierze i nie mylił się – skutecznie motywowała go do pisania i pomogła mu napisać trylogię. Kiedy pojawił się długo oczekiwany sukces, jej ukochany bardzo się zmienił i nie potrzebował jej więcej. Po latach wyznała mu, jak się wtedy czuła: Wyglądało to tak, jakbyś się wstydził swojego dotychczasowego ‘drobnomieszczańskiego’ życia u boku zaściankowej nauczycielki niemieckiego (…) Nagle zacząłeś mnie lekceważyć. Niespodziewanie po 16 wspólnych latach Xaver odchodzi od Matyldy bez słowa i szybko związuje się z inną kobietą, która rodzi mu dziecko. Błyskawicznie osiągają to, o czym tak bardzo marzyła Matylda przez całe swoje życie. Niestety, pewnego dnia synek Xavera i jego nowej żony Denise, Jakob, zostaje skradziony z wózka i słuch o nim ginie…

Nieoczekiwane spotkanie po latach dawnych kochanków podczas warsztatów pisarskich w ramach projektu ‘Uczeń/uczennica spotyka autora/autorkę’ w szkole Matyldy daje szansę na wyjaśnienie wszystkich spornych kwestii sprzed lat i spojrzenie na zamierzchłe czasy z dystansem. Pomaga też rozwikłać współczesne dylematy i skończyć z niedopowiedzeniami. Czy dawna miłość Xavera ma coś wspólnego ze zniknięciem Jakoba? Czy związek z inną kobietą dał pisarzowi to, czego szukał? Czy Matylda założyła upragnioną rodzinę i realizuje się w swej pracy zawodowej? Czy jest szansa na porozumienie obu zranionych stron a może nawet coś więcej?

Forma, w jakiej została przedstawiona relacja Matyldy i Xavera, bardzo przypadła mi do gustu. Przeplatając wymieniane ze sobą maile, wymyślone historie czy wreszcie rozmowy prowadzone na żywo, Judith. W. Taschler ukazuje, w jak odmienny sposób ludzie odbierają i interpretują te same fakty. (Co istotne, to czytelnik sam musi odpowiedzieć na pytanie, czy jest to uzależnione od płci, czy też od posiadanych doświadczeń, wychowania, a może jeszcze czegoś innego). Dość oszczędnie, choć niezwykle sugestywnie naznaczony jest również wątek trudnych relacji dziecko-rodzic, w których to ten drugi jest siłą niszczycielską, stygmatyzującą na całe życie. Skrzywdzeni za młodu zapomnienia szukają np. w ramionach obcych praktycznie kobiet lub w wymarzonej pracy, dającej prawdziwe spełnienie i satysfakcję oraz stanowiącej źródło inspiracji dla innych. Bo zajęcie wykonywane z prawdziwą pasją, nie grozi rutyną, nawet po latach. Brawurowo udało się oddać autorce smutną prawdę, którą tak trudno zaakceptować – czasu nie da się cofnąć, niezależnie od tego, jak bardzo się tego pragnie. Jedynym pocieszeniem zdaje się być fakt, że to właśnie literatura niesie ukojenie w każdej sytuacji - może dawać wytchnienie, łagodzić ból, być substytutem, itp. Dowodem na to, niech będzie dość realistyczne (niestety) stwierdzenie Xavera: Samo życie nigdy nie jest ważne, rozpływa się w naszym wszechświecie jak tchnienie, ważne są historie, które zostają. Im bardziej wzruszająca i porywająca jest jakaś historia, tym bardziej warte życia jest to życie. Takie historie potem często potrafią przetrwać wiele pokoleń, pozostają na świecie dłużej, niż trwało samo życie! Czy to nie obłęd? I ostatnia rzecz, jaką warto podkreślić na koniec - Taschler udało się połączyć w „Nauczycielce” wiele gatunków literackich i stworzyć powieść, którą czyta się niczym gotowy scenariusz filmowy. W nim fikcja miesza się z rzeczywistością, przeszłość z teraźniejszością, a skromna nauczycielka zdaje się być genialną psychoterapeutką i bezlitosną sędziną w jednym.

Polecam, to naprawdę świetna książka, w której nie ma ani grama kiczu lub melodramatu, ani jednego zbędnego słowa czy przypadkowego wątku. Po prostu musicie to przeczytać i tyle!

Cytaty za: Nauczycielka, Judith W. Taschler, W.A.B., Warszawa 2015.

Ocena 6/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Zupełnie tak jak w kinie

piątek, 17 kwietnia 2015

Boginie z Žítkovej - Kateřina Tučková

„Boginie z Žítkovej” to książka ze wszech miar niezwykła. Jej autorką jest młoda Czeszka (ur.1980), Kateřina Tučková, która za sprawą tejże właśnie publikacji stała się najpoczytniejszą współczesną pisarką u naszych południowych sąsiadów. Nie jest to typowa czeska literatura, którą najczęściej kojarzymy z ‘hrabalovską’ aurą, humorem czy dystansem do rzeczywistości. To bardzo precyzyjnie opracowana powieść historyczno-obyczajowa, oparta na wielu źródłach i zakorzeniona w dokumentach historycznych (wśród nich dokumenty gestapowskich i komunistycznych służb bezpieczeństwa, do których sięgała autorka). To wyjątkowa literacka podróż do świata, który już nie istnieje. Obok barwnego (i jakże modnego dzisiaj) folkloru i wielowiekowej tradycji (do której współcześnie chętnie się powraca) królują tu siły nadprzyrodzone. Jest również szczypta realizmu magicznego. To wszystko stanowi jednakże tylko tło dla płci pięknej. Bo „Boginie…” to książka o nieprzeciętnych kobietach: tych dobrych i tych złych. Tych, które chciały pomagać ludziom niosąc im nadzieję i cudowne uzdrowienie i tych, które praktykując czarną magię, zwiastowały innym klątwę, zniszczenie lub śmierć. To historia silnych bogiń i praktycznie niewidocznych wśród nich mężczyzn. Podobno ile w (…) rodzinie było wyjątkowych kobiet, tylu w niej było zagubionych mężczyzn. Ich matki i siostry ponoć wysysały z nich siłę, którą zmieniały w umiejętność bogowania... I właśnie dlatego na Žítkovej prym wiodły boginie…

Bogowanie

Bogowanie jest stare jak świat, a boginie i andzjele były tu od zawsze, mówi jedna z bogiń, Surmena Terézie. Tu, czyli na wzgórzach Žítkovej, wsi położonej nieopodal Starego Hrozenkova, na Kopanicach Morawskich leżących w Białych Karpatach. Nie było na świecie człowieka, który nie padłby z nabożną czcią na twarz przed kobietą, która ledwo go ujrzała, już potrafiła odczytać wszystkie jego troski, choć ani słowem się nie odezwał. Jedna z członków rodziny Surmeny, Baglárka, tak mówiła o boginiach – Ja tam ino jedno wim. Że boginie jak świat światem miały pecha. Jak pamiętam, żadna z nich dobrze nie skończyła… Podobno, im większy miały dar, tym cięższe życie i jeszcze gorszą śmierć. Mimo to wiele kobiet próbowało bogować nawet wtedy gdy nie miały mocy. Boginią bowiem trzeba się było urodzić. Te prawdziwe, posiadające dar, nieustannie ze sobą konkurowały. Ludzie uważali, że jedna drugiej zazdrościła, że zaciekle walczyły o swoją klientelę, a każda robiła, co mogła, żeby pokazać, że to ona jest najlepsza. O boginiach nie miał najlepszego zdania proboszcz ze Starego Hrozenkova, Josef Hoser. Błyskawicznie zasiał wśród parafian źródło nienawiści, tłumacząc ile zarabiają na swoim bogowaniu. W jednym ze swych kazań mówił: Boginie to esencja waszej głupoty! Pasą się na niej, wykorzystują ją i powodzi im się lepiej niż tym z was, którzy ciężko pracują! Mieszkańcy szybko nabrali dystansu do bogiń. Rozniosła się wieść, że żerują na nieszczęściu innych i wiele osób przestało po nie posyłać. Ksiądz z uporem maniaka [p]iętnował je (…), szkalował, nie chciał chrzcić ich dzieci ani przyjmować do wspólnoty Kościoła, odmawiał im nawet ostatniego namaszczenia, co dla głęboko wierzących bogiń oznaczało katastrofę. Nagle zabrakło dla tych kobiet szacunku i wdzięczności, a zamiast nich pojawiła się wrogość, nieżyczliwość, a często zazdrość i pukający do drzwi stróż prawa…

Dora Idesová - strażniczka pamięci czy bogini?

Dora Idesová, jako 8-letnia dziewczynka była świadkiem ogromnego dramatu rodzinnego. Widziała jak jej ojciec-alkoholik zabił matkę siekierą. Dziećmi zaopiekowała się wówczas siostra zamordowanej, potężna bogini – Surmena. Wzięła pod opiekę Dorę oraz jej niepełnosprawnego brata, Jakubka (cierpiał na zespół Aperta). Jednak sielanka nie trwała długo. Ciotka została niesłusznie oskarżona o wykonanie aborcji niezgodnie ze sztuką, w wyniku czego jej 'pacjentka' zmarła. Oskarżono ją o wykonywanie niedozwolonej praktyki lekarskiej, poprzez którą zagrażała zdrowiu obywateli czechosłowackich, za co otrzymywała ukrywane wynagrodzenie, poprzez co okradała gospodarkę czechosłowacką oraz czechosłowacki lud, czym dopuszczała się przestępstwa (…). Kobieta została aresztowana, a następnie celowo umieszczona w szpitalu psychiatrycznym, ponieważ uznano, iż jej zachowania podyktowane były rzekomo chorobą psychiczną i zalecono jej leczenie w zamknięciu. Rodzeństwo zostało rozdzielone. Dora przeszła prawdziwą szkołę życia w internacie, później walczyła o sprawowanie opieki nad chorym bratem, możliwość odwiedzenia ciotki w szpitalu, aż wreszcie dorosła i ponownie zbliżyła się do świata bogiń. Będąc ostatnią żyjącą boginią w prostej linii (która nie praktykowała), stała się dla czytelnika wnikliwą przewodniczką po ich tajemniczym świecie.
Idesová posiadała jedynie ‘wątłe sztuczki bogowania’ w postaci zbyt bujnych snów, będących prawdopodobnie resztką daru, jakim dysponowały jej poprzedniczki. Nie znała się na ziołach, nie potrafiła przewidywać przyszłości, nie umiała leczyć. Czuła wstręt do przestrzegania wszystkich bezsensownych zasad, którymi kierowali się Surmena i ludzie z Kopanic. Ona zawsze była inna niż boginie – nieufna i pełna podejrzliwych pytań. Uważała, że żyje w innych czasach niż jej matka i ciotka, że nadszedł nowy wiek, że po górach nie tułają się nieochrzczone dzieciny, baba-jaga nie poluje na zbłąkane dzieci, a czarny kot nie przynosi pecha. Mimo to pragnęła odkryć losy wszystkich kobiet z rodu z mroków przeszłości, poinformować świat o ich wyjątkowości i sztuce, którą ich wrogowie brutalnie próbowali wymazać z oblicza Kopanic. Nie chciała, by słuch o nich zaginął, a tkwiąc na granicy dwóch tak odległych światów, po uszy w nauce, a zarazem w samym środku zadziwiającego życia bogiń, miała duże szanse na zrealizowanie swego planu. Przez lata rozbierała na części pierwsze los Surmeny i reszty bogiń, poświęciła im również pracę magisterską. Dzięki niej dostała posadę w Instytucie Etnografii i Folklorystyki Akademii Nauk w Brnie. Później zaczęła pisać doktorat, do którego materiały zbierała latami; korzystała również z opowieści rodziny i krewnych, będącymi strażnikami pamięci. Spędziła dziesiątki godzin w zakurzonych archiwach, wydreptała dziesiątki kilometrów ścieżynkami w Białych Karpatach (…) Wspomnienia dawały jej siłę. I były pełniejsze, barwniejsze, za każdym razem, gdy odkrywała jakiś nowy element układanki o rodzie bogiń z Žítkovej (…). Historię bogowania Dora rozpoczęła od 1630 roku (z którego pochodzi pierwsza wzmianka o działalności bogiń z Zitkovej), a skończyła na roku 1925, kiedy nadszedł kres ich zasadniczej działalności.

Idesová wykazywała się ogromną determinacją w kwestii poznawania prawdziwych losów bogiń. Przeszukiwała archiwa w kraju i za granicą (np. niemieckie archiwa SS-Hexen Sonderkommando czy poznańskie Archiwum Państwowe, w którym znajduje się Hexenkarthothek–kartoteka procesów o czary). Uzupełniała swoją wiedzę czytając kazania i pamiętniki proboszcza Hofera, korespondencję nazistów. Próbowała także uzyskać potrzebne jej informacje u najstarszych mieszkańców Hrozenkova, ale często brakowało jej reszty źródeł, w których mogłaby znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Opisywała m.in. proces Katarzyny Szperaczki – jej brutalne przesłuchania i oględziny. Takie jak te widoczne na rycinach ze scenami z tortur: [t]ortura zgniatania kciuków. Torturowanie hiszpańskimi butami. Torturowanie na madejowym łożu. Tortura podpalania ciała. Ogromnym zaskoczeniem dla Dory stała się obecność Surmeny na liście osób współpracujących z komunistami, która w Czechach budziła wielkie emocje. Czy to możliwe, by jej ciotka była tajnym współpracownikiem? Czy aby nie znalazła się tam przez przypadek? Może była jedynie osobą rozpracowywaną i inwigilowana przez tajniaków jako wróg ustroju? Pytania mnożyły się w nieskończoność, a ona po latach swych badań niespodziewanie doszła do wniosku, iż boginie [p]rzestały funkcjonować w jej głowie jako zapamiętane z dzieciństwa dobroduszne kobieciny, które pomagały każdemu kto zapuka do ich drzwi. Okazało się, że boginie stanowiły melanż indywidualności, że były wśród nich tez osoby niebezpieczne, niemające oporów przed skrzywdzeniem kogoś, kogo w ogóle nie znały…

Wnioski końcowe

To, co rzuca się w oczy od samego początku „Bogiń…”, to świetny klimat, który nie ulega zmianie do samego końca tej dość długiej powieści. To książka, poruszająca ogrom oryginalnych wątków, tak jakby autorce wyskakiwały one z kapelusza na życzenie. I choć publikacja ta ma znamiona historyczne i liczy wiele stron, nie nudzi. Kolejną mocną stroną tej prozy są niezwykle ciekawe zagadnienia etnograficznie. Sama (wartka) akcja umiejscowiona w intrygującej scenerii – wśród malowniczej wsi praktycznie odciętej od świata, w obliczu magicznych rytuałów, mnogości ludzkiego cierpienia, po nazizm i komunizm naznaczający te ziemie i ich mieszkańców, na nienawistnym polowaniu na boginie kończąc. To piękny przykład szukania własnych korzeni, nie bacząc na odnajdywane (niekiedy niewygodne) fakty. To próba zmierzenia się z historią własnej rodziny opowiedziana pięknym językiem na przestrzeni kilku wieków (przy okazji gratulacje dla tłumaczki -p. Julii Różewicz). Trzymam mocno kciuki za Kateřinę Tučkovą i wierzę, że czytelnicy tak w Czechach jak i poza ich granicami docenią tę wybitną twórczość, odznaczającą się ciekawą tematyką, chęcią uwiarygodnienia tworzonych historii, zapałem do pracy i fascynacją badanymi zagadnieniami.

Cytaty za: Boginie z Žítkovej, Kateřina Tučková, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2014.

Ocena: 5+/6

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi Oblicza Kultury