środa, 26 listopada 2014

Dyskretny bohater - Mario Vargas Llosa

„Dyskretny bohater” to druga powieść Mario Vargasa Llosy napisana po otrzymaniu literackiej Nagrody Nobla. U niektórych czytelników znów skutecznie wzrosły literackie apetyty i obudziły się wielkie oczekiwania, którym niełatwo sprostać nawet nobliście. Czy wydana właśnie na polskim rynku powieść obyczajowa z wyczuwalną nutą rozrywki, w której króluje wątek sensacyjno-miłosny spełni pokładane w niej nadzieje? Czy równolegle opowiedziane dwie historie (które na końcu pięknie się łączą), ze znanymi z poprzednich książek Llosy barwnymi bohaterami (z "Zielonego domu", "Pochwały macochy", "Kto zabił Palomina Molero?", "Litumy w Andach"), napisane żywym językiem zadowolą nawet najbardziej wybrednych recenzentów? Wreszcie, czy wartka akcja, wielkie pieniądze, ogromne namiętności i bolesne zdrady wystarczą, by ta proza nie pozostawiła ich rozczarowanymi? Najnowszej powieści daleko do genialnej „Rozmowy w katedrze”, ale kto odważny, niechaj czyta…

55-letni Felicito Yanaque ma dwóch dorosłych synów - Miguela i Tiburcio oraz żonę – Gertrudis i jest dumnym właścicielem Przedsiębiorstwa Transportowego Narihuala w Piurze. To człowiek powszechnie szanowany, energiczny, pełen zapału do pracy. Pewnego dnia znajduje na drzwiach swego domu kopertę z listem od szantażystów, którzy żądają pieniędzy w zamian za ochronę jego, jego rodziny i firmy. Mężczyzna jest tym faktem oburzony, nie zamierza zapłacić haraczu, a sprawę niezwłocznie zgłasza sierżantowi Litumie. Po drugim anonimie zamieszczonym na drzwiach domu jego kochanki, Mabel, dzielny pan Yanaque posuwa się o krok dalej i zamieszcza w gazecie ogłoszenie, w którym informuje szantażystów, iż nie da im ani grosza. W głowie ma wciąż słowa ukochanego ojca wypowiedziane tuż przed śmiercią: Nigdy nikomu nie pozwól się sponiewierać, synu. Ta rada to jedyny spadek, jaki ci zostawiam, i to one utwierdzają go w przekonaniu, że dobrze postępuje nie uginając się przed złoczyńcami i rozpoczynając otwartą walkę z przestępczością. Mieszkańcy Piury uważają go za bohatera, bo jest jedynym, który ma odwagę głośno zaprotestować, podczas gdy prawie wszystkie firmy przewozowe w tym mieście po cichu płacą mafii. Czy Felicito pozostanie niezłomny nawet wtedy, gdy przestępcy spalą jego biuro i porwą jedyną kobietę, którą kocha? Czy stróżom prawa uda się wyjaśnić, kto stoi za tymi aktami terroru i ochronić rodzinę pana Yanaque?

Druga historia związana jest z postacią 62-letniego don Rigoberto i jego rodziną (żoną Lukrecją i synem Fonsito) oraz Ismaelem Carrerą, z którym od ponad 30 lat łączy go serdeczna przyjaźń. Do tej pory mężczyzna zarządzał firmą ubezpieczeniową przyjaciela, ale teraz chce odejść na wcześniejszą emeryturę, by móc spełniać swoje marzenia – oddawać się swoim pasjom, móc bez przeszkód podróżować do ukochanej Europie, zgłębiać tajniki wiedzy, itp. Jego plany niespodziewanie krzyżują synowie Ismaela. Po tym jak Rigoberto zostaje świadkiem na ślubie Carrery z jego własną, dużo od niego młodszą służącą, młodzieńcy robią wszystko, by zmusić go do złożenia zeznań, w których miałby przyznać, iż ich ojciec nie był w pełni władz umysłowych, żeniąc się z kobietą spoza ich kasty. Kiedy ich groźby nie przynoszą efektu, a świeżo upieczony małżonek niespodziewanie umiera i istnieje realna możliwość, że macocha sprzątnie im sprzed nosa duży majątek, sięgają po inne środki. Wstrzymują procedurę emerytalną don Rigoberta i uruchamiają nowe śledztwo w sprawie domniemanej działalności na niekorzyść firmy ich ojca. To niestety nie koniec kłopotów bohatera. Również jego ukochany syn, Fonsito, przysparza mu zmartwień. Chłopiec od dłuższego czasu informuje rodziców, iż regularnie widuje tajemniczego starszego mężczyznę - Edilberta Torresa, którego niestety nikt inny poza nim nie dostrzega. Don Rigoberto natychmiast identyfikuje go z diabłem, ale czy rzeczywiście są powody do obaw? Kim jest Torres, czy w ogóle istnieje i jak potoczą się losy krnąbrnych synów Ismaela i ich macochy?

W „Dyskretnym bohaterze” pośród dwóch wiodących historii Mario Vargas Llosa sprytnie portretuje również swoją ojczyznę - Peru. I choć na pierwszy rzut oka kraj miewał się dobrze, prawo było stabilne, a inwestycje rosły, to nie wszystko zdaje się być tak różowe. Noblista dość krytycznie przedstawia młodzież z porządnych domów, która nie stroni od używek, ‘małpiego żargonu i połykania sylab’. Poza tym autora boli rasizm panujący w Limie, mierżą go relacje społeczne przesycone uprzedzeniami klasowymi, mająca się dobrze przestępczość, liczne intrygi i rodzinne konflikty. Obraz tego kraju tworzą również niebezpieczne ulice i skrzyżowania, na których nie przestrzega się przepisów drogowych, gdzie kierowcy je[żdżą] (…) tak, jakby ich głównym celem było rozjechanie pieszego czy rowerzysty, a nie doprowadzenie pojazdu do bezpiecznego portu, ale i jego zwykłe, codzienne oblicze - w kinach w repertuarze znaleźć można „Piratów z Karaibów” i „Skrzynię umarlaka”, młodzież kupuje płyty Justina Bibera, a wiadomości szerzą się poprzez blogi czy portale społecznościowe. Autor wyraża się również krytycznie w stosunku do świata mediów i dziennikarzy peruwiańskich, którzy zamiast informować, zaciera[ją] wszelki[e] różnic[e] między kłamstwem a prawdą, zastęp[ują] rzeczywistoś[ć] fikcją, w której przelewa[..] się oceaniczny bezmiar kompleksów, frustracji, nienawiści i traum publiczności zżeranej resentymentem i zazdrością. Należy w tym miejscu wspomnieć, iż w "Dyskretnym bohaterze" zaznaczony jest również wątek podróży do Europy (drugiego domu Llosy) jako nagrody dla jednego z bohaterów po wielu latach ciężkiej pracy i wytchnienia od problemów własnych i własnego kraju. Dla don Rigoberto, podobnie jak dla twórcy tejże powieści, Europa to sztuka, idee i wartości, do których obu wyraźnie ciągnie...

Mario Vargas Llosa przyzwyczaił swoich wiernych czytelników do tego, że od czasu do czasu serwuje im książkę o tematyce lżejszej, mniej wymagającej niż te, które weszły na trwałe do kanonu najważniejszych publikacji XX i XXI wieku. Nie jest to bynajmniej zarzut. Najnowsza powieść Peruwiańczyka wciąga dzięki dobrej konstrukcji oraz żywemu, ale nie przekombinowanemu, językowi, który sprawia, że możemy w pełni rozkoszować się lekturą. To przykład literatury popularnej (co nie znaczy, że banalnej!), skierowanej do wszystkich i dającej czytelnikowi duże pole do popisu. Można ją czytać różnie - bezkrytycznie wielbić, dobrze się przy niej bawić, analizować dogłębnie lub szukać w niej niedociągnięć. To absolutnie nie jest lektura, która ogłupia, wręcz przeciwnie. Pisarz nie boi się przedstawiać PR-owsko ryzykownych i mocno paradoksalnych sytuacji – kiedy przykładowo jedna z najuboższych kobiet w Peru z dnia na dzień staje się jedną z najbogatszych. Momentami można odnieść wrażenie, że te ‘niezwykłe przypadki’ żywcem wzięto z telenoweli. Co ciekawe, sami bohaterowie dopatrują się podobnych nawiązań: Mój Boże, jakież to historie układało samo życie; bynajmniej nie arcydzieła, raczej wenezuelskie, brazylijskie, kolumbijskie, meksykańskie telenowele niż Cervantes czy Tołstoj, to pewne. Ale nie tak dalekie od Dumasa, Zoli, Dickensa czy Pereza Galdosa. Bez obaw - Peruwiańczykowi daleko do prześmiewcy czy twórcy przewidywalnych oper mydlanych. Poruszający wątek więzów krwi oraz relacji ojciec-syn, przy marginalizacji roli matki, to poważniejsze (ale i nie jedyne!) akcenty tej prozy. Mario Vargas Llosa rezygnując ze skomplikowanej narracji, eksperymentów z formą i językiem czy wątków politycznych, stworzył realistyczną prozę, otwierając tym samym drzwi dla szerokiego grona odbiorców. I chwała mu za to! Na koniec mała zachęta dla uważnych czytelników. Warto się dobrze wczytać, by nie przegapić śladowego akcentu polskiego oraz tytułowego dyskretnego bohatera. Zatem cicho sza! Ja zmykam, a Was serdecznie zapraszam do lektury…

Cytaty za: Dyskretny bohater, Mario Vargas Llosa, Znak, Kraków 2014.

Ocena 5/6

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Peruwiańska telenowela made by Llosa


środa, 19 listopada 2014

Drugi dziennik - Jerzy Pilch

Latem tego roku sięgnęłam po pierwszą część pięknie wydanych przez Wielką Literę osobistych zapisków Jerzego Pilcha pt. „Dziennik”. Ci, którzy czytali moją recenzję tejże publikacji (zaś ci, którzy przegapili, mogą nadrobić zaległości klikając TUTAJ), zauważyli, że nie oceniłam jej wysoko. Co gorsze – ogromnie się zawiodłam, wszak autor ów od lat należy do moich ulubionych i sięgam po jego twórczość w zasadzie w ciemno. Obiecałam sobie wtedy, że koniecznie muszę przeczytać drugą część tych notatek, żeby się przekonać, że to jednorazowa ‘wpadka’. Tak też zrobiłam i „Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013”, tym razem wydany przez Wydawnictwo Literackie, skończyłam kilka dni temu. Jeśli chcecie wiedzieć jak wrażenia, odpowiem Wam błyskawicznie krótkim cytatem z przeczytanej właśnie publikacji: Dziennik może być polem żenad. Reszta, moi Drodzy, jest (prawie) milczeniem…

Jak się dobrze domyślacie „Drugi dziennik” rozpoczyna się 21.6.2012, a kończy 20.6.2013. Od samego początku dużo w nim opisów stanu zdrowia autora. Pilch jest w złej formie fizycznej (tym, którzy nie wiedzą przypominam, że cierpi na chorobę Parkinsona) i to widać, a nawet czuć (może stąd taki poziom? Kto wie…), zresztą on sam notorycznie o tym wspomina: Choroba to nie jest kraksa zdrowia. Choroba to jest byt osobny, autonomia czysta. Ile warte zdrowie - wiadomo po stracie. Co znaczy choroba – zaczynasz pojmować, gdy żadnych odniesień do zdrowia już nie ma, gdy poprzednie zdrowe wcielenie do szczętu zapomniane, wymazane, nigdy nieistniejące. Empatyczny czytelnik bez problemu wyobraża sobie trud, jaki sprawia mu wykonywanie codziennych czynności, takich jak: zapinanie koszuli i wdziewanie obuwia zimowego, próba zakręcenia butelki coca-coli czy zjedzenie talerza zupy łyżką. Pilch w swojej dość nędznej formie znajduje mimo wszystko jeden powód do radości. Otóż za sprawą własnych dolegliwości człowiekowi się zdaje, że żyje w normalnym kraju. Być może będąc znanym pisarzem, który nie musi się martwić o fundusze i posiada rozległe kontakty tak właśnie jest, ale gdyby zapytać szarych pacjentów zebranych w pierwszej lepszej przychodni, opinia byłaby zgoła inna, zapewniam Pana, Panie Jerzy… Nie dziwi zatem kolejny sarkastyczny pomysł - ktoś listownie poleca autorowi czytanie ‘Gazety Polskiej’ jako leku na chorobę Parkinsona… Pilch zdaje się, nie zamierza z rady skorzystać, bo od dawna wie, że pomóc może mu jedynie operacja. Wspominał o niej w „Dzienniku” i właściwie wtedy był na nią zdecydowany. Był, bo już nie jest. Kiedy wyobraził sobie, jak to może wyglądać, oprócz odwagi stracił chyba nawet wiarę w jej powodzenie: Z niesłychaną finezją rozpierdolą mi czaszkę, z niebywałą zręcznością pogrzebią mi w mózgu, niezwykłą precyzją dotkną końcem lutownicy fatalnego miejsca, zainstalują elektrody, zaszyją, zakleją – operacja się udała – pacjent jednakowoż w popłochu. Niby wszystko okej: nie trzęsie się, cały niewzruszony; ręka, noga głowa – nawet nie drgną; niestety nie wszystko okej… Swoją drogą w tym momencie wiemy już doskonale, że autor nękany swymi przypadłościami jednak zdecydował się na zabieg chirurgiczny. Być może dlatego, że był pełen obaw o dalszy rozwój kariery literackiej. Ogromnie się bał, iż zapomni polszczyzny, przestanie się zachwycać literaturą polską oraz że stanie się niezdolny do tworzenia choćby od strony technicznej – będzie miał problem z obsługą komputera, zapomni, jak stawia się litery, itp. Póki co ma dużo zapału i jest przekonany, że kiedy człowiek czyta dużo dobrych książek, będzie też dobre rzeczy pisał, wszak literatura obchodząca się bez literatury skazana jest na klęskę, aż mi się ciśnie na usta pytanie, co i czy w ogóle Pilch czytał pisząc oba dzienniki... Zdając sobie sprawę, że pisze ciągle o swoich dolegliwościach, chory autor założył sobie, że spróbuje bezwzględnie wykluczyć z "Drugiego dziennika" słowo ‘choroba’ i jej synonimy. Niestety, nie udało się. Temat ten, co skądinąd zrozumiałe, pisarz wałkuje non stop: [M]iała po mnie zostać kronika dymania, zostanie kronika zdychania, niby szlachetniej, ale jednak wolałbym na odwrót. Świadomy jest również tego, że w tym momencie został mu ‘tylko Pan Jezus’, i wie, że niby powinien się cieszyć, ale nie potrafi. Bo choć odwieczne marzenie o samotności niczym niezmąconej, monolitycznej jak marmur i niezłomnej jak sen doktrynera się spełniło – sam się budzisz, sam zasypiasz, sam jesz, sam robisz zakupy, sam oglądasz TV, etc., etc., ale to nie o to chodziło. Choroba bierze nad nim górę, co moim skromnym zdaniem widocznie wpływa na jego twórczość pamiętnikarską. Nie wyszedł mu przykładowo opis ‘niekłamanego w niczym jednego dnia życia J.P’ ani garść wspomnień z dzieciństwa, kiedy całą rodziną szydzili z pytających o kwaterę letników, wyzywali ich od bolszewików (sic!). Pilch natomiast tradycyjnie wspomina krewnych, znajomych i ludzi, którzy mieli na niego wpływ - co ciekawe najczęściej w nawiązaniu do rzeczy ostatecznych. Duże wrażenie wywarła na nim śmierć przyjaciela z wiślańskiej szkoły - Jerzego Cieślara, który w młodości zapowiadał się świetnie, a skończył dość marnie: Przed nami wszystko, ale przed Jurkiem już nic, a za nim marność, przestrzelone szanse. On już ostatnią datę ma, ale jej nie zna. Co uduszonemu we śnie powiedzieć? Co on mówi? Co o nim można napisać? Że miał rację, bo cokolwiek zdziałamy albo czegokolwiek nie zdziałamy, i tak zdechniemy? Że życie jest absurdem?

Tym smutnym akcentem zakończmy sprawy osobiste i przejdźmy szybko do literatury, o której w „Drugim dzienniku” również jest mowa. Znajdziemy tu na pewno wspomnienie książki Güntera Grassa „W drodze z Niemiec do Niemiec”, której autorowi Pilch zarzuca autotematyzm (w kontekście tego spisuje ‘pięć elementarnych diarystycznych lapsusów rzetelnie spisanych, krótko skomentowanych i należycie uogólnionych przez dyplomowanego diarystę profesjonalistę’). Autor porównuje również Lechonia i Herberta; wspomina o Szymborskiej i Adamie Włodku (i o jej namowach, by wstąpili do partii) oraz próbuje dowieść, że Nabokov nie lubił Manna i że jego ojciec nie jest fizycznie podobny do niemieckiego noblisty (choć był ogromnie zafascynowany „Faustusem”, którego pod koniec życia czytał na okrągło). Pisarz wyznaje za to, iż jest pełen fascynacji Camusem. Zaś pod wpływem Sandora Marai pisze o grafomanie, cytując fragmenty jego dzieł, a dla podniesienia ciśnienia układa ‘pierwszą jedenastkę tych, co osiągnęli pełnię’, w skład której wchodzą m.in.: Mann, Dostojewski, Tołstoj, Proust, Poe, Nabokov, Schulz, Conrad i inni. Następnie sięga odważnie do patriotyzmu: A fakt pozostaje faktem: dziś Polski nikt nie kocha. Dziś Polskę kochają wyłącznie pojedynczy, mniej lub bardziej ekscentryczni cudzoziemcy. Owym obcokrajowcem jest bez wątpienia Albrecht Lempp, Niemiec szczerze wielbiący nasz kraj, doktor nauk humanistycznych, menadżer kultury i tłumacz literatury polskiej na język niemiecki (tłumaczył z sukcesem m.in. książki Pilcha), o którym kilka zdań przeczytamy również w „Drugim dzienniku”. Następnie jak zwykle u tegoż literata znajdziemy przysłowiowe trzy grosze w sprawie religii (do stałych tematów Pilcha należą jeszcze polityka i piłka nożna). Tym razem autor z Wisły wspomina o tym, że przodkowie Jana Pawła II byli ewangelikami (chyba po to, by tak po raz kolejny dowieść przewagi luteran nad katolikami…). Pisze również o olimpiadzie (że to dziś wydarzenie marginalne a kiedyś stało w centrum zainteresowania wszystkich); o przełożonym z powodu ulewy meczu- Polska-Anglia i o nierozłożonym dachu, a w konsekwencji o straconej możliwości wygrania ze słabą Anglią. Tymczasem jego błyskotliwy cytat Piłka nożna to jest gra, w której bierze udział 22 mężczyzn, a i tak zawsze przegrywają Polacy w obliczu obecnych sukcesów naszej reprezentacji staje się nieaktualny…

Owszem, „Drugi dziennik” miał być w założeniu intymniejszy, tak nawet w pierwszym odruchu miał brzmieć pełny tytuł: „Drugi dziennik, intymniejszy”, chwalebnie odpuściłem tę dziecinadę; z intymnością jak to z intymnością: same kłopoty, pisze Jerzy Pilch w drugiej części swych zapisków. Ja za to nie z intymnością, a z tym autorem mam problem. Co się stało? Pilch zmienił styl czy to ja się zmieniłam? W moim mniemaniu jego dzienniki to klapa. Wielka klapa, nuda i strata czasu. Oto rzeczowniki, które przychodzą mi na myśl, kiedy sięgam pamięcią do obu ostatnich autobiograficznych publikacji mojego ulubionego autora. Oprócz nich pojawia się pytanie: gdzie się podział ten zmysł obserwacji, cięte riposty, intrygujące wtrącenia, intelektualne zaczepki, tak charakterystyczne dla jego pisarstwa? Zabrakło, ale może jeszcze warto mieć nadzieję. Wszak ona umiera ostatnia...

Cytaty za: Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013, Jerzy Pilch, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

Ocena: 2/6

Tę oraz inne, ciekawsze książki znajdziecie na www.gandalf.com Polecam gorąco!



czwartek, 6 listopada 2014

W powietrzu - Inga Iwasiów

Po autobiograficznej książce Umarł mi (jej recenzja: klik), w której Inga Iwasiów mierzyła się z bólem po nagłej stracie ukochanego ojca, autorka wraca z nową, zaskakująco odważną publikacją, która, jak sama podkreśla, stała się dla niej idealną terapią na czas żałoby. W powietrzu, bo o niej mowa, jest książką erotyczną (!), jednak daleko jej do Pięćdziesięciu twarzy Greya czy jej podobnych. Ta odmienność widoczna jest przykładowo w niejednoznacznym przesłaniu, które niesie. Czy jest nim próba przełamania tabu, dowód, że seks nie jest zły i że nie trzeba go na siłę demonizować? Czy raczej zakamuflowana krytyka nastawionego na hedonizm współczesnego świata, który mimo przekraczania kolejnych barier i łamania skostniałych stereotypów nie przynosi szczęścia? Sprawdźmy.

Główna bohaterka W powietrzu to dojrzała, inteligentna kobieta, wydawczyni literackiego pisma i samotna matka, która otwarcie dzieli się z czytelnikiem swoimi bogatymi doświadczeniami seksualnymi w pierwszej osobie, co dodatkowo uwiarygodnia je i dodaje im pikanterii. Od początku do końca jest szczera do bólu i bezpruderyjna. Pewna siebie, wiedząca czego chce, od dziecka chorobliwie potrzebowała bliskości: Kiedy skończyłam czternaście lat, zaczęłam polowanie. Lubiła kobiety i mężczyzn, chętnie się łasiła, łaknęła uwagi drugiego człowieka, brnęła w związki bez przyszłości, choć wiedziała, że miłość boli. Jej jednak nie o uczucie chodziło. Zamiast stać się nudną gospodynią domową czy przykładną żoną (do porządnych kobiet miała straszną awersję), chciała używać życia. Wydawała się do tego stworzona: miałam podkręcony iloraz inteligencji. Przeczytane na trzy lata w przód lektury szkolne, obejrzane wszystkie dostępne w kinach filmy. W wieku trzynastu lat znałam smak fajek, wina, nawet wódki, podkradanej rodzicom z barku i spijanej z kieliszków imieninowych gości, nosiłam spodnie, pisałam najładniejsze wypracowania w szkole, zaniedbywałam grę na pianinie, jeździłam przez całą Polskę na wakacje do dziadków, a nawet próbowałam autostopu. Umiejętnie dobierała ludzi do swojej kolekcji, dołączała do wszystkich możliwych szkolnych grup towarzyskich i konfiguracji erotycznych, jakie istniały. Z jednej strony imponowała rówieśnikom odwagą, tym, że się nie krygowała, była prawdziwa, ale z drugiej jej wyzwolenie napawało ich lękiem (Erotycznie ich przerażałam, bo manifestowałam po prostu wolę. Brałam ich, dając za dużo. Za szybko, za bardzo wprost, za mocno). Miała sentymentalne podejście do seksu, kochała się często i chętnie. Doskonale wiedziała, że nie ma honoru. Nie znała umiaru i nie dbała o swoją wartość. Była przecież samotna, a nie mało inteligentna. Kolejne związki tylko to potwierdzały – z nauczycielem muzyki, (który brał na siebie rolę ojca, ale ostatecznie ją zostawił), z kolegą ze szkoły – Alkiem, narzeczonym ze studiów, wiejskim adoratorem Zenkiem, biznesmenem Jarkiem (z którym dorobiła się córki i połowy bliźniaka) czy Bogdanem, kolegą z pracy otwartym nie tylko na trójkąty... Oprócz postaci męskich w jej łóżku gościły również panie. Wymienię tylko kilka: Iwona, Renata, Gośka, J.A. Po latach zrozumiała, po co to robiła: wymuszałam miłość - sposobem na bezdomnego psa, opuszczone dziecko, rychły zgon. Obiecywałam rzeczy, których nie miałam. Zbliżałam się do ludzi przez łóżko i niemal wyłącznie przez łóżko. Nie wierzyłam, że ktoś może mnie lubić po prostu. Za co? Jaką mogłam mieć wartość, krótko obcięta, niewyjątkowa? W rezultacie nie zadawałam się z cnotkami płci obojga, dzięki czemu unikałam odmowy. Nie chodziło o miłość ani o ciepło, ale o seks. On rekompensował jej to, czego nigdy nie miała: wzmacniał poczucie własnej wartości, chwilowo wynagradzał brak bezpieczeństwa, pomagał na moment zapomnieć o dysfunkcyjnej rodzinie. Zdaje się, że właśnie najbliższym w dużej mierze zawdzięczała to, jakie życie wiodła. Ojciec żył gdzieś na marginesie rodziny (notabene notorycznie krytykowany przez matkę), a innych wzorców męskich nie było. Matka z kolei ‘polepszała’ sobie swój smutny los alkoholem, praktycznie nie prowadziła domu, siedziała w centrum mieszkania i odsuwała od siebie rzeczywistość. Być może to właśnie brak zgody na życie podobne do tego, jakie prowadzili rodzice i kobiety z jej otoczenia (a więc okryte śmieszną podomką, po uszy w depresji, spędzające czas w wyszorowanych kuchniach sąsiadek), popchnęło ją w kierunku seksualnych uniesień. Można też dopatrywać się chęci pokolorowania własnej rzeczywistości, jaka była jej udziałem. Smutne, szare, nostalgiczne PRL-owskie realia oswojone zostały tu za pomocą dobrze znanych, powszechnych w tamtym czasie przedmiotów: Alek pachniał Brutalem z fabryki Polleny Lechii; matka poprawia urodę perłową szminką Celii lub cieniami z palety Polleny, po czym zakładała kieckę z Zakładów Przemysłu Odzieżowego „Dana”; koleżanki z klasy chwaliły się na WF-ie enerdowską bielizną; ojciec miał w zanadrzu żyletki Polsilver, a Jarek brandy z Peweksu; za to na kiepski nastrój w nudnym świecie tandetnych półkotapczanów i meblościanek pomagały lody Cassate - hit spółdzielni Społem. Czy to jedynie sentymentalna podróż autorki do krainy własnego dzieciństwa czy powód do usprawiedliwienia postępowania swej bohaterki, której przyszło żyć w takich czasach - trudno powiedzieć. Faktem jest, że te banalne drobiazgi tworzą niepowtarzalny klimat i ciekawie współgrają z tematyką tej publikacji.

Szkołę przeleżałam w łóżku nauczyciela, ćwicząc wyobraźnię. Studia przebalowałam, bawiąc się w narzeczeństwo. Próbowałam wszystkiego oprócz bycia obiektem starań - bez obłudy ocenia swoje dotychczasowe życie bohaterka W powietrzu. Nie obawiajcie się jednak, nie jest to powieść dekadencka, wręcz przeciwnie - momentami jest nawet zabawna. Czy historia polskiej kobiety chodzącej swoimi drogami od dziecka, seksem proszącej o akceptację społeczeństwa, która sama sobie jest sterem, żeglarzem i okrętem (mężczyźni w tej prozie grają jedynie rolę gumowych lalek), nie może być napisana ciekawie, z klasą choćby po to, by rozbudzić w nas emocje, refleksje i kontrowersje? Dla jednych jednak obcowanie z książką, w której na pierwszy plan wybija się pomysł przejścia przez życie z szeroko rozłożonymi udami będzie nie do zaakceptowania; podczas gdy inni znajdą w nim potwierdzenie własnych tez, iż seks to nic złego, warto o nim rozmawiać bez hipokryzji, bo towarzyszy nam od zawsze. Problem w tym, że zaspokajanie pragnień związanych ze sferą seksualną, będące z założenia wyzwoleniem, tutaj zniewala. Nie przynosi spełnienia, nie kładzie kresu samotności, nie prowadzi do długotrwałego szczęścia, nawet jeśli partnerów i partnerek ma się na pęczki. Kim zatem jest nasza bohaterka? Pozbawioną granic, wyzwoloną feministką czy tuszującą swą depresję nimfomanką? Ta książka daje pole do popisu czytelnikowi, rozpościera przed nim interpretacyjny raj i choćby z tego powodu warto do niej sięgnąć.

Reasumując: W powietrzu Ingi Iwasiów to powieść, której akcja toczy się nieśpiesznie, która nie jest schematyczna ani żenująca, która pokazuje życie współczesnej kobiety walczącej z przeciwnościami losu (jedną nich jest też o dziwo własne ciało). Jeśli chcecie się przekonać, jaki będzie wynik tego starcia – sięgnijcie po najnowszą powieść szczecińskiej profesorki i przekonajcie się, jak pisze się o erotyzmie inaczej, na poziomie akademickim.

Ocena: 4/6

Cytaty za: W powietrzu, Inga Iwasiów, Wielka Litera, Warszawa 2014.

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: Rzecz o 'kobiecie z ochotą na przejścia'


sobota, 25 października 2014

Pies też człowiek? Relacje psów i ludzi we współczesnej Polsce - Praca zbiorowa

Dookoła trąbią, że mamy za sobą 25 lat wolności. Prezydent sadzi drzewa, liczni naukowcy debatują, prelegenci referują, co się zmieniło, co zyskaliśmy, i co by było gdyby się nie udało. Autorzy pracy zbiorowej o intrygującym tytule „Pies też człowiek?” idealnie wpasowali się w tę ogólnopolską dysputę. Analizując zmiany, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku w relacji ludzie-psy, stworzyli publikację bezprecedensową i innowacyjną zarazem – przeznaczoną nie tylko dla właścicieli czworonogów, ale wszystkich, którym owa tematyka jest bliska lub też dla tych, którzy zechcą dać jej szansę...

Pies jest najpopularniejszym zwierzęciem domowym w Polsce i najlepszym przyjacielem człowieka. To właśnie z psami wchodzimy w głębokie, wielowymiarowe relacje, nawiązując trwałe więzi. Mimo iż to duży drapieżnik, ludzie dostrzegają gotowość tego gatunku do naśladowania zasad współżycia społecznego i za to go cenią. Poza tym jest medialny, często obecny w prasie i telewizji i ma możliwości. Wszak żaden inny przedstawiciel ze świata fauny nie dopełnia wizerunku harmonijnej rodziny tak przekonująco jak pies i tylko on jest w stanie skutecznie poprawić wizerunek danej osoby, np. prezydenta - ocieplając go, ukazując łagodniejsze i bardziej empatyczne oblicze człowieka. Najbardziej znane psy polityków to oczywiście te, należące do rodzin przywódców Stanów Zjednoczonych. Mówi się, że bez psa Biały Dom nie jest kompletny i rzeczywiście trudno się z tym nie zgodzić…

Wróćmy jednakże do Polski. Co zmieniło się w życiu przeciętnego psa w ciągu tych 25 lat? Dużo. Dziś przeciętny Polak nie szuka psa-stróża, ale psa towarzysza i członka rodziny. Najlepiej, gdy jest to zwierzę o łagodnym, towarzyskim usposobieniu, co czyni go wręcz idealnym towarzyszem zabaw dzieci i rodzinnych wycieczek. Właściciele psów zdają sobie doskonale sprawę z tego, iż opieka nad zwierzęciem w dzieciństwie może wykształcić zwiększoną wrażliwość na uczucia i postawy innych ludzi, nauczyć tolerancji, samoakceptacji, sprzyjać rozwojowi emocjonalnemu w okresach wyobcowania, odrzucenia bądź kryzysu i w wielu innych przypadkach. Stąd boom na labradory i goldeny… Pies to obecnie również cenny konsument. Profesjonalna opieka weterynaryjna, specjalistyczne karmy (w 2011 roku wartość sprzedaży samych tylko karm sięgnęła w Polsce kwoty 804 milionów złotych), odpowiednia rekreacja, ośrodki szkoleniowe, hotele, cmentarze dla zwierząt (najbardziej znany z nich to cmentarz Psi Los w Koniku Nowym), psi behawioryści, groomerzy zajmujący się psią pielęgnacją, a także osoby wyprowadzające czworonogi na spacer pod nieobecność zapracowanych opiekunów – to tylko niektóre wymienione na szybko usługi, jakie są dostępne dla naszych pupili. To dowód na to, że w życiu polskich psów wiele się zmienia. Widać to także na przykładzie szkoleń, w których odchodzi się od surowych, cielesnych kar (również kolczatek, obroży zaciskowych i elektrycznych) na rzecz pozytywnych wzmocnień. Poza tym psy są coraz częściej obecne w przestrzeni publicznej jako przykład zaawansowanej współzależności. Mam tu na myśli osoby niepełnosprawne i ich czworonożnych przewodników lub choćby stale rozwijającą się dogoterapię. Psy postrzega się coraz częściej jako członków rodziny, przypisując im status osoby (uczestniczą przecież w ważnych wydarzeniach i obrzędach Polaków, otrzymują prezenty pod choinkę bądź z okazji urodzin). Ostatnio, co bardzo cieszy, można zauważyć również zwiększoną wrażliwość społeczną na krzywdę zwierząt. Coraz więcej osób postrzega uratowanie psa ze schroniska jako godne pochwały, jako dobry uczynek. Nie dziwi zatem fakt, iż wielu opiekunów rozmawia z psami, bawi się z nimi jak z dziećmi czy też uwzględnia je we wszelkich rytuałach i obrzędach: Fizyczna i emocjonalna bliskość, charakteryzująca związki ludzi i psów, działa na rzecz znoszenia barier pomiędzy człowiekiem a innymi żywymi organizmami, których odmienność i „dzikość” może budzić lęk. To właśnie owa zażyłość sprawia, iż coraz więcej osób ceremonialnie żegna swoje zwierzęta. Naukowcy podkreślają, iż żałoba po stracie ukochanego pupila może być przeżywana równie silnie i powodować takie same problemy natury psychofizycznej, jak śmierć bliskiej osoby.

O wiele więcej niż w Polsce oferuje się oczywiście zwierzętom w Ameryce. To niesie ze sobą (o dziwo!) ogromne konsekwencje. Psy amerykańskie bowiem borykają się z problemem nieznanym większości psów na świecie – muszą zniechęcić swoich właścicieli do nieustannych, motywowanych głęboką miłością, lecz w gruncie rzeczy destrukcyjnych wysiłków zmierzających do przekształcenia psów w czworonogich, pokrytych sierścią ludzi… Brr, brzmi naprawdę groźnie!

Jeśli chcecie się dowiedzieć, czy kobiety i zwierzęta łączy wspólne usytuowanie po stronach „inności”; jak naprawdę wyglądają wystawy i co się dzieje za ich kulisami; czy feminizacja sportów kynologicznych jest faktem oraz czy da się oszacować, czy pies również odczuwa „ekstazę” komunikacji międzygatunkowej, czy czuje, że staje się jednością z człowiekiem, koniecznie zajrzyjcie do książki. Autorzy tej wyjątkowej publikacji zadbali o to, by czytelnicy mogli poszerzyć swoją wiedzę z zakresu kynologii, usystematyzować ją i znaleźć wreszcie odpowiedź na pytania o charakter więzi łączącej ludzi i psy w Polsce. A wszystko to w odwołaniu do metodologii różnych dyscyplin i dziedzin nauk humanistycznych – socjologii, antropologii, historii, literaturo- i kulturoznawstwa oraz pedagogiki. Warto przeczytać!

Ocena 5+/6

Cytaty za: Pies też człowiek? Relacje psów i ludzi we współczesnej Polsce, Praca zbiorowa (Michał Piotr Pręgowski, Justyna Włodarczyk), Wydawnictwo Naukowe Katedra, Gdańsk 2014.

Recenzja ukazała się na portalu lubimyczytac.pl pod tytułem: O komunikacji międzygatunkowej zdań kilka…


czwartek, 23 października 2014

Kuchnia kobiet - Do podjadania podczas czytania

Czytanie i jedzenie to jedne z najprzyjemniejszych doznań i ulubionych czynności wielu osób. Większość z nas lubi je łączyć, dlatego często podczas lektury podjada sobie różne pyszności. Ja również należę do tej grupy. Nie ukrywam, że zdecydowanie wolę spędzać czas z książką niż gotować, ale od czasu do czasu nawet taki mól książkowy jak ja pędzi do kuchni, by coś pysznego przygotować, ażeby później mieć jakiś pyszny dodatek do dobrej książki.

Ten jesienny czas sprawił, że tym razem naszła mnie ochota na coś słodkiego, co sprawi, że moje endorfiny poszybują w górę. Moje myśli kłębiły się wokół ciast, a szczególnie wokół prostej i jednocześnie nieszablonowej szarlotki. To właśnie ona kojarzy mi się z poczuciem bezpieczeństwa, domowym ciepłem, długimi wieczorami i ukochaną babcią, która w kuchni umiała zdziałać cuda. W dość zaskakujący sposób znalazłam łatwy i szybki przepis, dzięki któremu przypomniały mi się najpiękniejsze chwile mojego dzieciństwa. Każdy kęs tej szarlotki dosłownie rozpływał się w ustach. To zasługa delikatnego smaku uzyskanego za sprawą: cieniutko startych pachnących jabłek (ach, ta szara reneta!) i chrupiącego wierzchu ciasta nadającego mu niepowtarzalny wygląd. Szarlotka w połączeniu z aromatyczną karmelową herbatą rooibos i lekturą najwyższych lotów (tym razem najnowszy W.G. Sebald - "Campo santo") sprawiły, że oprócz cudownych wrażeń estetycznych mogłam poczuć przysłowiowe 'niebo w gębie'. Jeśli chcecie wiedzieć, o czym piszę, podaję Wam przepis na przepyszną 'Szarlotkę Maryni zaczerpnięty z książki Moniki Zamachowskiej pt. "Kuchnia kobiet":

Składniki:
• 2 kg jabłek, najlepiej szara reneta
• 2 szklanki mąki tortowej
• 1 szklanka cukru
• 250 g miękkiego masła
• 3 jajka
• 2 łyżeczki cukru waniliowego
• 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

Przesianą mąkę, miękkie masło, żółtka, 2/3 szklanki cukru, proszek do pieczenia i cukier waniliowy umieścić w misce, zagnieść miękkie ciasto. Podzielić je na połowy. Jedną z nich wyłożyć wysmarowaną masłem tortownicę, nakłuć widelcem. Piec w temperaturze 180°C przez 15 minut. W tym czasie obrane jabłka poszatkować na tarce w prawie przezroczyste plasterki. Ułożyć je na wyjętym z piekarnika cieście. Drugą połowę ciasta pokroić w plastry lub rozwałkować na placek. Dokładnie przykryć nim jabłka. Wierzch posmarować białkiem (około 2 łyżek), posypać resztą cukru. Włożyć do piekarnika nagrzanego do temperatury 180°C na ok. 40 minut.


Na zdjęciu powyżej widnieje owa 'Szarlotka Maryni' przyrządzona według przepisu pochodzącego z książki “Kuchnia kobiet” Moniki Zamachowskiej. Jak widać, cisto idealnie wkomponowało się w mój wieczorny rytuał czytelniczy i świetnie dopełniło lekturę autorstwa wybitnego niemieckiego prozaika. Dwa talerze i dwie filiżanki mówią same za siebie - roznoszący się cudowny zapach szarlotki zwabił do kuchni największego łasucha, czyli mojego męża. Ledwo udało mi się uchwycić w obiektywie nienaruszone kawałki ciasta, z którego połowę spałaszowały dzieci... Jestem pewna, że ten przepis na stałe wejdzie do naszego menu. Polecam również Wam - warto spróbować - satysfakcja gwarantowana :-)